14-14

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

1 stycznia 2014 r.

Franck! Marion chodzi z Franckiem! Adrian jest zrozpaczony. W trakcie powrotu z cmentarza mija dom przyjaciółki na rogu ulicy. Są niemal sąsiadami. To maleńki domek z zabawnym balkonem z kutego żelaza. Zwykle Adrian rzuca kamyk w okno pokoju dziewczyny i ta — jeśli akurat tam jest — pisze mu sekretną wiadomość na kawałku papieru, zgniata go w kulkę i rzuca z balkonu. Zwykle są to rzeczy typu: „Zagadka. Jestem trzynastoletnim chłopcem, muszę podarować coś pięknego mojej sąsiadce na Boże Narodzenie i dziś rano mam strasznie potargane włosy. Kim jestem?”. Adrian łapie „przesyłkę” i gryzmoli na przykład taką odpowiedź: „Szarada. Moja pierwsza część to rodzaj żeński od »mój«, moja druga część to śmieszne słówko, jakie mówią dzieci, moja trzecia część to rodzaj męski od »ona«, a całość oznacza najlepszą przyjaciółkę… tego, kto jest rozwiązaniem twojej zagadki. Kim jestem?”, po czym stara się odrzucić ją na balkon. Mogą tak grać naprawdę długo — najczęściej kulka ląduje w końcu na balkonie sąsiada albo w rynnie.

Dziś jednak Adrian wciska głowę w kołnierz swojej kurtki. Ciepłe łzy nadal płyną mu po zmarzniętych policzkach. Z góry alei słychać stłumiony odgłos samochodu jadącego wolniutko w dół po śniegu. Dziś nie będzie ani kamyka, ani papierowej kulki od Marion.

Zamiast tego, myśli chłopak, jak tylko otworzę drzwi, wpadnie na mnie matka.

Zobaczy jego zaczerwienione oczy, zacznie go pytać, czy „coś nie gra w szkole” i, jak zwykle, będzie jeszcze go nazywać „swoim ukochanym głuptasem”. Nie znosi, kiedy ona go nazywa „swoim ukochanym głuptasem”. Całe to zainteresowanie i afektowane politowanie… trudno będzie mu je znieść. Zgarnia trochę śniegu, rozmazuje go sobie po oczach i policzkach, ścierając łzy. Może matka nie zauważy spuchniętych powiek przy twarzy czerwonej od zimna. Waha się, stojąc przed drzwiami wejściowymi. Nasuwają mu się na myśl niechciane obrazy — Marion siedzi na kolanach u Francka ze wzrokiem pełnym miłości; Marion trzyma Francka za rękę; Franck głaszcze Marion po włosach. W końcu popycha drzwi. Lepiej już zmierzyć się z matką.

Mała dziewczynka ze zmierzwionymi włosami rzuca mu się na szyję.

— Hej, Adrian!

Stara się uśmiechnąć.

— Hej, Éloïse.

To jego młodsza siostra; ma sześć lat i wspaniały uśmiech.

— Patrz! Patrz! — wykrzykuje. — Namalowałam coś dla ciebie!

Podczas gdy on zdejmuje swoją kurtkę i zmoczone adidasy, ona wciska mu do ręki rachunek za gaz.

— A co to ma być? — pyta on.

— Nie to! Z drugiej strony, głupku! — mówi ona, śmiejąc się i odwracając kartkę.

Na odwrocie narysowała stojącego pod wieżą rycerza w zbroi i wypatrującą go z okna księżniczkę. Éloïse nigdy nie była zbyt dobra w rysowaniu i rycerz przypomina cukinię z zapałkami zamiast rąk.

— To jest… przepiękne.

— Popatrz na księcia: wiesz, kto to?

Adrian nie chce sprawiać przykrości siostrze, ale jest zbyt przygnębiony, żeby się bawić w zgadywanki. Ma ochotę tylko na jedno: pójść na górę do swojego pokoju i zamknąć się na klucz, zanim gdzieś natknie się na matkę.

— Nie wiem. Hmm… Tata?

Uśmiech znika z twarzy Éloïse zastąpiony przez smutek i dwoje oczu na skraju płaczu.

— Wcale że nie, to ty! Ten rysunek jest do niczego!

Dziewczynka zaczyna szlochać i wspina się po schodach. Adrian bełkocze pod nosem jakieś słowa przeprosin i o mało co nie wpada na matkę, która wychodzi z kuchni w piżamie, z filiżanką kawy w ręce.

— Dzień dobry, Adrianie — mówi z wielkim uśmiechem. — O, masz cały nos czerwony! Gdzie byłeś?

Marszczy brwi, przyglądając się badawczo jego twarzy, i nagle przybiera ton pełen współczucia, którego tak nienawidzi.

— Ależ ty płakałeś! Co się stało?

— Nie, nie płakałem — kłamie Adrian.

— Mój ukochany głuptasek!

No i proszę, był pewny, że ona to powie. Kobieta przyciska go do siebie, aż mu się niedobrze robi. Czuje jej tanie perfumy i chłodny, szorstki dotyk piżamy.

— Muszę… — mówi, próbując się wyrwać z jej uścisku — muszę…

Szuka desperacko pretekstu, żeby pójść do swojego pokoju.

— Muszę iść napisać kartki z życzeniami świątecznymi!

Matka jest zaskoczona, ale od razu go puszcza.

— Kartki z życzeniami? A wiesz, to w sumie świetny pomysł. Myślałam, że chłopcy w twoim wieku na Nowy Rok wysyłają sobie tylko SMS-y.

Na sam dźwięk słowa „SMS” przypomina mu się ten otrzymany od Marion i czuje, że łzy od nowa podchodzą mu do oczu.

— Masz, weź mój adresownik, przyda ci się, kiedy będziesz pisał do swojego kuzyna Hadriana! — mówi dalej, podczas gdy Adrian już wspiął się na kilka pierwszych stopni. Wieki go nie widzieli!

Nie odpowiada jej nawet, chwyta notes, skacze w górę po dwa stopnie i zatrzaskuje za sobą drzwi od pokoju. Ale coś je blokuje.

To lalka Éloïse, ale z niej idiotka! Jedna ręka się urwała przy uderzeniu. Jego młodsza siostra pojawia się w obrysie drzwi i wydaje okrzyk przerażenia na widok połamanej ręki z plastiku. Zaczyna płakać i znika, biegnąc korytarzem z fragmentami lalki.

— Ja… przykro mi, Éloïse. Zaczekaj, zaraz przyczepię ją z powrotem.

— Jesteś wstrętny! — krzyczy dziewczynka, uciekając do swojego pokoju. — Już cię nie kocham!

Adrian zamyka drzwi i stoi przed nimi dłuższą chwilę, patrząc na swoje plakaty. Z jednej strony plakat Batmana, z drugiej grafika Picasso: doskonały człowiek i doskonały malarz. To od Marion dostał Picassa zeszłego lata.

Jego spojrzenie zatrzymuje się na kłębku brudnych ubrań w nogach łóżka i na zabałaganionym biurku pełnym tubek farby. Siada na krześle i machinalnie chwyta powieść, którą nauczyciel od francuskiego kazał im przeczytać: W osiemdziesiąt dni dookoła świata Juliusza Verne’a. Na okładce jest balon, a widoczny w gondoli mężczyzna trzyma inną postać, która wywija w powietrzu nogami.

Adrian decyduje się więc zemścić na Francku za pomocą rysunku. Bierze czystą kartkę i wściekle prowadzi linie proste i krzywizny: zaczyna od zaokrąglenia balonu, potem umieszcza siebie wewnątrz, z cylindrem na głowie (na podobieństwo postaci z Juliusza Verne’a), a na miejscu drugiej postaci rysuje Marion, którą odrywa od ziemi dzięki sile swoich ramion. Ze smutnym uśmiechem rysuje sylwetkę Francka na samym dole strony i umieszcza mu na głowie ogromny worek piasku, który spadł z gondoli.

Z początku tworzy z uśmiechem satysfakcji. Ale po skończeniu obrazka twarz Marion wydaje mu się tak realistyczna, że odwraca kartkę, żeby jej nie widzieć.

Nagle czuje wibracje telefonu w kieszeni spodni. Podrywa się, roztrącając kredki i papier. To SMS. Od Marion?

Uwaga, właśnie wyczerpałeś swój miesięczny limit 150 SMS-ów.

Super.


A teraz należałoby napisać świąteczne kartki z życzeniami, bo inaczej matka będzie go zadręczać, dopóki się za to w końcu nie weźmie. Ciągle naciska, żeby się bliżej zapoznał ze swoim kuzynem od strony rodziny ojca. Mówi, że z powodu rozwodu może stracić z nim kontakt i że byłoby szkoda. Adrian się zastanawia, czemu miałoby mu być szkoda „stracić kontakt” z kuzynem takim, jak Hadrian Lerac, który jest zarozumiały… Łapie pierwszą kartkę, jaka mu wpada w ręce, i zaczyna pisać. Noszą prawie to samo imię, a nigdy nie mogą się porozumieć.

Drogi Kuzynie,

życzę Ci szczęśliwego nowego roku. Jak się miewasz od naszego ostatniego spotkania, kiedy się widzieliśmy z tatą na letnich wakacjach nad jeziorem?

Jeśli o mnie chodzi…

Zastanawia się, co napisać.

…to wszystko OK. Chodzę z Marion, jak wiesz, prześliczną dziewczyną, o której Ci mówiłem, gdy się widzieliśmy dwa lata temu.

To kłamstwo, ale będzie prawdą dla kuzyna Hadriana i stanowi to już małe zwycięstwo.

W szkole wszystko dobrze, jestem najlepszy w klasie, już kolejny raz.

To też nie jest prawda, ale Hadrian zawsze się przechwala swoimi dobrymi ocenami, więc to mu da nauczkę.

Mama ma się świetnie, powinieneś ją zobaczyć, jest superładna w swojej nowej fryzurze.

To też mu się nie spodoba: Hadrian się wstydzi, że jego mama farbuje włosy byle jak.

Całuję, Adrian.

Nie zauważa, że wykorzystał kartkę z rysunkiem balonu, który zrobił wcześniej. Składa ją na pół i wsuwa do pierwszej lepszej koperty. Bez sensu kupować ładną kartkę dla kuzyna.


Corbeny jest oddalone jedynie o dwadzieścia kilometrów od Laonu, a mimo to kuzyni nie widzieli się więcej niż dwa razy przez całe życie. Nie można powiedzieć, żeby Adriana łączyły silne więzy z tą częścią rodziny…

Chłopak wkłada płaszcz i wychodzi na opustoszałą ulicę. Najbliższa skrzynka na listy jest oddalona o dziesięć minut marszem od alei, tym samym ma dość czasu, żeby zmarznąć, zanim tam dotrze. Trzęsie się z zimna, podnosi kołnierz i zdziwiony zauważa, że tuż przed domem postawiono nową skrzynkę. To dziwaczne, musi być zupełnie nowa; przysiągłby nawet, że jeszcze przed chwilą jej tu nie było. To, co jeszcze dziwniejsze, to to, że ma staroświecki wygląd i jest zardzewiała na rogach. Poza tym jest niebieska, a nie żółta…

W każdym razie, ma wyraźny napis „Poczta” i wyszczególnione godziny wyjmowania przesyłek. Poza tym, myśli sobie, wzruszając ramionami, to jest szczęśliwy traf, dzięki temu uniknie konieczności marszu w zimnie aż do alei…

 

Wsuwa tam swoją kopertę i prędko wraca do ciepłego domu.

Rozdział 4

3 stycznia 1914 r.

Hej, Hadrian!

Chłopiec odwraca się, żeby zobaczyć, kto go woła. To listonosz. Wyprzedza go, rozpędzony na swojej dwukołowej strzale, zjeżdżając ulicą prowadzącą do Craonne. Hadrian chciałby mieć taki rower, ale jest tak drogi, że może o nim co najwyżej pomarzyć. Może będzie go na niego stać za jakiś czas, kiedy ukończone studia pozwolą mu zdobyć dobrą pracę z wysoką pensją?

— Zostawiłem u twojej mamy przesyłkę zaadresowaną do ciebie! — krzyczy do niego mężczyzna już prawie z końca ulicy. — Spieszę się, kolejną turę listów miałem wybrać o szesnastej!

— To mój komiks?

Ale listonosz jest już daleko. No, w każdym razie to pewnie to zostawił mamie. Nawet biorąc pod uwagę, że czwartek był wolny, to w sobotę rano „Épatant” powinien już być, jak zwykle! W Corbeny listonosz chodzi rano i wieczorem, ponieważ większość osób ogromnie dużo pisze i mają zaprenumerowane czasopisma, periodyki. Hadrian słyszał o dziwnej maszynie, która działa na elektryczność i pozwala porozumieć się ludziom znajdującym się daleko od siebie, nazywa się to „telefon”. Listonosz twierdzi, że któregoś dnia wszyscy będą mieć to urządzenie u siebie w domu i nie będzie już potrzeby wysyłania sobie listów. Tymczasem, zanim to nastąpi, ludzie nadal wysyłają do siebie stosy listów każdego dnia.

Chłopak pędzi do domu, żeby odebrać komiks, wspinając się główną ulicą wielkimi krokami na swoich nastoletnich, nieco przydługawych nogach. Po drodze natyka się na swoją starszą siostrę. Niesie z trudem dwa ciężkie kosze wypełnione ziemniakami.

— U cioci Jeannette zostało jeszcze kilka koszy dla nas. Idź po nie!

— Lucienne! Mam jeszcze zadania domowe do zrobienia!

— I ja mam chodzić sama w tę i z powrotem z takimi ciężarami?

— To twój obowiązek, nie mój!

— Chcesz, żebym o tym porozmawiała z tatą?

Mina Hadriana świadczy o tym, że się poddaje. Oczywiście, że nie, nie chce, żeby ta jego przeklęta siostra powiedziała to ojcu. Po co, żeby go miał ukarać? Nie, dzięki!

Zawraca więc z wielką niechęcią. Złoto wieczoru zabarwia już zimowe niebo, gdy dociera do domu z dachem pokrytym śniegiem. Puka do ciężkich, drewnianych drzwi i ogarnia go ciepło ognia, gdy ciocia otwiera je szeroko. Jest niska i przy kości, jej twarz przypomina pomarszczoną szarą renetę i mimo że ma opinię dziwaczki, to jest najmilszą osobą, jaką Hadrian zna. Została starą panną, co się raczej rzadko zdarza, i umie czytać. Zna nawet łacinę, co jest jeszcze rzadsze! Jej dom jest malutki i równie zabałaganiony jak pokój Hadriana: pod wszystkimi belkami wiszą suszone rośliny, butelki i pudełka piętrzą się na stole na środku pomieszczenia, a na komodzie leży stos książek. Ciocia Jeannette spędza czas na przygotowywaniu naparów i napojów z roślin dla mieszkańców miasteczka, pomaga kobietom przy porodzie, uśmierza też bóle, gdy ktoś się poważnie poparzy. Tak więc, mimo że ma tylko mały ogródek warzywny i jedną kozę, nigdy nie chodzi głodna, bo ludzie płacą jej za przysługi w naturze. Królik, jajka, sałata… Ma wszystko, czego jej trzeba.

Tak jak jego ojciec jest skąpcem, tak jego ciocia jest hojna i wręcza mu nie dwa, ale cztery koszyki.

— To nie do wiary, jak ty urosłeś! Masz, weź jeszcze dwa, bo jak nie, to nie wystarczy, żeby wykarmić takiego krzepkiego chłopaka jak ty.

— Jak ty to robisz, że masz tyle ziemniaków? Przecież twój ogródek jest malutki!

— Mam, co trzeba i kiedy trzeba! — odpowiada, puszczając oko.

Objuczony jak muł, z osikowymi uchwytami wbijającymi mu się w dłonie, Hadrian powraca do domu. Zastanawia się, czy ciocia Jeannette używa magii do hodowli ziemniaków. Spogląda na nie, jakby miały zaraz zacząć błyszczeć, ale to są zwyczajne ziemniaki i chłopak czuje się trochę jak głupek: jeśli jego ciocia jest czarownicą, to i tak nie sprawi, żeby ziemniaki świeciły! Kiedy w końcu przybywa na miejsce, z łoskotem stawia koszyki na dużym stole w kuchni. Marta, jego młodsza siostra, jest zajęta ubijaniem masła i z trudem utrzymuje tempo. Kiedy go zauważa, zatrzymuje się i wybałusza na niego swoje oczy łasucha: jest jeszcze pulchna i lubi zapiekanki z ziemniaków, które przyrządza ich matka, zwłaszcza te z tłustą, pyszną śmietanką — sekretnym składnikiem. Bierze oddech, cała czerwona, a jasne kosmyki włosów kleją się od potu do jej szerokiego czoła. Hadrian uwielbia swoją młodszą siostrę, uważa ją za ładną i łagodną, podczas gdy Lucienne jest oschła i bez wdzięku. Mają przeciwne charaktery: Lucienne nadużywa swojej pozycji starszej siostry, żeby rozkazywać Hadrianowi. Od kiedy przewyższył ją wzrostem, wzięła się za Martę, która ma zły humor przez większość czasu.

Nagle ojciec otwiera szeroko drzwi i mierzy Hadriana wzrokiem.

— Niezbyt się spieszyłeś! Krowy czekają, aż je wydoisz! Słyszysz je?

— Ale to Lucienne… — protestuje Hadrian obserwowany przez siostrę, która nie robi nic, żeby go obronić.

— Cicho…! Znowu się włóczyłeś ze swoją przyjaciółką Simone!

— Alphonse — wtrąca się matka schodząca właśnie ze schodów — widzisz przecież, że pomagał Lucienne nosić ziemniaki!

— Mmm.

— I dostał pocztę, zostaw go na chwilę, żeby mógł rzucić okiem, zanim znowu go odeślesz na zewnątrz.

Zrzędząc, ojciec wskazuje mu leżący na kredensie list. Marta, jego młodsza siostra, chwyta go i podaje, tak jakby nie czekała na nic innego, od kiedy przyszedł listonosz. Trzeba przyznać, że nie przychodzi do nich zbyt często!

— Co to? — pyta zaciekawiona mała.

— To kartka z życzeniami świątecznymi — odpowiada Hadrian. — Przyszła z Laonu. Nie mogę odczytać imienia. I znaczek jest dziwny.

— Kto do ciebie napisał? — pyta ojciec. Potem zwraca się do żony: — Ktoś z twojej rodziny?

— Na pewno. Jest zaadresowane do Hadriana Lerac, z moim nazwiskiem panieńskim. Na szczęście w miasteczku jest tylko jeden Hadrian i listonosz pomyślał o nas, inaczej list by się zagubił. To musi być Théodore, starszy syn mojej siostry Béatrice. Trzeba będzie odpowiedzieć. Hadrian, ty to musisz zrobić, to ważne.

— A kto wydoi ze mną krowy? — warczy ojciec.

— Lucienne może, a Marta mi pomoże z zupą — odpowiada mama, nie słuchając protestów swojej pierworodnej.

— Potrzebuję go przy gospodarstwie, Louise, nie możesz mu szukać wymówek cały czas!

— Moja siostra zawsze jest dla nas hojna, to ona nam przysyła ubrania, trzeba jej przynajmniej podziękować za pomoc. A poza tym byłabym zadowolona, gdyby chłopcy korespondowali ze sobą, to dobre ćwiczenie pisania.

— Bo akurat to mu się przyda w gospodarstwie. Zobacz na mnie, mi to niepotrzebne!

Hadrian podnosi głowę, nie patrząc na ojca. On nie chodził do szkoły. Nie umie nawet czytać! Hadrian szuka oczu matki i jej przychylny uśmiech sprawia, że robi mu się ciepło na sercu. Dała mu dobrą okazję do wykorzystania czasu na zrobienie zadań w spokoju. I to kolejny już raz! Najpierw napisze list, żeby to jak najprędzej odbębnić. Rodzina jego matki, bardziej zamożna niż oni, potrafi się zachowywać. To są miastowi, którzy są wykształceni. Nie za bardzo wie, jak odpowiedzieć na ten przejaw nagłego i niespodziewanego zainteresowania. Obserwuje uważniej kopertę i znaczek. Znaczek jest nowy i dość zaskakujący: to obraz malarza, którego nie zna, jakiegoś Braque’a. A na odwrocie nie ma imienia Théodore’a, ale jakiegoś Adriana. Adriana Leraca. Nazwa ulicy, Jean-Jaurès’a, coś mu przypomina, ale nie wie dokładnie co. W każdym razie to dziwne, że mają prawie tak samo na imię! Może to inny kuzyn, którego nie zna? Odpieczętowuje list, żeby sprawdzić swoją hipotezę.

Drogi Kuzynie,

życzę Ci szczęśliwego nowego roku. Jak się miewasz od naszego ostatniego spotkania, kiedy się widzieliśmy z tatą na letnich wakacjach nad jeziorem? Jeśli o mnie chodzi…

Oczywiście! To jest syn wujka Paula, młodszego brata jego matki! Poznał ich zeszłego roku nad jeziorem Ailette. Ojciec marudził, bo opuścili jeden dzień pracy, podczas gdy zbliżały się żniwa, ale przynajmniej dobrze się bawili. Przypomina sobie swój nieco śmieszny strój kąpielowy, białego pajacyka w niebieskie linie. Co naprawdę dziwne, to że jest przekonany, że tamten kuzyn nazywa się Antoine, a raczej nie należy do tych, którzy by pomylili imię. Jak mógł zapomnieć o tym Adrianie?

I kim jest ta Marion, o której wspomina? Pisze, że „chodzi z nią”, więc Hadrian się domyśla, nawet bez znajomości takiego słownictwa, że chodzi o sprawy sercowe. „Pierwszy w klasie”… No dobra, nie ma sensu się przechwalać… Ach tak? A jego mama jest „superładna”? No to dobrze… Ale ten kuzyn jest zarozumiały! Wyraża się nieprawidłowo, pisze jak niechluj i myli imiona na kopertach.

Hadrian wyjmuje swoje pióro ze szkolnej torby, moczy w kałamarzu i zaczyna swój list, wkładając wiele wysiłku w zrobienie ładnych zawijasów i odpowiednich zaokrągleń; on nie będzie pisał jak prosię!

Drogi Adrianie,

życzę Ci szczęśliwego nowego roku! U mnie także wszystko idzie jak najlepiej: spodziewam się dostać siódmy rok z rzędu nagrodę...

Paf, prosto w zęby, kuzynie.

...za co podziwia mnie rodzina...

To kłamstwo, ale będzie prawdą dla kuzyna Adriana!

... i moja przyjaciółka Simone. Chciałbym Ci ją przedstawić, na pewno przyznałbyś, że jest urocza, bo nie musi się upiększać, jak to się robi w mieście, żeby ładnie wyglądać.

I ciach!

Mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy, bo od przyszłego roku będę chodził do szkoły przedlicealnej w Laonie.

To akurat nastąpi, jeśli będzie miał dyplom z ocenami wystarczającymi, żeby dostać stypendium, i — przede wszystkim — jeśli ojciec się zgodzi…

Nauczysz mnie słów, których używacie w mieście? Bo wydaje mi się, że wyrażasz się w dziwny sposób.

Hadrian ma nadzieję, że kuzyn nie będzie z niego drwił, tylko że zacznie poprawnie się wyrażać po francusku! Na przykład co oznacza „super”? Nigdy nie słyszał takiego słowa w Corbeny!

Całuję, Hadrian

Gdy ojciec wraca ze stajni, Hadrian ma już przepisany list na papierze cieniutkim jak łupka cebuli. Pokazuje kartkę ojcu, który spogląda na niego z nieufnością.

— Miły chociaż byłeś? Nie narobiłeś błędów?

Nawet by ich nie rozpoznał, myśli Hadrian. Co za prostak! Jeśli nie chce uchodzić za głupca, powinien nauczyć się czytać.


Hadrian wychodzi, żeby pójść na pocztę, gdy zauważa nową, żółtą skrzynkę na listy, którą postawiono zaraz naprzeciwko ich domu. Jest zaskoczony tym dziwnym kolorem: zazwyczaj skrzynki są niebieskie. Mimo wszystko wsuwa w nią kopertę, wzruszając ramionami. Może to nowa skrzynka na listy, może nawet w mieście już od dawna wszystkie skrzynki są żółte.

Dopiero przy uprzątaniu swoich rzeczy zauważa wspaniały rysunek balonu na odwrocie listu Adriana. Na pewno tak ładny obrazek świadczy o tym, że kuzyn widział go na żywo! Są też postaci, jakiś zabawny clown, który obrywa workiem piasku w głowę, ładna dziewczyna w spodniach i bogacz w cylindrze. Ale to balon przykuwa jego uwagę… Jest tak piękny, tak szczegółowo odwzorowany, że przygląda się każdemu z jego detali, dopóki nie zasypia. Jest irytujący, ale całkiem nieźle rysuje ten kuzyn z miasta!