Zmierzch lubieżnego dziada

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Paulina Młynarska-Moritz, 2020

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

Zdjęcia na okładce i w tekście

Tatiana Jachyra

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-927-3

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Najmilsze Czytelniczki, kochani Czytelnicy!

Jak zawsze z drżeniem serca oddaję w Wasze ręce kolejny zbiór moich felietonów. Ukazywały się w serwisie Onet, któremu z tego miejsca gorąco dziękuję, a także w „Gońcu Polskim” (wydawanym w Wielkiej Brytanii), w dodatku „Praca” do „Wysokich Obcasów”, w „Grazii” i na mojej stronie inter­netowej paulina­mlynarska.pl w latach 2017–2019. Czyli po #MeToo. To ważne, bo choć moje osobiste #metoo miało miejsce na długie lata przed tym ogólnoświatowym, mam wrażenie, że tak naprawdę wysłuchana i usłyszana zostałam, dopiero kiedy pojedyncze głosy, takie jak mój, zabrzmiały w przepotężnym chórze niezgody. Jak każda z osób, które wykrzyczały w tym chórze publicznie swój sprzeciw wobec traktowania słabszych od siebie jak seksualne zabawki, zainkasowałam i przyjmuję nadal niewyobrażalną dawkę internetowego hejtu, pogardy, szyderstwa i towarzyskiego ostracyzmu, nie mówiąc o utracie zatrudnienia. Tak się broni konający system. Zapłaciłam cenę – trudno, stać mnie! Idąc za słowami profesora Władysława Bartoszewskiego: „Nie opłaca się, ale warto”.

Niektóre teksty w tej książce są precyzyjnie datowane, inne nie. Sądzę jednak, że każdy, kto obserwuje przemiany społeczne zachodzące w Polsce i na świecie na przestrzeni ostatnich lat, doskonale umieści w czasie wydarzenia, które stały się inspiracją albo po prostu punktem wyjścia dla moich rozważań.

Dwa ostatnie lata to okres fundamentalnych zmian w moim życiu – zawodowym i osobistym. Po ponad trzech dekadach pracy przed kamerami opuściłam nafaszerowane technologią, skąpane w adrenalinie media i ruszyłam zieloną ścieżką poszukiwań duchowych. Obecnie zawodowo zajmuję się nauczaniem jogi, prowadzę warsztaty rozwojowe i oczywiście nadal piszę książki. Sprzedałam i rozdałam większość z tego, co było w Polsce moją własnością: dom, samochód, meble, ubrania, książki, bibeloty, naczynia, pościele, obrusy i obrazy! Co za ulga! Zostawiłam sobie tylko te przedmioty, które mają dla mnie bezdyskusyjną wartość sentymentalną, i książki. Okazało się, że dało się je upchnąć w najmniejszym dostępnym schowku do wynajęcia. Przez rok podróżowałam po świecie z plecakiem, a gdy już się nasyciłam wolnością, osiadłam w miejscu, które zawsze uważałam za swoje przeznaczenie – w Grecji, na Krecie. Prowadzę tu własne niewielkie studio jogi i piszę.

Na Krecie kocham wszystko. Uśmiechniętych, gościnnych ludzi, czerwoną ziemię, turkusowe niebo, zieleń gajów pomarańczowych i srebrzystość oliwnych. Szare i białe kamyki na plażach, które w słonej wodzie nabierają kolorów i stają się klejnotami z jaskiń dzieciństwa. Góry – latem liliowe, a śnieżnobiałe zimą, nakreślone graficzną, ostrą kreską. Kocham jasnożółte gekony na bielonych ścianach, kawę „elliniko” z fusami na szczęście, oliwę tłoczoną jakby ze złota, czerwone wino. I te puste bizantyjskie kościółki, powstałe w miejscach kultu dawniej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Z ich chłodnymi, kamiennymi ławkami. Z widokiem na nieskończoność. Pod opiekuńczymi spojrzeniami Rei, Hekate, Demeter, Kory i radosnej Baubo czuję, że przyszłość przyniesie mi jeszcze wiele dobrego.

Mam 49 lat i… chyba dobiłam do portu.

Teksty, które złożyły się na tę książkę, są nie tylko komentarzem do bieżących wydarzeń, ale też zapisem przemyśleń, zachwytów, chwil rozpaczy i konfliktów, jakie towarzyszyły przeobrażeniu, któremu poddałam swoje życie.

Jeśli choć jedna zawarta w nich myśl ułatwi komuś wędrówkę przez ten dziwny, piękny świat, będę to uważała za prawdziwy sukces. Jeżeli choć jedna wykluczona, zraniona, wykorzystana przez silniejszych od siebie osoba poczuje się dzięki niej mniej samotna, to będzie dla mnie najwspanialsza nagroda.

I niechże już wreszcie nadejdzie ten „kres lubieżnego dziada”! W jego miejsce chcę widzieć mężczyznę, który kocha, lubi i szanuje każdą z nas. I siebie. Który wie, że patriarchat tak naprawdę krzywdzi wszystkich po równo, oddzielając nas od siebie i odcinając nam drogę powrotu do naszej prawdziwej, kochającej natury.

Tymczasem życzę przyjemnej lektury (choć pewnie nie zawsze taka będzie)!

Om Shanti!

Loutraki, zima 2019


Czy Polska powinna przyjmować uchodźców?

Czytelnicy zwrócili się do mnie z prośbą, bym podzieliła się moim poglądem na ten temat. Odpowiedź na to pytanie jest złożona – dziś o wiele bardziej niż jeszcze dwa–trzy lata temu. Trudno nie wziąć pod uwagę ogromnych zmian, jakie zaszły w nastawieniu Polaków do uchodźców, odkąd z mównicy sejmowej, z ust najważniejszego obecnie polityka w kraju padły zawstydzające słowa o przenoszeniu przez uciekinierów z regionów objętych konfliktami zbrojnymi pasożytów i chorób.

Okazało się, że ogromna część społeczeństwa, które z racji własnej historii powinno doskonale rozumieć, czym jest dramatyczna konieczność ucieczki, godzi się na to, by słowo „uchodźca” stało się inwektywą. Wystarczy posłuchać, jak używają go w Polsce małe dzieci, które zawsze bezbłędnie wyłapują, co doros­ły autor podsłuchanych słów miał na myśli.

Zgodnie z konwencją genewską uchodźca to osoba objęta prześladowaniem z powodu rasy, religii, narodowości, przynależności do określonej grupy społecznej lub z powodu poglądów politycznych przebywająca poza granicami swojego państwa, która nie może skorzystać z jego ochrony. Postanowienia konwencji nie mają zastosowania wobec zbrodniarzy wojennych. W Polsce, jak widać, wyłącza się z niej małe dzieci. Nasz kraj ratyfikował konwencję genewską oraz protokół nowojorski w 1991 roku. Ta data wiele mówi, prawda? Wygląda na to, że sygnowanie konwencji było krokiem na polskiej drodze do demokracji.

Szkoda, że nikt wtedy nie pomyślał o tym, iż warto także zacząć edukować Polaków na temat wielokulturowości. Zwłaszcza że już wtedy marzyła się nam Unia Europejska! Ten brak elementarnej wiedzy na temat różnic kulturowych i religijnych między ludźmi skutkuje w Polsce panicznym strachem przed każdym, kto obcy. Zagranie na tej strunie przez polityków prawicy i część Kościoła poskutkowało powszechnym rasizmem, którego werbalna i fizyczna ekspresja w formie wyrażanych na przykład w internecie fantazji o posyłaniu „ciapatych” do gazu, a także aktów bezpośredniej agresji stawia nas poza wspólnotą ludzi cywilizowanych. Polska stała się krajem na wskroś ksenofobicznym.

Według danych Urzędu do spraw Cudzoziemców na rok 2017 obecnie w Polsce legalnie przebywają 5534 osoby. Z tego uchodźcami nazwać można 1354 osoby, ochronę uzupełniającą ma 1995 osób, pobyt ze względów humanitarnych dotyczy 1883 osób, a pobyt tolerowany przyznano 302 osobom. Ochrona uzupełniająca to prawie to samo, co status uchodźcy. Pobyt tolerowany jest przyznawany osobom, którym z różnych względów odmówiono statusu uchodźcy lub ochrony uzupełniającej, ale nie mogą one wrócić do swojego kraju, na przykład z powodu toczącego się w nim konfliktu zbrojnego. Pobyt ze względów humanitarnych jest przyznawany z powodów rodzinnych.

Trochę daleko od „miliona” pani premier. Kropla w morzu. Chciałabym, aby Polska była krajem, w którym społeczeństwo nie daje sobą manipulować, a podpisane przez nas akty prawne są respektowane. Jednak jest, jak jest. Uchodźcy mają rację, omijając Polskę szerokim łukiem.

30 marca 2017

Cierp ciało?

Wierzę w pracę nad sobą. Wiem, że jeżeli człowiek się zaweźmie, to niezależnie od punktu startowego, odmieniając swój sposób myślenia, może poprawić jakość swojego życia. Nie chodzi jednak o to, by sobie w weekend poczytać poradniki i na miesiąc zmienić dietę. To, o czym mówię i piszę, czego doświadczyłam i co dziś przynosi owoce, to regularna, codzienna praktyka. Praca w postaci uważnego obserwowania własnych nawyków i mozolnego ich zmieniania, praca nad tym, jak o sobie i o innych myślę. Praca nad własnym nastawieniem do własnych potrzeb. Praca nad ciałem – w moim przypadku regularnie praktykowana joga i medytacja.

Tak, zgadzam się, jest tego trochę. Jest tego tyle, że aby znaleźć na to czas w moim aktywnym życiu, postanowiłam wcześ­niej wstawać, zrezygnować z kilku (-nastu) zżerających czas i energię, bezproduktywnych aktywności i toksycznawych znajomości. Nie mam czasu na bankiety, ścianki i inne takie. Odmawiam wielu propozycjom zawodowym, które pożarłyby mój czas i energię, w zamian dając tylko kasę, a zero satysfakcji i poczucia sensu.

Nie zawsze tak było, bowiem jako samotna mama, bardzo ceniąca sobie niezależność materialną, przez długie lata pracowałam przede wszystkim dla pieniędzy. Na tamtym etapie najważniejsze było dla mnie wykształcenie córki i zapewnienie jej w miarę komfortowego dzieciństwa.

Fakt, że dziś stać mnie na odmawianie, uważam za jedną z najcenniejszych składowych swojego dorobku. Zrobiłam miejsce dla własnego rozwoju, nadając mu bardzo wysoki priorytet. Lata wysiłku procentują. Są widoczne w stylu życia, jaki prowadzę, na moim koncie bankowym, w projektach biznesowych i artystycznych, które realizuję, a nawet w tym, jak wyglądam. Dobiegając czterdziestego siódmego roku życia, wyglądam bowiem lepiej i zdrowiej niż dziesięć lat temu, gdy zżerała mnie depresja, a każdy dzień był walką o przetrwanie. Nikt za mnie nie wykonał tej roboty. Nikt mnie też nie pilnował, bym się leczyła, zmieniała nawyki i w rezultacie stała się szczęśliwszym człowiekiem.

 

Ostatni rok, choć straszliwie trudny, ponieważ pożegnałam na zawsze mojego Tatę, przyniósł mi także wiele dobrego. Nie przypadkiem, nie na zasadzie „ślepej kurze ziarno”, tylko dlatego, że ciężko nad sobą pracowałam, zaczęły wypalać różne moje wcześniej założone plany i realizować się marzenia. Udało mi się ukończyć kurs dla nauczycieli jogi, a wyjazdy do Azji z grupami kobiet, połączone z moimi warsztatami Miejsce Mocy, stały się dla mnie sposobem na życie. Ziściło się coś, czego bardzo pragnęłam – żyję i pracuję w podróży. Wiem, że moja droga dla wielu kobiet jest w jakimś sensie inspirująca, czytam o tym w mailach, słyszę w rozmowach. Jednak odpalając co rano komputer, czytam także komunikaty, od których włos jeży mi się na głowie. Nie dlatego, że dotykają mnie one osobiście (możecie wierzyć lub nie, po latach bycia obiektem skrajnego hejtu można się znieczulić), ale dlatego, że pokazują, jak wielka jest wśród kobiet w kraju nad Wisłą potrzeba wzajemnego pilnowania się, aby, Boże broń, komuś się nie poprawiło.

Z zegarmistrzowską precyzją oddała to pani J., pisząc na moim profilu: „Pani Paulina była zawsze dla mnie wzorem mądrej i silnej kobiety… Ale gdy zaczęła podróżować, cieszyć się życiem – zmieniłam zdanie”. Cytat dosłowny i tak klarowny, że bardziej się nie da: mądra i silna kobieta to taka, która „wytrzymuje”, mimo że jej życie jest straszne. Gdy zaczyna się nim cieszyć, traci te cechy. Mądra kobieta pokazuje, jak znosić cierpienie. Bowiem, jak wiadomo, cierpieniu nie da się zaradzić. Nie ma wyjścia – cierp ciało, jak ci się kobietą urodzić chciało. Ciekawa logika, muszę przyznać. W dalszej części wpisu tej samej autorki czytamy: „Medytacje i joga nie są dla nas – maluczkich. Nie stać nas na to”. Rozumiem, że wiele osób wyobraża sobie jogę jako luksusowy sport dla bogaczy. Nic bardziej mylnego, zwłaszcza w dobie internetu, w którym roi się od darmowych świetnych kursów. Medytacja zaś jest praktykowana na przykład w najgorszych więzieniach świata przez ludzi pozbawionych absolutnie wszystkiego.

Praca nad sobą i rozwój są równie trudne dla kogoś z zamożnego, uprzywilejowanego świata (czyli dla mnie), jak dla bardzo skromnej osoby z małego miasteczka. Są także równie dostępne. Trzeba mieć motywację i zdać sobie sprawę, że aby zmienić coś, co się kształtowało przez lata, potrzeba… lat. Wchodzisz na ścieżkę czy nie? Oto jest pytanie! I pamiętaj, po drodze spotkasz niejedną panią J., która spróbuje ci wmówić, że kiedy było z tobą gorzej, było lepiej. Odwagi!

Wara od mojej niewiary!

Kerala, południowe Indie. Oddycham swobodniej, ponieważ każda napotkana tu twarz odruchowo się uśmiecha. Taka kultura.

Za mną trudny moment. Przede mną długie układanie się do życia bez ogromnie ważnej osoby. Ostatnie tygodnie wiele mnie nauczyły. Poznałam pięknie okazywaną, dyskretną ludzką dobroć i zderzyłam się z trudnym do ogarnięcia okrucieństwem oraz świństwem. W dziedzinie hejtu zaobserwowałam pewien nowy trend, mianowicie rozliczanie osób niewierzących z ich udziału w uroczystościach i świętach o charakterze religijnym.

Wśród okrutnych, złośliwych i nieodmiennie chamskich komentarzy, które skasowałam z mojego Facebooka w dniach bezpośrednio po śmierci mojego Taty, niemało było takich, których autorzy zadawali mi wprost pytanie, czy jako ateistka w ogóle wybieram się na jego pogrzeb! Jakaś pani, ukrywająca się pod ni­ckiem „kotka trzpiotka”, stwierdziła, że ma nadzieję nie zobaczyć mnie w kościele, ponieważ byłaby to z mojej strony hipokryzja. Jakiś koleś stwierdził, że skoro jednak byłam w kościele i w uroczystościach pogrzebowych udział brałam, to znaczy, że jak trwoga, to do Boga. Jak się to ma do nauczania Franciszka? To wasz przywódca duchowy, więc mi odpowiedzcie. Jak się to ma do nauczania Jezusa, który kazał pocieszać cierpiących? Bo strata bliskiej osoby to jest cierpienie, jakbyście nie wiedzieli. A kopów, złośliwości i uszczypliwości zebrałam od tak zwanych dobrych chrześcijan tyle, że nawet gdybym była wierząca, tobym niechybnie zwątpiła.

Ale nie tylko w hejcie pojawiła się moda na rozliczanie z życia duchowego. Oto dziennikarka kolorowej gazety umawia się ze mną na wywiad i pyta, czy jako osoba niewierząca zamierzam zasiąść z bliskimi do świątecznego śniadania. Hę? Zawiesza wzrok, zadowolona, że takie podchwytliwe sobie wykminiła pytanko. Dopadła mnie! Już miałam ochotę odpalić, że nie, ponieważ w tym czasie będę odprawiać w garażu czarną mszę. Ukatrupię równie czarnego koguta sąsiadów, odgryzając mu łeb, aby potem obryzgać jego krwią świąteczny stół, biegając wokół niego naga i wrzeszcząc dziko, że jestem feministką. Ale się powstrzymałam i tylko uprzejmie zapytałam, o co właściwie chodzi z tym rozliczaniem niewierzących z liczby spożytych podczas Wielkanocy jajek. Przecież każde święta oprócz wymiaru religijnego mają jeszcze ten społeczny i rodzinny. Ich piękna powtarzalność daje nam poczucie ciągłości i łączności z przodkami, a fakt spożywania tych samych potraw co oni kiedyś, dawniej, daje poczucie ciągłości i przynależności do naszej kultury. Poza tym, do cholery ciężkiej, mam w rodzinie osoby wierzące, którym zależy na mojej obecności i z którymi ja także chcę się spotkać w ważnym momencie. Także nad urną z prochami ojca. To może być trudne do pojęcia dla hejterów i niektórych media workerów z kolorowych gazet i portali plotkarskich, ale znani ludzie, pogardliwie przez nich zwani celebrytami, mają ludzkie uczucia. Mają rodziny, które kochają. Cierpią, kiedy tracą kogoś bliskiego. I przeżywają przykre emocje, kiedy włazi się z buciorami w ich dusze.

Jestem z grupą w Indiach – kraju ludzi niesamowicie religijnych. Dom, w którym mieszkamy, należy do hinduistów, ale z uwagi na szacunek dla wiary gości nie brak tu świętych katolickich obrazów z Matką Boską i Ostatnią Wieczerzą. Jest też wielki muzułmański półksiężyc na ścianie. Na półkach znajdziemy zarówno Bhagawadgitę, Biblię, jak i Koran. Obok siebie. Nasz nauczyciel jogi modli się przed sesją w sanskrycie, my się skupiamy albo modlimy po swojemu. Nikt tu nikogo z niczego nie rozlicza.

Jako ateistka wzięłam udział w niezliczonych obrzędach religijnych na całym świecie. I zamierzam nadal to robić. Może nawet się nawrócę, kto wie? Ale to nie jest wasza sprawa. Nie wasza.

Felieton powstał pierwotnie dla Onet.pl

Dziewczyny toksyny

Już zasypiałam po długim, pracowitym dniu. Była pewnie dwudziesta trzecia. Cieszyłam się, że nareszcie udało mi się wcześniej położyć. Z tej błogości wyrwał mnie dzwonek telefonu. Dawno niewidziana koleżanka. Nie odebrałam. Drugi dzwonek. Wreszcie SMS: „Proszę, odezwij się, to ważne!”. Ze spania nici.

Zapaliłam światło, oddzwoniłam.

Po drugiej stronie zaaferowany głos odezwał się w słowach następujących:

– Przepraszam, kochana, że o takiej porze, ale wiesz… nie mogłam, no po prostu nie mogłam nie zadzwonić! Chcę ci powiedzieć, muszę ci powiedzieć, że jestem z tobą! Nie daj się! Ja w to wszystko nie wierzę. Nikt normalny nie wierzy. To jest świństwo, ohyda! Jak tak w ogóle można? Ale ty się, kochana, nie przejmuj! Luz! Po prostu to olewaj…

Tu udało mi się wstrzelić w monolog koleżanki i szybko zapytać zaspanym głosem:

– Ale o co chodzi?

Czy muszę dodawać, że przez głowę zdążyły mi przelecieć najbardziej szalone scenariusze – z moim nazwiskiem na pierwszych stronach brukowców w roli głównej? Serce podskoczyło mi do gardła, nadnercza pracowały pełną parą, a ręka odruchowo zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu papierosów.

– No jak to? Ja przecież czytam te wszystkie hejty o tobie pod twoim ostatnim tekstem w internecie! Wiesz, co ci ludzie tam wypisują? To jest straszne! Ja ci tak współczuję, ja jestem z tobą, kochana!

W tym momencie kazałam jej przestać i w krótkich, żołnierskich słowach wyjaśniłam, że nie jestem zainteresowana wysłuchiwaniem w środku nocy pokrętnych, intryganckich bzdur. Pokrętnych i intryganckich, bo wywołujących niepokój pod płaszczykiem troski.

– Jak masz problem z hejtami, to ich nie czytaj – poradziłam. – I nie wydzwaniaj do mnie po nocy, skoro tak się o mnie troszczysz, toksyczna babo!

Następnie zablokowałam numer delikwentki i wywaliłam ją z grona znajomych na Facebooku. Wzięłam kilkanaście głębokich oddechów, błogosławiąc nabyte w Indiach umiejętności z zakresu pranayamy (kontrola oddechu, której skutkiem jest, między innymi, głębokie odprężenie organizmu), i nareszcie poszłam spać.

Obudziłam się z poczuciem, że zrobiłam dla siebie coś dobrego. Zatroszczyłam się, zadbałam o swoje granice. Obroniłam samą siebie przed agresją niezrównoważonej osoby. Kiedyś, zanim nie wykonałam pracy nad poczuciem własnej wartości oraz nad swoim prawem do stawiania granic i powstrzymywania innych przed włażeniem mi na głowę, miałabym w takiej chwili najwyżej poczucie winy. Dziś jest to poczucie satysfakcji.

Innej nocy osoba, z którą planowałam współpracę, wysłała mi długą, pokrętną i zawiłą wiadomość, informując mnie, że ma w stosunku do naszego przedsięwzięcia poważne wątpliwości, a także liczne uwagi dotyczące mnie samej. W związku z tym za jakiś (bliżej nieokreślony) czas, kiedy znajdzie chwilę, być może usiądzie i spisze w punktach swoje zarzuty, abym mogła wyciągnąć z nich cenną lekcję, gdyż zależy jej na moim dobru (!). Żadnych konkretów, tylko ich zapowiedź, żebym się trochę pomęczyła, zachodząc w głowę, o co też może jej ­chodzić.

Znacie z dzieciństwa akcje typu „porozmawiamy później”? To jedna z najbardziej toksycznych zagrywek stosowanych względem dzieci i radośnie przenoszona potem w świat doros­łych. Kiedyś zagryzałabym się całymi dniami, w męczarniach dociekając, o co też może kobiecie chodzić. Co zawaliłam, w czym zawiodłam? Dziś nie jestem już ciekawa podanych w takim stylu „informacji zwrotnych”. Jeżeli ktoś nie potrafi jasno i wprost sformułować, o co ma do mnie pretensje albo jakie sugeruje mi zmiany, niech spada. Domyślacie się, co odpisałam niedoszłej partnerce w biznesie? „Uwagi i sugestie przyjmuję wprost. Nie zamierzam czekać na twój wyrok, toksyczna babo. Dziękuję za współpracę”. A potem wykonałam kilkanaście głębokich wdechów i poszłam spać. Obudziłam się z poczuciem, że postąpiłam wobec siebie jak kochająca, mądra przyjaciółka. Kiedyś zjadłoby mnie poczucie winy.

Grubo! – powiecie. No tak, owszem, grubo. Czasem trzeba grubo. Ale czy znajoma albo ktoś, z kim pracujesz, pozwalający sobie na burzenie twojego spokoju, wywalający ci w środku nocy łóżko do góry nogami w ramach rozładowywania własnych negatywnych emocji nie działa grubo? Czy ktoś, kto spieszy „uprzejmie ci donieść” o tym, że X i Y źle o tobie mówią lub piszą, nieważne – w realu czy w wirtualu, nie działa grubo? Czy ktoś, kto zapowiada, że kiedy będzie miał humor i czas, da ci ważną negatywną informację zwrotną, skazując cię na gubienie się w domysłach, nie działa grubo?

Broń się, dziewczyno, przed toksyną!

PS I sama nią nie bądź!