Ojciec chrzestny

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 46,85  37,48 
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
Audiobook
Czyta Sławomir Holland
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Do pierwszego pokolenia żydowskich bandytów na wielką skalę należeli Monk Eastman „o twarzy i wyglądzie małpy”, słynna Rosie, zwana „Mamą Hertz” – właścicielka kamienic, siejąca największy postrach w mieście, „Wielki Jack” Zelig i Dopey Benny Fein, który swe mylące przezwisko „Tuman” zawdzięczał ciężko opadającym na oczy powiekom. Wszyscy ci ludzie co sobotę odwiedzali synagogę i przyłączali się do reszty mieszkańców, a w pozostałe dni tygodnia grabili na potęgę. Dopey otworzył nawet szkołę kieszonkowców, o czym doskonale wiedziało całe sąsiedztwo. Z czasem powstały także gangi włoskie, o czym będzie mowa za chwilę.

*

Pewnego dnia Salvatore na czele kilku włoskich kumpli zastąpił drogę małemu żydowskiemu chłopcu, z zamiarem obrabowania go z posiadanych pieniędzy. Wątły, chudy jak szczapa dzieciak brnął sam jeden przez śnieg na Hester Street. Wydawał się łatwą ofiarą.

– Dawaj forsę – zażądał Lucania.

– Pierdol się – odpowiedział ku zaskoczeniu wszystkich wyrostek. – Nie dam ani centa!

– Nie dasz?

– Nie!

– To stłukę cię na kwaśne jabłko.

– Tylko spróbuj. Wbiję ci szczękę do mózgu.

Salvatore zmierzył adwersarza wzrokiem, robiąc przy tym groźną minę. W jego surowym spojrzeniu czaiła się obietnica bólu tak okropnego, że przez chwilę poczuł radość, iż sam nie może siebie zobaczyć.

– Co ci jest? – zdziwił się Żydek.

– Jak to, co? – zdumiał się Lucania.

– No… dlaczego robisz takie dziwne miny?

– Miny? – Coś takiego wydarzyło się w życiu Salvatore po raz pierwszy, odkąd opanował sztukę porażania ludzi strachem.

– No, takie głupie machy – wyjaśnił chłopiec. – To wybałuszanie oczu i naprężanie mięśni twarzy. Ćwiczyłeś to przed lustrem?

Determinacja małego Żyda była tak wielka, że zszokowany napastnik odstąpił od zamiaru. Aby zachować twarz, rzucił mu tylko kilka obelg i poszedł sobie.

– Stał przed nami taki mały gnojek – wspominał potem Lucania. – Byłem jakieś pięć lat starszy od niego i gdybym chciał, rozniósłbym go na strzępy. Ale on nic, tylko stał, patrzył mi prosto w twarz i mówił, że mogę go pocałować w dupę. Był gotów do walki. Zaciskał pięści.

Zdarzenie to stało się początkiem ich wielkiej przyjaźni. W latach, które potem nastąpiły, ci dwaj chłopcy mieli się wzajemnie o siebie troszczyć i osłaniać się. Kto zadarł z jednym z nich, zadarł z obydwoma. Ot, taka gangsterska arytmetyka. Wypracowali jeden z tych legendarnych związków, które dobrze zna historia przestępczości.

– Był między nami pewien rodzaj natychmiastowego zrozumienia – opowiadał przyszły szef mafii. – Nigdy nas ono nie zawiodło. Niczego nie musieliśmy sobie objaśniać. Zabrzmi to może obłędnie, ale gdyby ktoś chciał użyć określenia „braterstwo krwi”, to Meyera i mnie z pewnością właśnie coś takiego łączyło, chociaż pochodziliśmy z zupełnie innych środowisk.

Chłopak nazywał się Majer Suchowlański, chociaż do historii przeszedł pod nazwiskiem Meyer Lansky, które przybrał w roku 1928 po uzyskaniu amerykańskiego obywatelstwa. Był niskiego wzrostu, o czarnych włosach i oczach, trochę odstających uszach i dużym nosie, matowej cerze i wystającej dolnej wardze. Wielkość jego umysłu była jednak odwrotnie proporcjonalna do rozmiarów ciała. Obdarzony był żywą inteligencją oraz stalowym i przenikliwym spojrzeniem. Posiadał talent do wszystkiego, co się wiązało z mechaniką, a ponadto kochał matematykę i namiętnie czytał książki. Jako dorosły człowiek wyglądał jak profesor uniwersytetu, w rzeczywistości jednak był zatwardziałym przestępcą, pełnym energii równie groźnej jak przekonania, które go podbudowywały.

W kontrolowanym wówczas przez Litwę Grodnie Żydzi pojawili się już w XIV wieku. Żyli sobie tam jak u Pana Boga za piecem, dopóki 300 lat później nie nastąpiły pierwsze przejawy antysemityzmu. Antyżydowskie ekscesy przybrały na sile, kiedy Grodno znalazło się pod panowaniem Rosji. Carskie władze dążyły wszelkimi siłami do wygnania ich z ziemi, która dla kolejnych pokoleń była już od wieków ojczyzną. Rozbijano kamieniami szyby wystawowe żydowskich sklepów, a ich właścicieli bito i nierzadko mordowano. Pod koniec XIX stulecia rozpoczął się masowy exodus żydowskich obywateli. Jednym z tych, którzy opuścili rodzinną ziemię, by szukać szczęścia w dalekiej Ameryce, był polski Żyd nazwiskiem Maksymilian Suchowlański. Dwa lata później ściągnął za Ocean swoją żonę, Jettę, wraz z trójką nieletnich dzieci. Najmłodszym z nich był urodzony 4 lipca 1902 roku w Grodnie Majer.

Przybyli do Stanów Zjednoczonych na pokładzie SS Kursk, dokładnie 3 kwietnia 1911 roku i zamieszkali w Brownsville, ubogiej części nowojorskiego Brooklynu, gdzie pan Maksymilian otrzymał pracę jako prasowacz w fabryce odzieży.

– Uwielbiałem włóczyć się bez celu po dzielnicy i obserwować rzeczy, których nigdy dotąd nie widziałem, jak na przykład banany i brzoskwinie – wspominał po latach Majer, a właściwie już Meyer. – Nie miałem centa przy duszy i nie było mnie stać na kupno niczego. Widziałem, jak inne dzieciaki kradną właścicielom owoce ze straganów, ale sam nigdy nie odważyłem się na to. Pamiętałem zawsze słowa matki, która zabroniła mi nawet dotykać czegokolwiek, co nie należy do mnie.

Wkrótce cała rodzina przeniosła się do Dolnego East Side’u na Manhattanie, gdzie mały Majer zaczął chodzić do szkoły. Był bardzo zdolny i w ciągu jednego roku przerabiał bez trudu program dwóch klas. Ojciec zaharowywał się w fabryce i marzył, że kiedyś wykształci swoją pociechę na inżyniera. Pewnego dnia, tuż przed zbliżającą się właśnie Chanuką (wypadające w grudniu żydowskie Święto Odnowienia) pani Jetta posłała Majera do sklepu. Przechodząc przez Delancy Street, chłopak zauważył kilkuosobowe towarzystwo grające na ulicy w crapsa, bardzo popularną wówczas odmianę gry w kości. Niespodziewanie przyszła mu do głowy myśl, by pomnożyć posiadaną w kieszeni „ćwiartkę”, czyli 25 centów. Do domu wrócił bez zakupów i bez pieniędzy. Otrzymane lanie zachęciło go do uważniejszego przyjrzenia się oszukańczej grze. Po kilku tygodniach znał już wszystkie zasady hazardu i szulerskie tricki. Niedługo miał je wykorzystać w grze o znacznie większą stawkę niż głupie 25 centów.

Zarobki ojca nie wystarczały na dalszą edukację i w 1917 roku Majer Suchowlański zmuszony był opuścić szkołę i zatrudnić się w sklepie z narzędziami. Zarabiał całe dziesięć centów na godzinę. Płacenie ludziom za ich pracę tak śmiesznych stawek zwykle skłania co aktywniejsze jednostki do poszukiwania innych zarobków, a tym samym spycha na drogę przestępstwa. Niestety (a może na szczęście?), większość ludzi jest zbyt tchórzliwa, by czynić coś złego, ale i zbyt słaba, by czynić coś dobrego.

Młody Majer uzyskiwał dodatkowe dochody, organizując wspólnie ze wspomnianym już wcześniej Benjaminem Siegelem nielegalne punkty gier hazardowych. Do interesu wciągnął również swego młodszego brata, Jake’a. Niejako przy okazji zajął się handlem kradzionymi samochodami, co przynosiło nie mniejsze zyski. W 1918 roku został po raz pierwszy aresztowany przez policję i skazany w rezultacie postępowania sądowego na zapłatę grzywny. Do tej postaci wrócimy jeszcze w dalszej części opowiadania.

*

Rodzice Salvatore, podobnie jak zdecydowana większość ich ziomków z Sycylii, żywili do amerykańskiej szkoły dużą niechęć. Według nich, nauczyciele nie czynili nic, by wpoić dzieciom szacunek dla rodziców, i obawiali się szkoły bardziej niż policji. To szkoła sprzyjała w ich mniemaniu wspólnemu spędzaniu czasu dziewcząt i chłopców bez żadnego nadzoru, a co gorsza ułatwiała zawieranie małżeństw, na które rodzice nie wyrażali zgody. Amerykański system nauki symbolizował dla nich wszystko to, co oburzało ich w przybranej ojczyźnie: niemoralność, rozkład życia rodzinnego, niszczenie autorytetu głowy rodziny…

Wieśniak nie musiał umieć czytać i pisać. Nauka stanowiła przywilej szlachty i księży. Matka Salvatore uważała nawet, że zbyt częste czytanie prowadzi do obłędu. Jej sąsiadki również nie mogły pojąć korzyści płynących z nauki: pieniądze od wieków zarabiało się w pocie czoła. Matki zwalniały więc dzieci z lekcji pod najmniejszym pretekstem. Po co wycierać spodnie na szkolnej ławce, kiedy można pomóc sąsiadowi przy rozładowaniu furgonu lub pobiec gdzieś z pilną przesyłką.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze Salvatore zakończył swoją edukację w roku 1911, zaliczywszy zaledwie pięć klas. W wieku lat czternastu zaczął pracować w firmie Goodman Hat Company, czyli fabryce kapeluszy, której właścicielem był żydowski przedsiębiorca Max Goodman. Pracował sześć dni w tygodniu, początkowo jako chłopiec na posyłki, a potem jako sprzedawca, zarabiając tygodniowo siedem dolarów. Prawie całą pensję oddawał matce na utrzymanie rodziny.

Pan Goodman bardzo polubił inteligentnego włoskiego chłopaka, roztaczając przed nim perspektywę dalszego awansu, związanego wprawdzie z ciężką pracą, ale i dużo wyższymi zarobkami. Po kilku latach pozwoliłoby mu to na dołączenie do amerykańskiej klasy średniej. Ale Salvatore miał zupełnie inne plany.

Był sobotni ciepły wieczór lipcowy. Szesnastoletni Salvatore wracał do domu po całodziennej żmudnej pracy w fabryce Maxa Goodmana, ściskając mocno tkwiący w kieszeni spodni tygodniowy zarobek. Z kafejki po drugiej stronie Fourteenth Street sączyły się wraz z zapachem alkoholu chóralne śpiewy, wypełniały kanion czynszówek od kocich łbów po mansardy, akompaniując smutkom i grzesznym spazmom ciał, które czasami uciekały z półmrocznej dyskrecji wnętrza na ekrany zasłon okiennych, jak w chińskiej pantomimie cieni. Na chodniku grupa młodych ludzi grała z przejęciem w crapsa. Zaciekawiony Lucania przystanął, aby przyjrzeć się zabawie.

– Mogę też spróbować? – zapytał nieśmiało, zrozumiawszy po kwadransie podstawowe reguły gry.

 

– Forsę masz? – odpowiedział z niechęcią muskularny wyrostek w czarnym podkoszulku.

– Jasne.

– Ile stawiasz?

– Dolara.

– No to rzucaj.

Wyrzucone niezgrabnym ruchem kości potoczyły się po asfalcie.

– Fiu, fiu – zagwizdał z podziwem „czarny podkoszulek”. – Trzy szóstki. Masz, chłopie, szczęście. Chcesz spróbować jeszcze raz?

– No pewnie.

Powróciwszy godzinę później do domu, Salvatore nie miał już w kieszeni siedmiu dolarów. Miał dokładnie 244.

*

Zarobiwszy tak łatwo fortunę, Lucania postanowił nigdy już nie wracać do fabryki. Po co męczyć się normalną pracą, dostając za to głupich siedem dolców, skoro dużo łatwiej można być bogatym? Tak, bogatym, bo bycia biednym Salvatore miał zdecydowanie dość. Biedaków nigdy nie stać na nic dlatego właśnie, że są biedakami. A pieniądze w Nowym Jorku leżały przecież dosłownie na ulicy. Następnego dnia powrócił na Fourteenth Street.

Nie minęły nawet dwa tygodnie, kiedy znów był goły. Chcąc grać dalej, zaczął pożyczać forsę u miejscowych lichwiarzy. Żądali wprawdzie dolara procentu tygodniowo za pożyczoną piątkę, ale co tam, przekonany był, że następnym razem wygra. Niestety, szczęście go wyraźnie opuściło. Pod koniec lipca jego dług sięgnął już prawie pięćdziesięciu dolarów. Perspektywa zdobycia wielkich pieniędzy, drogich ciuchów i lakierowanych kobiet rozwiała się jak sen. Pojawiła się natomiast inna, znacznie mniej atrakcyjna perspektywa. Za nieoddanie forsy w terminie groziły nie tylko bandyckie odsetki. W razie dłuższej zwłoki wynajęci przez lichwiarzy vindicatores mogli połamać ręce, wybić zęby, a w skrajnych przypadkach nawet zabić.

Toteż kiedy pewnego dnia Salvatore natknął się na ulicy na jednego z wierzycieli nazwiskiem Gino Baresi, nie był z tego powodu zbyt szczęśliwy. Facet był wysoki, solidnej budowy ciała, choć bez śladu tłuszczu. Jego duża łysiejąca głowa była zadbana, fryzura starannie wymodelowana, podobnie jak gęste czarne wąsy. Oczy Baresiego, czarne, ogromne i nieruchome, przywarły do Lucanii jak dwie pijawki.

– Gdzie forsa? – warknął lichwiarz.

– Jeszcze nie mam.

– Posłuchaj, dupku – zirytował się Baresi. – Jesteś mi winny dwadzieścia dolców, miałeś oddać w zeszłym tygodniu i co?

– Oddam ci niedługo – zapewnił z przekonaniem Lucania. – Tylko…

– Nie ma żadnego tylko – lichwiarz splunął mu pod nogi. – Masz czas do środy. Potem możesz już sobie kopać grób.

– Jasne, Gino, do środy masz całą forsę.

Łatwo było złożyć taką obietnicę, trudniej natomiast skombinować dwadzieścia dolarów. Cały majątek Lucanii wynosił na obecną chwilę dokładnie pięćdziesiąt siedem centów. Młody Sycylijczyk poczuł wokół siebie zapach świeżo rozkopanej ziemi, zupełnie jak na cmentarzu. Ale Salvatore był szczęściarzem jeszcze na długo przed tym, zanim oficjalnie zaczęto go tak nazywać. Jeszcze tego samego wieczoru wstąpił do znajdującej się niemalże naprzeciwko jego domu knajpy.

Wnętrze baru było urządzone po spartańsku. Trociny pokrywały niedokończoną podłogę, dębowy bar był wyszczerbiony i pochlapany, na ścianie wisiało brudne lustro, a nad głowami klientów paliły się gołe żarówki. Wszędzie panował straszliwy tłok. Akwizytorzy popijali whisky, robotnicy ściskali butelki piwa wilgotnymi palcami. Samotni mężczyźni, stojący w pobliżu drzwi albo po kątach, wodzili wzrokiem za kobietami. Młodzieńcy – uderzająco naiwni i znudzeni własną cnotą – podejmowali beznadziejne zabiegi, aby zaintrygować kobiety, lecz zwracali uwagę tylko na siebie wzajemnie. Jacyś mężczyźni stawiali coś do wypicia jakimś dziwkom, które krążyły nieustannie pomiędzy stolikami a bufetem i spoglądały na nich z pracowicie dozowaną mieszanką obojętności i pożądania. Kilka par siedziało przytulonych, bliższych sobie tutaj niż później, kiedy znajdą się sam na sam. Wilgotne usta otwierały się i zamykały. Twarze były na ogół blade i spotniałe. Brudne palce czepiały się czyjegoś rękawa, czyjegoś łokcia albo kurczowo chwytały powietrze. Drobne ogniki przesuwały się tu i tam, wśród ruchomych warstw dymu. Kasa kontrolna dzwoniła nieustannie. Jeden rosły portier warował u wejścia, obserwując z uwagą gości, drugi kręcił się po sali, sprzątał ze stołów i przestawiał krzesła. Szafa grająca jak co wieczór mełła żałosne błagania o miłość.

– Cześć, Salvatore – tuż za Lucanią rozległ się zachrypnięty głos. Należał do znanego w dzielnicy handlarza narkotyków, zwanego Cherry Nose, czyli Wiśniowy Nos. – Napijesz się szklaneczkę marsali?

Sycylijska marsala zawdzięcza swe istnienie angielskiemu kupcowi z miasta Liverpool, nazwiskiem John Woodhouse. Bawiący w 1773 roku w Marsali na zachodnim wybrzeżu Sycylii sztywny Anglik, spróbowawszy lokalnego wina, tak zachwycił się jego smakiem, że kupił winnice i rozpoczął produkcję, a następnie eksport. Będąc wielbicielem portugalskiej madery, zaczął zamiast spirytusu dodawać do tradycyjnych białych win sycylijskich brandy. Okazało się, że jej działanie daje bardzo podobne efekty. W drugiej połowie XVIII wieku w marsalę zaopatrywała się między innymi brytyjska flota dowodzona przez admirała Nelsona.

Rychło jednak jakość sycylijskiej marsali zaczęła się drastycznie psuć. Powodem tego było głównie sztuczne nawadnianie winnic. Zabieg ten, chociaż sprawiał, że plony stawały się większe, znacznie obniżał zawartość cukru w winogronach, „rozwadniając” je, a to z kolei zmuszało wytwórców do sztucznego dosładzania wina. Dopiero w 1969 roku ostatecznie ustalono przepisy regulujące produkcję marsali, ale – zgodnie z południowym temperamentem Sycylijczyków oraz ich beztroskim podejściem do wszelkich norm – są one do dzisiaj traktowane dość swobodnie.

Szczególnie dotyczy to słodkiej marsali, gdzie istnieją różne sposoby uzyskiwania pożądanej słodyczy. W niektórych wytwórniach dodaje się brandy do bardzo słodkiego moszczu z podsuszanych winogron, w innych zagęszcza się moszcz przez powolne gotowanie i odparowywanie wody. Naprawdę cenione są jednak te marsale, w których odpowiedni poziom cukru uzyskuje się poprzez przerwanie procesu fermentacji na pewnym etapie dzięki dodaniu alkoholu.

Marsala dojrzewa w dębowych beczkach i w zależności od czasu leżakowania jej smak waha się od słodkiego do wytrawnego. Podobnie jak inne wina wzmacniane, z wiekiem zyskuje na jakości. Najmłodsza, roczna, określana jest terminem Fine, Superiore i dojrzewa od 2 do 10 lat, Superiore Riserva od 4 do 20 lat, Vergine od 5 do 20 lat, Riserva od 10 do 20, zaś Starecchio 20 lat lub więcej. Marsala, którą pili Lucania z Wiśniowym Nosem, była zaledwie jednoroczna.

– Co dobrego u ciebie słychać? – zapytał handlarz, osuszywszy duszkiem swoją szklankę i skinąwszy na kelnera, aby podał mu następną. Swoje przezwisko dostał bynajmniej nie przez przypadek.

– Nic dobrego – odrzekł smutno Salvatore. – Do środy mam oddać dwadzieścia dolców, a nie mam skąd skołować.

– Komu?

– Baresiemu.

– O, to niedobrze – skrzywił się Wiśniowy Nos. – Baresi nie zna się na żartach.

– Może masz pożyczyć?

– Czyś ty zwariował? Co to ja jestem, bank Rotszylda?

– Jak mu nie oddam, to Baresi mnie zabije.

– Eee tam – Cherry machnął lekceważąco ręką. – Trup nie płaci. Najwyżej połamie ci witki albo pozbawi paru chrupawek.

– Miła perspektywa.

– Możesz się od tego wykręcić.

– Jak?

– Sprzedasz w dzielnicy trochę mojego towaru i dwadzieścia papierów twoje.

– Zgoda.

W najbliższą środę Lucania z uśmiechem wręczył Gino Baresiemu szeleszczący zielony banknot z portretem prezydenta Jacksona.

*

Dwa miesiące później, ubrany w elegancki garnitur Salvatore Lucania sprzedawał dostarczoną przez Wiśniowego Nosa heroinę klientom włoskich knajpek przy Hudson i Mulberry Street. Robota była brudna, ale zysk czysty. Dwadzieścia dolarów, które jeszcze tak niedawno stanowiły dla niego życiowy problem, potrafił przehulać w jeden wieczór na dziwki i alkohol.

W literaturze słowo heroina oznacza główną bohaterkę dramatu scenicznego. W ponurym świecie narkotyków jest ona kluczową przyczyną ludzkich dramatów. Heroina to biały proszek, który duszy ludzkiej pozwala zajrzeć do nieba. Urojonego nieba. A potem – do piekła. Prawdziwego piekła. Ale tam już nie wystarczy zajrzeć, tam trzeba iść. O ile opium i morfina stosowane były przede wszystkim w lecznictwie, o tyle wynaleziona w niemieckich zakładach farmaceutycznych Bayer pochodna morfiny (dwuacetylomorfina) nie miała z medycyną już nic wspólnego. Podbiła natomiast serca narkomanów całego świata.

Dzięki niezwykle szybkiemu przenikaniu do mózgu wyzwalała natychmiastowe uczucie euforii o natężeniu zbliżonym do szczytowania podczas aktu płciowego. Był to tak zwany przez narkomanów „kop”. Aby jednak za każdym razem osiągnąć ten najwyższy punkt na skali doznań, konieczne było stałe podwyższanie dawki. Miłe to uczucie znikało po kilku godzinach, ustępując miejsca narkotykowemu głodowi. Pojawiała się silna potrzeba nowej dawki heroiny, a organizm natychmiast reagował na jej brak ekstremalnymi objawami chorobowymi, jak kołatanie serca, drgawki, straszliwe mdłości, wymioty, bóle głowy, bezsenność i depresja6.

Nastał rok 1913. Na dolnym Broadwayu, przy Park Place, wyrósł właśnie zaprojektowany przez Cassa Gilberta Woolworth Building. Przypominający gotycki tort, z sześćdziesięcioma piętrami, był najwyższym budynkiem na świecie aż do roku 1929, kiedy powstał 319-metrowy (77 pięter) wieżowiec Chryslera. Nazywano go „katedrą handlu” i „hymnem na cześć kapitalizmu”.

Do tej pory palmę pierwszeństwa dzierżył zbudowany w 1902 roku według projektu Daniela Burhama Flatiron Building, zwany „żelazkiem”. Nowojorscy nicponie i obiboki kręcili się w jego okolicy, czekając, aż kolejny poryw wiatru spowodowany kształtem budowli, uniesie spódnice przechodzących dziewcząt i odsłoni ich kostki.

Jankesi w ogóle nigdy nie mieli tradycji murarskich, ponieważ układanie cegły na cegle i kamienia na kamieniu wymagało kosztownej pracy rąk. Był to jeden z powodów, które sprawiły, że w Stanach Zjednoczonych bardzo wcześnie zaczęto stosować o wiele tańsze szkielety stalowe (a później żelbetowe), zdolne do „drapania chmur”.

Uroczystość otwarcia Woolworth Building miała miejsce dokładnie 24 kwietnia. Już od wczesnego popołudnia wokół wspaniałego gmachu gromadziły się tłumy ciekawskich. O godzinie osiemnastej zaczęli przybywać zaproszeni goście – wybrańcy spomiędzy wybranych – a wśród nich delegacja z Waszyngtonu. Na kilka minut przed kulminacją wygaszono stopniowo światła w całym budynku, aż do zapadnięcia całkowitych ciemności. O siódmej trzydzieści zebranych w środku oślepiły strumienie elektryczności. Jednocześnie prezydent Woodrow Wilson nacisnął zainstalowany specjalnie w tym celu guzik w Białym Domu, zapalając przeszło osiemdziesiąt tysięcy żarówek, iluminujących gmach na zewnątrz. Woolworth świecił jak choinka na całą okolicę. Dygnitarze rzucili się do otwartych okien na dwudziestym czwartym piętrze, jak na sygnał powiewając białymi chusteczkami. W odpowiedzi usłyszeli wiwaty z dołu. Tłumy nowojorczyków rozeszły się do domów dopiero o północy. Rzęsiście oświetlony budynek był wówczas nie lada spektaklem. Światło elektryczne nie dotarło jeszcze w ogóle do wielu najuboższych domów.

W tym samym roku 1913 na rogu Broadwayu i 47 Ulicy otwarto słynny „Palace”. Wkrótce stał się on mekką wodewilu i „domem” Fanny Brice, czyli – mówiąc bardziej swojsko – Fani Borach, która już niedługo wylansować miała tam swój niezapomniany przebój My Man.

Całą Amerykę ogarnęło szaleństwo ragtime’u. Skomponowany dwa lata wcześniej przez byłego kelnera z Lower East Side utwór Alexander’s Ragtime Band o bezimiennym przestępcy, który zaprasza słuchaczy piosenki na spotkanie przy ognisku z Alexandrem, czarnoskórym kobziarzem, zawładnął publicznością od Nowego Jorku po San Francisco i od Maine po Hawaje. W setkach kafejek pozbawione eskorty białe kobiety z klasy średniej spędzały całe popołudnia, sącząc herbatę i tańcząc z żigolakami. Nawet restauracja, taka jak „U Rectora”, nie mogła pozostać obojętna i musiała stworzyć specjalny kabaret, w którym klienci mogliby tańczyć. Jej właściciel, George Rector przyznał później: „Nikt nie przychodził tu, żeby zjeść. Mieliśmy kuchnię, ale wszyscy mistrzowie kucharscy byli na parkiecie razem z klientami”. Pod koniec roku nawet Watykan włączył się do akcji, atakując szaleńczy ragtime, lecz nie miało to żadnego znaczenia: kelnerzy nadal szaleli na parkiecie…

 

Niezwykle modny w opisywanym czasie „Rector” znajdował się na West Side i słynął z dobrego jedzenia, a także z tego, że przychodzili tam najwięksi gangsterzy. Wyrafinowana klientela napawała się świadomością, iż twardzi chłopcy i śmiałe panny przy stolikach to często ci sami ludzie, o których przeczytają następnego dnia w plotkarskich broadwayowskich gazetach i policyjnych kronikach. U samego „Rectora” nie dochodziło jednak do żadnych awantur. Trudno sobie wyobrazić coś gorszego dla interesów niż zbłąkana kula trafiająca wprost w kotlety cielęce dwóch komiwojażerów z prowincji. „Rector” stanowił coś w rodzaju gangsterskiej ziemi niczyjej, gdzie wszelką rywalizację – a czasem i broń – pozostawiało się w szatni.

Któregoś wieczoru Lucania umówił się z klientem w barze „Napoli”, w samym środku włoskiej dzielnicy. Przy Arthur Avenue siedziały na stołeczkach grube, na czarno ubrane kobiety z ciemnymi włosami, ciemnymi oczami, o połyskliwej oliwkowej skórze. Na wystawach mijanych sklepów spożywczych leżały walcowate sery poprzewiązywane grubym sznurkiem, który wrzynał się w nie jak w ciało, grube salami, twarde i czarne, oraz ułożone w stertę wielkie bochny chrupkiego chleba. Aromat przypraw wionął ze sklepów przez otwarte drzwi.

Klient wyglądał jak szafa na ubrania. To był naprawdę ogromny facet, dosłownie bryła mięsa z włosami na czubku.

– Masz towar? – zapytał z wyraźnym południowym akcentem. Głos wydobywał mu się z samego dna, niczym błoto przy pogłębianiu rzeki.

– Pewnie. Tak, jak się umówiliśmy – odpowiedział Salvatore. Mężczyzna budził w nim jakiś dziwny, bliżej nieokreślony niepokój.

– Pokaż.

– Już się robi. – Lucania sięgnął za pazuchę, wyjmując niewielką brązową kopertę.

– Co to?

– Jak to, co? Hera.

– Dobrej jakości?

– Najlepszej.

– To świetnie – ucieszył się wielkolud. – Pójdziesz ze mną! – wrzasnął niespodziewanie, wyciągając z kieszeni policyjną odznakę.

– Porco dio!7 – zaklął szpetnie Salvatore. Minę miał zupełnie jak Romeo, który odkrył właśnie, że śpiewa serenady pod niewłaściwym balkonem.

Posterunek policji przy Mulberry Street był żółtawym budynkiem z zakratowanymi oknami i resztkami starych plakatów wyborczych łuszczących się na bocznej ścianie. Jak ciemny sarkofag, leżał w samym środku asfaltowego parkingu. Po wstępnym przesłuchaniu Lucania został stamtąd zabrany prosto do budynku sądu, gdzie za handel narkotykami otrzymał wyrok dwunastu miesięcy pozbawienia wolności. Godzinę później wylądował w Hampton Farms, stanowym ośrodku dla młodocianych kryminalistów.

Po sześciu miesiącach został zwolniony za dobre sprawowanie. Pobyt za kratkami wykorzystał jako naukę. Oczywiście, nie naukę uczciwego życia, ale jako znakomity kurs poruszania się w przestępczym świecie. Tam zrozumiał, dlaczego niektórzy ludzie woleli zostać złodziejami i mordercami niż członkami takiego społeczeństwa, w którym dotąd żył. Nędza, strach i poniżenie były zbyt okropne, by mógł się z nimi pogodzić człowiek silny duchem.

Kiedy wrócił do domu, czekała go niespodzianka.

– Tato, mamo! – zawołał radośnie, przekraczając próg.

– Wynoś się stąd! – wrzasnął na jego widok pan Antonio. – Dla złodziei nie ma tutaj miejsca.

– Nie jestem złodziejem – zaoponował hardo. – Nikomu nic nie ukradłem.

– Jesteś złodziejem i handlarzem narkotyków – ojciec był nieubłagany. – Won mi z domu!