Rano cisza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rano cisza

1. Omama (4:19)

2. Pokój jego cieniom (6:03)

3. Koncertowy (2:12)

Rok później

4. Kuchnia azjatycka (3:51)

5. Syndrom ostatniego ciastka (3:30)

6. Rumianki Małe (4:50)

7. S14E08 (4:23)

8. Szwank (5:01)

9. Jeden dziewięć ile (4:24)

Rano cisza

Copyright © by Patryk Fijałkowski

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2021

Redaktor prowadząca: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: MAGDALENA GERAGA

Korekta: KATARZYNA SARNA

Projekt okładki: GRZEGORZ ARASZEWSKI | garasz.pl

Fotografia: TOM ROGERSON | unsplash.com

Projekt typograficzny i skład: MARZENA PIŁKO

Wydanie I

ISBN 978-83-66555-62-4

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

Prezes: Joanna Bażyńska

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl


Poznaj nasze inne książki.

Zapraszamy do księgarni:

www.poradniak.pl facebook.com/poradniak linkedin.com/company.poradniak instagram.com/poradnia_k_wydawnictwo

Konwersja: eLitera s.c.

Rano cisza

1. Omama (4:19)

2. Pokój jego cieniom (6:03)

3. Koncertowy (2:12)

4. Kuchnia azjatycka (3:51)

5. Syndrom ostatniego ciastka (3:30)

6. Rumianki Małe (4:50)

7. S14E08 (4:23)

8. Szwank (5:01)

9. Jeden dziewięć ile (4:24)

gitara, wokal / Rafał

gitara, syntezatory, wokal, bas / Ramiro

perkusja, perkusjonalia / Wogól

słowa / Rafał, Ramiro

kompozycja / wszyscy

wsparcie duchowe / Koszula w Kratę

.

#BPCK01

Nagle idziemy środkiem pustej, wyczerpanej ulicy.

– Powiem ci, że zawsze się boję początków.

Po lewej jałowe pole, po prawej jałowe pole. I znak drogowy, że koniec zabudowań, kontury budynków przekreślone tłustą, czerwoną linią. Pogoda spokojna, trochę nijaka. Chmury rozmemłane, jakby niewystarczająco zamieszane ręką znudzonego boga.

– Słyszysz? Halo.

– Co? – Mam zachrypnięty głos. Odchrząkuję dwa razy.

– Powiedziałem, że zawsze się boję początków.

– Dlaczego?

– To znaczy wiesz, podejrzewam, że wielu artystów ma taki problem. – Ramiro widzi, że już słucham, i odpowiada pewniejszym głosem. Przećwiczonym. – Bo w fazie teoretycznej wszystko jest zawsze takie proste i jasne. Bezpieczne. Rozumiesz? To taki lęk przed spieprzeniem sprawy. Przed rozbabraniem tego, co tak ładnie prezentuje się w głowie.

Przytakuję, bo wydaje mi się, że rozumiem. Jego amulety postukują o siebie.

– Tutaj... – Ramiro dotyka skroni palcem. – ...wszystko turla się bez ładu. Refleksje, nieistniejące kawałki, fragmenty wspomnień, tych prawdziwych i zmyślonych, słowa jakieś, fantazje... Twory nocujące w nas bez żadnych zobowiązań.

Słyszę, że przygotowywał się do tej przemowy, że zapisywał w swoim notesie w las poszczególne frazy, które brzmiały mu wyjątkowo dobrze. Teatralnie.

– Ale potem... – Prostuje palec, paznokieć wycelowany w pochmurne niebo. – Potem przychodzi czas, żeby jakoś to wszystko pozlepiać, poukładać, posprzątać. Nadać temu konkretny kształt. I wtedy przestaje być przyjemnie, fajnie. Już nie dajesz, ot tak, nocować swoim pomysłom, tylko podpisujesz z nimi umowę o najem. Robi się oficjalnie. Sztywno. To się nazywa początek. I tego się zawsze cholernie boję.

Nawet głos zawiesza w odpowiednim momencie.

Nie wygląda, jakby się bał, chociaż teraz też coś zaczynamy. Dziewiętnaście amuletów postukuje o siebie na jego szyi, kiedy idziemy środkiem ulicy. Nie wiem, po co mu one. Może zapewniają bezpieczeństwo? Ten z nutką chroni przed kiepską muzyką. Drewniane oko zabija ślepotę i jaskrę. Spirala jest tarczą na zawiłości tego świata, a miniaturowy korkociąg odgania nałogi.

– Po co ci aż tyle? – pytam, kiwając głową w stronę dziewiętnastu symboli.

Patrzy na nie niemal zdziwiony, jak postukują na piersi, zawieszone na sznurkach, rzemykach i łańcuszkach.

– Nie twoja sprawa – odpowiada.

– Nic tutaj nie jest moją sprawą.

Parska suchym śmiechem. Czuję, że zapunktowałem. I bardzo mnie to cieszy.

– Nie są ciężkie, większość wykonałem z drewna – dodaje, jakbym o to zapytał.

Idziemy środkiem jezdni, rozdzieleni białą linią. Bylibyśmy bardzo symetryczną kompozycją, gdyby nie to, że aparycją całkowicie się od siebie różnimy. Ramiro ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu, jest bardzo szczupły. Nosi skórzane buty i obcisłe spodnie, w które wpuścił luźną koszulę zapiętą tylko na dwa guziki. Poza tym kilka pierścionków, plątanina amuletów. Hipisowska bandana przewiązana na czole więzi gęstą czarną czuprynę. Na plecach przewieszona gitara, jej gryf wycelowany w ulicę. Kiedy nie rozmawiamy, jedynymi dźwiękami są płaskie stukustuki drewnianych symboli Ramira, szmery rezonujące w pudle jego instrumentu i szuranie podeszew.

Tutejszy cmentarz, przygarbiony na samym skraju miasta, mieści się wewnątrz ogromnej szklarni. Kiedy tam docieramy, zadziwia nas jego skala. Mdłozielone, pordzewiałe obramowania setek szyb sprawiają, że sam przypomina wykopanego z ziemi kościotrupa. W środku widać mieszankę roślin i płyt nagrobnych. Wejście do środka jest rozbite; Ramiro schyla się po odłamek (amulety, te na najdłuższych rzemykach, dotykają przez chwilę trawy). Bierze go ostrożnie między palce, żeby się nie skaleczyć. O palce dba najbardziej.

– Nieźle – mówi bardziej do siebie niż do mnie. Ogląda szkło z każdej strony, po czym odrzuca je gwałtownie. Odłamek zaśmieca jezdnię, tłukąc się na kilka mniejszych, ostrzejszych kawałków. Nic się nie stało. Nic się nie stało, bo kto niby miałby tędy przejeżdżać?

– To co, wejdziemy do środka?

Szklarnia jest naprawdę wielka i naprawdę stara. Dużo szyb potłukło się przez te wszystkie lata, wiele jest brudnych, przydymionych, obsranych. Dziury zieją jak braki w uzębieniu. Obramowania straszą rdzą. Kiedy przestępujemy pozostałości po wejściu, nie mogę zatrzeć ambiwalentnego wrażenia, że z jednej strony lada chwila cała ta konstrukcja runie i potłucze się na nas, a z drugiej, że to niemożliwe, że przecież jest zakonserwowana w wieczności, najlepszej możliwej formalinie.

– ...robi wrażenie.

Nie jestem pewien, czy to Ramiro, czy ja. Chyba on. Ja po prostu patrzę, słucham. Nad nami szarość dnia przeciska się przez brudne szkło, a przed nami widnieją długie rzędy otulonych chwastami grobów. Słyszę krzyże i latorośle, które je duszą, puste, lodowate znicze oraz odłamki grobów w wąskich alejkach, jakby ktoś kiedyś biegał i walił w nie młotem. Może ta sama osoba, która roztrzaskała wejście? Cmentarny urwis. Wyłapuję też dwa garbate anioły (przyszły na ziemię) grające w karty; ptasia kupa zaschła na ich kamiennych policzkach. Jest i gniazdo uwite w czuprynie ukrzyżowanego Chrystusa. A tam dalej to chyba system nawadniający, pewnie zepsuty od lat.

Idę za Ramirem, który ostrożnie przestępuje co większe fragmenty spękanych mogił. W jego ruchach jest coś zniewieściałego. Sposób, w jaki kołysze biodrami czy rozpościera palce, próbując zachować równowagę; różne drobne szczegóły. Kłóci się to z gęstym czarnym zarostem upodabniającym go do wikinga.

Przez chwilę boję się, że powiedziałem to na głos, bo Ramiro odwraca się i celuje we mnie palcem. Powstrzymuję impuls, żeby podnieść ręce.

– Szybkie pytanie: jak się czujesz z tym wszystkim?

– Z tym wszystkim?

– No, że jesteś tutaj z nami, w mieście duchów, a teraz spacerujesz po cmentarzu, który jest wewnątrz szklarni. Że spędzimy tutaj weekend i będziesz od nas uzależniony.

Uśmiecham się szeroko.

– Fantastycznie – odpowiadam szczerze.

Ramiro patrzy na mnie nieufnie, a potem sam powoli wykrzywia usta w uśmiechu. Targa włosy z tyłu głowy.

– To dobrze. To fajnie.

Ruszamy dalej. Na drugim końcu szklarni z dachu wypada szyba. Dzieje się to nagle i naturalnie, jakby planowała ucieczkę od lat. Jest coś dostojnego w jej krótkim, pewnym locie. Chyba przez tę ciszę. Nawet trzask szkła, kiedy już uderza w jedną z płyt nagrobnych, brzmi głucho i odlegle – bardziej jak wspomnienie dźwięku niż prawdziwy dźwięk.

 

– Mówiłeś o początku – zagaduję do pleców Ramira. – Jak wyglądał początek Rano ciszy?

– Widzisz, tu dochodzimy do kolejnego aspektu początków. – Muszę wsłuchiwać się w każde słowo, bo Ramiro mówi przed siebie, nie dbając o mój komfort. – Kiedy już się odważysz, podpiszesz umowę ze swoimi pomysłami i tak dalej, kiedy już to zrobisz, musisz być gotowy na to, że spuszczasz coś ze smyczy. – Znowu łatwo zorientować się, że Ramiro deklamuje coś, co zapisał sobie pieczołowicie w notesie. – Że tracisz w pewien sposób kontrolę. To znaczy jeśli jesteś dobrym twórcą. Źli twórcy nigdy nie pozwolą swoim pomysłom żyć własnym życiem. Źli twórcy to hitlerowcy wyobraźni.

Hitlerowcy wyobraźni. To pewnie otoczył kółkiem i podkreślił kilka razy, ozdobił wykrzyknikami. Mimo że jego głos jest odległy, czuję wyraźnie, jak daje do zrozumienia, do której grupy twórców należy.

– Dobry twórca jest gotowy na to, a wręcz oczekuje całym sercem, że pomysły po rozpoczęciu prac zaczną samowolkę. Że będzie im tylko wynajmował wnętrze swojej głowy i obserwował, jak sobie żyją, a potem obserwacje skomponuje, spisze, namaluje. Znasz Kinga?

– Stephena?

– Nie, Konga. Jasne, że Stephena.

– Każdy zna Stephena Kinga.

– Możliwe. W każdym razie on napisał kiedyś bardzo mądrą rzecz: twórcy to ludzie, którzy nauczyli swój umysł nieposłuszeństwa. Trafne, co?

– Pewnie tak.

– Tak właśnie jest. Tak powinno być. Tak było zarówno z całą płytą, jak i Omamą.

– Omama była pierwszym stworzonym kawałkiem?

– Tak. Na pierwszej próbie podczas pierwszej improwizacji. Może tutaj?

Wskazuje na wielki grób, stary i spękany jak wszystkie inne. Leżą na nim odłamki szkła. To tutaj spadła szyba, którą wcześniej zauważyłem. Zabawne – zupełnie jakby cmentarz wskazał nam, gdzie mamy usiąść. Rozgośćcie się, tu jest kanapa; kawy, herbaty? Spłowiały wieniec przypomina zmarłego ze starości pająka. Na szarej płycie nagrobnej widnieje tylko jedno słowo wydrapane w kamieniu:

Pić

Czytamy je kilkakrotnie w milczeniu. Oblizujemy wargi.

– Może być – mówię.

Siadamy na mogile – on w jednym rogu, z gitarą warującą przy nogach, ja w drugim – podzieleni słowem z nagrobka. Ramiro tarmosi włosy z tyłu głowy, a potem bierze w palce jeden ze swoich amuletów – postrzępione pióro. Pieści się nim po dłoni jak pędzelkiem.

Zaczyna siąpić deszcz. Słyszę stukanie o dach. Część kropel zwilża grób, na którym siedzimy – dostają się przez dziurę po szybie samobójczyni. Mam wrażenie, że kamień syczy, ilekroć spada kropla. Ale tak naprawdę nie syczy, ubzdurałem to sobie tylko.

– To jak, opowiesz mi? – pytam. W niedbałym tonie głosu staram się ukryć, jak bardzo mi na tym zależy. Nie wiem po co, w końcu zarówno on, jak i cała reszta doskonale wiedzą, że tak jest.

Ramiro bierze akustyka i intonuje pierwsze dźwięki Omamy. Na zmianę wysokie i niepokojąco niskie dźwięki. Grubasy tańczą ze szczapami. Słuchając tego, czuję się jakoś swobodniej. Jakoś mi tutaj przytulniej. W końcu znam tę melodię na wylot. Ale jednocześnie czuję się, jakbym słyszał ją po raz pierwszy. Myślę o tym urzeczony, Ramiro kończy jednak na kilku dźwiękach – omiatają najbliższe groby, potrząsają trawą i uciekają przez dziury w dachu.

– Poszło nam z tym kawałkiem – mówi łagodnie, odkładając gitarę. – Oj, poszło. Wtedy był ten moment, że wszyscy byli dokładnie na tej samej fali. Każdy wiedział, w jaki dźwięk uderzyć i kiedy to zrobić, choć gdyby ktoś zapytał nas, skąd wiedzieliśmy, to byśmy wzruszyli ramionami. To się czuło po prostu. W muzyce płynęło. – Milknie na chwilę i patrzy na mnie, szukając zrozumienia. – Tak się czasem zdarza i to chyba najlepsze, co można w zespole przeżyć. To w tych momentach powstają najlepsze kawałki. Chociaż nie, inaczej: to te momenty sprawiają, że nieważne, czy kawałek jest słaby, przeciętny czy dobry – to, jak ci ludzie go grają, jak go czują, sprawia, że go naznaczają jakąś świetnością, naznaczają, jak... jak... jak krowę, której wypala się na zadzie logo firmy. Rozumiesz?

Przytakuję. Ramirowi chyba jednak bardzo zależy, żebym naprawdę rozumiał, bo mówi dalej, żywo gestykulując.

– Tym, jak go grają, mówią: patrz, jaki genialny kawałek. No przecież musi być genialny. Nie gralibyśmy go w taki sposób, gdyby nie był. Spójrz na nasze twarze, na to, jak gitarzysta się szarpie, jak perkusista wali w bębny, jakby to były głowy najpaskudniejszych skurwysynów. Patrz, jakie to fajne, nie kłamiemy.

A mimo to mam ulotne wrażenie, że jednak trochę kłamie. Że bardziej fantazjuje sobie, że chciałby, aby tak było. Patrzę na jego twarz i widzę, jak bardzo lubi o tym mówić, chełpić się tym, uwznioślać.

– Omama powstała właśnie w takich warunkach. To było jeszcze w piwnicach tego starego domu kultury. Wiesz którego. Na Pradze.

– Wiem.

– To Rafał wymyślił pierwsze dźwięki – przyznaje z niechęcią Ramiro. – Zaczął to grać na naszej pierwszej prawdziwej próbie, a my przyłączaliśmy się do niego krok po kroku. Katowaliśmy to bite pół godziny, do zarzygania. Pamiętam, jak Wogól kilka razy próbował zaakcentować koniec – walił w ten werbel, w talerze, rozrzedzał uderzenia, znowu zagęszczał, wszystko, żeby powiedzieć: dobra, chłopaki, jest super, ale uwagaaaaaa, kończymy za trzy, dwa, jeden... A potem widział, słyszał, że nie przestajemy, nie chcemy, i wracał do tego połamanego rytmu, spocony jak koń po westernie.

– Ale to nie wtedy powstał cały kawałek, prawda?

– Oczywiście, że nie. – Ramiro parska z pobłażaniem. – Przecież musieliśmy dodać te wszystkie instrumenty. Wtedy powstał szkielet, naczynie. Po półgodzinie wiedzieliśmy dokładnie, co chcemy osiągnąć. Uruchomiliśmy znajomości, znaleźliśmy kogoś, kto zagra na skrzypcach, przyjaciela pianistę, jakąś szaloną dziewczynę, nie wiem nawet, skąd ją wytrzasnęliśmy, która zagrała na okarynie i czymś, co nazywała silnikiem wiatru. Zdobyliśmy dla Wogóla te wszystkie bambusowe dzwonki i dziecięce cymbałki, Rafał pożyczył skądś cytrę. Przecież na początku wybrzmiewa nawet waltornia i, kurwa, didgeridoo.

Przez chwilę słyszę ten kawałek – dziwny, orientalny twór pełen sprzeczności, przyciasny i wypchany instrumentami jak klaustrofobiczny sklep muzyczny.

– A tytuł? – pytam spragniony informacji, bury pies chłepczący kałuże. – Skąd ten tytuł?

Ramiro wstaje w rytmie postukujących o siebie amuletów. Zaczyna przechadzać się od grobu do grobu.

– Tytuł to było też coś, co Rafał miał od początku, w pakiecie z tą melodią. I nie było opcji, żeby go zmienić. On zazwyczaj jest strasznie ugodowy, tu da się przekonać, tam machnie ręką, ale w tym przypadku nie było rady. Bo my z Wogólem nie byliśmy z początku zdecydowani, rzucaliśmy innymi propozycjami, jakimiś Mgłami i Starymi domami, ale Rafał tylko kręcił głową. Omama, powtarzał. To był tak naprawdę pierwszy kawałek, nad którym pracowaliśmy, i teraz, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że jednocześnie warunek Rafała.

– Warunek?

Ramiro zatrzymuje się między grobami. Patrzy na mnie i kiwa głową, jakby nie tyle mi przytakiwał, co raczej zgadzał się sam ze sobą.

– Tak. Warunek bycia członkiem zespołu. On strasznie długo się wzbraniał przed dołączeniem, Wogól mu o to truł dupę przez rok co najmniej. I jak on wtedy przyszedł na próbę i w końcu zaczął nam to grać, to była w tym jakaś przekora. Jakby myślał, że nam się to nie spodoba, i wtedy on powie: „albo to, albo nic”, i wyjdzie. Ale wyszło dokładnie na odwrót.

Siada z powrotem na grobie. Robi to ciężko, jakby wrócił z podróży. Schyla głowę i wypuszcza strużkę śliny. Potem ściera ją podeszwą. Przez chwilę patrzę na jego opylone buty, zaraz jednak mój wzrok przykuwa jeden z zatopionych w chwastach zniczy. Czerwone szkło sprawia, że wygląda jak świeżo wyrwane serce ukryte tu przez seryjnego mordercę. Cmentarnego urwisa.

– A potem stwierdził jeszcze, że nie będzie wokalu.

– Dlaczego?

– Bo nie potrafił wybrać odpowiednich słów. – Ramiro oczy ma nieobecne, mruży je, jakby czegoś wypatrywał. – Tak to wtedy określił. Nie wymyślić czy napisać. Nie potrafił wybrać słów.

1.

Omama (4:19)

Rafał otwiera skrzynkę pocztową, żeby poszukać kuponów na dwie pizze w cenie jednej, ale zamiast tego dowiaduje się, że został pisarzem. Nagle w kuchni oddycha tylko stary, rzężący laptop. Bladofioletowe, jesienne palce zastygły nad klawiaturą laptopa. Na wskazującym cicho pęka skóra.

Czyta maila po raz drugi, próbując doszukać się w nim ukrytych treści. Podstępu. Jak numizmatyk, który dostaje jedenastowieczną monetę z błędem i sprawdza, czy to aby na pewno nie podróbka. Gdyby miał pod ręką lupę, przytknąłby ją teraz do skrzynki pocztowej. Zamiast tego czyta. Raz, drugi, siódmy. Za ósmym zamyka oczy, swoje ogromne dłonie przytula do twarzy. Bierze głęboki wdech. Piętro wyżej leci nowa Nelly Furtado. Na klatce ktoś wspina się po schodach i rozmawia przez telefon. Coś wyje za nieszczelnym oknem, coś wyje, chyba syrena policyjna.

Jezu, kurwa, Chryste.

Wydaje zduszony, nieartykułowany dźwięk – ni to westchnienie, ni to krzyk. Wyrywają mu się teraz z piersi takie dziwne odgłosy, coraz więcej. Próby śmiechu. Serce wali jak najpotężniejszy tłok. Che!, świszczący wdech, che!, świszczący wdech, che!, świszczący wdech. Rafał gryzie kciuk, patrzy w dół, drapie głowę, składa ręce na udzie, blacie, laptopie. Gdy gaśnie ekran, przejeżdża opuszkiem po touchpadzie. Znowu jasno. Bierze kubek, pije, chociaż pusty, ale pije, pewnie, spragniony jest. Odstawia i czuje wilgoć w kącikach oczu. Bierze kubek, chce się napić, o, pusty. Nie ma nic. Ociera powieki.

Zaczyna krzyczeć. Ten krzyk rodzi się powoli, ładuje w trzewiach jak laser Gwiazdy Śmierci. Z początku może wydawać się, że to rozpacz, efekt głębokiego bólu, setek małych ranek od jesiennego mrozu, ale jeśli słuchać dalej, w tej rozciągniętej po sekundach sylabie wibruje ciepło. To zwycięski krzyk rodem z pól bitew, najoptymistyczniejszy akord zagrany na strunach głosowych. Rezonuje w ścianach tej niedrogiej kawalerki, siedem stów czynszu plus opłaty, blisko na przystanek i daleko do centrum, a sąsiedzi muszą myśleć: „Co tam się dzieje? Nogę komuś urwało czy ki chuj?”.

Kiedy kończy mu się zapas powietrza, zaczyna skakać po kuchni, miota się, jakby wpadł w pogo z duchami. Wielki z niego chłopak, więc wydaje się, że całe pomieszczenie podskakuje razem z nim. Śmieje się. Trochę płacze, ale nikomu o tym nie powie. Poza tym ma przecież prawo. Uderza w szafki, bębni po szufladach, zrzuca garść papierów, te fruną przy jego łydkach, tańczą. Nie wierzy, całkowicie nie wierzy w to, co się dzieje, i swój brak wiary wyraża właśnie tymi skokami, chaosem, widmowym pogo, choreografią paralityka. O Boże, o Boże, o Boże.

Jestem pisarzem. Jestem pisarzem. Jestem pisarzem. Jestem pisarzem. Jestem pisarzem. Moja książka w księgarniach. Moje słowa w cudzych głowach. Jestem pisarzem. Hsdifuhefuwehowiewfgowef.

Chwyta za telefon, naturalny impuls serca, wybiera numer Sylwii. Sylwiu, kochanie, jestem pisarzem, jestem, kurwa, pisarzem, uwierzysz?!, twój dziewiętnastoletni chłopak jest pisarzem, ale w ostatniej chwili się opamiętuje. Nie będzie jej tego mówił przez telefon. Rzuca komórkę na stół, zaraz zerka nerwowo, czy nie potłukł ekranu. Potem skacze jeszcze trochę, aż dysząc, zsuwa się po lodówce na zimną podłogę. Opiera głowę o magnetycznego ananasa. Klatka piersiowa faluje jak morze podczas sztormu. Pisarz szczerzy się w przestrzeń.

Pisarz, kurwa.

Kiedy uznaje, że na pewno nie straci przytomności, wstaje i zakłada bluzę, na to marynarkę. Owija się szalikiem. Myśli chwilę. Jego sine dłonie przypominają dłonie trupa, ale jest dopiero październik, bez przesady, nie będzie już chodził w rękawiczkach jak jakiś mięczak. Przed wyjściem podchodzi jeszcze do laptopa, niemal z lękiem, jakby bał się, że ubzdurał sobie tego maila, najważniejszy zlepek słów, jaki otrzymał w życiu. Ale wciąż tam jest, Bogu dzięki. Zaproszenie na spotkanie, chęć wydania, Arteria miasta w księgarniach. Pozdrawiam, Monika Raltewicz, sekretarz redakcji. Czyta trzykrotnie, śmiejąc się do siebie, ekranu, podartego plakatu Twin Peaks błagającego o litość na drzwiach szafki. Udało się. Naprawdę się udało.

 

Musi się tym dzielić. Musi się tym natychmiast dzielić. Wszystkim powie, nawet swojej nauczycielce przyrody z podstawówki i przygłuchemu sąsiadowi, i pani z kiosku, co go nie lubi. Wszystkim powie. Ale zacznie od Sylwii.

Wychodzi w schyłek jesiennego dnia, który tak surowo ukarał jego dłonie. Idzie szybko, biegnie niemal, chyba bojąc się, że pisarzem będzie tylko przez kilka godzin i musi się tym nacieszyć. Póki może. Świat jest jakiś inny. Przekrzywiony. Patrzy na znajomą ulicę i jakkolwiek nie zmieni kąta widzenia, wszystko jest krzywe, krzywe latarnie, krzywi ludzie z zamyślonymi twarzami, krzywe samochody, błękitne niebo, sklep. Nierealne. Tam w kuchni był portal, wpadł do niego przez przypadek i teraz znajduje się w innej rzeczywistości. Jakie to wszystko baśniowe – drzewa, kosze, psie kupy.

W autobusie stoi, mimo że są wolne miejsca. Przestępując z nogi na nogę, zerka ku pasażerom. Matka z córką wracają z zakupów – rozmawiają o studiach i sukienkach. Wysoki, elegancki mężczyzna słucha muzyki przez słuchawki. Kobieta w średnim wieku czyta książkę. Pisarz uśmiecha się. Zawsze marzył o tym, żeby ludzie czytali jego powieści w autobusach, w krótkich przerwach między pracą a domem. Żeby jechać gdziekolwiek i widzieć pasażera zaczytanego w jego zdaniach. Obcego człowieka, którego nigdy nie pozna, a który jakimś magicznym sposobem bardzo dobrze pozna jego. Teraz ta myśl elektryzuje z podwójną siłą i to cud, że jeszcze stoi, nie przebił dachu.

Wysiada tam gdzie zawsze, szczęśliwy jak nigdy. Rusza wyrytą w pamięci trasą, zastanawiając się, jak jej to powie, jakich słów użyje. Może potrzyma ją trochę w niepewności? W końcu ile razy w życiu ma się do przekazania tego typu wiadomość? Cześć, kochanie, spełniłem największe marzenie swojego życia, a co u ciebie?

Drzwi, klatka, schody. Pokonuje po trzy stopnie naraz. Czwarte piętro, drzwi jego dziewczyny. Pisarz staje przed nimi, puka, ścierając z twarzy uśmiech. Najpierw ją zdenerwuje – że niby stało się coś złego.

Nie musi. Sylwia już jest zdenerwowana. Po jej zaczerwienionych policzkach płyną łzy.

– Sylwiu? – Świadomość pisarza zawęża się do tej kruchej postaci w pogniecionej, przepoconej piżamie. – Boże, co się stało?

Sylwia patrzy mu w oczy, wypadają z nich krople tłuste jak obżarte pijawki.

– Jestem w ciąży.

* * *

Przytula ją. Później to właśnie z tego będzie najbardziej dumny. Mógł zareagować na milion sposobów, uczynić setki okropnych gestów, ale on zagarnia ją w ramiona jak garść rozrzuconych puzzli. Jej rozgrzany policzek parzy.

Najlepsze jest to, że nie mogą spojrzeć sobie w twarz. Dzięki temu Sylwia nie widzi półotwartych ust i tępego spojrzenia Rafała. Oczu, z których wygląda przerażenie wielkości kontynentu – monstrualny, włochaty stwór. Rafał nie musi obserwować natomiast zbolałej twarzy Sylwii, pomarszczonej jak skorupa orzecha włoskiego. Stójmy tak już zawsze, kochanie, zanurzmy ten moment w formalinie. Przytulajmy się. Ty patrz na północ, ja na południe. Nie patrzmy sobie w oczy, dobrze? Chodź – przytulajmy się w wiecznej ciszy.

Co powiedzieć? Co ja mam powiedzieć? Przez porażony umysł przechodzi tylko jedno, kretyńskie słowo, którego natychmiast żałuje:

– Naprawdę?

Sylwia szarpie się w jego ramionach.

– Prze-przecie-prze...

Rafał wzmacnia uścisk, sylaby gubią się w szlochu. Ćśśś, kochanie, błagam, ciszej. Twój ból odbija się echem na klatce. Wali po głowie. Napierdala w czaszce.

Orientuje się, że obezwładniające zimno zmroziło go od stóp do głowy. Nie jest w stanie przełknąć śliny ani pomyśleć jasno. Rzeczywistość zastygła w tym jednym, absurdalnie ciężkim momencie niby zając złapany w światła samochodowych reflektorów. Nigdy nie sądził, że oddychanie może przychodzić z takim trudem. Ma mdłości od tlenu i wzmocnionego pogłosem płaczu Sylwii.

– Chodź – wydusza.

Sylwia nie słucha, mimo to prowadzi ją do środka. Zamyka drzwi. Idą do jej niedużego pokoju. Natychmiast przytłacza go pogorzelisko zgniecionych chusteczek na podłodze i łóżku. Są wszędzie – mokre, niechlujne, chaotyczne. Ze wstrętem zrzuca je z prześcieradła. Chodź, kochanie, chodź – połóżmy się. Chciałby tak powiedzieć, ale nie jest w stanie wydusić słowa, więc kładą się bez niego. Łóżko skrzypi przeciągle.

Zawsze skrzypiało. Dlatego czekali, aż Agata pójdzie na zajęcia. Słuchali, jak wychodzi, upewniali się, że drzwi są zamknięte, a potem całowali, dotykali, wkładali. Czasami łóżko skrzypiało tak, że co cichsze jęki stawały się niesłyszalne. A Rafał bardzo lubił słuchać jęków. Lubił też, kiedy jej piersi zlepiały się potem z jego wielką bladą klatką piersiową, i był dumny za każdym razem, gdy Sylwia drżała po.

Kiedy to się stało? Kiedy to się mogło stać? Kiedy? Umysł gorączkowo wertuje kolejne wspomnienia. Pocztówki z orgazmów. Zabezpieczali się. Raz może musnął ją bez prezerwatywy. A może zostało mu coś na palcach wtedy, jak... Czy tak się w ogóle da? Chyba nie. W takim razie kiedy? Jakim, kurwa, cudem?

Zamyka oczy. Przypomina sobie jeden z ulubionych tekstów Murakamiego: nieważne, z kim dzielisz łóżko, kiedy zamykasz oczy i tak jesteś sam. Teraz to bez różnicy – otwiera czy zamyka, ciemność czy kakaowy sufit – i tak ma wrażenie, jakby od każdej osoby, nawet Sylwii, a może przede wszystkim od niej, dzieliły go tysiące kilometrów. Bluzę ma mokrą od cudzych łez. Za oknem powoli robi się ciemno.

– Powiedz coś, powiedz coś, no, powiedz, powiedz, Rafał, błagam, powiedz...

Zapętlone prośby. Chciałby coś powiedzieć, cokolwiek. Nie jest w stanie. I nie wie co. To okropne zimno sparaliżowało mu język. Jedyne, co może zrobić, to wzmocnić uścisk, ale co to da? Chce ją wesprzeć czy udusić?

– Rafał? Rafał. Powiedz, powiedz, cokolwiek, powiedz, powiedz, powiedz...

Powiedz jej coś, Rafał. Cokolwiek. Wesprzyj durnym słowem.

Nie mówi nic, aż Sylwia zasypia zmęczona prośbami.

* * *

Strumień moczu uderzył w ziemię. Nad trawę wzniosła się para.

– Nie boisz się czasem, jak tak sikasz, że ktoś ci porwie siusiaka?

Rafał parsknął śmiechem, aż zafalował strumień. Skończył, potrząsnął, schował. Zasuwając rozporek, wrócił na chodnik, gdzie w blasku latarni czekała Sylwia. Wzięli się za ręce i ruszyli dalej.

– Czasami się boję – odpowiedział. – Czasami się boję siusiakowego jastrzębia.

Teraz ona parsknęła:

– Siusiakowego jastrzębia?

To była zagadkowa, wilgotna noc. Rzadka mgła lepiła się do bloków, które mijali spacerkiem. Żadne dźwięki im nie przeszkadzały. Miasteczko spało.

– Tak, siusiakowego jastrzębia. Że porwie mi siusiaka – podleci bezgłośnie i tylko w ostatniej sekundzie, wiesz, chwilę przed, usłyszę złowieszczy łopot skrzydeł, łop, łop, ale będzie już za późno. W następnej odleci z moim siusiakiem w szponach, będą z niego kapać resztki moczu i krew, a ja będę krzyczał w stronę nieba. Taka kara za publiczne sikanie.

Sylwia śmiała się, odchylając głowę.

– Siusiakowy jastrząb...

W tym momencie miał ochotę powiedzieć, że ją kocha, tak jak mówił już nie raz, nie dwa, ale coś, jakiś dziwny, niepokojący impuls, go powstrzymało.

– Niby tak wilgotno i mgliście, ale jest całkiem...

– ...tak, całkiem przyjemnie, nie? Nawet nie jest zimno.

– Dokładnie. Miłe powietrze.

Przez kilka mijanych latarni rozmawiali o maturze – o tym, jak każdy nauczyciel truje im, jakie to ważne, i żeby się uczyli, a jest dopiero listopad. To wszystko, ten spacer, ta rozmowa, to było rok temu – przed nimi stało wielkie miasto, komunikacja miejska i wyuczony na pamięć numer pesel.

– Rafał?

– Mm?

– Ale nie krzycz.

– Nie będę.

– Zapaliłabym.

– Kurwa...

– Miałeś nie krzyczeć. I błagam, nie przeklinaj przy mnie. Nie mogę tego słuchać.

Przeszli przez zahibernowaną ulicę. Światła sygnalizacji pomigały im na pożegnanie pomarańczem.

– Czemu niby nie możesz tego słuchać? To takie dziwne.

– Nie wiem, Rafał, tak po prostu jest. Masz wtedy w głosie coś paskudnego. A ja nie mówię, że od razu idę do Grzybka kupić szlugi. To chyba normalne, że muszę walczyć z głodem. Mógłbyś okazać jakieś wsparcie.

– Masz rację, Sylwiu. – Zagarnął ją swoim ramieniem, wtulił w pierś. – Masz rację.

Zdawało się, że Sylwia tłumi uśmiech satysfakcji, próbuje zakryć go strzępkiem mgły, więc powiedziała tylko:

– Sylwio, nie Sylwiu. Nie ma takiego czegoś jak „Sylwiu”.

– Oj, tam. „Sylwiu” brzmi ładniej, Sylwiu.

Przekomarzali się przez jakiś czas. Dopiero po paru minutach, gdy naprzeciw z mgły wyszedł pijany mężczyzna, spięli się, a rozmowa przybrała nieco sztuczny ton. Rafał poczuł zdenerwowanie, mimo że pięść, którą zacisnął w kieszeni kurtki, była prawdopodobnie większa od twarzy pijanego. Mężczyzna spojrzał na nich z pogardą. Nic nie powiedział. Zatoczył się tylko, prawie otarł o Sylwię, po czym przestał istnieć we mgle za nimi.

Otrząsnęli się ze zdenerwowania i wrócili do rozmowy.

– My tu tak pitu-pitu bez przerwy – zaczął Rafał – ale ja mam ci do przekazania bardzo dobrą wiadomość.

– Zmienia ci się głos, kiedy o tym mówisz, wiesz?

– Naprawdę?

– Mhm. Taka kamuflowana duma i podniecenie. To urocze. To co: pisałeś?

– Lepiej. Odkryłem, jak się skończy.

– Ojej! Serio?

– Serio, serio.

Uwielbiał mówić o swojej powieści i uwielbiał Sylwię za to, że lubiła tego słuchać. Czasami wyobrażał sobie, że mówi te wszystkie rzeczy na spotkaniach autorskich – do ludzi, którzy dobrowolnie przyszli dać się zanudzić jego gadaniem o pisaniu. To zawsze była dziwna, satysfakcjonująca myśl.

Inne książki tego autora