Jesteś spokojemTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Paulina Młynarska-Moritz, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Tatiana Jachyra

Zdjęcia w książce

Tatiana Jachyra oraz prywatne archiwum autorki

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8169-816-0

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkim dorosłym „dzieciom złym”

„Dla większości z nas walka o przetrwanie jest zbyt intensywna, zbyt bolesna, zbyt wyczerpująca, lecz wytrzymujemy, ponieważ obawiamy się poczuć ogromną potrzebę krzyknięcia: Już dłużej nie wytrzymam! Boimy się, że rozsadzi mam to umysł, kiedy w rzeczywistości ten krzyk może nas uratować”.

Alexander Lowen

„Co się tyczy piramid, to najbardziej niezwykły w nich jest fakt, że znalazło się tylu dostatecznie poniżonych ludzi, iż spędzili życie na budowaniu grobowca dla jakiegoś ambitnego cymbała, którego byłoby mądrzej i bardziej po ludzku utopić w Nilu, a ciało rzucić psom na pożarcie. Może mógłbym znaleźć dla nich i dla niego jakieś usprawiedliwienie, ale nie mam na to czasu”.

Henry David Thoreau


Od Autorki

Nie chodzi o to, jak wielki i okazały jest pałac, w którym żyjesz. Chodzi o to, że masz żyć jak królowa. Ani przez chwilę nie wątpić, że masz prawo do swojego życia i terytorium. Jeśli to konieczne, wypowiadać wojny w jego obronie, ale też zgłębiać i stosować sztukę dyplomacji. Stanowić własne prawo. Mianować i słuchać doradców, jednak ostatecznie zawsze podejmować decyzje we własnym sercu. Być wielkoduszną i sprawiedliwą, ale też nie spoufalać się z byle kim. Do swojego stołu i łóżka zapraszać tylko przedstawicieli i przedstawicielki arystokracji serc. Nieważne, jak okazałe są ich pałace. Ważne, jak żyją.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


To może na początek kilka słów o sobie…1

Jestem Paulina. Dla przyjaciół Lola. Urodziłam się w 1970 roku w Warszawie, w artystycznym domu, pełnym poezji, muzyki i łez. Jestem feministką, dziennikarką, pisarką, producentką telewizyjną, autorką piosenek i wierszy, podróżniczką, kobietą biznesu i certyfikowaną nauczycielką jogi. Gdybym miała przedstawić swoje życie jako znak graficzny, byłaby to wirująca kolorowa spirala złożona z wielu wznoszących się ku górze nitek. Najmocniejsza z nich to praca twórcza.

Wiele lat temu potrzeba ekspresji artystycznej zaprowadziła mnie na plan filmowy, teatralne deski, a nawet na estradę. Grałam główne role u Andrzeja Wajdy i Adama Hanuszkiewicza, ale i drobne rólki w serialach i mało ważnych, albo zwyczajnie kiepskich, filmach i przedstawieniach – zarówno w Polsce, jak i we Francji, dokąd wyemigrowałam na własną rękę, gdy miałam szesnaście lat. Dziś kariera aktorska to dla mnie bardzo odległa przeszłość. Moja twórcza energia znajduje ujście w pisaniu książek, felietonów, wierszy i piosenek, które czasami (dla żartu albo z potrzeby serca) wykonuję z Julią Chmielnik w ramach projektu kabaretowego Chicas de San Escobar. Byłam reżyserką reklam telewizyjnych i radiowych oraz autorką kampanii reklamowych w agencjach ITI, Studio filmowe OTO oraz Euro RSCG Poland.

Druga nitka mojego życiowego DNA, bardzo mocno spleciona z tą pierwszą, to praca dziennikarska i publicystyczna. Pierwsze szlify w tym zawodzie zdobyłam w Inforadiu, które szybko przeistoczyło się w Radio TOK FM. To dla radia porzuciłam aktorstwo i w radiu nauczyłam się samodzielnie myśleć. Jestem kobietą samoukiem (nie mam pojęcia, jak miałoby wyglądać to słowo w rodzaju żeńskim). Byłam reporterką w RMF FM, Radiu ZET, Polskim Radiu, a także we francuskim radiu publicznym France Culture. Prowadziłam programy w Radiu PiN i Radiu Kolor. W ogóle radio było – i jest do dziś – moją wielką miłością, którą tylko z konieczności porzuciłam dla telewizji. Jako dziennikarka telewizyjna zaczynałam w programie Encore plus Libre na antenie France 2 we Francji, potem była Interwencja w Polsacie (jako prowadząca oraz reporterka), a po jakimś czasie dołączyłam do ekipy Miasta Kobiet w TVN Style. Ten poświęcony tematyce społecznej i prawom kobiet talk-show zapracował sobie na miano kultowego i utrzymał się na antenie przez jedenaście lat. Przez większość tego czasu byłam jego współredaktorką i miałam bezpośredni wpływ na wszystkie poruszane w nim tematy.

To jednak mi nie wystarczało. Dlatego dodatkowo zajęłam się produkcją i scenopisarstwem. Stworzyłam autorskie programy Kobieta Cafe i Męski punkt widzenia (Polsat) oraz Żądło (TVN Style). Pisałam konferansjerkę dla wielu popularnych prowadzących w różnych programach i stacjach telewizyjnych.

W latach 2017 i 2018 miałam przyjemność prowadzić i współredagować serię dokumentalną Polacy z wyboru na antenie Discovery Canal+. W internecie tworzę program Lustro, w którym znane osoby z ogromną szczerością opowiadają o tym, jak czują się w swoim ciele. Pracując w mediach elektronicznych, równolegle stale pisałam dla prasy. Przeprowadzałam wywiady dla „Marie Claire”, „Vivy”, „Twojego Stylu”, „Gali” i „Party”. Przez cztery lata prowadziłam i redagowałam popularną rubrykę Debaty w miesięczniku „Sens” i pisywałam dla wielu tytułów prasy kobiecej. Prowadziłam swój blog w „Na temat” i współpracowałam z miesięcznikiem polonijnym „Goniec Polski” ukazującym się w Wielkiej Brytanii. Obecnie piszę felietony dla Onetu.

Trzecia nitka w tej kolorowej przędzy to praca z ludźmi, czyli prowadzenie warsztatów #miejscemocy. Nie byłoby jednak warsztatów, gdybym wcześniej nie postawiła na rozwój osobisty i gruntowne uzdrowienie swojego życia. Za mną jedenaście lat psychoanalizy i pięć lat terapii indywidualnej oraz grupowej dla osób współuzależnionych. Z pracy nad sobą, z pokonania nawracającej depresji i uzdrowienia własnego życia wiele lat temu uczyniłam priorytet. A kiedy pojawiły się owoce tego wysiłku – w postaci poczucia spokoju, spełnienia i szczęścia, zdecydowałam, że czas zacząć się dzielić zdobytą wiedzą z innymi. Tak powstały moje autorskie warsztaty, w których w ciągu pięciu lat wzięło udział już około 400 kobiet.

Czwarta nić to podróże. Podróżowałam, odkąd pamiętam, i nieodmiennie zakochiwałam się w kolejnych poznawanych miejscach. Jestem nomadką. Nie potrafię nigdzie zagrzać miejsca – i wcale się już do tego nie zmuszam. Moje korzenie są ruchome, zwijam je do plecaka i rozkładam na kolejnych ziemiach, na których ląduję. Żywię się innością.

Samotne wędrówki po świecie dały mi wiedzę, radość i przyniosły prezent, jakiego się nie spodziewałam: jogę, pięknie lśniącą w tropikalnym słońcu nić życiową numer pięć! Nić, którą złapałam mocno i pewnie, ponieważ jest moją ścieżką w górę – ku zrozumieniu, łagodności, zdrowiu i miłości. Marzę o tym, by praktykować jogę do późnej starości, by kiedyś śpiewać swoje piosenki w greckiej tawernie, mieć częściej okazję tańczyć tango argentyńskie, które kocham, i zostawić po sobie dużo naprawdę śmiesznych historii. Miałam czterech mężów, trzy razy emigrowałam, napisałam dziesięć książek, urządziłam kilkanaście domów i wcale nie mam dość. Mieszkam na Krecie, w małym domku w górach. Na razie…

1 Cytat z filmu Rejs Marka Piwowskiego


Na macie i na kozetce. Zamiast wstępu

Pani Paulino! Proszę o polecenie miejsc odosobnienia, medytacji i aśram w Azji!”; „Proszę o polecenie szkoły jogi w Warszawie, Rzeszowie, Poznaniu”. Takie wiadomości znajduję w swojej skrzynce mailowej każdego dnia. To fakt, że odwiedziłam w życiu sporo miejsc medytacji i odosobnienia, a także kilka aśram i niezłych szkół jogi w różnych częściach świata. I właśnie dlatego… żadnego z tych miejsc nie polecam!

Chociaż gorąco zachęcam, by znaleźć czas i gotowość na praktykę duchową i jogę – lub inną formę aktywności fizycznej niebędącej czystym sportem, tylko formą medytacji w ruchu. W etycznie i profesjonalnie prowadzonych aśramach, szkołach jogi i ośrodkach medytacyjnych nawet bardzo poturbowani przez los ludzie zdrowieją. Zyskują narzędzia, by lepiej radzić sobie z życiem, być spokojniejszymi, przyjaźniej nastawionymi, bardziej współczującymi. Po prostu szczęśliwszymi. Wiem to z włas­nego doświadczenia. A jednak nie polecam.

Dlaczego?

Po prostu uważam, że ścieżka duchowa jest czymś, czego trzeba doświadczyć samodzielnie i momentami samotnie. Jest wyprawą w nieznane, pełną nagłych zwrotów akcji i gorzkich rozczarowań. Jest grą pomyłek i labiryntem pełnym krzywych luster. To, co w nich oglądamy, nie jest przepiękne. Ja mogę, co najwyżej, podzielić się adresami miejsc, które znam i które mi posłużyły. Czynię to dyskretnie na swojej stronie internetowej. Kto poszuka, ten znajdzie. Jednak nie mogę niczego rekomendować ani tym bardziej polecać.

 

W prośbach o polecenie właściwego miejsca lub mistrza/mistrzyni pobrzmiewa nutka pragnienia, abym to ja, jako osoba polecająca, wzięła na siebie ewentualne rozczarowanie, porażkę czy inne niekoniecznie miłe emocje, które mogą się pojawić u osoby pytającej.

Tymczasem w miejscach, gdzie pracuje się nad rozwojem duchowym, ZAWSZE pojawiają się trudne emocje. Łatwo je ukryć pod złością i frustracją, że niby standard za niski, cena za wysoka, instruktor beznadziejny, podłoga brudna, zajęcia nudne i tyłek boli od siedzenia godzinami na macie. A w ogóle jaka durna ta osoba, co mi to poleciła!

Widziałam w życiu dziesiątki awantur, jakie uczestniczki kursów jogi i odosobnienia urządzały prowadzącym i organizatorom, tylko dlatego że najłatwiej im było wyładować się w ten sposób. Bo właśnie się zrozumiało, co się koncertowo spaprało. Że się jest/było obiektem nadużyć. Że samemu się nadużywa kogoś/czegoś. Że w samym środku serca nosi się niezagojoną ranę, która uniemożliwia odczuwanie miłości. Że się jest w czarnej dupie itd. My, kobiety, z racji doświadczanej na wielu polach dyskryminacji, często nie widzimy dla siebie innej możliwości, niż skryć się w roli wiecznie pokrzywdzonej ofiary. Wyjście z niej wymaga radykalnej uczciwości wobec samej siebie, co jest cholernie trudne.

To nie hollywoodzki film z Julią Roberts, w którego ostatniej scenie aktorka rzuca się w objęcia kochającego, ciepłego facia, a potem żyją sobie długo i szczęśliwie na celuloidowej taśmie w metalowym pudelku. W realu początki praktyki jogi i medytacji bywają nużące, a efekty mało spektakularne. Leją się łzy, pojawia się zniechęcenie. Trzeba przetrwać i przyswoić wiele brutalnych lekcji pokory. Dlatego nie polecam.

Mimo tych trudności trzymam kciuki, żebyś wytrwała na swojej ścieżce rozwoju duchowego i dbania o stan ciała – jeśli się na nią zdecydujesz. Wiem, że warto. Chociaż gdybym miała wcześniej świadomość, jak będzie ciężko i ile razy będę musiała podać w wątpliwość wszystko, w co wierzę i co wydawało mi się, że wiem, chybabym wymiękła. Na szczęście nikt mi niczego nie obiecywał ani nie polecał. Księgę uwag i zażaleń noszę we włas­nym plecaku. Na okładce nieodmiennie widnieje moje nazwisko.


Dałam tej książce tytuł Jesteś spokojem, ponieważ w natłoku informacji, w hałasie, w całym tym przebodźcowaniu, jakie funduje nam współczesna rzeczywistość, trochę nie mamy wyjścia – musimy same, i sami, stać się dla siebie źródłem spokoju i wyciszenia. Przynajmniej jeżeli nie chcemy oszaleć z nadmiaru wrażeń. Ja niemal oszalałam!

Przez długie lata towarzyszyło mi dojmujące poczucie, że jeszcze trochę i to wszystko po prostu pieprznie. Dostanę wylewu albo zawału – i wreszcie będzie spokój. Już nie mam siły. Nie daję rady odbierać maili, parkować, wysyłać SMS-ów i zdążać po dziecko, jednocześnie czując, jak czas przelewa mi się przez palce, a ręce wciąż pełne roboty. Końca nie widać. Psychiczna zadyszka. Myślę, że jeżeli jesteś aktywną zawodowo i rodzinnie osobą, doskonale wiesz, o czym mówię. Jest też dobra wiadomość: możemy w sobie „zainstalować” urządzenie, które będzie emitowało ciszę i spokój do naszego wnętrza. Wewnętrzna mądrość – ta prawdziwa, nieustraszona, kryształowa, szczodra i odważna oraz mająca poczucie humoru (sic!) – przemawia głosem bardzo cichym, ledwie słyszalnym. W medytacji jednak można go usłyszeć.


Ludzie z różnych powodów zaczynają praktykować jogę. Dla wielu coś, co nazywają jogą, jest po prostu formą dość forsownego i spektakularnego fizycznego treningu. Innych motywuje dążenie do wejścia w posiadanie bardzo giętkiej sylwetki, którą można pokazywać w mediach społecznościowych. Większość trafia na matę z powodu bólu kręgosłupa i trzyma się ćwiczeń, które przynoszą upragnioną ulgę. Mało kto ma jednak czas i chęci, by zgłębiać odpowiedzi na pytanie, dlaczego to właściwie joga (pod warunkiem że zajęcia prowadzi kompetentna osoba) tak skutecznie uwalnia nasze ciało od napięć, stresu i zmęczenia, które uważamy za przyczyny naszego bólu.


Tutaj musimy się cofnąć o krok i przez chwilę pomedytować nad tym, skąd w naszym ciele bierze się permanentny dyskomfort. W pierwszym odruchu niemal każda aktywna zawodowo i życiowo osoba odpowie, że z przemęczenia, z siedzenia godzinami przy komputerze, z braku czasu na wypoczynek, ze strachu, że człowiek się nie wypłaci z kredytem, z napięć w życiu rodzinnym i tak dalej, niepotrzebne skreślić. I często będzie to odpowiedź jak najbardziej prawdziwa. Jednak zanim wybraliśmy tę naszą stresującą robotę i irytującego partnera, zanim podpisaliśmy ten cholerny kredyt i wyhodowaliśmy roszczeniowego nastolatka, który teraz trzaska nam drzwiami przed nosem, sporo się wydarzyło. Wiele kobiet, z którymi pracuję na moich warsztatach #miejscemocy, o swoje dzisiejsze kłopoty z ciałem obwinia tylko i wyłącznie dorosłą wersję siebie. Tak jakby wczesne dzieciństwo i młodość były czasem, który nie zapisuje się w naszym ciele. No chyba że ciężka choroba… Tymczasem ciało pamięta wszystko! Trauma i stres rejestrują się w nim na poziomie komórkowym. Dzięki rozwojowi epigenetyki2 od kilkunastu lat wiemy, że mogą być nawet przekazywane kolejnym pokoleniom.

Na to, że dziś kulimy ramiona, zaciskamy szczęki, gardło i pupę albo wstrzymujemy oddech, prawdopodobnie zapracowaliśmy – czy też raczej zapracowano dla nas w czasach, które umykają naszej pamięci. Osoby, które przeszły udaną psychoterapię, często deklarują, że poprawił się stan ich zdrowia, ustąpiły uciążliwe napięcia i bóle, poprawił się komfort snu. Potwierdzam to z całą mocą. Joga, która łączy rozciąganie, wzmacnianie, stymulację punktów energetycznych w ciele z oddechem, medytacją i głębokim relaksem – oraz zachęca do etycznego i wolnego od nadmiernej ekscytacji życia – może być nie tyle uzupełnieniem pracy terapeutycznej nad uzdrowieniem przebytych w dzieciństwie i w późniejszym życiu traum, ile jej kontynuacją. Jak wielu i wiele z was jestem osobą po traumie. Zanim dobiłam do brzegów dorosłości i mogłam sama się sobą zaopiekować, byłam ofiarą przemocy fizycznej i psychicznej oraz molestowania seksualnego. Przez wiele lat zmagałam się z nawracającą depresją, stanami lękowymi i napadami paniki. Prowadziłam autodestrukcyjny, rabunkowy dla mojego zdrowia tryb życia i wchodziłam w toksyczne związki. Jestem osobą współuzależnioną i pracoholiczką. Nie przestanę nią być – tak jak alkoholik nie przestanie być alkoholikiem. To znaczy, że zawsze będę miała skłonność do rzucania się bez pamięci w wir pracy i do „ratowania świata” – zwłaszcza jeżeli ten uosabia akurat ktoś uzależniony, chory, „biedny” albo po prostu umiejący sprytnie manipulować takimi jak ja. Ponieważ jednak rozpoznałam swój problem, dziś potrafię sama siebie wyciągać z malin, kiedy w nie wlezę. Praktyka jogi, która zakłada, że przynajmniej przez trzydzieści minut przyglądam się swojemu wewnętrznemu krajobrazowi i skupiam na tym, co mówi do mnie moje ciało, jest czymś, co pomaga mi w utrzymaniu samoświadomości. Kiedy o świcie siadam do medytacji i zaczynam spokojnie, miarowo oddychać, kierując swoją uwagę do wnętrza, błyskawicznie wyłapuję niepokój, smutek, złość czy przemęczenie. Mogę się zastanowić, skąd się biorą te uczucia, i zaobserwować myśli, które im towarzyszą. Kiedy ćwiczę asany, łapię kontakt ze swoim ciałem. Oglądam je od stóp do głowy. Skanuję w różnych pozycjach i już po chwili wiem, gdzie jest napięcie, gdzie ból, mogę poczuć zmęczenie, które się w nim czai.


Uczestniczki moich warsztatów czasem pytają, czy ta cała joga nie jest jakimś jednym wielkim egoizmem. Czy nie chodzi o to, by skupiać się tylko na sobie i ciągle w siebie wsłuchiwać. Czy to aby nie jest kolejna nieznośna narcystyczna jazda. To zależy, w czyim wydaniu. Znam sporo osób, które po lekturze kilku poradników i obejrzeniu dwóch filmików na YouTube postanowiły „zaopiekować się sobą”, ze „zdrowego egoizmu” czy też „kochania siebie” zrobiły sobie chorągiew i teraz maszerują pod nią przez życie, skandując: „JA, JA, JA!” i depcząc każdego, kto się ośmieli stanąć im na drodze. Praktyka jogi nie ma nic wspólnego z takim postępowaniem, a już na pewno do niego nie zachęca. Troska o siebie, dobroć wobec siebie i opieka nad sobą – to dla osoby uczciwie praktykującej jogę sposób na wzięcie odpowiedzialności za stan swego ciała i umysłu. To duchowa, ale też cielesna higiena. Stosowana także z myślą o współżyciu i współdziałaniu z innymi. Ponieważ w samym sercu jogi znajduje się myśl, że jesteśmy jedną wielką siecią, jednym ciałem energetycznym czy też wielkim systemem naczyń połączonych. Z tego powodu każde podjęte przez nas działanie wpływa na całą resztę rzeczywistości. Stąd w jodze nacisk na współczucie, dobroć, łagodność i niekrzywdzenie.

Czy, na przykład, codzienne mycie zębów albo porządny prysznic po fizycznej pracy są egoizmem? Są to czynności, które wykonujemy dla higieny i zdrowia. Gdy jesteśmy pachnący i czyści, kiedy, za przeproszeniem, nie śmierdzi nam z ust i spod pach, innym żyje się z nami dużo przyjemniej i lepiej. Dlaczego więc oczyszczanie ciała i psychiki z toksycznych, „śmierdzących” emocji miałoby być egoizmem? Nie trzeba żadnych specjalnych badań, żeby się zorientować, że osoby, które nad sobą pracują, czyli biorą odpowiedzialność za stan włas­nych nerwów i kondycję ciała, wyświadczają swojemu otoczeniu ogromną przysługę. A także ciągną innych w górę, dając im dobry przykład i inspirując do zmian. Ponadto w dłuższej perspektywie osoba, która regularnie ćwiczy, umie się świadomie relaksować, zwraca uwagę na to, co je i jakim emocjom ulega, ma większe szanse dożyć starości w dobrej formie i nie stać się obciążeniem dla bliskich w ostatnich latach życia. Osoba, która regularnie medytuje, będzie też bardziej świadomie dobijała do swojego ostatniego brzegu. Wierzę, że mamy wpływ na to, w jakim stanie umysłu będziemy opuszczać ten świat.

Hatha joga pojawiła się w moim życiu w okolicach czterdziestych urodzin – w odpowiedzi na nieustanny ból kręgosłupa. Jeżeli chodzi o asany (ćwiczenia fizyczne), długo byłam jedną z tych „wiecznie początkujących”. Po latach błąkania się po obrzeżach jogi trafiłam na zajęcia do mojego mistrza – i nagle coś kliknęło. Stary jogin ze Sri Lanki przestawił mi zwrotnicę i od tej chwili już nic nie było takie jak przedtem. Zabawne jest to, że nigdy, nawet w najdzikszych fantazjach, nie myślałam o tym, że kiedykolwiek będę się zawodowo zajmowała czymś takim, jak uczenie ludzi ćwiczeń i siedzenie z nimi przez całe godziny w ciszy. Życie znów mnie zaskoczyło.

Joga, choć bywa tak traktowana, absolutnie nie jest zajęciem elitarnym. Aby ją praktykować, wystarczy podnieść się z kanapy, stanąć boso na podłodze, wyprostować plecy, rozluźnić twarz i wziąć głęboki oddech. Jasne, z czasem fajnie jest kupić sobie specjalną matę i kolorowe legginsy, jednak pamiętajmy, że jogę wymyślili ludzie żyjący w bardzo prostych warunkach tysiące lat temu. Jej celem było utrzymanie ciała w dobrej kondycji, głównie po to, by móc spędzać długie godziny, medytując w pozycji lotosu z wyprostowanymi plecami. Wszystkim, którzy twierdzą, że nie stać ich na luksus uprawiania jogi i medytacji, zawsze odpowiadam, że zarówno jedno, jak i drugie jest stale praktykowane w najgorszych więzieniach świata. Regularna joga i medytacja sprawiają, że poprawia się nasze zdrowie fizyczne i poszerza zakres wewnętrznej wolności.

Jestem przekonana, że joga jest absolutnie dla każdego. Nie o doskonałość tu bowiem chodzi, ale o akt dobroci dla samego siebie. O pracę i postęp w tej pracy – bez przywiązywania się do efektów. A skoro tak, to ani na moich zajęciach, ani na zdjęciach nie znajdziecie popisów efekciarskich jogicznych umiejętności. W tej książce także nie zamierzam zamęczać was poradami na temat prowadzenia „jedynego właściwego stylu życia”. Nie ćwiczę, nie medytuję i nie uczę po to, by na kimkolwiek – nawet na samej sobie – zrobić wrażenie. Robię to, by pięknie zacząć dzień i dać swojemu ciału i głowie konieczną dla zachowania równowagi i zdrowia dawkę ruchu, oddechu i wyciszenia.


Odkąd prowadzę zajęcia, staram się dzielić wiedzą w taki sposób, by po każdej sesji ze mną uczestnicy nabrali pewności, że mogą ćwiczyć proste asany w domu i bez niczyjej pomocy. Mam nadzieję, że ta książka zachęci cię do zbudowania własnej codziennej praktyki. Joga bowiem zaczyna naprawdę działać w naszym życiu, kiedy uczynimy z niej łatwo dostępną, codzienną rutynę. Naprawdę, już 10−15 minut ćwiczeń dziennie i drugie tyle medytacji mogą zdziałać cuda. Jakie to cuda?

 

koniec z bólem pleców;

koniec z chronicznym zmęczeniem;

lepszy sen;

lepszy seks;

energia do pracy i zabawy;

ładniejsza sylwetka;

spokój w obliczu stresu;

cierpliwość do ludzi i zdarzeń;

lepsze relacje z ludźmi;

uśmiech!

Ludzie jogi, u których uczę się w Azji, na każdym kroku podkreślają, że kiedy robi się trudno, koniecznie trzeba rozjaśnić twarz. Podczas ćwiczeń słowo „smile” („uśmiechaj się”) pada dziesiątki razy. Głębokie oddychanie z uśmiechem na twarzy, kiedy ciało poddawane jest wysiłkowi, okazuje się dla wielu kluczem do zupełnie nowych drzwi w ich wewnętrznym świecie. Za tymi drzwiami znajduje się przestrzeń, w której poczucie szczęścia jest naszą osobistą decyzją: jest trudno, ale jestem uśmiechnięta, bo tak chcę! Zdarza się, że proste odkrycie tej podstawowej techniki w jodze wywołuje głębokie wzruszenie, a nawet łzy. Nie zliczę, ile razy schodziłam z maty mokra – nie tylko od potu, ale i od łez – ponieważ stare, zapieczone na poziomie mięśni albo powięzi napięcie nagle puściło. Zdarza mi się to do dzisiaj, zwłaszcza podczas sesji yin jogi3. I na każdej grupowej sesji, którą prowadzę, widzę osoby przeżywające coś znacznie głębszego niż zwykły trening.

Wieloletnia psychoterapia, którą mam za sobą, pomogła mi poznać sporo własnych tajemnic. To za jej sprawą opłakałam i wybaczyłam pewne krzywdy, których zaznałam w przeszłości. Zobaczyłam też, jak pokrętne bywa moje myślenie i jak niezdrowe kierują mną czasem motywacje. Nieraz głęboko się wstydziłam, odkrywając, że „bezbronna ofiara”, za którą często się uważałam, wyrosła na kogoś, kto też potrafi koncertowo krzywdzić i dowalać innym. Wzięłam odpowiedzialność za swoje postępowanie i czynię to nadal. Wciąż zdarza mi się boleśnie weryfikować własne motywacje.

Bez psychoterapii byłabym dziś kimś pokręconym i bardzo nieszczęśliwym. Jeżeli w ogóle jeszcze bym tu była. Jestem bezgranicznie wdzięczna moim kolejnym terapeutkom i terapeutom, a także wszystkim niezwykłym, odważnym osobom, które spotkałam w terapii grupowej współuzależnień – za pomoc w zrozumieniu siebie i staniu się lepszym człowiekiem. Część tych doświadczeń opisałam w moich poprzednich książkach. W tej opowiem o tym, jaką rolę w dochodzeniu do siebie po traumie może odegrać joga. Na macie i na poduszce do medytacji udało mi się ujawnić i przepracować konflikty zbyt trudne, bym była w stanie je opowiedzieć. To, czego nie mogły wyrazić słowa, opowiedziało ciało. Joga odbudowuje poczucie upodmiotowienia, posiadania granic i wolności wyboru u osób, które doświadczyły bezsilności i braku wpływu na własne ciało.

Możemy oszukiwać nasze głowy, że co było, minęło i nieprawda, ale nasze ciało i tak pamięta. Pamięta wszystko. Praca z jogą nie ma jednak na celu przywoływania i analizowania trudnych wspomnień. Mówiąc: „ciało opowiada”, mam na myśli uwalnianie go od napięć, które czasem nosimy w sobie przez długie lata. Załóżmy, że dana osoba była w domu rodzinnym ofiarą przemocy psychicznej. Jedno z rodziców – lub oboje – często krzyczało i chętnie stosowało kary fizyczne. Za każdym razem gdy dziecko słyszało kierowany do siebie wrzask, jego ramiona kuliły się w obronnej pozycji, a klatka piersiowa się zapadała. Jednocześnie, chcąc uniknąć bolesnego klapsa w pupę, malec podwijał kość ogonową i odruchowo cofał biodra. Z czasem ta obronna postawa zapisała się w jego strukturach mięśniowych, powięziowych, nerwowych, a nawet kostnych, powodując całe mnóstwo konsekwencji – zarówno na poziomie ciała, jak i psychiki. Usztywnione, przerażone, stale wycofane z życia ciało przestaje być tym, czym miało być w założeniu – wygodnym, bezpiecznym mieszkaniem dla naszej jaźni, a staje się twierdzą lub kryjówką. Miejscem, w którym da się przetrwać, ale nie da się szczęśliwie żyć. Joga pomaga zmienić ten stan rzeczy. Asany służą stymulowaniu przepływu energii w ciele; w bardzo precyzyjny sposób można ułożyć taką ich sekwencję, by stymulować konkretnie to, co potrzebuje wsparcia. W praktyce jogi dla osób po traumie naszą uwagę zwraca przede wszystkim układ nerwowy i przepływ energii przez ciało. Oczywiście pracujemy też nad jego wzmocnieniem i ogólną kondycją, jednak nie ma to nic wspólnego z fitnessowym treningiem, jaki często można spotkać pod szyldem jogi.

Ciało potrzebuje prawdy tak samo jak tlenu, zdrowego jedzenia i wody. Potrzebuje uczciwości, a joga jest holistycznym, sprawdzonym i bardzo skutecznym sposobem na to, by dzień po dniu budować szczerą i opartą na prawdzie relację z samym sobą. Tylko będąc w kochającej, zdrowej relacji z własnym ciałem, możemy skutecznie nad nim pracować. Mieć wpływ na to, jak się ono czuje, czy ma siłę, czy nie waży zbyt wiele, czy nie jest za sztywne itd. Powiedzenie: „W zdrowym ciele zdrowy duch!” – choć wyświechtane i nadużywane – jest tak naprawdę kwintesencją praktyki jogi.

W tej książce opowiem o tym, jak dzięki pracy nad sobą wydobyłam się z mroku. Jak odzyskując ciało, uratowałam swoją duszę. Nie piszę, by epatować soczystymi opowieściami o „domu sławnych ludzi”, za jaki uchodził mój dom rodzinny. Dzielę się kilkoma epizodami z życia, by wyjaśnić, skąd emocjonalnie przychodzę, i pokazać, jaką drogę musiałam pokonać, by zacząć zdrowieć. Jakkolwiek górnolotnie to brzmi, chcę dać świadectwo, by cię przekonać, że mimo starych ran warto o siebie zawalczyć i zadbać. Bez względu na wiek, aktualny stan ciała czy pochodzenie.

Dla mnie taką formą codziennego dbania o siebie jest regularna, ugruntowana praktyka jogi. Nie „chodzenie na jogę”, nie „ćwiczenie jogi”, ale życie z jogą na co dzień.

Joga jest głęboko terapeutycznym doświadczeniem, zmieniającym życie. I jest wspaniałą zabawą, jeżeli tylko nie zaczniemy zarówno samych siebie, jak i jogi traktować nazbyt serio.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się trochę nie ponabijała. Urodziłam się w końcu w „loży szyderców”, jestem córką satyryka, więc nie powinno cię dziwić, że z lekka nawiedzone, właściwe jodze „teatrum” czasami aż się prosi, by je obśmiać. Mam także ciężką alergię na zmiksowaną z różnych wierzeń, kultów i szkół psychologicznych papkę spod znaku new age, więc nie tylko nie kupuję wszystkiego, co współcześnie uchodzi za „jogę”, ale też uważam, że trzeba głośno protestować przeciwko wykoślawianiu i instrumentalnemu traktowaniu jej przesłania. Do tego jestem feministyczną aktywistką, więc oczywiście oburza mnie, że w ogólnym odbiorze joga w wydaniu kobiet to głównie (piękne) ciało, zaś duch (oraz wiedza) nadal pozostają tradycyjnie przypisane do mężczyzn. Moje zmagania i wątpliwości znajdą w niniejszej opowieści swoje odzwierciedlenie. Podobnie jak głębokie przekonanie, że doświadczenie medytacji i jej owoców jest dostępne absolutnie każdej i każdemu z nas, w każdej chwili.


To nie znaczy, że pisząc te słowa, czuję się kimś, kto rozwiązał wszelkie życiowe problemy i pożarł wszystkie rozumy. Nie znajdziesz w tej książce złotej formuły szczęścia, zdrowia i pomyślności. A to z tej prostej przyczyny, że takowa nie istnieje. Kto ją obiecuje, ten, moim zdaniem, mija się z prawdą. Praca nad sobą jest przygodą życia i zajęciem na życie. Dla mnie jest także liną, która bezpiecznie łączy mnie z tym naszym, nie zawsze pięknym, światem. Światem, który kilka razy miałam najszczerszą ochotę rzucić w cholerę. Być może jak ty jestem dorosłym dzieckiem, któremu inni dorośli kiedyś wyrządzili krzywdę.

Męczę się, borykam, zapadam, bywam strasznie samotna, nie jest mi łatwo ufać – ani sobie, ani światu. Radości życia i miłości, która nie jest trucizną, muszę się świadomie uczyć. I robię to cały czas. Bez tego wysiłku albo na zawsze pozostanę ofiarą, albo sama zacznę krzywdzić innych. Żadna z tych opcji nie wchodzi dla mnie w grę – to po prostu obraża moją inteligencję. Mam nadzieję, że moja historia okaże się choć trochę inspirująca i pomocna. Tylko tyle i aż tyle.

Nie jestem jeszcze jedną „kobietą sukcesu”, która chce cię zagrzewać do stania się „jeszcze lepszą wersją siebie”. Moim celem nie jest konsekwentne udawanie, że zawsze jest wspaniale i cudownie. Nie osiągnęłam i raczej nie zamierzam osiągnąć żadnej insta-nirwany. Trzymam nos nad wodą i tyle. Żyję i czuję, że żyję. W moim wypadku to całkiem spore osiągnięcie. Ta książka jest o tym, że joga może pomóc osobom po traumie, osobom depresyjnym i pełnym niepokoju, wysoko wrażliwym. Pod warunkiem że nie potraktujemy jej jako jeszcze jednego pola eksploatacji samych siebie.

Gotowa? Gotowy?