Rok MałpyTekst

Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

SERIA AMERYKAŃSKA

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

PATTI SMITH
ROK MAŁPY
Przełożył Krzysztof Majer


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Year of the Monkey

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie wewnątrz tomu i na okładce © by Patti Smith

Copyright © 2019 by Patti Smith

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Majer, 2020

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Katarzyna Rycko, Alicja Listwan

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-037-8

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Hen na zachodzie

Intensywność terapii

2016, R.M.

Co powiedział Aureliusz

Big Red

Antrakt

Żeglarz do domu wrócił

Zwierciadło snu

Czarne motyle

Amulety

W poszukiwaniu Imaginosa

Dlaczego Belinda Carlisle się liczy

Świętych obcowanie

Mistyczny Baranek

Złoty kogucik

Noc na Księżycu

Coś na kształt epilogu

Ilustracje

Źródła polskich cytatów (w kolejności występowania w książce)

Przypisy

Kolofon


Na świat spada śmiertelne szaleństwo.

Antonin Artaud

Hen na zachodzie

Było już dobrze po północy, gdy zajechaliśmy pod Motel Marzeń. Zapłaciłam kierowcy, upewniając się, że nic nie zostało w aucie, i nacisnęłam dzwonek, żeby obudzić właścicielkę. Jest prawie trzecia, stęknęła, ale udało mi się wyprosić klucz i butelkę mineralnej. Pokój był na samym dole, z oknami na długie molo. Kiedy rozsunęłam szklane drzwi, doleciał mnie szum fal zmieszany z ledwie słyszalnym szczekaniem lwów morskich, które wylegiwały się na deskach poniżej nabrzeża. Szczęśliwego Nowego Roku! – krzyknęłam. Szczęśliwego Nowego Roku, tężejący księżycu, i tobie, oceanie telepato!

Z San Francisco jechaliśmy tu nieco ponad godzinę. Choć jeszcze przed chwilą czułam się całkiem rześka, nagle ścięło mnie potworne zmęczenie. Zdjęłam płaszcz i zostawiłam uchylone drzwi na patio, żeby posłuchać fal, ale natychmiast wciągnęła mnie jakaś podróbka snu. Obudziwszy się gwałtownie, poszłam do kibla umyć zęby, ściągnęłam glany i położyłam się spać. Może coś mi się śniło.


Noworoczny poranek w Santa Cruz, raczej martwota. Naraz zachciało mi się bardzo konkretnego śniadania: czarnej kawy i grysiku kukurydzianego ze szczypiorkiem. O czymś takim mogłam tu tylko pomarzyć, ale jajka na szynce też by się nadały. Chwyciłam polaroid i zboczem wzgórza ruszyłam w stronę molo. Gdy zza wysokich, smukłych palm wychynął szyld, dotarło do mnie, że przekręciłam nazwę. Na znaku widniał napis „Motel Snów”, okraszony gwiezdną eksplozją jak z ery sputników. Stałam przez chwilę, podziwiając ten widok. Potem cyknęłam zdjęcie polaroidem, a oderwana odbitka powędrowała do kieszeni.

– Dziękuję ci, Motelu Marzeń – powiedziałam, trochę do powietrza wokół, ale trochę jednak do znaku.

– Motelu Snów! – wykrzyknął znak.

– No tak, przepraszam – odparłam nieco skonsternowana. – Choć szczerze mówiąc, nic mi się nie śniło.

– Czyżby? Nic a nic?

– Nic a nic!

Poczułam się jak Alicja przepytywana przez pana Gąsienicę, pykającego z olbrzymiej fajki. Spuściłam wzrok, uciekając od znaku i jego śledczych zapędów.

 

– No dobra, dzięki za fotkę – bąknęłam, zamierzając czym prędzej zmykać.

A jednak nadal tkwiłam na miejscu, ponieważ nagle przed oczami stanęły mi jak żywe ilustracje Tenniela: wsparty na tylnych nogach Niby Żółw. Lokaj-Ryba i Lokaj-Żaba. Dodo z prawą dłonią przystrojoną mankietem surduta. Księżna i Kucharka, jedna wstrętniejsza od drugiej, no i sama Alicja, z kwaśną miną przewodząca Szalonej Herbatce, na której – pardon – nawet nie podawano herbaty. Zastanowiło mnie, skąd wzięła się ta nagła kanonada obrazów. Czy mogła mieć coś wspólnego z Motelem Snów i magnetyzmem jego znaku?

– A teraz?

– Ten umysł! – krzyknęłam zrozpaczona, bo ruchome szkice mnożyły się w zastraszającym tempie.

Przytomny umysł! – zachichotał znak triumfalnie.

Odwróciłam się, zrywając transmisję. Trzeba zresztą przyznać, że ponieważ cierpię na lekkiego zeza rozbieżnego, często widuję takie skaczące obrazy, zwykle po prawej stronie. Poza tym mózg, gdy naprawdę go rozruszać, uwrażliwia się na najróżniejsze sygnały… Nie miałam jednak zamiaru spowiadać się z tego wszystkiego jakiemuś znakowi.

– Nic mi się nie śniło! – odkrzyknęłam uparcie, ruszając dalej zboczem wzgórza. Z obu stron unosiły się fruwające salamandry.

U podnóża stała przysadzista knajpka. Na szybie kilkudziesięciocentymetrowymi literami napisano „Kawa”, a poniżej wisiał znak „Otwarte”. Skoro tyle miejsca poświęcili słowu „kawa”, rozumowałam, niewykluczone, że dają tu całkiem niezłą – może nawet dostanę pączki posypane cynamonem. Lecz kładąc dłoń na klamce, dojrzałam pod spodem mniejszy znak: „Zamknięte”. Żadnego wyjaśnienia, żadnego „Wracam za dwadzieścia minut”. Szanse na kawę zmalały, a co dopiero mówić o pączkach. Pomyślałam, że większość ludzi nie wyściubia dziś nosa z domu, wszyscy jeszcze skacowani. Nie można mieć żalu do kawiarni, że jest zamknięta w Nowy Rok, nawet jeśli po nocy hulanek i ekscesów kawa wydawałaby się idealną odtrutką.

Skoro odmówiono mi kawy, rozsiadłam się na ławce, żeby podumać o zeszłym wieczorze i jego ostrych krawędziach. Trzeci raz z rzędu graliśmy w Fillmore, właśnie zdejmowałam struny ze stratocastera, kiedy jakiś koleś z włosami ściągniętymi w tłusty koński ogon gibnął się i narzygał mi na buty. Ostatni zachłyst roku 2015, prysk wymiocin, po których nadchodzi Nowy Rok. Dobry znak? Zły? Hm, zważywszy na ogólną kondycję świata, któż by je umiał rozróżnić? Przypominając sobie te rzeczy, wygrzebałam z dna kieszeni chusteczki nasączone oczarem, którymi zwykle czyszczę obiektyw, po czym przyklęknęłam, żeby otrzeć buty. I życzyć im szczęśliwego nowego roku.

Kiedy próbowałam przekraść się obok znaku, przed oczami śmignął mi ciąg intrygujących fraz, więc znów przetrząsnęłam kieszenie, tym razem w poszukiwaniu ołówka, żeby je zapisać. „Popielate ptaki kołują nad oprószonym nocą miastem / Bezdomne łąki przystrojone mgłą / Mityczny pałac, co wciąż był lasem / Liście, co są tylko liśćmi”. Syndrom umilkłej poetki każe mi chwytać natchnienie, gdzie się da, niczym Jean Marais w Orfeuszu Cocteau, kiedy w barokowym garażu na paryskich peryferiach wsiada do zdezelowanego renaulta, co rusz przestraja radio i bazgrze te fragmenty na świstkach – „w kropli wody mieści się cały świat” i tak dalej.

W pokoju znalazłam saszetki nescafé i elektryczny czajniczek. Sama sobie zrobiłam kawę, rozsunęłam szklane drzwi i zawinięta w koc usiadłam na niewielkim patio z widokiem na ocean. Jakiś murek co prawda trochę mi zasłaniał, ale z kubkiem kawy w ręku i z szumem fal w uszach byłam całkiem zadowolona.

I wtedy pomyślałam o Sandym. Miał tu ze mną być, w pokoju po drugiej stronie korytarza. Mieliśmy się spotkać w San Francisco przed serią koncertów w Fillmore i porobić to, co zwykle: pić kawę w Caffè Trieste, przeglądać półki księgarni City Lights, jeździć w tę i we w tę po Golden Gate, słuchając Doorsów, Wagnera i Grateful Dead. Sandy Pearlman, facet, którego znałam od ponad czterdziestu lat, z głosem pełnym prędkich kadencji, gdy rozkładał na czynniki pierwsze Pierścień Nibelunga albo jakąś frazę u Benjamina Brittena, zawsze był z nami, kiedy graliśmy w Fillmore, w tej swojej wytartej skórzanej kurtce i w czapce z daszkiem, skulony nad kuflem piwa imbirowego przy ulubionym stoliku za zasłoną, tuż przy garderobie. Umówiliśmy się, że po sylwestrowym koncercie się zrywamy i jeszcze tej samej nocy prujemy przez kipiącą mgłę do Santa Cruz. W planach był noworoczny lunch w znanej tylko jemu taquerii gdzieś niedaleko Motelu Marzeń.

Tylko że nic z tego nie wyszło, bo wieczorem w przeddzień naszej serii koncertów Sandy’ego znaleźli na parkingu w San Rafael. Był nieprzytomny. Zabrali go do szpitala w hrabstwie Marin, na oddział intensywnej terapii, gdzie okazało się, że miał wylew.

Rano w dniu pierwszego koncertu pojechaliśmy tam z Lennym Kaye’em. Sandy w śpiączce, z rurkami na całym ciele, spowity w upiorną ciszę. Ja stałam z jednej strony, Lenny z drugiej i razem obiecaliśmy mu, że chwycimy się go myślami, kanał komunikacyjny pozostanie otwarty, żeby żaden sygnał od niego nam nie umknął. Nie tylko odłamki miłości, jak by to ujął Sandy, ale cała czara.

Wracając do hotelu w Japantown prawie nie byliśmy w stanie rozmawiać. Lenny wziął z pokoju gitarę i ruszyliśmy do knajpki On the Bridge, w pasażu między East a West Mall. Zajęliśmy zielony drewniany stolik z tyłu sali i siedzieliśmy tak, pogrążeni w niemym szoku. Na żółtych ścianach wisiały plakaty do japońskich anime, Jigoku Shōjo i Wolf’s Rain, a półki pełne były komiksów przypominających raczej powieści w miękkich okładkach. Lenny wziął japońskie curry i piwo Asahi Super Dry, ja spaghetti z tobiko i herbatę ulung. Po jedzeniu i wypitym na spółkę uroczystym sake ruszyliśmy piechotą do Fillmore na próbę dźwięku. Bez Sandy’ego, bez jego obecności i zapału, można było się tylko modlić i po prostu grać. W ten pierwszy z trzech wieczorów sprzężeń, poezji, improwizowanych tyrad, polityki i rock and rolla zanurzyliśmy się z taką werwą, że aż brakowało mi tchu. Jak gdybyśmy mogli dosięgnąć go dźwiękiem.

Rano w moje sześćdziesiąte dziewiąte urodziny wróciliśmy z Lennym do szpitala. Stojąc przy łóżku Sandy’ego, przysięgliśmy mu – choć było to niemożliwe – że go nie opuścimy. Krzyżując wzrok, oboje z Lennym wiedzieliśmy, że tak naprawdę nie możemy tu zostać. Czekała robota, czekały koncerty i trzeba było żyć, choćby nie wiem jak nieuważnie. Byliśmy skazani na to, by moje sześćdziesiąte dziewiąte urodziny obejść w Fillmore bez niego. Tego wieczora, odwracając się na chwilę od tłumu podczas solówek w If 6 Was 9, z trudem powstrzymałam łzy, gdy strumienie słów zlały się z innymi strumieniami i przesłonił je widok Sandy’ego, który wciąż leżał bez czucia tuż obok – dzielił nas tylko most nad Golden Gate.

Po robocie w San Francisco, zostawiwszy Sandy’ego, ruszyłam do Santa Cruz w pojedynkę. Nie umiałam się zmusić, by odwołać jego rezerwację. Tkwiłam na tylnym siedzeniu auta, a w głowie wirowały mi jego słowa. „Matrix Monolit Meduza Makbet Metallica Machiavelli”. Sandy i ta jego gra w M, dzięki której miał się przedostać przez aksamitną zasłonę aż do Biblioteki Imaginosa.

Siedząc na swoim patio, otulona kocem jak kuracjusz z Czarodziejskiej góry, poczułam, że rodzi mi się w głowie dziwny ból, pewnie przez nagłą zmianę ciśnienia. Kiedy poszłam do recepcji po aspirynę, okazało się, że mój pokój wcale nie leży na parterze, tylko na jeszcze niższym poziomie, bliżej skraju plaży. Nie pamiętałam o tym, tak że idąc słabo oświetlonym korytarzem, czułam się skołowana. Nie udało mi się znaleźć schodów prowadzących do recepcji, więc postanowiłam odpuścić aspirynę i wrócić do pokoju. Gdy sięgałam po klucz, moja dłoń natrafiła na ciasno zwiniętą rolkę gazy, mniej więcej grubości gauloise’a. Odwinęłam z jedną trzecią, niemal spodziewając się, że znajdę jakąś wiadomość, ale nic tam nie było. Nie miałam pojęcia, skąd coś takiego wzięło się w mojej kieszeni, ale zwinęłam rolkę, wsunęłam ją na miejsce i weszłam do pokoju. Włączyłam radio: Nina Simone śpiewała I Put a Spell on You. Lwy morskie były cicho, z daleka dolatywał szum fal: zima na Zachodnim Wybrzeżu. Zagrzebana w pościel zapadłam w głęboki sen.

Byłam przekonana, że w Motelu Marzeń nie miewam snów, lecz im więcej o tym myślałam, tym oczywistsze było, że jednak śnię. Ściślej mówiąc, ślizgam się po krawędzi snu. Zmierzch, przebrany za noc, zrzucił wreszcie maskę i okazał się świtem, rozświetlając ścieżkę, którą z chęcią podążyłam, od pustyni aż po ocean. Słychać było piski i piania mew, a lwy morskie spały i tylko ich król, przypominający raczej morsa, uniósł łeb i ryknął na słońce. Wydawało się, że wokół nie ma żywej duszy. To była pustka jak z powieści J. G. Ballarda.

Po całej plaży walały się opakowania po batonikach, setki, a może i tysiące, niczym zrzucone pióra. Kucnęłam, żeby lepiej zbadać sprawę i schować garść papierków do kieszeni. Butterfinger, Peanut Chews, 3 Musketeers, Milky Way i Baby Ruth. Wszystkie pootwierane, ale bez krzty czekolady. Nikogo w pobliżu, na plaży żadnych śladów – zza hałdy piachu wystawał tylko jakiś boombox. Zapomniałam klucza, ale szklane drzwi nie były zamknięte i dały się rozsunąć. Już w środku zobaczyłam, że nadal śpię, więc zostawiwszy uchylone okno, czekałam, aż się obudzę.

Moja dwoista jaźń wciąż śniła, nawet pod tak bacznym nadzorem. Natknęłam się na spłowiały billboard głoszący, że fenomen opakowań po batonach sięgnął już San Diego, pokryty nimi był niewielki odcinek plaży, którą znałam całkiem nieźle, zaraz przy molo wędkarskim Ocean Beach. Szłam ścieżką przez bezkresne moczary usiane opuszczonymi wieżowcami o nieuchwytnym obrysie. Z pęknięć w cemencie wyrastały długie, smukłe chwasty, gałęzie jak blade ramiona sterczały z martwych struktur. Zanim dotarłam na plażę, wzeszedł księżyc, rozświetlając sylwetkę starego molo. Spóźniłam się, wszelkie dowody w sprawie opakowań zgrabiono już w kopce i podpalono, tworząc długą linię trujących ognisk, które mimo wszystko wyglądały całkiem pięknie: płonący plastik kurczył się jak sztuczne jesienne liście.


„Pustka jak z powieści J. G. Ballarda”

Sama krawędź snu, w dodatku ruchoma! A raczej objawienie, wizja rzeczy, które miały dopiero nadejść, niczym wielki rój komarów czarną chmurą przesłaniający ścieżki, po których dzieci jeżdżą na rozchwianych rowerkach. Granice rzeczywistości tak się poprzesuwały, że naszym obowiązkiem zdawało się sporządzenie map tej patchworkowej topografii. By to wszystko rozplanować, potrzeba było nieco zmysłu geometrycznego. W głębi szuflady biurka leżały: parę plastrów, wyblakła pocztówka, podłużny kawałek węgla i złożony arkusz kalki kreślarskiej. Wszystko to wydawało mi się jakimś niebywałym zrządzeniem losu. Przykleiwszy kalkę do ściany, próbowałam połapać się w tym niemożliwym krajobrazie, ale wyszedł mi tylko pokawałkowany diagram rządzący się nieprawdopodobną logiką dziecięcych map, na których widnieją wyspy skarbów.

– Rusz głową – zbeształo mnie lustro.

– Rusz wyobraźnią – radził znak.

Kieszeń miałam wypchaną opakowaniami po batonikach. Rozłożyłam je na biurku obok pocztówki (wystawa światowa w San Diego, 1915, okazją był świeżo otwarty Kanał Panamski), która poddała mi myśl, żeby tam pojechać i samej sprawdzić, co się dzieje w Ocean Beach.

Od tych jałowych analiz strasznie zgłodniałam. Okazało się, że niedaleko jest tanie bistro w starym stylu pod nazwą Lucy’s. Przystałam na żytnie grzanki z grillowanym serem, placek z jagodami i czarną kawę. Przy stoliku za mną siedziały jakieś dzieciaki, mogły mieć góra piętnaście lat. Do tej pory nie zwracałam uwagi na to, o czym gadają, dźwięk ich głosów raczej mnie usypiał, jak gdyby płynął z zamontowanej na stole miniszafy grającej. Był to raczej cichy szafiany szum, z którego dopiero z czasem rodziły się słowa.

– Mówię ci, że to czasownik.

– Właśnie że nie. To jest rzeczownik. Rzeczownik odczasownikowy.

– Na jedno wychodzi.

– Nie, bo mówiłeś, że czasownik. A on tylko jest od czasownika, to nie to samo.

– Wszyscy jesteście tłumoki – powiedział jakiś nowy głos.

Nagła cisza. Musiał mieć siłę przebicia, bo cała zgraja zamknęła się i słuchała.

– To jest rzecz. Opis. Rzecz, mówię wam. „Opakowanie” to jest rzeczownik.

Od razu oprzytomniałam. Co za zbieg okoliczności! Szum unosił się jak para nad blokiem suchego lodu. Zapłaciłam i niby przypadkiem zatrzymałam się przy ich stoliku. Czterech agresywnie wyluzowanych nerdów.

 

– Hej, mówi wam to coś? – zagadnęłam, rozprostowując na blacie opakowanie.

– Źle napisali „Chews”. Przez Z.

– Wiecie, skąd to się mogło wziąć?

– Może jakaś chińska podróba?

– Dobra. Gdybyście się czegoś dowiedzieli, dajcie mi znać.

Przyglądali mi się z rosnącym rozbawieniem, gdy zbierałam ze stołu lewe opakowanie po Peanut Chews. Wcześniej jakoś nie zwróciłam uwagi, że zbłądziło tu „Z”. Kobieta przy kasie otwierała nowy rulon ćwierćdolarówek. Przypomniawszy sobie o napiwku, wróciłam do swojego stolika.

– A tak w ogóle – powiedziałam, zatrzymując się przed nimi – „opakowanie” to z całą pewnością rzeczownik.

Wstali i przecisnęli się obok mnie, nie zostawiając nic kelnerce. Zauważyłam, że wszyscy mają po niebieskim plecaku, przez który biegł pionowy żółty pasek. Ostatni z wychodzących zgromił mnie wzrokiem. Miał ciemne, pofalowane włosy, a jego prawe oko odrobinę zezowało, coś jak moje.

Zawibrowała mi komórka. Dzwonił Lenny, żeby zdać raport o Sandym, choć tak naprawdę nie było czego raportować. Stabilna cisza wymagająca cierpliwości i modlitw. Zabłąkałam się do sklepu z używanymi rzeczami i tam natchnęło mnie, by kupić stary, ręcznie farbowany T-shirt z twarzą Jerry’ego Garcii z Grateful Dead. Na tyłach mieli też dwa niewielkie regały ze stosami „National Geographic”, książek Stephena Kinga, gier wideo i przypadkowych płyt CD. Znalazłam parę starych numerów „Biblical Archeology Review” i sfatygowany egzemplarz Aurelii Gérarda de Nervala w miękkiej okładce. Wszystko tanie, z wyjątkiem koszulki z Jerrym, ale ta warta była swojej ceny: od rozradowanej buźki aż wionęło chemiczną miłością.

W pokoju ze zdziwieniem odkryłam, że ktoś odkleił mój diagram od ściany i zwinął go w rulon. T-shirt z Jerrym rozłożyłam na poduszce i rozsiadłam się z Aurelią w wyściełanym fotelu, ale już przy ponętnym pierwszym zdaniu „Marzenie – to życie wtóre” zapadłam w drzemkę. Śniła mi się rewolucja, ma się rozumieć francuska: młodzieńcy ubrani w zwiewne koszule i skórzane portki. Ich przywódcę przywiązano rzemieniami do masywnej bramy. Któryś z jego zwolenników zbliża się z pochodnią i trzyma ją nieruchomo, póki płomień nie przepali ciasnych więzów. Przywódca już wolny, na osmalonych nadgarstkach bąble. Przyzywa rumaka, po czym oznajmia mi, że założył grupę pod nazwą Lśniący Rzeczownik.

– „Lśniący”? – mówię. – A nie lepiej „skrzący”?

– Nie, „skrzący” już zajęte. Przez tych gości ze Sparklehorse.

– To może po prostu „Rzeczownik”?

– „Rzeczownik”. Fajne – odpowiada przywódca. – A więc Rzeczownik.

Dosiada swej nakrapianej appaloosy, krzywiąc się, gdy lejce opadają na nadgarstki.

– I niech pan na siebie uważa – mówię.

Ma ciemne, pofalowane włosy i jedno zezujące oko. Kiwa głową i odjeżdża wraz z pozostałymi ku odległym pampasom, po chwili przystaje, by nabrać wody ze wzburzonego potoku, w którym te same błędne opakowania wirują z prądem jak wielobarwne rybki.


Ayers Rock, Uluru

Obudziłam się gwałtownie i zerknęłam na zegarek, ale czas ledwie drgnął. W roztargnieniu sięgnęłam po któreś z pism o archeologii biblijnej. Czytanie ich zawsze sprawiało mi przyjemność, zdawały się podobne do popularnych historii detektywistycznych w tanich zeszytowych wydaniach, bo tu też zawsze ktoś był o krok od wielkiego odkrycia, to mógł być urywek aramejskiego tekstu albo szczątki arki Noego. Okładka kusiła: „Śmierć na Morzu Martwym! Czy króla Saula nadziano na mury Bet-Szean?”. Musiałam wytężyć pamięć, ale w końcu doleciała mnie gromka mantra kobiet świętujących powrót mężów z bitwy. „Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy”. Zajrzałam do szuflady, ale Biblię mieli tylko po hiszpańsku. Tymczasem jednak zdążyłam sobie przypomnieć, że Saul, raniony wrażą strzałą, rzucił się na własny miecz, ratując się od upokorzenia, jakim byłyby szyderstwa i męczarnie z rąk Filistynów.

Przepatrzyłam pokój w poszukiwaniu innej rozrywki, po czym chwyciwszy koc, wróciłam na patio, gdzie przez kilka minut bacznie przyglądałam się opakowaniu po Peanut Chewz, ale nic nie chciało mi się objawić. Ogarnęło mnie złe przeczucie. Towarzyszył mu lęk, że zdarzy się coś przeraźliwego, czego zupełnie się nie spodziewam, albo co gorsza – że nie zdarzy się nic. Drżałam na myśl o Sandym.

Ileś godzin prześliznęło się chyłkiem. Poszłam na spacer, niemal okrążając hotel, obok tablicy pamiątkowej na cześć Jacka O’Neilla, tego słynnego surfera, który wymyślił nowy typ kombinezonu piankowego. Próbowałam przypomnieć sobie surferów ze starej serii filmów o Gidget. Czy Troy Donahue nosił taki kombinezon? A Moondoggie? Czy oni tam w ogóle surfowali? Sumiennie omijałam wzrokiem znak Motelu Marzeń, gdy nagle zerwał się wiatr, palmy ugięły się i rozkołysały, a ja musiałam stawić czoła jakiejś powściągliwej wyniosłości.

– Śnimy sobie, co?

– Nie, ani trochę – upierałam się. – Żadnych, ale to żadnych snów. Wszystko bez zmian, nic a nic się nie wydarzyło.

Znak niezwykle się ożywił i zaczął mnie nękać, insynuując najróżniejsze rzeczy, zasypując podchwytliwymi pytaniami, każąc mi podawać dawno zapomniane numery telefonów albo kolejność piosenek na konkretnych albumach, żądał na przykład, żebym wymieniła kawałek zaraz przed White Rabbit albo ten między Queen Jane Approximately a Just Like Tom Thumb’s Blues. No właśnie, co tam było? Aha, Ballad of a Thin Man. Nie, to się wcale nie zgadzało, ale ta myśl sprowadziła zapętlony refren: „bo coś tu jest grane, a pan nie wiesz, co to jest”. Najpewniej kolejna prowokacja. Z jakiegoś powodu ten cholerny znak wiedział o mnie wszystko: dokąd chodzę, kiedy wracam, a także co mam w kieszeniach, łącznie z papierkami po batonach, moją srebrną jednodolarówką z 1922 roku i skrawkiem czerwonej skóry Ayers Rock, którego jeszcze nie znalazłam na ścieżce w Uluru, bo jeszcze tam nie byłam.

– Kiedy lecisz? Bo wiesz, to długi lot.

– O co ci chodzi? Nigdzie się nie wybieram – odparłam pogardliwie, starając się ukryć wszelkie myśli o przyszłych podróżach, tylko że tamten wielki monolit uparcie przebijał się na wierzch, wynurzając się z mórz mojego umysłu jak pijana łódź podwodna.

– Ależ wybierasz się! Przecież widzę! Pismo już nakreślone. Wszędzie dokoła czerwony pył. Wystarczy czytać znaki.

– Skąd miałbyś coś takiego wiedzieć? – zaprotestowałam w całkowitej rozpaczy.

– Ot, zdrowy przesądek – odparł znak. – Poza tym: no proszę cię! Uluru! Przecież to stolica snów. Oczywiście, że się tam wybierasz!

Minęła nas para zakochanych, a znak, jak gdyby nigdy nic, znów był tylko znakiem, niemym i niewzruszonym. Stałam przed nim, oceniając sytuację. Problem ze śnieniem, rozumowałam, jest taki, że można dać się wciągnąć w zagadkę, która nie jest żadną zagadką, prowadzi do absurdalnych spostrzeżeń i konstatacji, z których nie płynie ani jeden wniosek zakorzeniony w rzeczywistości. Cała ta sprawa za bardzo przypominała pokrętne przekomarzanki Alicji i Kapelusznika.

Z drugiej strony znak wydusił ze mnie aż nazbyt prawdziwą żądzę podróży do serca australijskiej dziczy, by zobaczyć Ayers Rock. Sam Shepard często wspominał o swojej samotnej wyprawie do Uluru, dodając, że kiedyś moglibyśmy pojechać tam razem: zatrzymać się na dłużej w opustoszałych miasteczkach pogranicza, jechać przez odludzia i skrajem równin upstrzonych ciernistymi kłębami krzewów. Ale dopadło go stwardnienie zanikowe i wraz z pojawieniem się kolejnych fizycznych ograniczeń w jego życiu wszystkie nasze plany, i tak dość luźne, całkiem się posypały. Zastanawiałam się, czy to przeznaczenie podpowiada mi głosem znaku, że być może jeszcze zdołam zobaczyć ten wielki czerwony monolit w pojedynkę, a jeśli tak, to Sam przecież też tam będzie, ukryty w jakimś niezbadanym zakamarku mojego jestestwa.

Przyszła pora, żeby coś zjeść. Omijając ruchliwe molo, zapuściłam się w boczne uliczki i po bezcelowej włóczędze zatrzymałam się przed Las Palmas Taco Bar. Z jakiegoś powodu, choć jeszcze nigdy tu nie byłam, miejsce wydało mi się znajome. Usiadłam w głębi i zamówiłam czarną fasolę, a do tego tacos z rybą. Kawa miała wyrazisty posmak azteckiej czekolady. Totalnie w guście Sandy’ego! Czy to mogła być ta taqueria, o której wiedział tylko on? Czy moje chwile „improwizacji” zmierzają jednak w jakimś kierunku? Kolejną kawę sączyłam, czując, że kiełkuje we mnie irracjonalna więź z całą okolicą Motelu Marzeń. Lepiej się stąd zbierać, myślałam, jeśli nie chcę skończyć jak ten wojak z Czarodziejskiej góry, który już nigdy nie zjechał na dół. Zamknąwszy oczy, żeby sobie wyobrazić swój pokój, zobaczyłam, jak szklane drzwi rozsuwają się, wpuszczając do środka ryk fal, od których odgradzał mnie murek, zwykły, z cementu, może pobielony, chyba że cement bywa biały sam z siebie…

– Może być dowolnego koloru, na miłość boską. Barwniki. Barwniki.

Czy ten cholerny znak przylazł za mną aż na Front Street?

– Borowiki? – wyszeptałam. – Dziwna sugestia gastronomiczna nad samym oceanem. Powinieneś raczej polecać mi danie dnia z makrelą i obowiązkową surówką z kapusty, chociaż akurat to danie nigdy mi nie smakowało.

– Surówka to nie danie, tylko dodatek. Poza tym nie chodzi o borowiki, tyko o BARWNIKI.

Wypraszając sobie takie transmisje, w kilku haustach dopiłam kawę, zapłaciłam i pospieszyłam z powrotem, uznając, że parę słów trzeba temu znakowi powiedzieć osobiście.

– Wydajesz się nieco rozdrażniony – stwierdziłam, czując, że zyskuję przewagę.

Znak się żachnął.

– I jakiś blady. Tobie też przydałoby się trochę barwnika, być może nieco błękitu, żeby podretuszować przygasłą gwiazdkę.

– Hm! Mógłbym ci to i owo powiedzieć o barwnikach – zapiał znak. – Na przykład o tajemnym barwniku wody i o tym, gdzie można go znaleźć. Kilkadziesiąt kilometrów pod ziemią, gdzie wody w ogóle nie ma.

Musiałam trafić w czuły punkt, bo znienacka ogarnął mnie przejrzysty wir. Gdzieś pode mną zagrzmiało, rozwarła się szczelina. Wylądowawszy na klęczkach, ujrzałam labirynt kotlin, a w nich całe góry drogocennych kamieni, złotych bibelotów i zwojów pergaminu. Był to ten cudny podziemny świat, który wyobrażałam sobie jako dziecko, pełen elfów, gnomów i jaskiń Ali Baby. Przepełniła mnie radość, że takie rzeczy naprawdę istnieją. Euforia jednak prędko przerodziła się w skruchę. Uparta chmura odsłoniła wreszcie słońce, chłód zelżał i wszystko znów było jak przedtem. Stałam przed mym czcigodnym przeciwnikiem, oczekując nagany.

– Istnieje wiele prawd i wiele światów – oświadczył uroczyście znak.

– Tak – odpowiedziałam, dość zawstydzona. – I miałeś rację. Rzeczywiście śniłam, nawet wiele razy, a te sny były czymś więcej, czymś istotniejszym, jak gdyby pochodziły z samego zarania umysłu. Tak, z pewnością śniłam.

Znak popadł w głębokie milczenie. Palmy przestały się kołysać i całe wzgórze ogarnęła słodka cisza.

Siedząc pod przerośniętym napisem „Kawa”, zagadnęłam dwójkę ludzi, którzy jak się okazało, jechali do San Diego. Wzięłam to za pomyślny znak. To w końcu osiem godzin autem, a ta para pozwoliła mi się przyłączyć za osiemdziesiąt pięć dolarów. Ustaliliśmy, że spotkamy się rano. Z tym że obowiązywała zasada: żadnego gadania. Od razu się zgodziłam, niewiele sobie z tego robiąc.