Chechło

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chechło
Chechło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Chechło
Audio
Chechło
Audiobook
Czyta Daria Brudnias, Jan Marczewski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Monika Frączak

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa)

Zdjęcie na okładce

© Vaida Abdul/Arcangel Images

© Paulina Świst

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1705-3

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

„Nie trawię kawałków o tym jak pięknie jest, nie rzygam tęczą,

To nie różowa kraina w brokacie, wiesz, jak jest tu ze mną,

Tak działamy na siebie nawzajem, że nam skacze tętno,

Nie tylko seks to daje, bywa, że w poprzek stajesz, nie ma lekko…”

Sokół, Z tobą

Rudej,

doskonale wiesz, za co… :*

Spis treści

Świerklaniec

Gliwice

Świerklaniec

Gliwice

Świerklaniec

Gliwice

Piekary Śląskie

Katowice

Świerklaniec

Katowice

Sosnowiec

Katowice

Sosnowiec

Katowice

Jezioro Chechło-Nakło

Katowice

Jezioro Chechło-Nakło

Świerklaniec

Katowice

Epilog Katowice

Podziękowania

Świerklaniec

– Paula!

Niechętnie podniosłam wzrok znad ekranu komputera. Właśnie pisałam ognistą scenkę. Mój główny bohater wyrywał bohaterkę w katowic­kim pubie, a ona nieustannie mu pyskowała, jednocześnie zastanawiając się, czy bardziej pragnie mu dać, czy pozostać porządną dziewczyną. Niestety nie ułatwiłam jej zadania – wykreowałam takiego faceta, że jej szanse na niewylądowanie za chwilę w jego mieszkaniu, w dodatku na kolanach, oceniałam na dwadzieścia procent. Teoretycznie to zależało ode mnie, bo to ja ich wymyślałam. Praktycznie zaś robili, co chcieli, i totalnie nie umiałam nad nimi zapanować. W konsekwencji takiego rozwoju akcji miałam rumieńce jak dziewica, kończyłam trzeciego red bulla i popalałam ukradkiem elektronika. Ostatnie, czego teraz potrzebowałam, to zawracanie mi dupy. I nie miało żadnego znaczenia, że jestem aktualnie w pracy.

– Yhym? – Spojrzałam na swoją szefową, nawet nie starając się ukryć irytacji.

– Co tam klepiesz z takim zaangażowaniem? – Próbowała zapuścić żurawia na ekran, więc błys­kawicznie przełączyłam okno na służbowego Facebooka.

– Piszę post o obchodach Dni Gminy Świerk­laniec – rzuciłam arcypoważnym tonem. – Znasz jakiegoś grafika, który wytnie mi leżące na drodze łajno z fotek obrazujących procesję konną? Jakoś tak nietwarzowo zostawić, a nie wiem, czy ludzie uwierzą, jak napiszę w opisie, że to nie łajno, tylko znany już na cały świat krakowski „lagun”.

Poczekałam, aż przestanie trząść się ze śmiechu. Bawienie ludzi miałam wpisane w system. Mimo że czasy nie sprzyjały specjalnej wesołości…

– Dobra, dobra, kochana, ja ci wierzę. – Szefowa otarła załzawione od śmiechu oczy. – Piszesz post o paradujących po wsi konikach, które nikogo oprócz małoletnich koniar i napalonych na nie starych, zboczonych dziadów nie obchodzą, i właśnie dlatego masz minę, jakby przed chwilą oświadczył ci się Marcin Dorociński… Ciulać to my, a nie nas.

– No dobra, prywatę robię – skapitulowałam. – Ale wszystko, co miałam zaplanowane na dziś, a nawet na za miesiąc, już ogarnęłam. A te posty na oficjalnych portalach są tak sztywne, że powinnam się porządnie nawalić, zanim nacisnę Enter, żeby móc spokojnie zasnąć. Jak kiedyś zdecyduję się stąd odejść, to wreszcie dodam post w swoim stylu – rzuciłam jedną ze stałych gróźb.

Pracowałam tu zaledwie sześć miesięcy, a już dostawałam pierdolca. To kompletnie nie była robota dla mnie, ale nie miałam wyjścia. Jakiegokolwiek.

– Z okazji nadchodzących Świąt życzę wszystkim mieszkańcom Gminy, aby ich nikt nie wkurwiał. Nie chlejcie za dużo, pozdro 600? – dopytała Grażyna.

Skubana, kiedy ona zdążyła mnie tak poznać?

– Powiadomienia dostawałabym do końca życia. – Uśmiechnęłam się szeroko. – No dobra, ale pewnie czegoś ode mnie chcesz?

– Wójt ma zaraz gości. Trzeba tam im zanieść jakieś kawki, ciastka i inne pierdolety. Wyglądasz najlepiej, więc idziesz.

– Uroda zawsze była moim przekleństwem. – Przewróciłam oczami. – Poza tym mam już swoje lata, niech idzie Natalia.

Natalka była dwudziestoletnią blondynką. Pracowała w sekretariacie i miała buzię piękną jak z obrazka. Z trudem zdała maturę, mimo iż w dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku najtrudniejszym zadaniem na egzaminie dojrzałości było pokolorowanie drwala na obrazku. Nikt nie wie, jakich użyła sztuczek i czarów, ale dostała pracę w urzędzie. Zwierzyła mi się kiedyś, że kolejną jej ambicją jest zostanie żoną czterdziestoletniego miejscowego dżolera, którego jeszcze nikomu nie udało się usidlić. Powiedziałam, że kibicuję jej z całego serca, ale może warto poznać trochę świata, zrobić jakieś studia i nie padać od razu na kolana przed podstarzałym królem wsi tylko dlatego, że ma starą betę, na dodatek w LPG… Stwierdziła, że się nie znam, a ja przyznałam jej rację. W końcu miałam trzydzieści pięć lat, nie zamierzałam zostać niczyją żoną, a swoją maturę zdałam na szóstkę, ale tak dawno, że nie byłam pewna, czy Natalka była już wtedy na świecie.

– Nie może iść Natalia, gdyż po pierwsze: wójt życzy sobie ciebie, a po drugie, potrzebny jest mu ktoś z mózgiem…

– A to fakt, Natka odpada.

Popatrzyłam przez szybę oddzielającą mój pokój od jej boksu. Cielęcym wzrokiem gapiła się w ekran telefonu. Potem zaczęła stroić miny i na zmianę wydymać wargi, i wciągać policzki. Jej brwi, które przypominały dwie opite krwią pijawki przyssane nad oczami, ułożyły się tak, że wyglądała jak Oskar Zrzęda z Ulicy Sezamkowej. Nie wiem, czemu dzieci się tak oszpecają… Po jej wyniosłej minie widziałam, że przygotowywała właśnie instafotkę z jakimś gównianym filtrem: okrągłymi okularami lub psimi uszami… Co ja tu, kurwa, robię? Jak ja się tu zna­lazłam?

– Ktoś z mózgiem? Do podania kawy? Zwarło mu styki? – wróciłam do tematu.

Rozmyślanie o tym, jak wpakowałam się w centrum dowodzenia i egzystencjonalnych problemów tego zadupia, nie mogło przynieść mi nic dobrego.

Grażynka wyglądała, jakby w myślach odliczała do dziesięciu.

– Nie mów tak o nim, bo jeszcze usłyszy. Przyjeżdża jakaś delegacja, a jednym z jej członków jest… – Zawiesiła teatralnie głos.

– Adam Maszyniok – zgadłam z rezygnacją.

– Tak! – Uśmiechnęła się triumfalnie. – A tylko ty umiesz sobie radzić z tym starym capem.

Westchnęłam ciężko i wstałam zza biurka.

Gliwice

– Marcin…

– No?

Spojrzałem na wywaloną na ławie obrończej Zofię Bojarską. Jaskrawozielona maseczka zasłaniała połowę jej twarzy. Widać było tylko brązowe, roześmiane oczy.

– Czytałeś najnowszą „covidówkę”[1]?

– Tak – odpowiedziałem automatycznie.

Covidówkę miałem w małym palcu, w przeciwieństwie do mojej kumpeli, która przeczytała w swoim życiu tylko Kodeks Postępowania Karnego. Ten umiała na pamięć, ale inne przepisy nie interesowały jej w najmniejszym stopniu. Byłem pewien, że jej klientom nic a nic to nie przeszkadza. Sama nazywała siebie adwokatem od gangusów, a jej bandyci bez cienia wątpliwości ją uwielbiali. Było to po prostu widać. Miałem wrażenie, że gdyby nieco inaczej potoczyły się jej losy, byłaby jedną z nich. Zosia odwróciła się, zsunęła maskę z twarzy i piękną śląszczyzną powiedziała bezgłośnie do swojego siedzącego za pleksi klienta, Ramzesa: „Nie strzimia tego pierdolenia”[2].

Wybuchnął śmiechem.

– Jak znasz covidówkę, mądralo, to powiedz mi, czy cyrki mogą być teraz otwarte? – Znów spojrzała na mnie, zadowolona, że jej klient, który obiektywnie nie miał się z czego cieszyć, bo groziło mu dożywocie, wygląda na całkiem wylajtowanego.

 

– Nie – odpowiedziałem.

– To co my tu, kurwa, robimy?

Teraz z kolei ja wybuchnąłem śmiechem. Zerknąłem na sąd i… musiałem przyznać jej rację. Dwóch ławników spało, jeden sędzia bawił się komórką, a drugi znudzonym tonem odczytywał wyjaśnienia „sześćdziesiątki”. Faceta, który nie potrafił po polsku sklecić zdania, więc odczytywane wyjaśnienia świadczyły o tym, że prokurator miał kawał literackiego talentu.

Sędzia spojrzał na kapusia.

– Czy podtrzymuje pan wyjaśnienia?

– Yyyyyy znaczy się, yyyy tak, podtrzymuję – wyjąkał ten debil.

– A to chuj. I ten fragment, w którym wspomina o „harmonizacji działań” i „zorganizowanej strukturze” też? Założę się o pięć stów, że on nie wie, co to znaczy harmonizacja. Pewnie myśli, że to organki ustne.

Ostatnie dwa zdania Zośka powiedziała nieco głośniej. Sąd jej nie usłyszał, ale „sześćdziesiątka” tak, bo spojrzał na nas ze złością. Zosia pod ławą obrończą pokazała mu środkowy palec.

Z niedowierzaniem pokręciłem głową.

– A pamiętasz, że na początku ten głąb mówił coś zupełnie innego? – Zosia nadal prawie leżała na ławce w swojej ulubionej pozie: „jebiemnieto”.

Nic innego zrobić nie mogła, „sześćdziesiątki” odmawiały odpowiedzi na pytania adwokatów, co czyniło proces bardzo jednostronnym teatrem dwóch aktorów: prokuratora i kapusia.

– Nie, doszedłem w czasie procesu – odpowiedziałem automatycznie.

W momencie, w którym to powiedziałem, już wiedziałem, że podłożyłem się koncertowo.

– Taaa? A z kim doszedłeś? – Zosia nie brała jeńców. – Znam ją? Co to za zdzira?

– Zośka, wyjebany jestem, jak koń po westernie, okaż mi nieco łaski. – Chciałem ją trochę uspokoić, widząc, że jeden z sędziów już na nas patrzy, jak nauczyciel na niegrzeczne dzieci. Miałem ochotę pokazać mu język. Najwyraźniej to, co robiła Zośka, było zaraźliwe.

– Laski? Nie mogę, stary, chłopaka mam. Demon seksu i gwiazda wśród psów na dodatek. Musiałabym upaść na dekiel z dziesiątego piętra, żeby go zdradzać. Zresztą mówił mi niedawno, że zawinął ci ostatnio klienta – powiedziała, a ja znów parsknąłem śmiechem.

– Zawinął, ale go wyjmę. Zachowuj się, w robocie jesteś! Ktoś chce z tobą gadać. – Zauważyłem kątem oka, że jej klient zbliża się do telefonu.

Świerklaniec

Weszłam do gabinetu wójta i ostrożnie za­mknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do biurka, usiadłam na nim i patrząc wójtowi prosto w oczy, zaczęłam wymachiwać nogami jak pięciolatka.

– Elo, miłościwie nam panujący wójcie, wyglądasz dziś jak Million Dollar Man.

Jak zawsze był świetnie ubrany, dobrze uczesany i odprasowany w kancik, a poza tym nieludzko przystojny.

– Czy istnieje realna szansa, że kiedyś zmądrzejesz bądź dorośniesz? – Próbował udawać powagę, ale drgający kącik ust wskazywał, że niespecjalnie mu się to udaje.

– Nie postawiłabym na to grubego hajsu – przyznałam szczerze. – Co się dzieje, kuzyn? Czemu przeszkadzasz mi w mojej arcyważnej pracy na rzecz naszej małej społeczności?

– Jak cię znam, to wszystko, co zleciłem na najbliższy miesiąc, ogarnęłaś przy porannej kawie, a teraz ślęczysz nad swoim pornokryminałem.

Mój promienny uśmiech wystarczył mu za odpowiedź.

– Długo jeszcze chcesz odwalać tę szopkę? Czemu nie chcesz, żeby ktokolwiek wiedział, że jesteśmy rodziną? Masz za wysokie kwalifikacje na to stanowisko. Zresztą doskonale o tym wiesz… To nie jest żadna protekcja, że tu pracujesz.

Westchnęłam ciężko. Wałkowaliśmy ten temat więcej razy niż porażkę AC Milan w Lidze Mistrzów w dwa tysiące piątym roku.

– Ty, przeprowadziłeś się tu wczoraj? Nie wiesz, jak tu jest? Zaraz jeden Stefan z drugim będą pierdolić za uchem, że dygnitarz robotę załat­wił. Mimo że oprócz mnie nikt nie startował na to stanowisko, bo nawet w biedrze lepiej płacą.

– To czemu nie poszłaś do biedry? – oburzył się Wojtek.

– Bo cię kocham. – Momentalnie go rozbroiłam. – I nie muszę tu nosić fartucha. Zresztą pracowałam w Realu na studiach i zakończyłam karierę z hukiem.

– To wtedy jakiś gość cię opierdolił, że jesteś tępą strzałą, bo nie znasz kodu na klapki, a ty mu powiedziałaś, że przepraszasz go bardzo i zaraz ten kod ustalisz. A potem zadzwoniłaś do laski od kodów i powiedziałaś, patrząc klientowi prosto w oczy, że potrzebujesz kodu na obciachowe kuboty, w których nie poszłabyś nawet do stodoły, a które mógł wybrać tylko jakiś tępy knur, by idealnie pasowały do jego białych skarpet?

Uśmiechnęłam się na myśl o swojej burzliwej młodości.

– Tak było, nie ściemniam.

Wojtek wybuchnął śmiechem.

– Ja też cię kocham. Co nie zmienia faktu, że wiecznie się o ciebie martwię. Ostatnie wydarzenia pokazują, jak bezbronna bywasz wobec prawdziwego skurwysyństwa… – Momentalnie spoważniał.

– Byłam naiwna. – Postawiłam na szczerość. – To się więcej nie powtórzy.

– Mówisz tak, odkąd cię znam. I nie zmienia się nic. Zawsze można cię wykorzystać tylko w jeden sposób… Udając dobroć, skruchę i to, że działało się „niechcący”.

– Dość – poprosiłam, bo nie chciałam znów do tego wracać.

Wojtek nie zamierzał mi odpuścić.

– Rozkminiłem to już w dzieciństwie i wiecznie wykorzystywałem…

Mimo to nie mogłam się nie rozanielić na wspomnienia z naszego dzieciństwa. Wychowywaliśmy się razem, bo moi rodzice wysyłali mnie na wakacje do babci. Do babci, czyli nad jezioro Chechło. A tam, na swój obraz i podobieństwo, ukształtował mnie pięć lat starszy kuzyn – Wojtek.

– Pamiętam! Byłeś zmorą mojego dzieciństwa, a teraz jesteś radością mojej starości. – Zrobiłam uduchowioną minę. – Pamiętasz, jak namówiłeś mnie na grę w kości, bo potrzebowałeś hajsu, żeby jechać na dyskę? Postanowiłeś zaczerpnąć go z mojej skarbonki, ale głupio ci było ukraść, więc zaproponowałeś grę na hajs, mimo że nie znałam zasad.

– A potem powiedziałem ci, że ludzie, którzy nie spłacają długów hazardowych, są bez honoru, więc bez cienia protestu oddałaś mi swoje jedyne pięćdziesiąt złotych uciułane z prezentów od babci! – Opadł na fotel. – Właśnie o tym, kurwa, mówię!

– O czym? To ty przecież zachowywałeś się jak świnia!

Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.

– Miałem siedemnaście lat. – Też się uśmiechnął. – A ty dwanaście… A teraz podobno jesteś już nieco starsza.

– Pomówienia. – Spoważniałam. – Mam szczerą nadzieję, że to już długo nie potrwa… Wygrzebię się. A jak tylko odzyskam, co moje, to zwinę się stąd w pizdu… – Nigdy nie poddawałam się bez walki. To po prostu nie wchodziło w grę.

– Paula… – Wojtek przejechał dłonią po włosach. – Zawsze działasz na aferę, nie myślisz o przyszłości i potem kończy się tak jak teraz. Czemu nie zabezpieczyłaś się na taką okoliczność?

– Bo nie robiłam nic złego. – Wzruszyłam ramionami. Sama, wiele razy, zadawałam sobie to pytanie… – Pewnie gdybym była gangusem, to miałabym gdzieś skitraną torbę z milionem złotych, ale nie spodziewałam się, że żyjemy w Korei Północnej, a nie demokratycznym państwie prawa, więc pieniądze miałam na koncie. Tym samym, z którego uczciwie płaciłam podatki…

– To, co ci zrobili, jest przerażające. – Wojtek nie krył oburzenia.

– Jest, ale cóż… Uczcie się na moim przykładzie. – Tylko z takim podejściem udawało mi się nie zwariować. – Gdybym wiedziała, że się przewrócę, tobym się położyła…

Parsknął śmiechem.

– Będzie mi ciebie brakować, kiedy wrócisz do siebie.

– Nie roztkliwiaj się. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Opowiadaj, co się dzieje.

– Zaraz przyjedzie tu delegacja. Porządni samorządowcy, fajne chłopaki, no i on… Cichy podpierdalacz, zakochany w sobie intrygant bez szkoły, miłościwie nam panujący włodarz Bykowa, Adaś Maszyniok. – Tylko przy mnie Wojtek pozwalał sobie na mówienie tego, co naprawdę myśli. Wobec innych zawsze okazywał twarz rasowego polityka. – Pewnie coś knuje. Dowiedz się, z której strony uderzy, to się odpowiednio przygotuję.

– Yes, sir! – Zeskoczyłam z biurka i zasalutowałam. – Pamiętaj przy dzieleniu premii o tym, co dla ciebie robię.

Puścił do mnie oko.

– Dostaniesz pięćset złotych, jak wszyscy.

– Kozacko. Kupię sobie mały domek na wsi.

Gliwice

– Pani Zosiu.

Usłyszałem głos Ramzesa, mimo że rozmawiali przez telefon łączący sekcję obrońców z sekcją oskarżonych. Tajemnica adwokacka to była totalna fikcja w tej sytuacji.

– Tak, panie Piotrze?

Podejrzewałem, że byli na ty, ale tylko w cztery oczy. Ona na pewno miała na to wyjebane, to on z tej dwójki bardziej dbał o pozory. To było arcyciekawe.

– Co pani o tym sądzi? – zapytał z ciekawością.

– Sądzę, że to cyrk. – Zosia przybrała zblazowany ton. – Żałuję, że nie wzięłam peruki, kolorowego stroju, czerwonego nosa i butów klauna.

Zaczął się śmiać, by po chwili dodać z niejakim podziwem:

– „Nigdy nie pukasz, ty otwierasz drzwi taranem”. – Puścił do niej oko.

– Sokół i Andrzej Zaucha, Pomyłka – zgadła bez pudła.

– Jak buduje się takie relacje z klientami, że mówicie do siebie tekstami piosenek? – zapytałem, kiedy odłożyła słuchawkę.

– Ja go po prostu kocham. Inaczej nie umiałabym go aż tak namiętnie bronić. Oczywiście, kocham go tylko platonicznie, jak brata albo jak ojca. W sumie jest tylko sześć lat starszy, więc jednak jak brata. Stąd moja staranna selekcja klientów. Tego złamanego przez psy chuja – wskazała ręką na spoconą „sześćdziesiątkę” – nie wzięłabym nawet za milion dolarów.

Każdego innego za taki tekst zabiłbym śmiechem. Ale jej po prostu wierzyłem. Była tak stuknięta, że faktycznie była do tego zdolna.

– Słuchaj, Zosia, mam pewien kłopot. Mój klient wszedł w interesy z niejakim Lucjanem Złockim… Ale coś mi tu nie pasuje… Muszę się kogoś poradzić. Ta sprawa nie daje mi spokoju, a dziś wieczorem mam w związku z nią spotkanie. A w zasadzie raut.

– Jak wygląda ten Lucjan? – Zosia popatrzyła na mnie z uwagą. Po rozbawieniu nie został nawet ślad.

– Twój typ, jak z reklamy Armaniego. Wysoki brunet, zajebiście ubrany, pewny siebie w chuj – przyznałem szczerze.

– Czyli podobny do ciebie. – Niechcący mnie skomplementowała, ale po jej oczach widziałem, że nawet tego nie odnotowała. Działała jak automat, a więc sprawa była poważna. Wyjęła z torebki telefon, googlowała chwilę i pokazała mi zdjęcie jakiegoś siatkarza. Nie znałem go, ale podpis pod fotką wskazywał, że to Matt Anderson.

– Tak wygląda? Jak „Matt – za piękny na ten świat”?

O kurwa, faktycznie był podobny. Pokiwałem głową.

– Ja pierdolę, Marcin, wyjmuj z tego twojego klienta. – Zosia zbladła.

No tak, wiedziałem, kogo zapytać. Kogoś, kto zna połowę gangusów na Śląsku. A drugiej połowy nie zna tylko dlatego, że albo się rozjebali, albo nie było ich na nią stać.

– Myślisz, że mogą być kłopoty? – Popatrzyłem na nią z obawą.

– Mówię to tylko tobie, bo ufam ci jak własnej mamie. Nie mogą być kłopoty. Kłopoty będą. Słyszałeś kiedyś o Luce? To może być on.

O kurwa!

Świerklaniec

Zmierzwiłam włosy, a potem odpięłam górny guzik bluzki, by nieco uwydatnić dekolt. Przybrałam uśmiech numer siedemnaście, którego zawsze używałam, kiedy musiałam coś załatwić u starszych panów z przerośniętym ego. Taki trochę nieśmiały, trochę tępy, coś w rodzaju: „Oj, ja taka głupiutka, czy mógłby mi pan pomóc?”. A potem, starając się, by spod tej maski nie wyszło moje prawdziwe oblicze, skierowałam się do sali konferencyjnej. Siedziało w niej kilku lokalnych polityków, w większości młodych, przystojnych i nieobciachowych. Na szczęście scena samorządowa ewoluowała właśnie w tę stronę. Wśród nich jednak znajdował się prawdziwy rodzynek, reprezentant starej szkoły – Adam Maszyniok: prawie siedemdziesiąt lat, obfite wąsisko, metr pięć w kapeluszu, mistrz niekompetencji i okrągłego pierdolenia o niczym… Równie dobrze mógł mieć napisane na czole: „born in the early PRL”…

– Dzień dobry, pani Paulinko – rozanielił się na mój widok.

Skromnie spuściłam wzrok.

– Dzień dobry, panie Adasiu. Proszę się przygotować, za chwilkę zaczynamy… – Z udawaną troską strzepnęłam paproszek z rękawa jego marynarki, nieco pochylając się w jego stronę.

 

Obrzucił wzrokiem moje cycki.

– W jakim nastroju jest dziś pani szef?

Nie dla psa kiełbasa, pomyślałam, choć moja mina mówiła: „Uwielbiam pana najbardziej na świecie”.

– W tak kiepskim jak zawsze. – Wzniosłam oczy ku górze. – Czy nie znalazłaby się dla mnie jakaś posada w Bykowie? Nie wiem, ile jeszcze zdołam znosić te jego humorki… – „Niechcący” podwinęłam spódniczkę, przysiadając na krześle obok Maszynioka.

– Dla takich mądrych i kompetentnych kobiet zawsze się znajdzie… – Maszyniok uśmiechnął się obleśnie. – Obawiam się, że po naszym spotkaniu będzie w jeszcze gorszym…

To było proste jak budowa cepa. Może dlatego, że kiedyś, w innym życiu, w którym nie musiałam być urzędnikiem, miałam do czynienia z o wiele większymi cwaniakami. Poza tym z Wojtkiem mieliśmy pewną taktykę – mówił mi, jakie info mogę sprzedać Maszyniokowi. Czasem odpalałam więc „panu Adasiowi” jakieś suchary, a ten myślał, że jestem jego koniem trojańskim, i zaczął mi ufać. No cóż, myślenie nie było jego najmocniejszą stroną.

Otworzyłam szeroko oczy w udawanym zdumieniu.

– Co pan dla niego szykuje?

– Zapieprzę mu sprzed nosa środki na remont tej drogi, o którą wiecznie jest awantura – przyznał konspiracyjnym szeptem, bardzo z siebie zadowolony.

– No i bardzo dobrze, mieszkańcy go za to zeżrą! – Uśmiechnęłam się promiennie. – Idę po niego, wrócę do panów z poczęstunkiem za kilka chwil. Bardzo, bardzo się cieszę, że udało mi się pana zobaczyć. – Wstałam i wystudiowanym ruchem wygładziłam spódniczkę, jednocześnie zwracając jego uwagę na swoje nogi.

– Wzajemnie.

Maszyniok miał na twarzy uśmiech zadowolonego z siebie knura. Sekundę później wparowałam do gabinetu Wojtka.

– Chce ci zgarnąć sprzed nosa środki na remont drogi numer siedemdziesiąt siedem… Brzmiało to tak, jakby miał konkretny plan. Tak jest tym podniecony, że nie zdziwiłabym się, gdyby sam kierował wjeżdżającą tam koparką.

– Tylko tyle? – Wojtek uśmiechnął się szeroko. – To się zdziwi, bo w zeszłym tygodniu podpisałem już umowę na modernizację na naszym terenie.

– Uuuu, będzie imba na osiedlu – nie powstrzymałam się.

– Może mi skoczyć. – Wojtek poprawił krawat.

– Uważaj na niego. – W Maszynioku było coś parszywego. Wyczuwałam, że nie cofnie się przed żadnym, nawet najpodlejszym kłamstwem i skurwysyństwem. – Założę się, że już mu nie staje. Wtedy tacy jak on robią się niemili, zwłaszcza w stosunku do kogoś takiego jak ty.

– Takiego jak ja? – Wojtek popatrzył na mnie ze zdumieniem.

– Nie przesadzaj z tą skromnością. – Przewróciłam oczami. – Popatrz w lustro, potem na pesel. Naprawdę dziwisz się, że tak cię nienawidzi? Ja ani trochę. Przecież jemu już bliżej niż dalej, a ty masz przed sobą prawie całe piękne życie.

Wybuchnął śmiechem.

– Jesteś okrutna, kuzynko, wiesz o tym?

– Gorzej mnie określano w latach mojej świetności… „Ale to już było i nie wróci więcej” – zanuciłam. – Wiesz, co robię w dzisiejszy piątkowy wieczorek? – zmieniłam temat.

– Imprezka? – Wojtek zbierał z biurka do­kumenty.

– Yhym. Raut. Ale, ale! Nie w charakterze gościa, tylko będę kierowniczką sali. Trzysta złotych za noc. Może jednak powinnam zacząć się puszczać za pieniądze? Zarobiłabym tyle w godzinę… – Udałam, że na poważnie rozważam tę opcję.

– Nie nadajesz się. Sypiasz tylko z przystojnymi, inteligentnymi i jeszcze na dodatek samcami alfa, czasem zastanawiamy się z żoną, skąd ich bierzesz…

– Prowadzę wykopaliska. – Roześmiałam się. – Właśnie dlatego za wielu ich nie było. Niezwykle rzadkie okazy.

– I jeszcze na dodatek każdy jest lepszy od poprzedniego.

Przerażało mnie czasem, jak dobrze mnie znał.

– Nas nauczono: ani kroku wstecz – rzuciłam cwaniacko. A potem przypomniałam sobie, że chwilowo nie bardzo mam podstawy do pyskówki. Całe moje życie, wszystko, na co lata pracowałam, legło w gruzach… STOP.

– W burdelu chyba nie można wybierać, przynajmniej nie wtedy, kiedy się jest pracownicą. – Wojtek zauważył, że humor mi siada, bo błys­kawicznie wrócił do niespecjalnie realnego, za to dość zabawnego tematu mojej kariery jako prostytutki. Po chwili również spoważniał. – Miałem zaproszenie na ten raut, ale nie idę. Im mniej polityka styka się z biznesem, tym lepiej.

– Jesteś świętszy od papieża, dlatego nigdy nie dochrapiesz się porządnego hajsu. Ale posłucham, co tam nasz wielki świat biznesu planuje na terenie gminy, i jakbym usłyszała coś ciekawego, to dam ci znać – rzuciłam uczynnie.

– Koniecznie. Tylko błagam cię, postaraj się w nic nie wpakować. – Pocałował mnie w policzek i włożył marynarkę.

– W co ja się tu mogę wpakować? Nielegalny handel krowami? Przemyt owsa?

– Nie bądź złośliwa, małpo. – Pogroził mi palcem. – I nie imprezuj za bardzo w weekend, bo w poniedziałek poznasz nowego adwokata, który będzie robił obsługę gminie. Musisz go wprowadzić, opowiedzieć mu, co i jak. Wdrożyć go w nasze procedury.

– A co z Anką? – zapytałam o radcę prawną, która pracowała z nami do tej pory. Lubiłam ją.

– Długotrwałe L4, w ciąży jest. – Wojtek puścił do mnie oko. – Też powinnaś powoli o tym myśleć.

– Yhym. A o idealnego tatusia potknę się na progu domu. Kurier z DHL-a go przywiezie zawiniętego w celofan. Urodzę natychmiast w przer­wie między tą robotą, pisaniem książki a kelnerowaniem. Podobno kiedyś kobiety rodziły w polu, pakowały dziecko na plecy i wracały od razu do roboty. To co? Ja nie dam rady?

– Jeśli ktoś miałby dać radę to, właśnie ty. – Wojtek ponownie puścił do mnie oko. – Czas na showtime, kuzynko.

Przybrał swoją standardową minę rasowego polityka i ruszył do drzwi.