Moja lewa joga

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Moja lewa joga
Moja lewa joga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,30  59,44 
Moja lewa joga
Audio
Moja lewa joga
Audiobook
Czyta Paulina Młynarska
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Paulina Młynarska-Moritz, 2021

Projekt okładki

Dorota Janicka

Zdjęcie na okładce

archiwum autorki

Zdjęcia w książce pochodzą

z prywatnego archiwum autorki

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-847-7

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkim tym, dla których mata do jogi

bywa tratwą ratunkową

Zajebie mnie ten rozwój osobisty.

Małgorzata Halber, Bohater1

1 Bohatera – skrzyżowanie ziemniaka z mrówkojadem – wymyśliła Małgorzata Halber.


Rzeka

I niech łączą się zbocza bezlitosnych wąwozów,

Bo cóż drąży kształt przyszłych przestrzeni,

Jak nie rzeka podziemna?

Groty w skałach wypłucze,

Żyły złote odkryje –

Bo źródło,

Bo źródło

Wciąż bije.

Jacek Kaczmarski, Źródło


W swej pierwotnej postaci rzeka, która w nas wpływa, nie jest zatruta; to my ją zatruwamy. Rzeka nie wysycha sama; to my blokujemy jej nurt. Jeśli chcemy przywrócić jej wolność, to musimy uwolnić wyobraźnię, pozwolić jej płynąć nieskrępowanym potokiem, przyjmować z niej wszystko, niczego nie cenzurować. Istotę twórczego życia tworzy boski paradoks. By tworzyć, trzeba czasem znieruchomieć jak kamień, usiąść na ośle i rzucać rubiny z ust. Wówczas rzeka zacznie płynąć, a my staniemy w jej strumieniu z rozpostartymi spódnicami, przyjmując wszystko, co na nas spływa. Zacznij. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbieraj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje – to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie.

Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami

Chcesz pogadać o jodze? To przestańmy wreszcie zajmować się siłą mięśni i elastycznością ścięgien. Tym, czy umiesz i jak umiesz wykonać takie czy inne ćwiczenie fizyczne. Rzućmy w kąt markową matę, modne ciuchy, mandale, kadzidełka i puste gesty, wyświechtane słowa i mantry, których znaczenia nie rozumiesz. Zapomnijmy o tym!

Im bardziej popularna staje się joga na Zachodzie, tym mniej ma z jogą wspólnego. Każda szanująca się celebrytka na usługach narcystycznej kultury, w której żyjemy, uważa dziś za swój obowiązek fotografować się podczas „ćwiczenia jogi” albo w pozycji medytacyjnej, dokładając do tego jakiś wyświechtany cytat lub własne przemyślenia o dobrych wibracjach i powracającej karmie.

To bardzo smutne, ale joga, która w założeniu jest ścieżką do siebie, cudownym zestawem narzędzi służących do otwierania głów i serc, z roku na rok staje się jeszcze jedną maszynką do zarabiania pieniędzy, modą, fasadą – a często niestety także wylęgarnią niebezpiecznych, urągających nauce i zdrowemu rozsądkowi bzdur.

International Yoga Federation szacuje, że na świecie jogę praktykuje około trzystu milionów ludzi. To nie tylko ogromny rynek, który można bez końca zalewać nowymi produktami, ale i wielka grupa wpływu. Siadając na macie albo zapisując się do poświęconej jodze grupy dyskusyjnej w mediach społecznościowych, rzadko myślimy o tym, że stajemy się celem agresywnego marketingu. I nie mam tu na myśli tylko wciskania nam wszystkiego, co można przyozdobić jakimś hinduistycznym symbolem – od gaci po butelkę na wodę. Jogiczna społeczność w sieci to dziś także miejsce, w którym z ogromnym powodzeniem kwitną szalone teorie spiskowe i uprawiana jest agresywna polityka, czyniąca z naiwnych poszukiwaczek i poszukiwaczy „pozytywnych wibracji” bandę użytecznych idiotek i idiotów, niosących w świat treści zatrważająco podobne do tych, które znajdziemy w skrajnie prawicowych zakątkach internetu, tyle że inaczej opakowane.

Zanim wybuchła pandemia koronawirusa, sądziłam, że najgorszym, co mogło przytrafić się jodze, jest jej skomercjalizowanie i sprowadzenie do ćwiczeń fizycznych. Dziś już tak nie myślę. Sądzę, że jodze grozi kompromitacja związana z postępującym dyletantyzmem rzesz adeptów i adeptek kroczących pod jej sztandarami.


Ilość antynaukowych, antyszczepionkowych, rasistowskich, a zwłaszcza islamofobicznych głupot, powielana bezrefleksyjnie w internetowych grupach poświęconych jodze i rozwojowi duchowemu, poraża. Podobnie jak niekończące się nawoływania do nienoszenia maseczek. Jakże kruche musi być poczucie wewnętrznej wolności części „jogiń i joginów”, skoro czują się oni aż tak zniewoleni, tylko dlatego że przez jakiś czas muszą przeżywać tę – umówmy się, nie aż tak straszną – niedogodność. W dodatku po to, aby chronić życie swoje i innych. W porównaniu z tym fiksacja na punkcie ćwiczeń i pięknego ciała wydaje się czymś zupełnie niewinnym, może nawet fazą rozwojową, której nie sposób uniknąć!

Ja pokochałam jogę za jej otwartość. Za to, że jest spójnym systemem poznawania i doskonalenia siebie. Za to, że daje narzędzia, by radzić sobie z nieuniknionym w życiu cierpieniem, by rozpoznawać swoją wewnętrzną prawdę. Za to, że uczy, jak znajdować oparcie w sobie, jak nie rozmieniać swej wewnętrznej spójności i wolności na błyskotki, na które łase jest ludzkie ego. Jak to ego trzymać w ryzach i pogonić do pracy na rzecz tego, co w życiu wartościowe. I jak te wartościowe rzeczy rozpoznać oraz kultywować.

Ludzie, od których miałam zaszczyt się uczyć, właśnie tak postrzegali jogiczną pracę nad sobą. Dlatego jeśli chcesz ze mną pogadać o jodze, musisz wiedzieć, że to nie będzie rozmowa lekka, łatwa i przyjemna.

Usiądźmy nad twoją rzeką podziemną. Zejdźmy nad ciemne parujące rozlewiska. Patrzmy w nie, wsłuchajmy się. Stańmy na klifie, który niebezpiecznie podmywa niestrudzona wężowa fala. Może spadniemy? Sztachnijmy się rybim zapachem zagłębień twojej skóry, czekającej na kochający dotyk. Wejdźmy w cień i usiądźmy do plemiennej narady w kręgu z demonami. Patrzmy z nimi długo w ogień. Opłaczmy krzywdy. Poczujmy ból, żal, złość i pozwólmy im odejść. Oczyśćmy rany. Obmyjmy je, wyliżmy, natrzyjmy pajęczyną i popiołem, aż całkiem się wygoją. Napijmy się z rzeki, aż w pełni ugasimy pragnienie. Posiedźmy w kucki nad ogniem albo przy kamieniu. Wydychajmy długo czarny dym z naszych płuc, aż zostaną one oczyszczone. Sprawmy sobie czółno i opuśćmy je prosto w nurt. Wyrzućmy za burtę wychowanie, przekonania, ambicje, marzenia i tytuły. Niech odpłyną. Wiosłujmy tak długo, aż spuchną nam ramiona i dłonie. Jeśli będziemy wytrwali i nieustępliwi – przeprawimy się.

Chcesz pogadać o jodze? Nie o gimnastyce czy insta-mistyce – tylko o jodze jako ścieżce rozwoju i wolności? To musisz liczyć się z tym, że to nie będzie łatwa rozmowa. Usłyszysz i powiesz rzeczy, które ci się nie spodobają. Joga nie jest bowiem o tym, czy masz giętkie, sprawne ciało. Nie jest też o tym, czy masz uśmiech na twarzy i wyuczony przyjazny stosunek do świata. Joga nie jest kolejnym ładnym ubrankiem, w które wystroisz się na rewię do kościółka Ery Wodnika. Nie jest szmatką do polerowania twojego ego. Nie jest sposobem na relaks, zdrowym stylem życia ani metodą na zwalczenie cellulitu, niechęci do teściowej, nudy czy braku pomysłu na siebie.


Joga jest ustaniem poruszeń umysłu.

(Patandźali, Jogasutry)

Jest stanem, w którym żadne zewnętrzne praktyki, ćwiczenia, oddechy, medytacje nie są nam w ogóle potrzebne. Dlatego lepiej się do nich nie przywiązywać. To paradoks – niejedyny w praktyce jogi, ale fundamentalny. Praktyka ma nas uwolnić od… praktyki. Mówiąc kolokwialnie: ma nam pozwolić „wrzucić na luz”, żebyśmy mogli cieszyć się życiem takim, jakie jest. Joga ma nas wywikłać. Nie wkręcać w kolejną grę iluzji i zaprzeczeń.

Na różnych polach i każdy w swoim stylu, wszyscy jesteśmy trochę jak nałogowi palacze, którzy pozbywając się pewnego dnia papierosów ze swego życia, stają się strażnikami czystego powietrza i upierdliwymi aktywistami antynikotynowymi. Popadamy z jednego dramatu w drugi, nieustannie starając się nadążyć za małpką skaczącą w naszych głowach. Z gałęzi na gałąź, z przeszłości w przyszłość, ze zmartwienia w zmartwienie, z lęku w lęk, z planu w plan, z akcji w reakcję. Często bez ładu i składu, od emocji do emocji, kierując się nieuświadomionymi motywacjami.

Joga to stan, w którym możliwe jest osiągnięcie chwili wytchnienia od nieustannej aktywności naszego „małpiego” umysłu i złapania kontaktu z tym, co w nas spokojne, ciche i wolne od lęku.

Co to ma wspólnego z rzeką podziemną, od której zaczęłam ten rozdział? Tak nazywam nurt, który niesie nieuświadomione treści naszej psychiki. To właśnie nad brzegiem naszej wewnętrznej, podziemnej, nieuświadomionej rzeki, w jej głębinach rozgrywa się nasza tajemna historia. Trzeba się w nią zanurzyć, aby się dowiedzieć, co tak naprawdę jest grane.

 

Jeśli chcemy uspokoić umysł, żeby przestał szaleć i reagować na każdą pozbawioną znaczenia bzdurę, musimy się dowiedzieć, kim naprawdę jesteśmy. Poznać siebie, czyli zgłębić mity, legendy i prawa, które doprowadziły nas do szaleństwa. Opowie nam o nich ciało, wyszepcze oddech, wypromieniuje cisza.

„Ciało opowie”? Co to znowu za nawiedzone głupoty? – zapytasz pewnie. A przecież za każdym razem kiedy doświadczamy silnych emocji, zwłaszcza stresu, ciało reaguje i zapisuje te reakcje w tkankach. Pamięta. Niektóre z naszych ciężkich przeżyć są tak stare, że po prostu nie ma słów, by o nich opowiedzieć. Niekiedy są też tak bolesne, że nawet będąc w wieloletniej psychoterapii, trzymamy je poza nią. Tak właśnie było ze mną.

Swoją tajemną historię odtwarzałam mozolnie przez lata psychoanalizy i innych form pracy terapeutycznej. Dowiedziałam się o sobie rzeczy pięknych i strasznych. Odzyskując ogromną część zapomnianej opowieści o swoim życiu, nauczyłam się rozumieć, dlaczego czasem bez wyraźnego powodu wpadam w panikę albo reaguję złością i rozpaczą na pewien typ ludzkich zachowań. Dowiedziałam się, gdzie jest źródło potwornego zmęczenia, którego często doświadczam, i jakich sytuacji powinnam unikać.

To już było bardzo wiele: zajrzałam w nurt swojej podziemnej rzeki. A jednak dopiero kiedy w praktyce jogicznej zaangażowałam do pracy ciało i oddech, puścił lód, w którym przechowywałam największą zgrozę. Traumy, o których – mimo zaangażowania i talentu moich terapeutek i terapeutów – nie potrafiłam słowami opowiedzieć nawet samej sobie. Historię o przemocy i molestowaniu seksualnym, która była moim udziałem we wczesnym dzieciństwie, a potem w wieku dojrzewania. Historię zmowy, która miała strzec mojego zapomnienia. Historię zdrady i potwornego bólu.

Rozpuszczanie lodu pokrywającego moją wewnętrzną rzekę trwało lata i polegało na regularnym, codziennym ćwiczeniu w pełnym skupieniu na macie, na świadomym oddychaniu i… na czekaniu w ciszy na to, aż COŚ usłyszę. Pracując z własnym ciałem, poznając je dobrze i wzmacniając, stworzyłam silny, bezpieczny schron w sobie samej. Tam mogłam sobie wszystko bezpiecznie przypomnieć, odpłakać, ukoić. A kiedy już ustał mój wewnętrzny szloch, mogłam nareszcie usłyszeć ciszę i przyjąć do wiadomości, że to na nią przez cały ten czas „siedzenia w ciszy” czekałam.


W krótkich, a czasem nieco dłuższych chwilach, kiedy doświadczam prawdziwej wewnętrznej ciszy, kiedy przestają mieć na mnie wpływ dramaty, gry i zabawy nieustannie kreowane przez umysł, doświadczam poczucia, że JESTEM. Niepotrzebne mi do tego żadne zewnętrzne imię, nazwisko, przynależność do jakiejś grupy czy narodowości, praca, wygląd, więzi, posiadanie czegokolwiek. Nic nie musi mnie określać, nic nie musi się dziać albo nie dziać. Moja wewnętrzna rzeczywistość JEST. Nie potrzebuje żadnych narracji ani form, by się przejawiać. Jestem i już! Zrelaksowana i szczęśliwa z tym, co mam i czego mi brak. Spokojnie reagująca na zdarzenia życia – z nadziejami, ale bez oczekiwań. W dobrym humorze.

Czy to znaczy, że unoszę się stale metr nad ziemią, nie odczuwam lęku, złości albo zniechęcenia? Oczywiście, że nie. Odczuwam zimno, miewam kaca, kiedy przesadzę z winem do kolacji, i szlag mnie trafia, gdy patrzę na polityków. Praktyka jogi nie ma na celu uczynienia z człowieka natchnionego elfa, odklejonego od rzeczywistości. Żyjemy w ciałach wyposażonych w układ nerwowy, odczuwamy emocje. Jesteśmy zanurzeni w kulturze i proponowanych przez nią narracjach. Borykamy się z nią, czasem działamy automatycznie i głupio. Jednak będąc w praktyce jogi, stajemy się bardziej świadomi. Elastyczne staje się nie tylko nasze ciało, ale i psychika. Możemy nazwać, co czujemy, uznać, przeżyć i odpuścić. Potem zaś wrócić do CISZY i znowu, zawsze od nowa, odczuć włas­ne bezwarunkowe istnienie.

W tej książce znajdziesz podstawowe informacje i przemyślenia, które składają się na mój sposób wprowadzania słuchaczy i słuchaczek w praktykę jogi. Nie traktuj jej jednak, proszę, jako podręcznika ani (Bogini, broń!) wyroczni w żadnej z poruszanych tutaj kwestii. Joga to ogromne stare drzewo, którego korzenie wyrastają z Wed2 i które rozrasta się nieustannie od kilku tysięcy lat.

Każdy i każda z nas – nauczycieli i nauczycielek jogi, jeśli tylko trzyma się kanonu, czyli szanuje i wprowadza w życie to, czego uczą nas Jogasutry3, jest niczym listek czy też gałązka wypuszczana w jego gigantycznej koronie.

Choć wszyscy należymy do tego samego organizmu, pełnimy w nim jednak różne funkcje i przyjmujemy odmienne perspektywy. Fanatyzm, sekciarstwo i fundamentalizm nie mają nic wspólnego z prawdziwą jogą, choć niestety nader często występują pod jej przebraniem.

Najczęściej jednak powierzchownie i komercyjnie rozumiana „joga” jest po prostu kolejnym aroganckim przywłaszczeniem kulturowym4, czyli przyjęciem narzędzi, wizerunków i symboli, które należą do kultury innej niż nasza własna – często po to, by czerpać z tego zysk.

Czy zakładając kupiony pod wpływem „joginki” naszyjnik (malę modlitewną), złożony ze stu ośmiu koralików, wiesz przynajmniej, co on symbolizuje? Czy wie to owa „joginka”? Czy robiąc sobie tatuaż z symbolem ॐ5, jantrą6, mandalą7, wiesz, co tak naprawdę zapisujesz na swoim ciele i umyśle? Czy intonując mantrę8, rozumiesz jej treść i przypisane do niej działanie? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to znaczy, że bierzesz udział w teatrzyku opartym na idei przywłaszczenia kulturowego. Śmiem twierdzić, że jest to jeden z głównych grzechów zachodniej społeczności jogicznej.

Chciałabym, aby ten tekst, będący w dużej części zapisem treści części teoretycznej moich warsztatów Miejsce Mocy, stanowił po prostu punkt wyjścia do waszych własnych poszukiwań. Ale dlaczego „lewa joga”? – zapytasz. Ponieważ, jak wszystko na świecie, joga także ma swoje implikacje polityczne. Po pierwsze, dlatego że niesie przesłanie równości, wewnętrznej wolności i empatii. Po drugie, ponieważ od kilku dekad jest pożerana przez wielki biznes, wykrzywiana i używana jako narzędzie do czerpania ogromnych zysków w bardzo nieetyczny sposób. Tak, twoja ulubiona markowa mata, na której oddajesz się medytacjom nad dobrocią własnego serca, oraz legginsy do ćwiczeń z najnowszej kolekcji znanej projektantki, z których tak się cieszysz, z dużym prawdopodobieństwem zostały wyprodukowane w skrajnie nieetycznych warunkach. Być może nawet w „ukochanych Indiach”. Po trzecie zaś, skoro już jesteśmy przy Indiach, obecnie realizowana tam obsesyjnie prohinduistyczna polityka znajduje swoje odzwierciedlenie w tysiącach pozornie uduchowionych, a tak naprawdę skrajnie politycznych nauk rozmaitych popularnych na Zachodzie „guru”. Wystarczy bowiem, że ktoś odpowiednio wygląda i powołuje się na święte pisma, powtarzając co drugie zdanie oklepane komunały o „rozwoju duchowym”, by joginki i jogini z Zachodu rzucili się go udostępniać, kompletnie nieświadomi, że oto szerzą antyislamskie obsesje rozdzierające obecne Indie.

Książka Moja lewa joga to także próba zajrzenia pod podszewkę wszystkiego, czym bywa dziś praktyka jogi, a także związana z nią moda. Wywrócenie na lewą stronę tego ślicznego ubranka, w które tak chętnie się stroimy pod pretekstem praktykowania jogi, nie rozumiejąc, że tak naprawdę właśnie w ten sposób się od niej ­oddalamy.

2 Wedy – święte księgi hinduizmu, najstarsza grupa religijnych tekstów sans­kryckich, które stanowiły całość ówczesnej wiedzy człowieka o świecie ludzi i bogów; antologia tekstów z różnych okresów o różnej tematyce, budowie i przeznaczeniu. Objętością Wedy sześciokrotnie przekraczają ­Biblię.

3 Jogasutry – najstarszy traktat klasycznej jogi indyjskiej (jogadarśany) w formie 195 zwięzłych aforyzmów (sutr), obejmujący w czterech rozdziałach lub księgach (pāda) nauczanie jogicznych praktyk prowadzących do oświecenia. Według indyjskiej tradycji autorem Jogasutr jest starożytny indyjski mędrzec Ryszi Patandźali. Traktat ten jest wykorzystywany w nauczaniu większości odmian jogi.

4 Przywłaszczenie kulturowe to przyjęcie elementu lub elementów jednej kultury lub tożsamości przez członków innej kultury lub tożsamości. Może to być kontrowersyjne, gdy członkowie dominującej kultury wywodzą się z kultur mniejszości znajdujących się w niekorzystnej sytuacji. Zdaniem krytyków tej praktyki przywłaszczenie kulturowe różni się od akulturacji, asymilacji czy równej wymiany kulturowej tym, że jest to forma kolonializmu. Kiedy elementy kultury są kopiowane z kultury mniejszości przez członków kultury dominującej, a elementy te są używane poza ich pierwotnym kontekstem kulturowym – czasami nawet wbrew wyraźnie wyrażonym życzeniom członków kultury, z której pochodzą – jest to kulturowe zawłaszczenie. Przywłaszczenie kulturowe jest uważane za szkodliwe przez różne grupy i osoby, w tym rdzenną ludność pracującą na rzecz ochrony kultury, tych, którzy opowiadają się za zbiorowymi prawami własności intelektualnej kultur pochodzenia, mniejszości, oraz tych, którzy żyli lub żyją pod rządami kolonialnymi. Przywłaszczenie kulturowe może obejmować wykorzystywanie tradycji religijnych i kulturowych innej kultury, mody, symboli, języka i muzyki. Ci, którzy postrzegają to zawłaszczanie jako wyzysk, twierdzą, że elementy kulturowe są tracone lub zniekształcane, gdy są usuwane z ich pierwotnych kontekstów kulturowych, i że takie przejawy są lekceważące, a nawet stanowią formę profanacji. Elementy kulturowe, które mogą mieć głębokie znaczenie dla oryginalnej kultury, mogą zostać zredukowane do „egzotycznej” mody lub zabawek przez osoby z kultury dominującej. Zob. https://pl.qaz.wiki/wiki/Cultural_appropriation.

5 Om – najświętsza sylaba hinduizmu. Dźwięk omkara występujący w Wedach jest pierwotnym hymnem. Om to sylaba-nasienie, postrzegana jako dźwięk powstania wszechświata. Ta transcendentalna wibracja jest uważana za identyczną z osobą absolutnego Wisznu. Na niej opierają się wszystkie hymny wedyjskie.

6 Jantra – termin sanskrycki; w znaczeniu dosłownym oznacza instrument, maszynę bądź warsztat, w szczególności warsztat tkacki. Rytualny diagramami znak graficzny rozpowszechniony i w hinduizmie, i tantryzmie, służący do medytacji i spełniający funkcje inicjacyjne.

7 Mandala – motyw artystyczny występujący głównie w sztuce buddyzmu tantrycznego, gdzie jego tworzenie, a następnie niszczenie – jako droga transformacji praktykującego – jest uważane za rodzaj medytacji i ma duże znaczenie religijne.

8 Mantra – w buddyzmie, hinduizmie i ezoteryce formuła, werset lub sylaba, która jest elementem praktyki duchowej.


Dobry i zły ból, czyli rzecz o nauczycielach

Na temat jogi powstało – i nadal powstaje – nieskończenie wiele wartościowych, wspaniałych książek, blogów i artykułów. Niemal każde z pojęć zawartych w przypisach do treści niniejszej książki jest obiektem odrębnych studiów zarówno w szkołach jogicznych, aśramach9, jak i na uniwersytetach. Dyskusja tocząca się wokół jogi jest pasjonująca, gorąco więc zachęcam do zanurzenia się w nią i wyrobienia sobie własnego zdania. Ja podzielę się swoim skromnym kawałkiem.

Kiedy omawialiśmy w wydawnictwie pomysł na tę książkę, mój redaktor Michał Nalewski powiedział: „Napisz o jodze dla takich jak ja. Dla tych, którzy ciągle coś tam o jodze słyszą z różnych stron i czasem nawet czują się zaciekawieni, ale tak naprawdę nie wiedzą, jak się do tego zabrać, dokąd się zgłosić ani czego oczekiwać”. Zrozumiałam od razu. Sama byłam kimś takim, zanim cudem tysiąca zbiegów okoliczności trafiłam na matę w studiu mojego mistrza. Przy czym od razu zaznaczam: ja żadną mistrzynią nie jestem. Moje podejście do praktyki jest mocno naznaczone wcześniejszym doświadczeniem długoletniej psychoterapii i przez to może się znacznie różnić od tego, z czym spotkacie się w wielu salach ćwiczeń.

 

Piszę dla ciebie, ale i dla siebie – z czasów sprzed praktyki, sprzed pandemii, sprzed diagnozy, która pod koniec 2020 roku pozytywnie przewróciła moje życie i zmieniła ciało. Odpalam stare foldery ze zdjęciami sprzed lat przechowywane na dysku. Kogo widzę? Kobietę, która wygląda młodziej niż ta w lustrze, ale nie jest szczęśliwa. Na mojej twarzy widać napięcie i maskowany makijażem cień przygnębienia.

Ostatnie lata przed czterdziestką były dla mnie trudne. Wiele o tym pisałam w swoich poprzednich książkach, więc nie będę się powtarzać. Powiem tylko, ponieważ to akurat kluczowa sprawa, że poza powracającymi stanami depresyjnymi, atakami paniki, bezsennością i poczuciem wewnętrznego zaszczucia odczuwałam wówczas nieustanny ból w ciele. Jak nie dolny odcinek kręgosłupa, to górny. Jak nie kolana, to biodra. Jak nie migrena, to brzuch. Ból nieustannie wędrował po moim organizmie, niemal nigdy nie dając o sobie zapomnieć.

Jak chyba każda żyjąca z bólem osoba, od czasu do czasu zawieszałam wzrok na artykułach i programach poświęconych uśmierzaniu dolegliwości. Niekiedy przewijał się w nich temat jogi. Że to ćwiczenia, które rozluźniają i uspokajają, że warto spróbować. Było to na długo, zanim pojawiły się w naszym życiu media społecznościowe, a wraz z nimi plejada gwiazd i gwiazdek wyginających swoje ciała w śmiałych pozach i kusych majtaskach. Mimo to wybranie się do sali, w której ćwiczy czy też „praktykuje się” JOOOOOGĘ, i tak wymagało ode mnie przełamania potężnej bariery onieśmielenia. Najbardziej własną niewiedzą na temat tego, co mnie tam właściwie czeka. A czekała niespodzianka w postaci srogiego instruktora, który prężąc wypracowane muskuły, wymagał, by taka początkująca pokraka jak ja ustała na ringu (to określenie niestety pasuje tu lepiej niż „mata do jogi”) przez ileś tam minut w pozycji wojownika, walcząc (sic!) z mdłościami z wysiłku i poczuciem, że jest kompletnie do niczego.

Do dziś mam awersję do „wojowników”10 na zajęciach. Względnie zamiast gniewnego jogina spotykałam w salach ćwiczeń joginię, która wykonywała przed kompletnie załamaną własną niemocą publiką serię figur akrobatycznych oraz żabich rozpłaszczeń na macie, zwieńczonych zachwyconym sobą samą uśmiechem i egzotycznie brzmiącym słowem: „namaste”. Trafiła się też instruktorka fitness, która w ramach „jogi” wykonywała przed zdumioną grupą dziwaczne skoki z półobrotem i wyrzucając ramiona wysoko w górę, krzyczała ni to do nas, ni do siebie: „Ciąg! Ciąg! Poczuj swoje maksimum i ciąg!!!”. Nie żebym była jakąś purystką językową, ale to przypominało bardziej kabaret niż jogę.

Długo nie miałam szczęścia do nauczycieli i nauczycielek, którzy zachęciliby mnie do praktyki, zamiast od niej odstraszać. Kiedy – już jako zawodowa nauczycielka jogi – opisałam swoje wspomnienia na Facebooku, okazało się jednak, że nie powinnam narzekać, jeżeli bowiem zdecydowanie nie miałam farta, to przynajmniej nie miałam pecha!

Z wpisów, które zalały wtedy mój profil, wyłonił się bardzo niepokojący obraz tego, co często działo się (i niestety dzieje się nadal) w wielu szkołach jogi. Poprawianie i dociskanie na siłę, stawanie na ludziach (!), wyśmiewanie, ocenianie, zakaz śmiania się, dotykanie bez pozwolenia lub w dwuznaczny sposób, zimą zmuszanie do ćwiczenia przy szeroko otwartych oknach albo – dla odmiany – w przegrzanych i niewietrzonych pomieszczeniach, zagrzewanie do „walki”, rzucanie wyzwań („dajesz, jedziesz, jak to nie dasz rady?”), wyśmiewanie nadwagi i w ogóle body shaming11. A ponad wszystko – NIEWYJAŚNIANIE, czym jest joga i czemu to wszystko ma właściwie służyć.

Te same opisy dziwnych, niejednokrotnie przemocowych zachowań ze strony osób uczących jogi powtarzają się na moich spotkaniach autorskich. O tym, że raczej nie ma w nich przesady, świadczy cała masa (niestety) agresywnych i pełnych pogardy wiadomości oraz komentarzy, które nagminnie wysyłają do mnie niektórzy… instruktorzy jogi, kiedy poruszam w mediach społecznościowych temat nadużyć występujących w tym środowisku. Powiem to od razu i miejmy to z głowy: patriarchalny, przesycony przemocą i do bólu hierarchiczny polski system edukacyjny dopada nas niezależnie od tego, czy uczymy się języka obcego, jogi, czy czegokolwiek innego. I dotyczy to zwłaszcza starszych pokoleń.

Na szczęście świadomość rośnie, o czym także słyszę od wielu moich słuchaczek i słuchaczy uczęszczających na co dzień do miejsc, w których uczą wspaniałe, kompetentne i pełne oddania osoby. Ogólnoświatowy ruch #MeeToo miał także swoją jogiczną odsłonę, obnażając przestępstwa seksualne i nadużycia ze strony do tej pory wielbionych i „nieskazitelnych” guru poszczególnych szkół, dokładnie tak samo, jak stało się to w innych dziedzinach. Proces zmiany mentalności prowadzący do otwierania jogi na różne perspektywy genderowe dopiero się rozpoczął i zapewne potrwa jeszcze przez wiele dziesięcioleci. Feminizm także ma w nim swoje miejsce i swój głos.

Ja byłam do jogi zrażona przez długie lata i pewnie nigdy nie związałabym z nią swoich losów, gdyby nie pan J. – emerytowany fizjoterapeuta z Zakopanego, który ratując mnie po kolejnym ataku rwy kulszowej, pokazał mi kilka asan i kazał sobie obiecać, że będę je ćwiczyła „codziennie, ale to codziennie, bo inaczej nie ma sensu”. Obiecałam.

Wstawałam więc codziennie pół godziny wcześniej niż zwykle, złaziłam w pidżamie do dużego pokoju, rozpalałam w kozie i wykonywałam, asana po asanie, trening pana J. Pomogło. A skoro pomogło, to zaczęłam grzebać w internecie i szybko znalazłam podobne, a z czasem nieco bardziej zaawansowane sekwencje hatha-jogi. Ćwiczyłam regularnie, nie było w tym jednak głębszego namysłu, a już z całą pewnością żadnej filozoficznej czy teoretycznej podbudowy. Ot, gimnastyka, która skutecznie poprawiała moje samopoczucie.

Pan J. swoim bezpretensjonalnym i pozbawionym efekciarstwa podejściem odkręcił moją niechęć do jogi i otworzył drzwi do praktyki. Dziś, kiedy sama uczę, kieruję się zasadą Primum non nocere. „Po pierwsze, nie szkodzić” – uczestnikom i uczestniczkom oraz samej jodze. Uważam, że naszym – nauczycieli i nauczycielek – obowiązkiem jest pokazywać jej piękne, przystępne i praktyczne oblicze i nieść ludziom ulgę na poziomie zarówno ciała, jak i psyche. Joga jest naprawdę dla każdego, niezależnie od poziomu sprawności fizycznej, płci, wieku, wagi i zasobności portfela.

Dla mnie osobiście początek praktyki zbiegł się z przełomowym czasem życiu. Stuknęła mi czterdziecha, Ala, moja córka, wyprowadziła się z domu i poszła na studia, a ja zakończyłam ważny etap wieloletniej psychoterapii. Czułam, że czas zrzucić „skórę węża” i rozpocząć nowy etap. Jako świeżo upieczona właścicielka pustego gniazda postanowiłam nie popadać w żaden ponury, związany z tym faktem syndrom i podjęłam decyzję, że druga połowa mojego życia będzie szczęśliwa. Nacierpiałam się już wystarczająco, czas zorganizować sobie coś lepszego. Wezmę za to pełną odpowiedzialność i uczynię wszystko, aby dostać od życia to, co mi do szczęścia potrzebne.

Na pierwszy ogień poszły podróże. Skoro córka nie potrzebowała już mojej obecności na co dzień, mogłam zacząć pracować nad takim przemodelowaniem swojego życia, by przynajmniej część roku spędzać, wałęsając się z plecakiem po świecie. Kiedy mój plan zaczął się materializować i naprawdę ruszyłam na szlak, bardzo szybko doceniłam to, że mam silne i sprawne ciało: nie męczę się i jestem elastyczna, nic mnie nie boli i mogę spać byle gdzie. Słowem: ciało nie stoi mi już na przeszkodzie i nie stanowi ograniczenia ani ciężaru. Przeciwnie, jest wygodnym, na miarę stworzonym ubraniem, w którym mojej duszy jest ciepło i bezpiecznie. Zawdzięczałam to codziennej praktyce asan.

Właśnie podczas jednej z moich podróży, konkretnie na Sri Lance, zupełnie przypadkowo wylądowałam na macie u boku L. – człowieka, który całkowicie odmienił nie tylko moją praktykę, ale i życie. Podobno oświeceni mistrzowie emanują ogromną ilością prany – energii życiowej, co sprawia, że przebywanie w ich obecności autentycznie ładuje nasze akumulatory. Tak właśnie się czułam. Wystarczyło, że znalazłam się w jego pobliżu, a ogarniały mnie spokój i pewność, że jestem dokładnie w miejscu, w którym powinnam być.

Znasz to dojmujące uczucie oczekiwania na moment, kiedy wreszcie zacznie się „moje piękne, wspaniałe życie”? To był jeden z tych momentów, w których ponad wszelką wątpliwość doświadczyłam mojego wspaniałego życia. Z czasem miałam odkryć, że można tak mieć na stałe. I że jest to jeden z najbardziej spektakularnych efektów jogicznej pracy nad sobą.

Niestety na ogół nie wystarczy ćwiczenie samych asan, aby osiąg­nąć ten stan. Trzeba poznać i wdrożyć cały system. Nauczyć się siedzieć we własnej ciszy i obserwować swój umysł, nieustannie wracając do pytania „Kim jestem?”. Nauczyć się odpuszczać i nie przywiązywać do rzeczy, idei, planów, a nawet ludzi (ale jak to?) – za to spokojnie przyjmować to, co niesie życie, czyli żyć i dać żyć innym. Porzucić potrzebę kontrolowania, recenzowania, „wiedzenia” lepiej i bycia czyimś zbawieniem. Zrezygnować z udziału w nieustannie nakręcanych przez nasze ego dramatach. Zająć się sobą. Stać się dla siebie pełnym troski, dobrym rodzicem, który dba o dobrostan, zdrowie, spokój i rozwój swojego dziecka. Przestać przerzucać na innych odpowiedzialność za swoje emocje, nastroje i reakcje. Zakorzenić się w ciele, czyli zacząć je naprawdę szanować i słuchać tego, co do nas mówi.