Ojciec chrzestny

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 46,85  37,48 
Ojciec chrzestny
Ojciec chrzestny
Audiobook
Czyta Sławomir Holland
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II. Marsala

Nawet w nocy Nowy Jork sprawia wrażenie, jak gdyby był ze szkła. Gładkie lustrzane ściany, wyrastające znienacka ze wszystkich stron i wzbijające się w niebo na setki stóp, przypominają obwieszone bombkami choinki, w których odbija się ta egzotyczna panorama drapaczy chmur i spelunek, kościołów i burdeli. Nowy Jork odurza rozmachem swojej wolności, tempem i radością życia. Wszystko się tam mieści, złe i dobre, wielkość i upadek, światłość ducha i mroki ostatecznego zepsucia, niedoścignione środowisko nauki i sztuki, wzlotów umysłowości ludzkiej i inwencji technicznej, centrum wyrafinowanego sybarytyzmu i najbardziej wytężonej pracy. Ze swym kurzem, brudem, kłębami dymu z kotłowni centralnego ogrzewania, który unosi się nad ulicami niby w otchłani piekielnej, Nowy Jork przypomina gigantyczny kocioł na chwilę przed wybuchem.

W porównaniu z Nowym Jorkiem każde miasto amerykańskie wygląda prowincjonalnie. Jedynie Nowy Jork ma na sprzedaż absolutnie wszystko, z każdego zakątka świata. Znaleźć tu można każdą przyprawę stosowaną przez każdy szczep afrykański, każde zioło, każdy strój, mebel, każdą broń, każdą rasę, religię, i każde możliwe wynaturzenie. Do Nowego Jorku przyjeżdża się po pracę, po rozpustę, po dobry interes, w celu ukrycia się w kamiennej dżungli, w celu kupna, sprzedaży, kradzieży, podrzucenia pomysłu lub bomby, w celu znalezienia czy zgubienia własnej rodziny.

Cechą dominującą metropolii jest pośpiech. Z rana ludzie spieszą się do pracy, w ciągu dnia spieszą się po zakupy, na słynne nowojorskie sales (wyprzedaże). Pod wieczór w pośpiechu wracają do swych odległych domów lub w jeszcze większym pośpiechu jadą do śródmieścia, by zdążyć na musical do teatru na Broadwayu, do kina lub na dancing. Spieszą się nawet podczas weekendów, by jak najprędzej wydostać się samochodem za miasto.

Kochają go nowojorczycy, nienawidzi prowincja. Nowy Jork to nie Ameryka, słyszy się wokół. Odżegnuje się od niego reszta kraju, bardziej „rdzenna”, bardziej uczciwa i gospodarna; niech sobie to źle zorganizowane i zepsute miasto radzi samo ze swoimi kłopotami: ze swoją przeklętą komunikacją, ze swoim rozrastającym się ogromem, korupcją, bezrobociem i zbrodnią.

Ale ma Nowy Jork również swoich fanatyków. Takich, którzy uważają go za stolicę współczesnego świata, za centrum myśli naukowej, wynalazczości, przodującego malarstwa, muzyki, tańca, opery, słowem – za ośrodek „najżywszego życia” kulturalnego. Tu przechodzą swój chrzest artystyczny i święcą pierwsze tryumfy najwięksi soliści i dyrygenci, tu jest stolica sztuki i mody. Tu, a nie w Paryżu, Londynie czy Rzymie. Jest to więc najwspanialsze, najciekawsze i kto wie, czy nie najpiękniejsze miasto na świecie. Jest to również najbardziej przerażający potwór urbanistyczny, wielogłowa hydra i sceneria największych zbrodni. Wraz z nastaniem nocy Nowy Jork zmienia swoje oblicze i staje się prawdziwym koszmarem. Cała nienawiść, wszystkie frustracje i napięcia przeżyte w ciągu dnia zdają się wybuchać w kolejnych krwawych zrywach.

Jeżeli opuści się Manhattan w jakimkolwiek kierunku, udając się do którejkolwiek z pozostałych czterech dzielnic Nowego Jorku, można w ciągu piętnastu minut znaleźć się w nadmorskim kurorcie, w wiosce rybackiej, w willowym raju, wśród kamiennych podwórek tysiąca niszczejących bloków wybudowanych przez miasto dla bezdomnych, w parku pałaców, wśród tysiąca identycznych, grzecznych i ubogich drewnianych domków, w handlowym śródmieściu prowincjonalnego miasteczka Azji, w wielkomiejskim zgiełku Arabii, w wielkim porcie morskim, w Neapolu, w Chinach, w gigantycznych stoczniach, w bezkresnej gmatwaninie ulic obudowanych fabrycznymi halami, wśród setek składów towarowych, w slumsach przepełnionych bardziej niż południowoamerykańskie favele. Będzie to jednak zawsze ten sam, jeden jedyny Nowy Jork.

Powstawał szybko i w zgiełku. Niby byle jak, a jednocześnie z ogromną premedytacją wznoszono te wszystkie drapacze chmur – każda piędź ziemi miała przynieść lub korzystnie ulokować górę gotówki – tak, że podpierają się wzajemnie, zachodzą za siebie, zaglądają oknami w okna, kłócą pozornie nieprzystającymi do siebie fasadami, przypominają bazarowy tłum, gdzie wszyscy wszystkim włażą na odciski, wszyscy wszystkich próbują przekrzyczeć, a mimo to dzień mija w zgodnym przyzwoleniu na współobecność. Przyzwoleniu pieczętowanym filiżanką herbaty w bazarowej herbaciarni.

Sercem Nowego Jorku jest kamienna wyspa – Manhattan, opierająca się o niebo słupami świateł swoich drapaczy chmur, których powstało tu najwięcej na świecie, a to z dwu prostych przyczyn: wyspa jest mała – 31 mil kwadratowych (12,5 mili długości, 2,5 mili szerokości) – ale za to cała skalista i może utrzymać bez trudu najwyższy dom. Ponaddwunastopiętrowe gmachy wzniesiono tu na wiele lat przed końcem XIX stulecia, ale daleko im jeszcze było do miana drapaczy chmur. Prawdziwa wspinaczka ku niebu zaczęła się dopiero w 1907 roku, kiedy architekt Ernest Flagg w cudowny sposób wcisnął w gęstą sieć ulic czterdzieści siedem pięter wieżowca Singera, smukłego, eleganckiego, przykrytego wymyślnym dachem z łukami i kolumnami i ukoronowanego małą okrągłą świątynią.

Nad trzema rzekami, które określają wyspę Manhattan – East River, Harlem i Hudson – żelazne mosty i kamienne wiadukty prowadzą do rozległych dzielnic Nowego Jorku, położonych na sąsiednim lądzie stałym i innych pobliskich wyspach. Cztery dzielnice, które wraz z Manhattanem tworzą miasto Nowy Jork, to: Bronx, Queens, Richmond i Brooklyn. Faktycznie zrośnięte z Nowym Jorkiem jest też położone tuż za Hudsonem miasto Newark, formalnie przynależne do stanu New Jersey.

Na przełomie XIX i XX wieku Nowy Jork był dzikim, kipiącym, hałaśliwym i niespokojnym dwumilionowym miastem. Dla przybywających tu z całego świata imigrantów był snem. Snem o drapaczach chmur i nocnych klubach, gangsterach i milionerach, spadkobiercach gigantycznych fortun i nieograniczonych możliwościach. Kamienne domy stały tam długimi rzędami, ulice były wybrukowane, na każdym rogu świeciła latarnia. Co wieczór specjalny człowiek zapalał te latarnie za pomocą długiego drąga. Po ulicach jeździły konne omnibusy, bardzo czyste i błyszczące; konie miały plecione grzywy i wysoko unosiły nogi. Było jednak i drugie oblicze miasta.

W latach 1900–1911 Nowy Jork wchłaniał co roku 800 tysięcy nowych imigrantów. Większość z nich pochodziła z „nierozwiniętych” krajów wschodniej i południowo-wschodniej Europy. Niektórzy byli uciekinierami, inni zdecydowali się na ten krok, gdyż byli młodzi, ambitni i szukali lepszych perspektyw. Stawiali stopę na kontynencie amerykańskim w nadziei pozbycia się owych nieszczęść, nędzy i przemocy, ale czekało ich wkrótce srogie rozczarowanie. Jeszcze w chwili zejścia na ląd ożywiała ich naiwna wiara, że wstąpili na „Ziemię Obiecaną”, ale już kilka godzin później doznawali otrzeźwienia, ulokowani z trudem u krewnych w pełnych brudu gettach dolnego East Side’u, za „dzielnicą stodół”, Bovery. Były to najokropniejsze slumsy, jakie tylko można sobie wyobrazić. W zawszonych koszarowych czynszówkach z ich ponurymi podwórkami, do których nie docierał najmniejszy promyk słońca, tłoczyli się Rosjanie, Ukraińcy, Czesi, Polacy, Irlandczycy, Żydzi i Włosi, niezdolni porozumieć się ze sobą, gdyż mało który z nich władał angielskim.

Już następnego dnia po przybyciu podejmowali rozpaczliwe próby znalezienia pracy. Komu „szczęście” dopisało, ten otrzymywał zajęcie w jednej z tysięcy małych, karłowatych fabryczek, zwanych przez lud „budami potu”. Zarabiali tam po dziewięć centów na godzinę, a dzień roboczy trwał 12 godzin. Aby wystarczyło na czynsz i skromne wyżywienie, pracować musieli wszyscy – dzieci i podrostki, synowie i córki.

*

Obietnice lepszego życia jeszcze dźwięczały im w uszach, kiedy państwo Lucania poznawali już na własnej skórze uroki amerykańskiego życia. W rodzinnej wiosce Antonio Lucania był człowiekiem biednym, ale za to powszechnie szanowanym. Tutaj o jakimkolwiek szacunku nie było mowy. Antonia, podobnie jak setki tysięcy innych włoskich emigrantów, nazywano pogardliwie „makaroniarzem” i kojarzono przede wszystkim z przestępczością.

Rzeczywiście, na listach najgłośniejszych przestępców nazwiska o włoskim brzmieniu zdecydowanie przodowały. Jednak ani żmudne dochodzenie komisji kongresowej, ani obszerne raporty dotyczące zachowań imigrantów w pierwszych dekadach XX stulecia nie potwierdziły w sposób przekonujący, że jakakolwiek grupa imigrantów wyróżnia się szczególnie silnymi skłonnościami przestępczymi. Nie udało się tego dowieść mimo zdecydowanie antyimigranckiego, a zwłaszcza antywłoskiego nastawienia komisji. Przodująca pozycja Włochów w annałach zorganizowanej przestępczości pierwszej połowy XX wieku świadczy bowiem nie tyle o naturze samych Włochów, co o ich sytuacji na nowym terenie. Włosi stanowili ostatnią wielką falę imigrantów, która dotarła do wybrzeży Ameryki. W związku z tym – jak dowodzi socjolog Daniel Bell – zastali wszystkie porządne i uczciwe drogi do sukcesu już wydeptane.

W roku 1924 doktor Antonio Stella, protestując przeciwko nowej, restrykcyjnej polityce Stanów Zjednoczonych, zauważył, iż wskaźnik przestępczości w odniesieniu do przybyszów urodzonych we Włoszech jest… niższy niż w przypadku większości innych narodowości i tylko nieznacznie wyższy niż wśród rdzennych Amerykanów. Na 100 000 Włochów wypadało średnio 158,1 aresztowań. Tymczasem dla Niemców ta liczba wynosiła 219,9, dla Anglików 488,3, a dla Irlandczyków 1540,1. Nawet Szwajcarzy okazali się „lepsi” od Włochów, z wynikiem 167,4.

Imigracja rozpoczęła się w wolnym tempie na początku XIX wieku. Pierwsze oficjalne statystyki pochodzą z roku 1820. Zarejestrowano wówczas przyjazd trzydziestu Włochów. Podczas czterech następnych lat i później, aż do roku 1860, już około 80 tysięcy mieszkańców Italii szukało szczęścia w Ameryce. Pochodzili głównie z Genui, ale również z Florencji, Wenecji, Mediolanu i Piemontu. Byli rzemieślnikami, malarzami pokojowymi, kamieniarzami, stolarzami lub artystami – muzykami, tancerzami czy impresariami. Pierwszy podręcznik tańca i śpiewu opublikowało w Nowym Jorku dwóch Włochów, Ferrero i Dafioli, a Marietta Bonfanti na czele trupy baletowej odbyła tournée po całym kraju. Najsławniejszy z wygnańców tamtej epoki – Giuseppe Garibaldi – znalazł schronienie w 1850 roku u przyjaciela Antonia Meucciego, który ofiarował mu pracę w fabryce świec.

 

Gdyby z Włoch do Ameryki przybywali ludzie tylko tego pokroju, to włoska mniejszość bardzo szybko zostałaby wchłonięta przez miasto, ale większość włoskich imigrantów, którzy przybyli do Ameryki w końcu XIX i na początku XX stulecia, tworzyli zwykli chłopi, bez szans i umiejętności osiągnięcia kariery w zurbanizowanym, uprzemysłowionym świecie. Imiona Michała Anioła i Leonarda da Vinci usłyszeli po raz pierwszy dopiero po przybyciu do Nowego Świata. Od początku więc „spłynęli na samo dno”. Nie udało im się nawet opanować Kościoła katolickiego, chociaż stanowili w nim największy procent wiernych. Aż do roku 1960 żaden ze stu katolickich biskupów w Stanach Zjednoczonych ani żaden z dwudziestu jeden arcybiskupów nie wywodził się z Italii. Hierarchię amerykańskiego Kościoła katolickiego zmonopolizowali Irlandczycy, którzy pojawili się masowo na zachodniej półkuli pół wieku przed nimi.

Włosi mieli ogromne trudności z włączeniem się w rytm życia nowoczesnego miasta. Trudności o wiele większe niż jakakolwiek grupa imigrantów przybyłych do Stanów. Wynikały one z ich przeszłości, a dokładniej mówiąc – z ciasnoty ich wieśniaczego świata. Szczególnie Włosi z Południa, nie mówiąc już o Sycylijczykach, żyli na obczyźnie w ścisłej izolacji, mówili niezrozumiałym dla obcego dialektem (nawet gdy ten obcy przybywał z sąsiedniej doliny), odznaczali się też zupełnym brakiem zaufania, usprawiedliwionym przez całe wieki historycznych doświadczeń. Była to nieufność przede wszystkim wobec rządu i wszelkiej władzy zwierzchniej; ich świat cechował brak jakiejkolwiek, poza rodziną, formy stowarzyszeń, a wszystko to razem sprzyjało kształtowaniu psychiki zupełnie nieprzystosowanej do życia w mieście.

Nowojorczycy gardzili nimi, bo byli brudni, najczęściej nie umieli pisać ani czytać. Cuchnęli rybą i czosnkiem, pracowali za byle jaką zapłatę. Upijali się, kradli i mordowali się nawzajem z najbłahszych powodów. Najbardziej nienawidzili ich Irlandczycy, Amerykanie w drugim zaledwie pokoleniu, których ojcowie mieli na sumieniu jeszcze gorsze grzechy. Irlandzkie wyrostki ciągnęły Żydów za brody i przewracały na ziemię stragany włoskich przekupniów.

Przybyłych do Nowego Jorku włoskich imigrantów lokowano w obrzydliwych, przegniłych i rozlatujących się domach East Side’u. Dzielnica ta, opuszczona przez rdzennych nowojorczyków, była brudna i zatłoczona dziesiątkami tysięcy uchodźców ze wszystkich biedniejszych krajów Europy, obok Włochów głównie Hiszpanami, Grekami i Polakami. Nieszczęśnicy ci od pierwszej chwili narażeni byli na mnóstwo trudności i przykrości. Szczególnie wielkim utrapieniem włoskich imigrantów były bandy Irlandczyków, wymuszających od nich resztki ich nędznego jedzenia.

Ponieważ zwykle nie mówili po angielsku, toteż najczęściej stawali się ofiarami któregoś z padroni, przedsiębiorczego rodaka, sprzedającego usługi nowo przybyłych nieuczciwym pracodawcom, ofiarującym najcięższą i najniżej płatną pracę. Co tydzień równowartość jednej dniówki wracała do majstra, a jeśli chciało się mieć szansę na zatrudnienie w następnym tygodniu, należało w poniedziałek dać drobną łapówkę. „Koźlarz” wyciągał półtora dolara za dziesięć godzin pracy – piętnaście centów za godzinę taszczenia cegieł po drabinach.

Policja nowojorska była w tym czasie słaba i źle zorganizowana, przeważnie składała się zresztą również z Irlandczyków, toteż biedni włoscy cafoni w żaden sposób nie mogli liczyć na jej pomoc. Irlandczycy nie cierpieli zarówno Włochów, jak i Żydów, których uważali za „parszywych obcokrajowców”. Posłani do tej podłej dzielnicy, Lower East Side, niesłusznie uważali, że to jej mieszkańcy przynieśli im pecha w chwili przydziału i że to przez nich nie otrzymali lepszego stanowiska. W konsekwencji, aby się zemścić, zamykali się w komisariacie, pozwalając mieszkańcom dzielnicy na załatwianie porachunków między sobą. Dobrze, że wychodzili stamtąd przynajmniej wtedy, gdy popełniono morderstwo. W tym dziwnym i okrutnym świecie, który wcale nie przypominał „ziemi obiecanej”, przybysze z Włoch mogli liczyć tylko na siebie.

Włoskie placówki konsularne nie interesowały się życiem swych ziomków, gdyż było ono zbyt kompromitujące dla ich prestiżu, a dyplomaci byli zadowoleni, że z kraju ubyła pewna ilość bezrobotnych; tym bardziej iż wśród imigrantów znajdowało się niemało ludzi, którzy w ojczyźnie weszli w konflikt z prawem i w Nowym Świecie szukali azylu. W „Małej Italii” Włosi mogli się kłócić, okradać, nawet zabijać wzajemnie i nikogo nie obchodził los owych przeklętych dago. Tym pogardliwym słowem, stanowiącym zniekształcenie popularnego hiszpańskiego imienia Diego, ludność anglosaska określała wszelkich południowców, tych niegodnych uwagi małych ludzi o ciemnych włosach i oliwkowej cerze, wiecznie podnieconych i rozkrzyczanych, łatwo chwytających za nóż.

Imigrantów włoskich określano też zwrotem „trzy C” od „chianti, cattolicismo, crime”. W pojęciu przeciętnego Amerykanina, zwłaszcza należącego do najwyżej w hierarchii społecznej Nowego Świata stojącej grupy WASP (skrót od White Anglo-Saxon Protestant – Biały, Anglosaski Protestant), Włoch kojarzył się w najlepszym razie z małym brudnym analfabetą, popijającym wino i grającym na mandolinie, jeżeli nie z niebezpiecznym anarchistą, gotowym w każdej chwili, w myśl wskazań Bakunina czy Malatesty, rzucić bombę i popełnić najgorszą zbrodnię.

Cała historia Stanów Zjednoczonych jest zresztą jednym wielkim pasmem nietolerancji Anglosasów wobec innych narodowości i ras: wobec czarnych, Indian, imigrantów meksykańskich, włoskich, polskich, a nawet wychowanych w kulturze anglosaskiej, lecz wyznających katolicyzm Irlandczyków. Przez pokolenia głoszono teorię, iż Stany Zjednoczone to kraj, w którym każdy człowiek ma równe szanse i wszyscy traktowani są jednakowo. Uwierzyły w to miliony imigrantów. Niemal na wyścigi oskrobywano się z resztek obyczajów rodzinnego kraju, gubiono największe wartości swojego dziedzictwa, po to, aby niczym nie różnić się od stereotypu, jaki miał zapewnić równość i szansę. Własne wartości ginęły, aby ustąpić miejsca amerykańskim. Społeczeństwo amerykańskie było jednak hermetycznie zamknięte. Bardzo niewielu udało się do niego wedrzeć, i to dopiero po tak radykalnych posunięciach, jak zmiana nazwiska, całkowite porzucenie związków z ojczystym krajem, jego językiem, a nawet z jego religią.

Tak więc, gdy Ameryka ignorowała ich najbardziej elementarne potrzeby, włoscy imigranci ignorowali Amerykę i aby po prostu przeżyć, stosowali system wyuczony w swym rodzinnym kraju. System mafii. W opisanej sytuacji społeczność włoska zmuszona została do szukania awansu w dziedzinach jeszcze „nieobstawionych”, a zarazem niewymagających ani kapitału, ani specjalistycznych kwalifikacji. Fakt, że niektórzy Włosi zrobili kariery na handlu nielegalnymi towarami i usługami, świadczy tylko o ich wielkiej determinacji do osiągnięcia sukcesu, niedostępnego dla nich od pokoleń w Starym Świecie. Głosem rozżalonych generacji przemówił nawet kiedyś sam Al Capone, stwierdzając: „Przecież dwa czy trzy razy próbowałem wejść w legalne interesy, ale nikt nie chciał ze mną gadać”.

*

Nawet tym, którzy nigdy nie byli w Nowym Jorku, wiadomo, że Piąta Aleja niczym rybi grzbiet dzieli Manhattan na dwie części – wschodnią i zachodnią, i że do numeru ulicy – bo jak również wiadomo, większość ulic nowojorskich nie nosi nazw, ale numery – dodaje się zawsze wskazówkę East lub West.

Mieszkać na East Side należało w Nowym Jorku do dobrego tonu, chociaż bynajmniej nie cała wschodnia strona była „dobra”. Od 14 do 34 ulicy na wschodzie, tak jak i na zachodzie, żyła emigrancka biedota, z dużymi skupiskami Portorykańczyków, nędzarzy współczesnej Ameryki. W górze zaś, od 96 po Harlem, zaczynały się skupiska murzyńskie, przetykane licznie ośrodkami włoskimi. Ulice zapchane żebrakami, rzeczywistość lepka od brudu i cuchnących rynsztoków.

Po stronie wschodniej adresy były lepsze, domy najszykowniejsze w całym mieście, a życie bardziej dyskretne (poza wzmiankami w kronice towarzyskiej) i zabezpieczone od przypadkowego sąsiedztwa. We wschodniej części mieszkali ludzie, którym przemysł, sztuka, giełda czy spadek rodzinny przyniosły wielkie fortuny. Zazwyczaj nie był to ich jedyny adres. Mieli jeszcze apartament w Waszyngtonie albo letni dom nad oceanem, a już na pewno starą posiadłość rodzinną w Connecticut lub innej części Nowej Anglii.

Rodzina Antonia Lucanii, składająca się z jego żony, Rosalli, Salvatore oraz czwórki młodszych dzieci – dwóch chłopców i dwóch dziewczynek, zamieszkała w nędznej, odrapanej kamienicy czynszowej przy First Avenue, tuż poniżej Fourteenth Street, w dzielnicy zwanej popularnie Lower East Side. Okna frontowe wychodziły na ulicę, gdzie w nocy paliły się światła sklepów, w dzień zaś bawiły się dzieci. Sznurki na bieliznę przecinały podwórko wzdłuż i wszerz, a susząca się na nich bielizna łopotała nad głową przechodzących niczym postrzępione chorągiewki. Dom był ponury, a powietrze cuchnęło stęchłymi pomyjami i starym odzieniem. Gromady szczurów grzebały w odpadkach porozrzucanych wokół kontenerów na śmieci, łapczywie pożerając liche resztki żywności.

Komorne wynosiło cztery dolary miesięcznie za dwupokojowe mieszkanie bez mebli, bez gazu i elektryczności, z hydrantem na podwórzu i wspólnym wychodkiem na tyłach domu. Gotować mogli na kuchence naftowej, która dodatkowo była jedynym źródłem ciepła w mieszkaniu. Lepiej sytuowani posiadali brzuchate, żeliwne piecyki, w których palili miałem węglowym. Nikomu nie śniło się nawet, by ogrzewać obie izby, cena węgla dochodziła do 35 centów za pięćdziesięciokilogramowy worek. Zimą w takim mieszkaniu było tylko odrobinę cieplej niż na zewnątrz.

W dzielnicy grasowały żydowskie, irlandzkie i włoskie gangi. Tym ostatnim przewodzili na ogół padrone, ludzie o niekwestionowanym autorytecie. Oni przede wszystkim organizowali nabór i podróż robotników; byli dla nich pośrednikami znajdującymi pracę i mieszkanie. W zamian za usługi zabierali część zarobków. Salvatore długo dusił w sobie wściekłość, jaka ogarnęła go po wizycie w domu rodziców jednego z padrone. Było to wkrótce po ich przyjeździe do Ameryki. Pan Antonio zapożyczył się, by kupić materac dla córek. Mężczyzna o nazwisku Moliari nachodził ich co czwartek. Kiedyś dostrzegł szynkę, którą rodzina dopiero co otrzymała w przesłanej z Sycylii paczce. Bandyta odczepił ją z gwoździa i beztrosko, nie pytając nawet o pozwolenie, po prostu zabrał.

Na określenie wszelkiego rodzaju korzyści czerpanych przez mafię z różnych źródeł powstał w dialekcie sycylijskim obrazowy zwrot: vagnari u pizzu (kąpać dziób). Niegdyś na wsi sycylijskiej mafiosi, zachodząc do swych ofiar, w uprzejmej formie żądali wina lub innego poczęstunku, by „skąpać dziób”; z czasem zwrotem tym zaczęto określać wszelki haracz na rzecz mafii, czy to pieniężny, czy w naturze. W latach chudych krów pizzu gwarantowało minimum zasobów, pozwalających utrzymać mafijne rodziny. Bez względu na koniunkturę ten obowiązkowy haracz był świadectwem dominacji mafii na danym terytorium i nad odbywającą się na nim działalnością gospodarczą. W Palermo był po prostu formą dodatkowego podatku.

Pizzu płacili więc sprzedawcy owoców w obawie, że ich towar zostanie oblany kwasem, sklepikarze, którzy chcieli uniknąć wybicia szyb przez „nieznanych sprawców”, przedsiębiorcy samochodowi, którzy nie chcieli, aby ich wozy miały ustawicznie niszczone opony, i w ogóle każdy, kto pragnął spokojnie wykonywać swój zawód. „Skąpać dziób” można było zarówno, otrzymując kilka ryb od handlarza na targu, jak inkasując sto tysięcy dolarów za pomoc mafii w uzyskaniu głosów włoskich przy wyborze burmistrza.

„Otaczali nas sami kanciarze”. – Tak wspominał lata spędzone na Lower East Side sam bohater tej opowieści. – „I chociaż wielu z nich było facetami, którzy z założenia powinni być uczciwi, wszyscy bez wyjątku kradli. My zaś mieliśmy prawdziwych zawodowców, bogatych Donów ze Starego Kraju, w wielkich czarnych samochodach i z wąsami do kompletu. Wiedzieliśmy, że byli bogaci, a tylko to się liczyło”.

Lower East Side, południowo-wschodnia część Manhattanu, położona pomiędzy Czternastą Wschodnią Ulicą, Broadwayem, Fulton Street i East River, znana była od początku XX wieku jako dzielnica największej nędzy i wyzysku. Aż do wprowadzenia w roku 1920 ścisłych kontyngentów, tutaj osiedlały się kolejne fale imigrantów – Irlandczyków, Niemców, Słowian, Żydów, Włochów i Chińczyków – tworząc odrębne skupiska narodowościowe. (Na przełomie XIX i XX wieku była tu również dzielnica polska).

 

W początkach XX stulecia Lower East Side nazywany był „Wielką Cebulą” – ponieważ właśnie tak, jak we wspomnianym warzywie, gdy zdjęło się tu jedną łuskę, zaraz pod nią ukazywała się druga, każda zaś reprezentowała inną część dzielnicy, dekadę lub grupę etniczną. Chociaż w Nowym Jorku znajdowało się sporo imigrantów, którzy nie zdążyli się jeszcze dorobić, to jednak Lower East Side była dzielnicą najbardziej godną pożałowania i skupiającą największą biedotę.

W XIX wieku stworzyli tu własną kolonię Żydzi, zachowując swój język, zwyczaje, religię oraz narodową kuchnię. Synagogi wokół Rivington Street świadczyły o tradycjach religijnych tej części Dolnego Manhattanu. Większość pochodziła z Rosji, Ukrainy i Polski, sporo było też niemieckich Żydów, Deutscher Yehudin, ale większość z nich stanowili zamożni, szybko asymilujący się snobi, którzy na widok swych krępująco niedomytych krewniaków ze wschodniej Europy natychmiast zmieniali nazwiska.

Warunki życia imigrantów były tu okropne. W wielu budynkach panował zaduch, w pomieszczeniach nie było okien, kuchnie nie posiadały zlewów, a wspólne ubikacje znajdowały się na korytarzach. W mieszkaniach pozbawionych urządzeń sanitarnych gnieździły się liczne rodziny, uparcie walczące o każdy kawałek chleba. Europejskie getto odrodziło się tutaj w formie niemal niezmienionej.

Powodem takiego stanu był brak przepisów budowlanych określających minimalny standard domów czynszowych dla biednych. Sytuacja uległa pewnej zmianie po roku 1879, gdy nowe prawo budowlane uwzględniło również tanie budownictwo czynszowe. Dla wielu imigrantów żydowskich Lower East Side była tylko pierwszym etapem na drodze do nowego życia. Fale żydowskich uciekinierów znajdowały tu schronienie przed pogromami w Rosji, Rumunii, na Węgrzech, a potem przed niemieckimi nazistami. Była to największa gmina żydowska na świecie. Dumą mieszkającej tu kiedyś społeczności była wybudowana w 1887 roku przez ortodoksyjnych aszkenazyjczyków z Europy Wschodniej synagoga bogato zdobiona witrażami, rzeźbami, kandelabrami i boazerią.

W tej biednej i przeludnionej dzielnicy zawsze można było jednak bardzo tanio żyć. Do dziś wystawy i stragany na zewnątrz sklepów chętnie odwiedzane są przez mieszkańców i turystów i choć panuje tu nieopisany tłok, a sprzedawcy są natarczywi – jest to najlepsze miejsce w Nowym Jorku na robienie tanich zakupów. Największy ruch panuje tu w niedzielę, a tradycja niedzielnych zakupów pochodzi z czasów XIX-wiecznych targów żydowskich.

*

Swoją edukację rozpoczął Salvatore w Szkole Podstawowej nr 19 przy Fulton Street. Podczas lekcji niewiele miał do powiedzenia, szkoły nienawidził zresztą nade wszystko. Nauczyciele zapamiętali chudego, poważnego wyrostka z szopą czarnych włosów opadających na oczy, i jego okrutny wzrok, przypominający wygłodzonego wilka pod koniec zimy.

Rodzice Salvatore, jak to zwykle bywało w rodzinach imigrantów, oboje pracowali, niewiele więc mieli czasu, by opiekować się dziećmi, które wychowywały się głównie na ulicy. A ulicami rządziły gangi, czy też mówiąc bardziej precyzyjnie: gangi młodzieżowe. Członkiem jednego z nich został oczywiście młody Lucania.

Każdy sektor, każda dzielnica miasta miała swój własny gang. Gangi, najczęściej złożone z dzieci imigrantów, powstawały też w obrębie określonych narodowości. Początkowo ich członkowie nie byli właściwie gangsterami, według dzisiejszych norm potraktowano by ich raczej jako zwykłych chuliganów. Dopuszczali się drobnych kradzieży, czasem odbierali rówieśnikom pieniądze na drugie śniadanie, nieliczni tylko angażowali się w działalność, którą można by uznać za przestępstwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Świetnie się bawili, gdy udało im się poprzewracać wózki handlarzy i bańki z mlekiem, wysypać chleb ze skrzynek, a przy okazji poczęstować się tym i owym, stłuc szyby, lampy uliczne, czy wytargać jakiegoś żydowskiego starca za brodę. Wszyscy poza mięczakami i molami książkowymi należeli do gangów, które ofiarowały protekcję, stosunki i dodawały otuchy w przygnębiającym świecie ruder. Między tymi gangami rozgrywały się prawdziwe bitwy o strefy wpływów i prestiż.

Pod koniec XIX i na początku XX wieku gangi działały głównie wzdłuż wybrzeży rzeki Hudson i w Lower East Side. Brzegi West Side, które opanowali Irlandczycy, dawały ogromne możliwości. Port rzeczny, przejmujący coraz większy procent zamorskiej wymiany handlowej, i dworzec kolejowy, gdzie miały miejsce przeładunki towarów przed wwiezieniem ich do miasta, wymagały budowy hangarów, składów i chłodni.

Teren ten stał się domeną dwóch gangów – Gophers i Hudson Dusters. (Gopher to szczur żyjący w podziemnych korytarzach, a kurz kojarzący się ze słowem duster oznacza kokainę). Zaczęli od bezkarnego obrabowywania magazynów i ładowni statków. Bezkarnego, ponieważ teren sprzyjał szybkiej ucieczce. Później przeszli od zwykłej kradzieży do szantażu, narzucając swe usługi w ochronie doków. Wkrótce ani załadunek, ani rozładunek nie były możliwe bez opłacenia tych swoistych pośredników, którzy siłą przywłaszczyli sobie prawo decydowania o zatrudnieniu robotników. To oni właśnie doprowadzili do perfekcji system zwany racket. W zasadzie racket znaczy tyle, co bankiet, bardziej przypominający wesołą kolacyjkę niż ceremonialny posiłek wydawany na cześć przyjaciela lub z okazji jakiegoś święta. Ale dla sfinansowania takiej uroczystości wprowadzono przedpłaty i biada temu, kto nie zadbał o wykupienie biletu. Wreszcie doszło do tego, że racket zaczęło znaczyć szantaż, a następnie stowarzyszenie przestępców.

Po drugiej stronie miasta, w Lower East Side działały gangi żydowskie. W 1908 roku raport komisarza policji, Thomasa Ginghama, donoszący o tym, że Żydzi stanowią 50 procent przestępców w Nowym Jorku, wybuchł niczym bomba w izraelskiej społeczności. Zdziwienie starych rodzin żydowskich pochodzenia aszkenazyjskiego lub sefardyjskiego5 wynikało stąd, że zaliczano je zawsze do najspokojniejszych i najbardziej gorliwie przestrzegających prawa. I oto ich współwyznawcy zostali oskarżeni o stworzenie jednej z najniebezpieczniejszych grup społecznych!

Większość ludzi nigdy nie słyszała o żydowskich gangsterach. Nie wierzą, że tacy przestępcy w ogóle kiedykolwiek istnieli. Samo pojęcie żydowskiego gangstera kłóci się z podstawowymi stereotypami Żyda, które wyjaśniają, czemu synowie Izraela zajmują w świecie takie, a nie inne miejsce. Otóż są oni gryzipiórkami i nikomu z ich strony nie zagraża fizyczne niebezpieczeństwo. Pewien znany kabareciarz tłumaczył to następująco: „Wiecie, dlaczego żydowskiej mafii nigdy nic się nie udało? Mieli za mało groźne ksywki. Był na przykład jakiś tam „Maca” Goldberg, czy „Chanuka” Fishbein.

Nawet ci spośród żydowskich gangsterów, którzy powszechnie zasłynęli, widziani są przez pryzmat stereotypów: jako rachmistrze czy geniusze finansów, którzy równie dobrze mogli uprawiać swoje rzemiosło na Wall Street, jak na Hester Street. Słynny Meyer Lansky przedstawiany jest zwykle jako ktoś w rodzaju zupełnie nieszkodliwego księgowego. Nawet sami Żydzi wyparli ze świadomości wspomnienie o żydowskich gangsterach. Utrwaliła się im w pamięci wizja Zagłady wraz z wezwaniem: „Nigdy nie zapomnijcie! Nigdy nie zapomnijcie czasów, kiedy sami byliście ofiarami!”. Wizerunek gangstera odsunęli więc na bok, opatrując go komentarzem: „Zapomnijcie! Zapomnijcie o czasach, kiedy sami byliście brutalni!”.