ObłokobujanieTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pat­ti Smith

Ob­ło­ko­bu­ja­nie

prze­ło­żył Ma­ciej Świer­koc­ki


Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go WO­OL­GA­THE­RING

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny RO­BERT OLEŚ / d2d.pl

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by SER­GEY MA­XI­MI­SHIN / AGEN­TUR FO­CUS

Fo­to­gra­fie we­wnątrz tomu

Co­py­ri­ght © 1992, 2011 PAT­TI SMITH

All ri­ghts re­se­rved. Except for brief pas­sa­ges qu­oted in a new­spa­per, ma­ga­zi­ne, ra­dio, te­le­vi­sion, or we­bsi­te re­view, no part of this book may be re­pro­du­ced in any form or by any me­ans, elec­tro­nic or me­cha­ni­cal, in­c­lu­ding pho­to­co­py­ing and re­cor­ding, or by any in­for­ma­tion sto­ra­ge and re­trie­val sys­tem, wi­tho­ut per­mis­sion in wri­ting from the Pu­bli­sher.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2014

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by MA­CIEJ ŚWIER­KOC­KI, 2014

Re­dak­cja MAG­DA­LE­NA BU­DZIŃ­SKA

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / d2d.pl Ko­rek­ta MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK i AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / d2d.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej EWA KRA­JEW­SKA / VIR­TU­ALO.PL

ISBN 978-83-7536-713-3

Spis treści

  Dedykacja

  Do czytelnika

  Obłokobujanie

  Zaproszenie

  Obłokobujacze-wełnozbieracze

  Tańce w stodole

  Kowbojskie prawdy

  Indyjskie rubiny

  Rysując

  Two Worlds

  Sztuka w niebie

  Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty siódmy

  Kimberly

  Millet

  Latanie

  Pożegnanie

  Ilustracje

Dla mo­je­go ojca

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Do czytelnika

W roku 1991 miesz­ka­łam na przed­mie­ściach De­tro­it z mę­żem i dwoj­giem dzie­ci w sta­rym ka­mien­nym domu nad ka­na­łem wpa­da­ją­cym do je­zio­ra Sa­int Cla­ir. Po kru­szą­cych się ścia­nach pię­ły się blusz­cze i po­wo­je. Bal­kon opla­ta­ły wi­no­ro­śle oraz dzi­kie róże, a w ich gę­stwi­nie gnieź­dzi­ły się sy­no­gar­li­ce. Po­dwó­rze było tro­chę za­ro­śnię­te, co po­waż­nie nie­po­ko­iło są­sia­dów, któ­rzy czę­sto pró­bo­wa­li je ujarz­mić pod­czas na­szej nie­obec­no­ści. Ten nasz nie­sfor­ny za­gon mógł się po­chwa­lić mnó­stwem po­lnych kwia­tów, bzem, dwie­ma wie­ko­wy­mi wierz­ba­mi i gru­szą. Bar­dzo ko­cha­łam swo­ją ro­dzi­nę i nasz dom, lecz tam­tej wio­sny po­pa­dłam w ja­kąś strasz­li­wą, nie­po­ję­tą me­lan­cho­lię. Speł­niw­szy wszyst­kie swo­je do­mo­we obo­wiąz­ki, gdy dzie­ci były już w szko­le, ca­ły­mi go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wa­łam wła­śnie pod tymi wierz­ba­mi, za­to­pio­na w my­ślach. W ta­kim na­stro­ju za­czę­łam pi­sać Ob­ło­ko­bu­ja­nie.

Ray­mond Foye, któ­ry wraz z Fran­ce­sco Cle­men­tem za­ło­żył wy­daw­nic­two Ha­nu­man Bo­oks, przy­słał mi list z proś­bą, że­bym coś dla nie­go na­pi­sa­ła. Ksią­żecz­ki pu­bli­ko­wa­ne przez Ha­nu­man Bo­oks mie­rzy­ły za­le­d­wie trzy na czte­ry cale i przy­po­mi­na­ły ma­leń­kie, kie­szon­ko­we mo­dli­tew­ni­ki in­dyj­skie. Za­uro­czo­na pro­po­zy­cją, przy­stą­pi­łam do pra­cy wcze­sną je­sie­nią, kie­dy za­czy­na­ły doj­rze­wać grusz­ki. Z po­cząt­ku szło mi nie­spo­ro, Ray­mond czę­sto więc te­le­fo­no­wał, by do­dać mi otu­chy. Któ­re­goś po­po­łu­dnia za­dzwo­nił z proś­bą od Wil­lia­ma Bur­ro­ugh­sa. Wszyst­kie książ­ki wy­daw­nic­twa Ha­nu­man były nu­me­ro­wa­ne na grzbie­tach, a moja mia­ła no­sić nu­mer 46 – uro­dzi­łam się w 1946 roku. Wil­liam jed­nak chciał mieć ten nu­mer dla sie­bie, była to bo­wiem jego po­dwo­jo­na ulu­bio­na licz­ba, czy­li 23. Uwiel­bia­łam Wil­lia­ma i dla­te­go się z nim za­mie­ni­łam.


Pi­sa­łam od­ręcz­nie na pa­pie­rze w krat­kę. Skoń­czy­łam 30 grud­nia 1991 roku, w dniu mo­ich czter­dzie­stych pią­tych uro­dzin. Wte­dy po­sła­łam tę ksią­żecz­kę Ray­mon­do­wi, któ­ry prze­pi­sał ją na ma­szy­nie i wy­słał do dru­kar­ni, do Ma­dra­su. Oka­za­ło się, że 45 to dla mnie ide­al­ny nu­mer.

Pierw­szy eg­zem­plarz au­tor­ski po­da­ro­wa­łam ojcu, ale czas mi­jał, a tata nic nie mó­wił. Był wspa­nia­łym czło­wie­kiem, nie­ła­two było mu jed­nak za­im­po­no­wać, mia­łam więc nie­wiel­ką na­dzie­ję, że prze­czy­ta moje Ob­ło­ko­bu­ja­nie. Do­pie­ro kil­ka lat póź­niej, nie­dłu­go przed śmier­cią, po­wie­dział mi: „Pa­tri­cio, prze­czy­ta­łem two­ją książ­kę”. By­łam przy­go­to­wa­na na sło­wa kry­ty­ki, to­też zdu­mia­łam się, że oj­ciec taką skrom­ną pro­po­zy­cję w ogó­le na­zy­wa „książ­ką”. „Je­steś do­brą pi­sar­ką”, po­wie­dział i zro­bił mi kawę. Był to je­dy­ny tego ro­dza­ju kom­ple­ment, ja­kim mnie w ży­ciu ob­da­rzył.

Ktoś za­py­tał kie­dyś, czy by­ła­bym skłon­na uznać Ob­ło­ko­bu­ja­nie za baj­kę. Za­wsze uwiel­bia­łam i nadal uwiel­biam baj­ki, oba­wiam się jed­nak, że ta ksią­żecz­ka do nich nie na­le­ży. Wszyst­ko w niej jest au­ten­tycz­ne i cał­ko­wi­cie zgod­ne z praw­dą. Pra­ca nad nią wy­rwa­ła mnie z dziw­nej apa­tii, ży­wię za­tem na­dzie­ję, że Ob­ło­ko­bu­ja­nie choć do pew­ne­go stop­nia na­peł­ni tak­że czy­tel­ni­ka po­dob­nie nie­okre­ślo­ną, nie­co­dzien­ną ra­do­ścią.

Nie­dzie­la Pal­mo­wa,

2011, Bar­ce­lo­na

Obłokobujanie


Zaproszenie

Za­wsze ma­rzy­łam, że kie­dyś na­pi­szę książ­kę, nie­chby i nie­gru­bą, któ­ra po­rwie czy­tel­ni­ka, prze­nie­sie go w inny świat, nie­da­ją­cy się zmie­rzyć ani na­wet za­pa­mię­tać.

Ma­rzy­łam o wie­lu rze­czach. Że za­bły­snę. Że będę do­bra. Że będę miesz­kać z gołą gło­wą gdzieś na gór­skim szczy­cie i krę­cić ta­kim ko­łem, któ­re ob­ra­ca zie­mię, i że nie­po­strze­żo­na po­śród chmur będę mia­ła ja­kiś wpływ na świat – że będę po­ży­tecz­na.

Dzi­wacz­ne za­chcian­ki uno­si­ły się w po­wie­trzu ni­czym pu­szek dmu­chaw­ców, przy­da­jąc lek­ko­ści ru­chom po­waż­nej, la­sko­no­giej dziew­czyn­ki, któ­rej krót­kie skar­pet­ki o mało nie zsu­wa­ły się w głąb cięż­kich bu­cio­rów.

Wszyst­kie skar­pet­ki mia­łam po­roz­cią­ga­ne. Może dla­te­go, że czę­sto wy­peł­nia­łam je kul­ka­mi do gry. Wrzu­ca­łam do skar­pe­tek kul­ki-agat­ki z aga­tu i kul­ki-stal­ki ze sta­li i wy­cho­dzi­łam na dwór. By­łam do­bra tyl­ko w grze w kul­ki i mo­głam wy­grać z każ­dym.

Wie­czo­rem wy­sy­py­wa­łam wy­gra­ną na łóż­ko i po­le­ro­wa­łam kul­ki ir­chą. Ukła­da­łam je ko­lo­ra­mi albo we­dług za­sług, ale one po­tem same or­ga­ni­zo­wa­ły się na nowo – małe błysz­czą­ce pla­ne­ty, każ­da z wła­sną hi­sto­rią, ob­da­rzo­na wła­sną cu­dow­ną wolą.

 

Nig­dy nie mia­łam po­czu­cia, że zdol­ność do wy­gry­wa­nia kry­je się we mnie. Za­wsze są­dzi­łam, że tkwi ona w przed­mio­cie, że to cza­ry, któ­re uru­cha­miam swo­im do­ty­kiem. Dla­te­go wszę­dzie do­strze­ga­łam ma­gię i cu­dow­ność, jak gdy­by wszyst­ko, cała przy­ro­da, no­si­ło na so­bie śla­dy po­zo­sta­wio­ne przez ja­kie­goś dżin­na.

Na­le­ża­ło być ostroż­nym, na­le­ża­ło być mą­drym. Al­bo­wiem czło­wiek by­stry może uchwy­cić coś, co jest da­le­kie, i to przy­bli­żyć.

A wiatr szar­pał ka­wa­łek suk­na, któ­re słu­ży­ło mi jako za­sło­na w oknie. Czu­wa­łam przy nim, wy­czu­lo­na na szcze­gó­ły, któ­re oglą­da­ne sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi z ła­two­ścią sta­wa­ły się za­rów­no po­twor­ne, jak i pięk­ne.

Pa­trzy­łam, oce­nia­łam je i w jed­nej chwi­li zni­ka­łam – roz­chwia­na awio­net­ka w prze­lo­cie z jed­nej kra­iny do dru­giej, nie­po­mna swo­ich nie­zgrab­nych ra­mion i nie­sfor­nych skar­pe­tek.

Od­da­la­łam się i nikt o tym nie wie­dział. Bo wszy­scy my­śle­li, że nadal prze­by­wam wśród nich, na moim łó­żecz­ku, po­grą­żo­na w za­chwy­cie dzie­cin­nej za­ba­wy.

Obłokobujacze-wełnozbieracze

Była so­bie łąka. I był ży­wo­płot, skła­da­ją­cy się z roz­ło­ży­stych krze­wów, któ­ry ka­dro­wał mi wi­dok na nią. Ten ży­wo­płot uwa­ża­łam za świę­ty – za ba­stion du­cha. Czci­łam rów­nież łąkę o wy­so­kiej, roz­ko­ły­sa­nej tra­wie i po­tęż­nym za­ko­lu.

Da­lej, po pra­wej stro­nie, był sad, a po le­wej po­bie­lo­na wap­nem sto­do­ła, nad któ­rej dwu­skrzy­dło­wy­mi drzwia­mi wid­niał na­pis HO­EDOWN HALL. Spo­ty­ka­li­śmy się tu­taj wszy­scy w nie­dziel­ne wie­czo­ry, żeby tań­czyć do mu­zy­ki skrzy­piec i na we­zwa­nie skrzyp­ka.

Póź­niej, już po ką­pie­li, mama cze­sa­ła mi wło­sy. Od­ma­wia­łam pa­cierz, a po­tem ona mnie opa­tu­la­ła. Cze­ka­łam, aż wszyst­ko ucich­nie. Na­stęp­nie wsta­wa­łam, wcho­dzi­łam na krze­sło, od­cią­ga­łam suk­no, za­sła­nia­ją­ce moje okno, i mo­dli­łam się da­lej, wę­dru­jąc w my­ślach na spo­tka­nie mo­je­go Boga.

W bez­chmur­ne, dziw­ne noce cza­sa­mi do­strze­ga­łam ja­kiś ruch w tra­wie. Z po­cząt­ku są­dzi­łam, że to trze­pot po­lu­ją­cej sowy śnież­nej albo wiel­kie, bla­de skrzy­dła księ­ży­ców­ki ame­ry­kań­skiej, któ­re roz­kła­da­ją się i skła­da­ją jak śre­dnio­wiecz­ny cze­pek. Ale pew­nej nocy przy­szło mi do gło­wy, że są to lu­dzie, ja­kich nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam, w dziw­nych, sta­ro­daw­nych czep­cach i ko­stiu­mach. Wy­da­wa­ło mi się, że do­strze­gam biel ich na­kryć gło­wy, a chwi­la­mi rękę, któ­ra coś chwy­ta, oświe­tlo­ną księ­ży­cem i gwiaz­da­mi albo re­flek­to­rem prze­jeż­dża­ją­ce­go nie­opo­dal auta.



Ra­nek za­sta­wał łąkę ja­sną, w ob­fi­to­ści po­lnych kwia­tów, któ­re czę­sto zbie­ra­li­śmy i z któ­rych ple­tli­śmy wian­ki. Naj­waż­niej­szym miej­scem na łące była sta­ra czar­na sto­do­ła, za­miesz­ka­na przez nie­to­pe­rze. Daw­no już po­szła z dy­mem, lecz w tam­tych la­tach sta­ła jesz­cze ni­czym sfa­ty­go­wa­ny cy­lin­der, któ­ry mógł­by no­sić je­dy­nie ja­kiś bo­ha­ter albo nę­dzarz.

Mój brat, sio­stra i ja mi­ja­li­śmy tę sto­do­łę w dro­dze na spa­cer. By­łam naj­star­sza, naj­młod­sze­go z nas nie było jesz­cze na świe­cie. Szli­śmy do cen­trum mia­sta i wdra­py­wa­li­śmy się na ka­mien­ny mur, któ­ry ni­czym mat­czy­ne ra­mio­na osła­niał Cmen­tarz To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół. Pod wiel­ki­mi drze­wa­mi – orze­cha­mi wło­ski­mi – spo­czy­wa­li tu kwa­krzy, a nam na­wet za dnia to miej­sce wy­da­wa­ło się naj­bar­dziej od­osob­nio­nym i naj­cich­szym za­kąt­kiem na zie­mi. Tu­taj w at­mos­fe­rze po­wa­gi, na świe­żym po­wie­trzu, roz­dmu­chi­wa­li­śmy ro­go­że, wy­ci­na­ne na ba­gnach, po­ro­zu­mie­wa­jąc się ca­ły­mi go­dzi­na­mi, lecz bez jed­ne­go sło­wa. Te chwi­le da­wa­ły nam ra­dość. Wiel­ką ra­dość, któ­rą nadal od­czu­wam, czy­ta­jąc te sło­wa.

Wra­ca­jąc w pod­sko­kach do domu, po­zdra­wia­li­śmy wszyst­ko, co nas urze­ka­ło. Star­ca, któ­ry sprze­da­wał ryb­ną drob­ni­cę. Stru­mień, któ­ry wy­da­wał się tak sze­ro­ki, że mógł­by się roz­lać w uj­ście De­la­wa­re. Z ko­lei nas, zda­wa­ło­by się, wo­ła­jąc po imie­niu, wi­ta­ły zbro­jow­nia, ra­tusz, a po­tem Tho­mas’ Field.

Ści­ga­li­śmy się w tra­wie, bie­gnąc na spo­tka­nie ko­le­ża­nek i ko­le­gów. Cza­sa­mi po pro­stu za­pa­da­łam się w tę łąkę i ga­pi­łam na nie­bo.

Wy­da­wa­ło mi się, że cały boży świat zo­stał roz­ry­so­wa­ny w gó­rze ni­czym mapa, a mnie od śmie­chu po­zo­sta­łych dzie­ci cią­gnę­ło coś w tę ci­szę, do któ­rej opa­no­wa­nia dą­ży­łam. Bo w niej było sły­chać, jak kieł­ku­je ziar­no albo jak du­sza skła­da się w kost­kę ni­czym chu­s­tecz­ka do nosa.

Wie­rzy­łam, że oni – że ci lu­dzie – tam są. Sły­sza­łam ich od cza­su do cza­su, szep­czą­cych i szem­rzą­cych ni­czym za ścia­ną z waty. Sły­sza­łam ich, ale nig­dy nie uda­ło mi się zro­zu­mieć ję­zy­ka, w któ­rym mó­wi­li, ani za­pa­mię­tać me­lo­dii, któ­re ukła­da­li.

Kie­dy wra­ca­łam do sie­bie, wszyst­ko było jak za­wsze, bie­głam, do­łą­cza­łam do po­zo­sta­łych dzie­ci i ba­wi­li­śmy się w sklep albo w ber­ka, a je­śli mie­li­śmy od­wa­gę, za­pusz­cza­li­śmy się do sto­do­ły i ob­rzu­ca­li­śmy nie­to­pe­rze pa­ty­ka­mi. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy póź­niej na dru­gą stro­nę dro­gi, wra­ca­jąc do domu, nig­dy nie za­po­mi­na­łam, żeby schy­lić gło­wę, kie­dy mi­ja­li­śmy za­ro­śla.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia ro­dzi­ce wy­sła­li mnie samą do mia­sta. By­łam po­ru­szo­na, po­sta­no­wi­łam bo­wiem za­py­tać tego star­ca, któ­ry sprze­da­wał drob­ne ryb­ki, o tam­tych lu­dzi na łące. Dzie­ci bały się sta­re­go sprze­daw­cy, ale mnie wy­da­wał się w pew­nym sen­sie i świe­tle nie­mal bło­go­sła­wio­ny, od­wiecz­ny. Naj­star­szy czło­wiek w naj­star­szym domu – w wa­lą­cej się cha­łu­pie, po­ma­lo­wa­nej na czar­no i sto­ją­cej na gę­sto za­ro­śnię­tej dział­ce na ubo­czu. Spa­dzi­sty dach dźwi­gał wy­pi­sa­ne za po­mo­cą sza­blo­nu sło­wo PRZY­NĘ­TA, a sta­rzec sie­dział przed do­mem bez wzglę­du na po­go­dę, no­sił ogrod­nicz­ki, dłu­gie siwe wło­sy i za­rost i trzy­mał straż nad świa­tem oraz gro­bem swo­jej żony, któ­rą po­cho­wał w przy­do­mo­wym cie­niu.


Sta­łam tak koło nie­go i wy­da­wa­ło mi się, że prze­cież o nic go nie za­py­ta­łam. Moje my­śli, krą­żą­ce to tu, to tam, nie chcia­ły współ­pra­co­wać z ję­zy­kiem, chy­ba wy­mknę­ło mi się jed­nak choć kil­ka słów, bo sta­rzec od­po­wie­dział, od­wra­ca­jąc faj­kę głów­ką do dołu, nie otwie­ra­jąc oczu i pra­wie nie po­ru­sza­jąc usta­mi:

– Toć będą ob­ło­ko­bu­ja­cze-weł­no­zbie­ra­cze…

Da­lej już nie py­ta­łam. Spra­wa wy­da­wa­ła mi się za de­li­kat­na, zbyt waż­na. Po pro­stu da­łam nogę, do­słow­nie zwia­łam, o mało nie za­po­mi­na­jąc się po­że­gnać. Od­wró­ci­łam się jed­nak już w bie­gu, by po­ma­chać star­co­wi, a kie­dy za­uwa­żył moje spoj­rze­nie, wy­da­ło mi się, że do­strze­gam w jego oczach coś, cze­go nie moż­na by­ło­by na­zwać in­a­czej jak tyl­ko wspa­nia­ło­ścią.

W grun­cie rze­czy nie mia­łam zie­lo­ne­go po­ję­cia, kim mogą być ob­ło­ko­bu­ja­cze-weł­no­zbie­ra­cze, lecz wy­da­wa­ło mi się, że idą za szla­chet­nym po­wo­ła­niem, sta­no­wią­cym też od­po­wied­nie za­ję­cie dla mnie. Z tego po­wo­du mia­łam na nich oko. W każ­dą po­go­dę. Po­tem opusz­cza­łam su­kien­ną za­sło­nę i kła­dłam się na łóż­ku. Nie mo­głam za­snąć, za­ba­wia­łam się więc nada­wa­niem imion tym lu­dziom, a przy­świe­ca­jąc so­bie kie­szon­ko­wą la­tar­ką, pro­jek­to­wa­łam dla nich pe­le­ry­ny, buty i ob­ło­ki, któ­re na­zy­wa­li swo­im do­mem.

Wi­zje ob­ło­ko­bu­ja­czy-weł­no­zbie­ra­czy na śpią­cej łące usy­pia­ły rów­nież mnie. Błą­ka­łam się mię­dzy nimi, po­śród ostów i cier­ni, nie ma­jąc nic lep­sze­go do ro­bo­ty, niż tyl­ko oca­lić ja­kąś ulot­ną myśl ni­czym kła­czek weł­ny ze zgrze­bła wia­tru.

Tańce w stodole

Umysł dziec­ka przy­po­mi­na po­ca­łu­nek w czo­ło – jest szcze­ry i bez­in­te­re­sow­ny. Wy­ko­nu­je pi­ru­ety ni­czym ba­let­ni­ca na lu­kro­wa­nym, pię­tro­wym tor­cie, słod­kim i tru­ją­cym.

Ocza­ro­wa­ne co­dzien­no­ścią dziec­ko bez wy­sił­ku wkra­cza w świat dzi­wów, aż wła­sna na­gość za­czy­na je prze­ra­żać i wpra­wiać w za­kło­po­ta­nie. Wte­dy pró­bu­je szu­kać okry­cia i ładu. Pod­pa­tru­je, gro­ma­dzi in­for­ma­cje, po czym zszy­wa z ich ka­wał­ków zwa­rio­wa­ną koł­drę prawd – dzi­kich i bar­ba­rzyń­skich, wła­ści­wie nie­ma­ją­cych nic wspól­ne­go z praw­dą.

Okrut­na na­głość tych zda­rzeń może dać w efek­cie coś pięk­ne­go, cho­ciaż czę­sto jest to tyl­ko roz­dar­cie mi­go­tli­wo­ści, przez któ­re moż­na się wy­rwać i wy­krę­cić na ze­wnątrz. Wte­dy na cyr­ko­wą are­nę, któ­ra wy­da­je się od­le­glej­sza i bar­dziej olśnie­wa­ją­ca niż kie­dy­kol­wiek, zsu­wa się wy­glą­da­ją­ca jak krę­go­słup lina.

Wszę­dzie wo­kół ścia­ny, a umysł w nie­wy­raź­nym pi­ru­ecie wy­chwy­tu­je ele­men­ty kodu – fla­mandz­ki hie­ro­glif, wy­ry­ty w drew­nia­nym kloc­ku.


Wy­krzyk­ni­ki! Py­ta­nia do­ty­czą­ce po­cho­dze­nia, celu.

Za mło­du, ogar­nię­ci po­czu­ciem, że je­ste­śmy z ja­kie­goś in­ne­go świa­ta, za­glą­da­my, ba­da­my na­sze wnę­trze i wy­cho­dzi­my z nie­go obcy jak In­dia­nie. Wstę­pu­je­my na otwar­tą rów­ni­nę ze zło­ta. A naj­czę­ściej na ob­ło­ki. Rasa miesz­kań­ców ob­ło­ków. Wła­śnie tak my­śli­my o so­bie za mło­du.

W koń­cu uda­je nam się to roz­gryźć. Do­strze­ga­my w so­bie rękę mat­ki, ja­kieś fi­zycz­ne po­do­bień­stwo do ojca. Ale umysł to cał­kiem inna spra­wa. Jego nig­dy nie moż­na być pew­nym.

Bo my­śli krę­cą się jak dzi­ki pies, wi­ru­ją ni­czym nie­sio­ny wia­trem su­chy pu­styn­ny krzak, jak fel­ga. Ten aspekt czło­wie­czeń­stwa pod­le­ga trans­mu­ta­cji i może dla­te­go to wła­śnie w nim upa­tru­je­my praw­dzi­wą szaj­bę w ma­szy­nie. Umysł jest ob­ra­zem. A tam w ką­cie coś wi­dać, jak­by spi­ra­lę. Może to wi­rus, a może ta­tu­aż du­cha.

Z wy­cią­gnię­ty­mi rę­ka­mi

z za­mknię­ty­mi ocza­mi

ser­ca po­ru­sza­jąc

ja­sne mdło­ści

wszę­dzie hu­la­ją

na dru­gą stro­nę

list­ki w za­du­mie

się prze­wra­ca­ją

Jaki sze­ro­ki jest świat. Jaki wy­so­ki. A sub­stan­cja umy­słu – na­elek­try­zo­wa­na, wy­bu­cha i roz­wie­wa się ni­czym na­sio­na lub puch. I taki wła­śnie jest mlecz, dmu­cha­wiec. Ob­na­ża się, po czym eks­plo­du­je na­szy­mi pra­gnie­nia­mi.

Pra­gnie­nie pew­nej rze­czy

czy tyl­ko pra­gnie­nie wie­dzy.

Zdmu­chu­je­my jego, świe­ce, gwiaz­dę… Cze­go czło­wiek pra­gnie. Part­ne­ra. Swo­bod­ne­go, bez­tro­skie­go księ­ży­ca. Albo może sły­szeć, tak jak kie­dyś w dzie­ciń­stwie. Mu­zy­kę – cie­ka­wą, opty­mi­stycz­ną, zwy­czaj­ną i nie­uchwyt­ną niby krzyk prze­szy­wa­ją­cy let­nią noc, wy­da­ny w skocz­nym tań­cu. Roz­ra­sta­ją­ce się czwo­ro­bo­ki śmie­chu i ra­do­ści. Wszy­scy tań­czą, po pro­stu tań­czą.

Więc tam cią­gnę­ło lu­dzi, w stro­nę za­kłó­co­ne­go spo­ko­ju, jak ćmy albo świe­tli­ki. Sala ozdo­bio­na sznu­ra­mi ko­lo­ro­wych, bled­ną­cych świa­te­łek… Tak jak gdy­by ktoś wszedł w wy­so­ką tra­wę, zwa­bio­ny in­nym wo­ła­niem: za­wo­dze­niem uro­kli­wym ni­czym roz­kwi­ta­ją­ce skrzyp­ce.

Mu­zy­ka ob­ło­ko­bu­ja­czy-weł­no­zbie­ra­czy, wy­ko­nu­ją­cych swo­ją pra­cę. Schy­la­ją się, wy­cią­ga­ją ręce, wy­trze­pu­ją po­wie­trze ze strzęp­ków weł­ny. Zbie­ra­ją to, co ze­brać trze­ba. To, co od­rzu­co­ne. To, cze­mu od­da­je się cześć. Frag­men­ty ludz­kie­go du­cha, któ­re­mu ja­koś uda­ło się uciec. Wkła­da­ne do po­doł­ka far­tu­cha. Zbie­ra je dłoń w rę­ka­wicz­ce.

Z tego wszyst­kie­go po­wsta­je ob­łok. Dla­te­go nie­bo przy­po­mi­na ko­me­dię ludz­ką. Burz­li­wą pro­me­na­dę. Przy­cią­ga le­ni­we oko. Znu­żo­nych uspo­ka­ja grą ru­chów, któ­re za­po­wia­da­ją na­dej­ście lu­dzi ci­chych i pro­sto­dusz­nych.

 

Ob­ło­ko­bu­ja­cze-weł­no­zbie­ra­cze przy pra­cy. Bez wy­na­gro­dze­nia czy umo­wy, ale ze szcze­gól­nym, ko­lek­tyw­nym wdzię­kiem.

To jed­na z tych rze­czy, któ­rych po pro­stu nie da się wy­tłu­ma­czyć. Jest to bo­wiem służ­ba, któ­rą po­dej­mu­je­my bez żad­nych na­dziei i pla­nów. Służ­ba, w któ­rej za­my­ślo­ny czło­wiek może po­czuć czyjś do­tyk na ra­mie­niu, a wte­dy ja­kaś siła od­rzu­ci go da­le­ko w kłę­bach ku­rzu, za­krę­ci nim i na­gle go za­trzy­ma.

Pod­nió­sł­szy taki cię­żar, czu­je­my w dło­ni wiel­ką chwa­łę i ogar­nia nas tak go­rącz­ko­wa nie­cier­pli­wość, jak gdy­by­śmy się umó­wi­li, oj dana dana, z za­cho­dzą­cym słoń­cem.


Kowbojskie prawdy

dla Sama She­par­da

Od­prę­żo­ny, w gó­rze nie­bo, kon­tem­plu­je to i tam­to. Isto­ta pra­cy. Isto­ta próż­no­wa­nia i to nie­bo z kłę­bią­cą się masą tak bli­sko, że moż­na zła­pać na las­so ja­kiś ob­łok, by zło­żyć na nim gło­wę lub na­pchać so­bie brzuch. Wy­jeść z ta­le­rza fa­sol­kę i sos ka­wał­kiem ob­ło­ko­we­go mię­sa i po­ło­żyć się na krót­ką sje­stę. To jest ży­cie!

Dzień mocy. Dzi­siaj są jego uro­dzi­ny, a on od­dy­cha tym rzad­kim, sma­ko­wi­tym po­wie­trzem. Uro­dził się, kie­dy pło­nę­ło obo­zo­we ogni­sko, a w gó­rze krą­żył my­szo­łów. Mat­ka nio­sła go na ba­ra­na, a oj­ciec ko­ły­sał do snu przy dźwię­kach nie­wy­szu­ka­nej bal­la­dy.

Bacz, jak ob­na­żasz swą du­szę

Bacz, by ob­na­żać jej nie mu­sieć

Wzdry­ga się i bu­dzi, kow­boj bez celu, kipi do­brą wolą i aż go świerz­bi, by ru­szyć w dal­szą dro­gę. Za­rzu­ca na ra­mio­na swo­je brze­mię. Wła­sny spo­sób ży­cia, wła­sny cel. A ten może być za­rów­no okrut­ny, jak i pro­mien­ny. Sam S. za­ak­cep­to­wał do­sto­jeń­stwo swo­je­go losu z po­kor­nym ser­cem, a dar dla nie­go spo­czy­wa przed nim roz­pa­ko­wa­ny: wol­ność, okrut­na wol­ność.


Roz­dał wszyst­ko z wy­jąt­kiem jed­ne­go. Tę bło­go­sła­wio­ną ska­zę, ten sa­mot­ny ar­kan po­zo­sta­wił so­bie. „Zo­staw­że coś dla sie­bie” – ce­dzi te sło­wa w ata­ku śmie­chu. Bo je­śli chcesz splu­nąć w nie­bo, po­wi­nie­neś to zro­bić z sze­ro­kim uśmie­chem.

Stoi so­bie, mru­ży oczy w słoń­cu; wszyst­ko jest tak cho­ler­nie pięk­ne, że aż gar­dło boli. Lu­stru­je oko­li­cę, wnę­trze dło­ni i bada tę wspa­nia­łą do­le­gli­wość w po­szu­ki­wa­niu kró­ciut­kiej chwi­li praw­dy. Oto, co znaj­du­je.

W mi­ło­snym tru­dzie sa­mot­nie oczysz­cza zie­mię, wy­cią­ga śmie­ci z rze­ki, zmie­nia jej bieg. Rzad­ko się mę­czy – jest pe­łen sza­lo­ne­go ro­dza­ju na­dziei. Nie od­po­wia­da przed ni­kim i nikt mu ni­cze­go nie za­bra­nia.

Nie je­steś za­po­mnia­ny.

Oto jego sło­wo.

Jego praw­da w je­dy­no­ści.

Kie­dy od­gry­wa

ry­tu­ały mło­do­ści.

Na­pra­wia świat.

Nie­wy­raź­ny od­prysk czło­wie­czeń­stwa.

Na­jem­ny pra­cow­nik nie­bios.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?