14-14Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Paul Beorn jest autorem trzech powieści fantasy, z czego Les Derniers Parfaits (Ostatni doskonali) znalazła się w finale nagrody Grand Prix de l’Imaginaire 2013, a Le Septieme Guerrier-Mage (Siódmy wojownik-czarodziej) ukazała się w wydawnictwie Bragelonne. Opublikował utwór dla młodzieży w wydawnictwie Castelmore, Le jour où (Dzień, kiedy), jak również powieść dla czytelników od dziesiątego roku życia w Imaginemos.

Silène Edgar jest nauczycielką francuskiego i prowadzi stronę internetową Callioprofs przeznaczoną dla nauczycieli szkół gimnazjalnych. Jest autorką powieści Adèle and les Noces de la Reine Margot (Adèle i noc poślubna księżniczki Margot) dla czytelników od dzięsiątego roku życia, opublikowanej przez wydawnictwo Castelmore, i trylogii dla młodzieży wydanej przez wydawnictwo Éditions du Jasmin.

Duet Silène Edgar i Paul Beorn otrzymał nagrodę Prix Gulli du Roman 2014 za powieść 14-14. Przyjaźń ponad czasem, opublikowaną przez wydawnictwo Castelmore.


Tytuł oryginału: 14-14

Éditions Bragelonne — Paris 2014

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Redakcja: Małgorzata Korbiel

Projekt graficzny okładki: Joanna Wasilewska

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication Boy-Żeleński, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne. Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego Boy-Żeleński.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-65122-64-3


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

telefon 881 000 125

www.nowabasn.com

Podziękowania

Najpierw chcemy podziękować Barbarze, ponieważ bez niej nie byłoby 14–14, i to dosłownie, nie są to tylko puste słowa. Dziękujemy Stéphane’owi, który pozwolił na ten projekt, jak również Marii za ogromny entuzjazm, Fabrice’owi znoszącemu nasze różnorakie wątpliwości, Nathalie za jej promienny uśmiech, błyskotliwemu Césarowi i Jérôme’owi, który nie bez powodu nosi garnitur! W końcu — dziękujemy całej grupie Bragelonne!

Dziękujemy naszym małżonkom: często dziękujemy naszym ukochanym, ale tym razem Élodie i Trouf naprawdę zasługują na medal za cierpliwość. Dziękujemy Wam z głębi serca.

Dziękujemy naszym wymarzonym pierwszym czytelniczkom, zawsze szybkim i pełnym zaangażowania utalentowanym autorkom: Nadii Coste, Agnès Marot i Cindy van Wilder.

Dziękujemy Lise Syven, która jest również utalentowaną autorką, naszą towarzyszką w tej przygodzie, i która jest naszą koleżanką, co dość dobrze usprawiedliwia jej obecność tutaj.

Dziękujemy reżyserom, którzy przekazali, co się działo w latach 1914–1918, w szczególności Stanleyowi Kubrickowi, Bertrandowi Tavernierowi, François Dupeyronowi i Jean-Pierre’owi Jeunetowi.

— Paul i Silène

Dziękuję Silène, bez której ta powieść nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, bo to ona powiedziała mi któregoś dnia: „Słuchaj, Paul, a gdybyśmy napisali powieść na cztery ręce?”. Silène, jesteś moją przyjaciółką po piórze, jesteś prawdziwą czarodziejką.

— Paul alias Adrian

Dziękuję przede wszystkim Paulowi, który mnie zachęcił do zaufania sobie samej, który mi mówił „tak”, „nie”, „skończyłaś swój rozdział?”, który poprawiał, poprawiał, wciąż poprawiał, który jest wspaniałym człowiekiem i pisarzem.

— Silène alias Hadrian

Mojej pięknej roślinie, mojemu małemu jabłuszku i drzewu, które chroni nas trzy.

Moim przodkom, obecnym i nieobecnym: Louisowi, Madelaine, Edmondowi, Suzanne, Adrée, Pierre’owi, Cécile i Alainowi.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

1 stycznia 2014 r.

Cmentarz jest idealnym miejscem na randkę, co nie? O tej godzinie nie ma tu nawet kotów, więc nikt nie będzie im przeszkadzał. Adrian wkłada bukiet kwiatów między zęby, wspina się po ogrodzeniu, tak jak już to robił setki razy, i zeskakuje po drugiej stronie. Idzie zboczem pagórka, drżąc, a jego trampki skrzypią na śniegu za każdym krokiem. Co za głupek! Trzeba było włożyć lepsze buty.

Krzyże ledwo przebijają się przez mgłę i dookoła panuje cisza typowa dla świątecznych poranków. Większość grobów popadła w ruinę, ale Adrian i tak uważa, że to najpiękniejsze miejsce na świecie. Uśmiecha się do kamiennego wizerunku ładnej damy, w połowie zjedzonego przez mech, i radośnie macha ręką, pozdrawiając dziesięciu francuskich żołnierzy, którzy spoczywają w sektorze wojennym od blisko wieku. Zna ich imiona na pamięć.

Dla niego i Marion to było kiedyś ulubione miejsce do zabaw. Ukrywali się między grobami. Znali każdą alejkę, każdy pęknięty kamień, każdy medalion. Spotykali się pod liśćmi dużego cyprysu w każdą środę po południu. Czasem bawili się w zombie, czasem w wampiry — Marion uwielbiała, gdy ją ścigał, wydając głośne krzyki.

Na środku cmentarza znajduje się mała, biała kapliczka. To tutaj Adrian kiedyś oświadczył się swojej koleżance, a ona wybuchła śmiechem i powiedziała „tak”, klaszcząc z radości.

No dobrze, niech będzie, mieli wtedy po pięć i pół roku, a teraz mają trzynaście lat. Ale ona wciąż pamięta tamto wydarzenie, mimo wszystko!


Dziś jest 1 stycznia nowego, 2014 roku, czyli czas ustanawiania noworocznych postanowień. Jeśli Adrian się na nie nie zdecyduje, to jego sytuacja stanie się naprawdę beznadziejna. W każdym razie tak mówi jego młodsza siostra, Éloïse. Już od tygodni mu powtarza, żeby się wreszcie ujawnił: „Jeśli ją kochasz, to czemu jej tego nie powiesz?”.

Oczywiście, wydaje się to proste, gdy się ma sześć lat. Jak już będzie trzynastolatką, to zobaczy, że wszystko staje się o wiele bardziej skomplikowane, kiedy się dorasta.


Adrian po raz tysięczny oblicza swoje szanse — wszystkie te małe wskazówki, które od miesięcy zbiera jak skarby i które powtarza sobie wieczorem przed zaśnięciem.

Po pierwsze, Marion zawsze podziwiała chłopców, którzy byli dobrymi uczniami w klasie, a tak się składa, że Adrian ma dobre oceny. Po drugie, w zeszłym roku podczas tańca trzymała się go blisko i powiedziała, że gdyby wszyscy chłopcy byli jak on, świat byłby lepszy. Po trzecie, w ostatnią sobotę w kinie wzięła go za rękę w czasie filmu. Zwłaszcza ten ostatni gest dodał mu odwagi, żeby dziś jej to powiedzieć.

Patrzy na zegarek: dziewiąta trzydzieści, ma pół godziny zapasu. Czekanie jest okropne. Żeby nie umrzeć z niecierpliwości, obchodzi swoje ulubione groby.

Miasto Laon jest biedne i widać to po jego cmentarzu. Jest prawie całkiem opuszczony, a zmarli nie widują ludzi zbyt często — zwłaszcza ci pod murem, na stromym zboczu. Tam jest już tylko stos kamieni, które nie przypominają nawet grobów. Często następują tu drobne osunięcia terenu wywracające płyty nagrobne. W śniegu i przy mgle niebezpiecznie jest się tu zapuszczać, ale Adrian mógłby się tędy przechadzać z zamkniętymi oczami, tyle razy tu bywał i tak dobrze znał teren.

Pozwala płynąć swoim myślom swobodnie, lecz jego spojrzenie zatrzymuje się na bukiecie i chłopak zupełnie niespodziewanie wpada w panikę: czy kwiaty nie są zbyt staromodne? Wbija w nie nos, ale nie mają żadnego zapachu. Trudno by mu było w ogóle jakiś znaleźć w środku zimy. To mieszanka białych chryzantem i kwiatów bawełny. Wydawały mu się wspaniałe, jak stały w wazonie w domu, ale teraz, gdy je trzyma w rękach, są ścięte mrozem i zastanawia się, czy dobrze zrobił, że je wziął.

Marion uwielbiała kwiaty, gdy była mała. Problem w tym, że ostatnio się zmieniła. Jej znajomi są zupełnie inni: mają pryszcze, palą i spędzają czas na siedzeniu w Internecie. Poza tym Adrian też nie jest taki, jak przedtem. Kiedyś, w dzieciństwie, wszystko było proste. Marion była jego najlepszą przyjaciółką i to mu wystarczało. Teraz jest spragniony ukradkowych całusów. Ma ochotę wziąć ją w ramiona i uścisnąć, trzymać ją za rękę i pozwolić swobodnie wypłynąć tym wszystkim słowom o miłości, które w nim rozkwitają.


Za kwadrans dziesiąta. Nie, to wciąż jeszcze nie czas.

Mniej więcej za pięć dziesiąta Adrian zaczyna zbiegać ze zbocza aż do dużego cyprysu, gdzie mają się spotkać. Byłoby głupio teraz się spóźnić. Ledwie może złapać oddech. Kurczę, kwiaty nie doceniają przebieżki, jednemu łamie się łodyga.

 

Chłopak stoi przed płytą nagrobną pod dużym cyprysem. To jego ulubiona. Ma z nią tyle wspomnień.

Ktoś wyżłobił dwie małe sylwetki w szarym kamieniu steli. Adrian zawsze się zastanawiał, kto to zrobił, ale lubił te dwie postacie: można by powiedzieć, że to ojciec i syn trzymający się za ręce. Jako dziecko Adrian sobie wyobrażał, że to on ze swoim tatą. Sto razy próbował powtórzyć ten obrazek w swoim zeszycie do rysowania. Bo kiedy Adrian jest zmartwiony — rysuje. To jego sekret.

Zerka znów na zegarek: dziesiąta! Już czas, teraz przyjdzie.

I wtedy nachodzi go straszna myśl: o nie! Nie umył zębów! Ona za nic nie będzie chciała go pocałować! Chucha w rękawiczkę, żeby sprawdzić swój oddech.


Podskakuje, gdy telefon zaczyna mu wibrować w kieszeni. To nie iPhone, tylko najtańszy model z oferty. Trudno mu go wyjąć w rękawiczkach.

Przykro mi, mój Adrianie, nie mogę przyjść.

To ona. Zresztą, Adrian nie zna nikogo innego na świecie, kto by pisał SMS-y bez błędów ortograficznych. Co się dzieje? Chora jest? Marion nigdy nie opuściła ich wspólnego spotkania.

Znów wibracje, znów SMS:

Przytrafiło mi się coś niesamowitego!!!!!!

Serce skacze mu w piersi. Ma bardzo złe przeczucie, widząc te sześć wykrzykników.

Trzeci SMS:

W czasie zabawy sylwestrowej Franck mnie pocało­waaaał! Dasz wiarę? Kocham go, jest naprawdę super! Opowiem Ci wszystko, mój Adrianie. Całusy i wesołego Nowego Roku!

Małe gwiazdki wirują mu przed oczami, kręci mu się w głowie, w gardle czuje narastającą, ciężką gulę. Ma wrażenie, jakby mu ktoś podciął nogi, i nagle zdaje sobie sprawę, że siedzi na płycie nagrobnej, choć nie wie, jak to się stało. Na ekranie telefonu, w zagłębieniu jego dłoni, migoczą słowa.

Franck?

Zna tylko jednego Francka, ma co najmniej piętnaście lat i jest już w trzeciej klasie*: wysoki blondyn z długą grzywą z przodu i niebieskimi oczami. To taki typ chłopaka, którego wszyscy słuchają, kiedy się odzywa. A kiedy rzuci nieśmiesznym żarcikiem — i tak wszyscy się śmieją. Typ, który chodzi środkiem chodnika, intensywnie gestykulując, którego się zaprasza na wszystkie imprezy, który głośno mówi i ubiera się w markowe ciuchy. To taki chłopak, którym Adrian nigdy nie będzie. Piętnaście lat! Jak on może się z nim mierzyć ze swoimi trzynastoma?

Jakby trzecioklasiści nie mogli się spotykać z dziewczynami w swoim wieku, co? Czy zbyt wiele od nich wymaga?

Z trudem przychodzi mu wciskanie liter, nawet bez rękawiczek. Nie wie, czy to z powodu zimna, ale palce mu drżą.

To super, Nie mogę się doczekać, aż mi wszystko opowiesz.

Ogromne łzy pęcznieją w kącikach jego powiek i spływają powoli po policzkach. Ciepłe, okrągłe, głupie.

— Co ona widzi w tym Francku? — krzyczy na pustym cmentarzu. — On nie umie nawet tańczyć! Musiał powtarzać trzecią klasę, źle się uczy!

Nagrobki i ciche krzyże wydają się go uprzejmie słuchać.

— Najpierw zawróci jej w głowie, a potem złamie jej serce! Co one wszystkie tak kochają się w tych macho i typach, którzy zgrywają ważniaków?

Adrian nic z tego nie rozumie. Pociąga nosem i zwraca się do płyty nagrobnej:

— Po co być dobrym w nauce? Dziewczyny mają to kompletnie gdzieś!

Cisza.

— Miałeś kiedyś dziewczynę? — pyta pochowanego tam zmarłego. — Myślisz, że mam szanse u Marion? Może mógłbyś mnie nauczyć jakichś sztuczek? Naprawdę potrzebowałbym, żeby ktoś mi pomógł i powiedział, co robić.

Wstaje, rzuca kwiaty na ziemię i schodzi z powrotem tą samą aleją w kierunku siatki ogrodzeniowej, gdzie dozorca dopiero co otworzył furtkę. Adrian ledwie zauważa starszą panią, którą mija, wychodząc. Bardzo stara kobieta wspierająca się na lasce, zgarbiona, skulona, z twarzą porysowaną zmarszczkami, spogląda na niego przenikliwie. Kieruje się drobnymi krokami w stronę grobu pod dużym cyprysem, zbiera kwiaty z ziemi i wzdycha z satysfakcją.

Adrian pragnie pomocy. I ją dostanie.

* We Francji klasy szkolne są uporządkowane odwrotnie niż w Polsce: trzecia klasa francuska to ostatnia klasa collègeu (odpowiednika byłego gimnazjum polskiego); po niej następują klasy odpowiadające klasom liceum polskiego: druga, pierwsza i ostatnia (terminale), po której zdaje się egzamin dojrzałości (przyp. tłum.).

Rozdział 2

1 stycznia 1914 r.

Hadrian idzie wolno między grobami. Jego czarne oficerki rozgniatają śnieg z cichym trzaskiem, pozostawiając błotniste ślady. Wokół zalega cisza: życie w miasteczku zwolniło, bar jest zamknięty, listonosz nie chodzi i wszyscy wypoczywają w domach. Cmentarz jest pokryty bielą, a blade słońce w pierwszym dniu nowego roku musi się bardzo wysilać, żeby ogrzać stare kamienie. Wysoki i szczupły chłopiec kieruje się w stronę tej części cmentarza, gdzie pod prostymi, tanimi kamieniami nagrobnymi spoczywają jego dziadkowie i dawniejsi przodkowie. Jego rodzina od strony ojca nie ma zbyt wielu pieniędzy. Grobowce notariuszy albo lekarzy robią o wiele większe wrażenie: to są autentycznie małe domki z zamykaną bramką i ozdobione świeżymi kwiatami zarówno latem, jak i zimą. Jego młodsza siostra, Marta, przynosi w lecie maki i bławatki, żeby przystroić grób dziadków, ale teraz próżno by szukać chociaż przebiśniegów, więc stele pozostają na razie smutne i puste. Hadrian przypatruje się, jak za iglicą kościoła w Corbeny wstaje nowy dzień.

— Ech… — wzdycha. — Ale tu pusto…

Kto inny jak nie jego ojciec wpadłby na pomysł, żeby kazać mu dziś oczyszczać groby ze śniegu? Wszystko po to, żeby nie mógł czytać „Épatant” przy kominku!

„Épatant” to czasopismo ilustrowane, które zaprenumerował dla niego dziadek ze strony mamy. Szesnaście stron dowcipów i komiksów co tydzień i przez cały rok, niezły prezencik! Pierwszy numer przyszedł na Boże Narodzenie wraz z koszykiem zawierającym sześć pomarańczy, co dla rodziny Hadriana jest niewyobrażalnym luksusem. Już chciałby się tym pochwalić w szkole. Nawet Lucien, syn lekarza, będzie zazdrosny! Oczywiście ojciec Hadriana o mało co nie dostał zawału, gdy zobaczył cenę prenumeraty: trzy i pół franka na rok?! Za sam papier z obrazkami? Nie mając możliwości powiedzieć teściowi, co myśli o tym głupim wydatku, zaczął mścić się na synu.

W ten właśnie sposób, zamiast czytać sobie w spokoju i cieple, Hadrian musi oczyszczać groby ze śniegu, chociaż może go jeszcze sporo napadać w najbliższych tygodniach! To zupełnie bez sensu.

Ale chłopakowi groziłaby sroga kara, gdyby nie posłuchał ojca, dlatego zdecydował się użyć podstępu: poszedł na cmentarz ze swoim komiksem schowanym w kieszeni bluzy. Pomimo dotkliwego mrozu przebywanie na świeżym powietrzu nie jest aż takie nieprzyjemne. Szron ze śniegiem skrzą się w słońcu. Chłopiec oczyszcza groby rodziny ze strony swojego ojca, przesuwa palcem po wygrawerowanych literach.

— Jean, Marius, Madelaine, Louis, Marguerite — mruczy do siebie.

Z tych wszystkich osób poznał tylko ostatnią, swoją babcię, kiedy był mały. Sześć lat temu zabrała ją straszna grypa. Zapamiętał ją jako kobietę pracowitą i oschłą wobec dzieci. Natomiast rodziny od strony mamy tu nie ma: jako że mieszkali w mieście, ich grobowiec znajduje się daleko, w okręgu Laon. Nigdy tam nie jeżdżą, to by ich sporo kosztowało. Przez to nie miał okazji zobaczyć grobu babci więcej niż tylko jeden raz, ale mógł wtedy stwierdzić, że tamten grobowiec rodzinny był jeszcze bardziej imponujący niż tutejszy należący do lekarza. Sprawiło mu to satysfakcję, mimo że syn lekarza, Lucien, który jest jego wrogiem od czasów dzieciństwa, z pewnością nigdy nie będzie mógł go zobaczyć.

Dzwon kościoła wydzwania dźwięki Ave Maria i Hadrian się podrywa. Odrobił już pańszczyznę i tak, jak zaplanował, może teraz spokojnie poczytać. Sadowi się na grobie dziadka Mariusa. Zajęty czytaniem nie czuje, że kamień jest mokry. Wilgoć przenika przez płótno jego spodni i przez kalesony, przez co pośladki przymarzają mu do podłoża. Kiedy chłopak to zauważa, szarpie się na boki, zastanawiając się, czy już tak zostanie przyklejony do nagrobka, gdy nagle daje się usłyszeć wybuch śmiechu.

— Chcesz iść do wygódki, Hadrianie? — wykrzykuje radośnie śliczna Simone.

— Nie… tyłek mi przymarzł! — odpowiada, uśmiechając się do niej, i się zrywa.

Dziewczyna zaśmiewa się jeszcze bardziej, a ciemne loki tańczą wokół jej twarzy. Ma oczy błyszczące jak u myszy, piegi na skroniach i łobuzerski wygląd dziewczyny, której nie da się wcisnąć byle kłamstwa. W swoim ciemnym płaszczu, z różowymi policzkami i sukienką w tym samym kolorze wygląda jak piwonia. Jej ubranie nie jest nowe, ale ładnie przerobione: wykroiła je własnoręcznie ze starej bluzy swojej mamy. Szycie ją pasjonuje i jest w tym dobra. Jest ukochaną Hadriana od zeszłego roku. Chłopak liczy na to, że już nią zostanie na zawsze, nawet jeśli jeszcze nigdy jej tego nie powiedział. Jest od niej o pół roku starszy, ale ona jest prawie tak wysoka jak on, wystarczająco, żeby nie musiał się pochylać, żeby nagle skraść jej całusa w policzek.

— Och! — mówi ona, zaskoczona i uradowana.

— Szczęśliwego nowego roku! — składa jej życzenia Hadrian, żeby usprawiedliwić swój ruch.

Wie, że ona nie ma nic przeciwko całusom ani przytulaniu się, ale nie na środku cmentarza, gdzie wszyscy mogą ich zobaczyć. Nie można dopuścić, żeby ludzie zaczęli plotkować… Muszą się ukrywać: ona nie ma jeszcze trzynastu lat i nie mogą się pobrać prędzej niż za cztery lub pięć wiosen. Jeśli ich rodzice się zgodzą.

— Co tu robisz?

— Mój ojciec kazał mi przyjść oczyścić groby.

— A ty sobie pomyślałeś, że to będzie przyjemne miejsce, żeby trochę poczytać? — wnioskuje z drwiną dziewczyna.

— Patrz! — odpowiada Hadrian, niezrażony. — To „Épatant”!

— Tak. Już mi go pokazywałeś wczoraj… i przedwczoraj.

— Faktycznie, zapomniałem. A ty co tu robisz?

— Szukałam cię. Twoja siostra mi powiedziała, że cię tu znajdę. Pójdziesz ze mną do twojej cioci Jeannette? Przygotowała napar dla mojego brata, bo jest przeziębiony.

— Twój brat pija herbatki? — pyta Hadrian drwiąco.

— Moja mama go do tego zmusza, a poza tym to nie byle jaki napar, to napar Jeannette, a ona zna magiczne moce. Ludzie mówią, że jest czarownicą… a nawet przepowiada przyszłość!

— Pfff! Opowiadają byle co. To tylko przesądy. Moja ciocia zna się na roślinach, to wszystko. Twoja mama zrobiłaby lepiej, gdyby go zaprowadziła do lekarza.

— Dobrze wiesz, że nie możemy sobie na to pozwolić, nie mamy nawet za co wymienić szyby w moim pokoju — odpowiada Simone z wyrazem lekkiego smutku na twarzy.

— A moja robota dobrze się trzyma? Może ją wzmocnię?

— Nie, jest dobrze…

Hadrian podnosi się, żeby za nią pójść, strzepując przy tym ręką śnieg, który osiadł mu na spodniach. Ma już krzepką budowę i męskie dłonie, tak jakby mu urosły szybciej niż reszta ciała. Simone wsuwa w nie swoje szczupłe palce i oboje kierują się powoli do wyjścia.

— Myślisz, że twój brat będzie już zdrowy, kiedy się skończy przerwa świąteczna? Bo mamy robić razem referat o koloniach w Afryce na geografię.

— Ach, więc o to chodzi! Tak się zastanawiałam, czemu się o niego niepokoiłeś. A to z powodu szkoły — wzdycha Simone, zamykając bramkę przy wyjściu z cmentarza.

Patrzy na niego zawiedziona, jej oczy stają się tak ciemne, że wydają się czarne. Hadrian przygryza wargi, nie lubi sprawiać jej przykrości.

— Ten referat jest dla nas ważny, wiesz? Dzięki niemu zdobędziemy dyplom!

— Ważny dla ciebie! Jules’owi do niczego się on nie przyda. W lipcu wróci do starego Marcela, żeby się uczyć na kowala i gdyby tylko od niego to zależało, już by tam był. Ale skończy dwanaście lat dopiero w lecie.

— Ale ja nie liczę na to, że zawód mojego ojca mi wystarczy, Simone. I jeśli chcę opuścić gospodarstwo, muszę skończyć szkołę przedlicealną. I dzięki temu zdam egzamin. Jules’a nie obchodzi, że przez niego może mi się nie udać, przeziębienie służy mu tylko jako pretekst. To on jest egoistą.

— Ale on stąpa twardo po ziemi. Przynajmniej on. Za kilka miesięcy będzie już zarabiał, a my tego akurat bardzo potrzebujemy!

 

— Ja też już niedługo będę zarabiał i będę miał większą posiadłość, wystarczającą, żeby kupować codziennie mięso mojej żonie i dzieciom, dawać im zabawki na Boże Narodzenie i kupować wszystkie lekarstwa, których będą potrzebowały, bez konieczności liczenia każdego centyma!

— Twoje dzieci? I z kim niby zamierzasz je mieć? Z dziewczyną, którą sobie znajdziesz w mieście, w twoim liceum dla bogatych?

Z tobą, głuptasie, myśli Hadrian, ale jest zbyt dumny, żeby to powiedzieć, i Simone przyspiesza kroku, wyraźnie bardzo rozdrażniona. Przemierzają zaśnieżone miasteczko pogrążone w ciszy, kierując się do domu cioci Jeannette, która mieszka sama ze swoim czarnym kotem… kotem czarownicy! To prawda, że zna się na roślinach i wydaje się nawet, że uśmierca dzieci; Hadrian nie wie, jak dokładnie, ale Simone zawsze to powtarza z taką pewnością siebie, że nie pozostaje nic innego, jak jej uwierzyć.

— Zgoda. Nie denerwuj się. Po prostu ciężko nad tym pracowałem i chciałbym, żeby nauczyciel był zadowolony.

— Nauczyciel! Nauczyciel! Wszystko tylko dla niego! Powiedziałeś mu, że twój ojciec nie będzie mógł opłacić ci szkoły przedlicealnej?

— Nie…

— Powiedziałeś przynajmniej o swoich planach rodzicom? Poprosiłeś dziadka o pieniądze?

— Cóż… Nie było jeszcze okazji. Mój dziadek nie przyjeżdża zbyt często. Ale zrobię to niedługo!

— Kiedy? Na święty nigdy?

Są już przed wejściem domu cioci Jeannette, u góry głównej ulicy. Rozklekotany samochód przejeżdża obok nich — to ksiądz Vauclair jedzie odprawić mszę. Daje im znak krzyża, ale Hadrian go nie widzi, przejęty drwinami przyjaciółki. Simone go zauważa i się uśmiecha.

— Skończenie szkoły przedlicealnej to dla ciebie aż tak ważna sprawa?

— Oczywiście! — wykrzykuje chłopiec zszokowany tym, co to dla niej znaczy i że ona tak słabo go rozumie.

— Naprawdę chcesz iść do miasta?

— Tak, chcę się dalej kształcić i dowiedzieć się wielu rzeczy. Chciałbym nauczyć się rysunku technicznego, żeby projektować nowoczesne maszyny jak w powieściach Juliusza Verne’a! I samochody! Wiem, że nie chcesz, żebym wyjeżdżał, ale kiedy wrócę do miasteczka, będę miał zawód przynoszący większe zyski i to będzie duża odmiana dla mojej rodziny.

— Więc — odpowiada ona cienkim głosikiem — odwagi, mój Hadrianie!

Całuje go w kącik ust, a on chwyta ją za ręce i przyciska je do siebie z wielkim uśmiechem wdzięczności; wie dobrze, że ona boi się rozstania. On też, oczywiście, ale patrzy na życie bardziej realnie, wie, że zapewni jej piękniejsze życie, jeśli powróci do miasteczka z dyplomem agronoma albo inżyniera. Jest szczęśliwy, że ona się nie sprzeciwia jego marzeniom, mimo że ma własne lęki. To naprawdę jest dziewczyna, którą chciałby poślubić. Wraca do siebie zdecydowany porozmawiać z ojcem o dalszym ciągu swojej edukacji.

Pogrążony w myślach nie zauważa, że nowa skrzynka pocztowa wyrosła jakby za sprawą magii na ścianie domu sąsiadów, dokładnie naprzeciwko jego domu.