Taba-TabaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PATRICK DEVILLE

TABA-TABA

Powieść

Przełożył

Jan Maria Kłoczowski

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

monumentalna brama

port kwarantanny

włoski teatr

latający dywan

biblioteczka

w Managui

drobne ślady

historyczny kanał

w stronę Francuzów

fotografia z motocyklistą

w dzielnicy Zamalek

wehikuł czasu

w Beauce

u szewca

w szkole

dramat w Sudanie

fragmenty regulaminu publicznych szkół podstawowych w departamencie Seine-et-Oise

barbizończycy i mieszkańcy Chailly

w Chailly

parada lipcowa

pierwsza miłość

przyjaciółka z Ameryki

wyjechać z Saint-Quentin

ku granicom

w czerwonej strefie

w regionie Jury

u Poitevina

optymizm kierowcy

w Dôle

pokusa broni palnej

młode małżeństwo

zatonięcie statku

komiwojażer

w drodze do Franków

Błękitna Wstęga

chaos

słowami ojca i syna

drobne ślady

na południe

w bistrze Chez Jules

kolaborant

oczekiwanie

pukanie

w Antibes

bez niej i z nią

latem w gospodarstwie

w Moissac

w lesie

smuga ognia

drobne ślady

w Tuluzie

młodzi chłopcy

Sorèze & Uriage

w Sorèze

wędkarz

z ojcem Grange’em

saintsimoniści & sorezjanie

na końcu świata

w Vercors

drobne ślady

na pustyni

w Bretanii

saintsimoniści i ci z Saint-Nazaire

załom

La Brévinoise

w Lazarecie

przebita opona

w Châteaubriant

idylla

z regulaminu wewnętrznego

drobne ślady

dwa skorowidze

niedziela nad morzem

w Mindin

most

drobne ślady

piękne zaokrąglenie

w Saint-Brévin

drobne ślady

życie Monne

archiwum

Taba-Taba

Przypisy

Inne książki Patricka Deville’a

Tytuł oryginału: TABA-TABA

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Éditions du Seuil, 2017

For the Polish edition

Copyright © 2020, Noir sur Blanc, Warszawa

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication Boy-Żeleński, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego Boy-Żeleński.

ISBN 978-83-7392-705-6

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Jedyną zaś niezmienną rzeczą

pozostaje za każdym razem poczucie,

że „coś się we Francji zmieniło”.

Marcel Proust, W cieniu rozkwitających dziewcząt

przeł. Wawrzyniec Brzozowski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

monumentalna brama

U ujścia Loary, pośrodku lądów leżących na półkuli północnej, wznosi się nad rzeką skromny kamienny łuk triumfalny, a w nim – kuta dwuskrzydłowa brama. Monumentalna jest tylko z nazwy. Wypadało, aby na terenie Lazaretu był jakiś monument, więc padło na nią, widoczną z daleka, z pokładu statków u wejścia do kanału, prowadzącą donikąd, szarozieloną jak spokojne i słone wody u jej stóp.

 

Każdego ranka przeciskam się między metalowymi prętami, aby zejść na plażę i przykucnąć niczym jakiś gigant nad kałużami wody pozostawionymi przez odpływ we wgłębieniach skał. Kałuża wygląda jak miniaturowe morze wewnętrzne, z klifami i wodorostami: trzeba odgarnąć grzywkę pływających alg, uwolnić kraby i spanikowane przezroczyste krewetki, a czasem węgorze lub kiełbiki. Zaniechałem wypraw przyrodniczych w 1965 roku, kiedy zdecydowano, że osiem lat w szpitalu psychiatrycznym to wystarczająco długo, nawet jeśli dzięki swoim wąskim, jaskółczym ramionom mogłem tak szybko wyślizgiwać się z klatki.

Nigdy dotąd nie używałem słów „czubek” ani „estuarium”. Nie wiedziałem jeszcze, że „lazaret” to nazwa pospolita, której nie trzeba pisać wielką literą. Oni mieszkają w Lazarecie – słyszałem od chłopaków z Mindin, wyrośniętych synów rybaków. U czubków. Wzruszałem ramionami i nie próbowałem po raz kolejny tłumaczyć, jakim szczęściem jest życie w Lazarecie, do którego wracałem jak na skrzydłach. Otaczających nas tam w środku pomyleńców nazywaliśmy między sobą Pensjonariuszami.

Tak oto świat – tych piętnaście hektarów nad rzeką, niedostępnych, ogrodzonych dokoła szerokim murem z chodnikiem na koronie, zamkniętych dwadzieścia cztery godziny na dobę – dzielił się na Pensjonariuszy i Personel, które to kategorie przenikały się bardziej, niż można było przypuszczać, ponieważ wielu chorych, zwykłych przygłupów lub wiejskich idiotów wysłanych tu przez dzieci uciekające do miasta, pracowało wówczas w Ogrodzie albo Stolarni, w Malarni albo Pralni i w Kuchni – Lazaret bowiem pełen był wielkich liter: pod koniec miesiąca ci mniej chorzy dostawali pieniądze, które z upodobaniem przepuszczali w Kafeterii, gdzie w geście triumfu zamawiali kolejki pomarańczowej wody sodowej Pschitt lub cytrynowej Vérigoud, czasem zaś wydawali na plastikowe grzebyki lub nigdy niewysłane kartki pocztowe.

Tych bardziej chorych – rozgorączkowanych psychopatów w skórzanych brązowych kaszkietach, o ziemistej twarzy, z otwartymi ustami i wzrokiem wbitym w sam środek czaszki i ukrytej w nim własnej zagadki – ledwo zauważałem, ponieważ widywałem głównie tych, którzy wylegali na piaszczyste alejki pod sosnami, przykryci niebieskim pledem, zamyśleni jak starożytni filozofowie lub nędzarze, i przysiadali na ławkach, by pogawędzić, po południu zaś chodzili z wizytą od pawilonu do pawilonu. Z tej właśnie grupy wywodzili się moi najlepsi koledzy.

Zwłaszcza jeden z nich, ponury samotnik znany jako Taba-Taba, mógł siedzieć godzinami – o ile pogoda dopisywała – na schodkach przed monumentalną bramą, gdzie kołysał się w przód i w tył nad szarozielonymi wodami i śpiewał cichutko psalm o treści „Taba-Taba-Taba / Taba-Taba-Taba”, dzieląc wers aleksandrynu idealnie na pół: kończył pierwszy hemistych, gdy tułów miał wychylony maksymalnie do przodu, drugi zaś wyśpiewywał, kiedy odchylał się do tyłu, nie wypuszczając przy tym niedopałka z ust. Było to ponad czterdzieści lat wcześniej, zanim poczta francuska usunęła peta ze znaczków z Malraux. Administracja szpitalna, mająca wtedy na głowie kłopoty poważniejsze niż nikotynizm, rozdawała pensjonariuszom paczki papierosów marki Gauloises Troupes, produkowanych z marnej jakości tytoniu przez koncern SEITA dla żołnierzy wysyłanych na front w Algierii. Można je było również kupić w Kafeterii.

Taba-Taba jednak, siedząc z rozwianymi włosami na schodkach przed monumentalną bramą i unosząc nad rzeką swą piękną twarz poety lub szurniętego proroka, zdaje się zwracać – bezładnie, choć uparcie – ku czemuś innemu, znacznie większemu i bardziej tajemniczemu.

port kwarantanny

Żaden z obłąkanych, których mijałem przez osiem lat – a osiem lat w życiu dziecka to cały wiek – nie uważał się za Chrystusa ani Napoleona, choć bratanek tego ostatniego był przecież założycielem naszego Lazaretu, do czego doszło na mocy dekretu cesarskiego podpisanego 21 maja 1862 roku.

Napoleon, z Bożej łaski i woli narodu Cesarz Francuzów,

Wszystkim obecnym i przyszłym, Pozdrowienie.

W oparciu o raport naszego Ministra Sekretarza Stanu przy Departamencie Rolnictwa, Handlu i Prac Publicznych;

Po przeczytaniu zbiorowego raportu doktora Méliera, inspektora generalnego służb sanitarnych, i pana Isabelle’a, architekta rządowego, na temat prac związanych z budową lazaretu na cyplu Mindin na lewym brzegu Loary...

Misja przygotowawcza rozpoczęła prace w 1860 roku, kiedy to Ludwik Pasteur obalał tezę o samorództwie i tworzył podstawy bakteriologii. Rok później epidemia żółtej febry pustoszyła tereny wokół ujścia. Dlatego też pośród słonych łąk wykopano wtedy port kwarantanny, w którym roznoszące zarazę lub podejrzane o to statki mogły czekać na zawinięcie do portów w Paimbœuf i Nantes. Musiał być na tyle głęboki, aby mogły tu spokojnie zakotwiczyć trójmasztowce z Karaibów, obładowane orzechami kokosowymi, skorupiakami, trzciną cukrową, a może i papużkami, nabrzeże zaś – na tyle szerokie, aby pomieścić załogę i pasażerów schodzących ze statku: wyobrażam ich sobie, jak siedzą na beczkach z rumem, w białych strojach i chroniących przed słońcem słomkowych kapeluszach, z drżącymi rękami i z chusteczką przy ustach. Musiał się też pomieścić w tym miejscu korpus ekspedycyjny generała Bazaine’a, który wkrótce osadzi Maksymiliana i jego żonę Charlottę na tronie meksykańskim.

Według oryginalnych planów, które mam pod ręką, na zachód od portu stał budynek dla chorych i pomieszczenie do dezynfekcji, za nimi puste pole z namiotami dla marynarzy, domek kapitana, pralnia i jadalnia, a jeszcze dalej, mniej więcej pośrodku całej działki – sam lazaret, czyli lazaret w Lazarecie, coś jakby karcer w więzieniu, tabernakulum w kościele czy izolatka w szpitalu psychiatrycznym: tu mieli być zamykani zakażeni, i to zamykani podwójnie, gdyż całego terenu, liczącego z początku osiem hektarów, strzegł od strony lądu wysoki mur z chodnikiem na koronie. Dostać się tu można było jedynie od północy: na lewo i na wprost od portu przebiegał kanał dla statków, niżej zaś stała monumentalna brama, a przed nią kilka metrów piasku w porze odpływu lub kilkadziesiąt metrów błota podczas przypływu; bramę otwierano tylko wtedy, gdy trzeba było wynieść zwłoki zarażonych, które barkami przewożono następnie na wyspę Saint-Nicolas-des-Défunts pośrodku rzeki i tam chowano. Pod łukiem triumfalnym defilowali jedynie pokonani, i to na leżąco.

Etymologia słowa „lazaret” – w przeciwieństwie do tego, co mógł twierdzić dowcipny lekarz ryglujący za wami drzwi – nie ma nic wspólnego ze wskrzeszeniem Łazarza. Pochodzi ono z czasów czarnej śmierci w Wenecji, kiedy to chorych zamykano w szpitalu na położonej na lagunie wyspie Lazaretto Vecchio, zwanej dziś Santa Maria di Nazareth. Nie ma również nic wspólnego z Nazariuszem, kanonizowanym obywatelem rzymskim, o którego relikwiach wspominał w VI wieku Grzegorz z Tours, pisząc, iż widziano je „w kościele nad brzegiem Loary, w diecezji Nantes”. Tymczasem w chwili, gdy na lewym brzegu wpadającej do morza rzeki kopano na rozkaz cesarza port kwarantanny w Mindin, na prawym zaś brzegu powstawał w Penhouët basen portowy, miasteczko zwane od imienia wspomnianego świętego Saint-Nazaire rodziło się na nowo do życia: na zaproszenie braci Pereire i saintsimonistów szkocki inżynier John Scott zbudował tu stocznię, w której montowano pancerniki. Tak doszło do napływu siły roboczej. O czym wspomina w 1858 roku pismo „La Revue des Deux Mondes”.

Jeśli chcemy wyobrazić sobie, w jak chaotycznym i nierównym tempie powstaje miasteczko kalifornijskie, wybierzmy się do Saint-Nazaire. W chwili obecnej jest to aglomeracja zamieszkana przez nowo przybyłych, która rośnie dosłownie na naszych oczach. Wytyczane są tutaj ogromne szerokie ulice, to tu, to tam wznosi się znienacka jakiś nowy budynek: a to paryska kamienica z szeroką bramą wjazdową, a to tawerna dla marynarzy. A co do reszty – nie uświadczysz tu ani wysypiska śmieci, ani fontanny, ani policmajstra. Dwa lata temu Saint-Nazaire było wioską – dzisiaj jest miastem.

W tymże 1858 roku przychodzi na świat w Kairze mała Eugénie-Joséphine, bez której nie wiedziałbym nic o Lazarecie. W wieku lat czterech dziewczynka w białej koronkowej sukience patrzy na wysokie, szkliste i szmaragdowe fale z grzywką piany, spoza których prześwituje złote żółtko słońca. Statek zmierza do portu w Marsylii. Siedem dni z postojem na Malcie. Dziewczynka opuszcza Egipt na zawsze, choć jeszcze o tym nie wie: rozbawiona podróżą, nieświadoma bitew, prześlizguje się ponad szkieletami i topielcami.

W tym samym 1862 roku, kiedy to dziewczynka zjawia się we Francji i kończy się zarazem budowa Lazaretu, z pochylni w Penhouët schodzi „Cesarzowa Eugenia” – pierwszy transatlantyk zbudowany we Francji. Saint-Nazaire staje się portem załadunkowym obsługującym regularne połączenia z Kubą i Meksykiem. Z Cardiff docierały tu z kolei transporty z węglem, więc sprawa była rozstrzygnięta: na północnym brzegu przemysł morski, na południowym – leniwe kąpieliska. Dzieliło te brzegi wszystko. Estuarium jest granicą, którą z każdym przypływem oblewają spienione wody Atlantyku.

Leżące na południu Saint-Brévin – za sprawą jednego z żartów, jakie stary ocean lubi płatać geografom – przyjęło w ciągu stu lat depozyt w postaci kilkuset hektarów piaszczystego mułu, powiększając tym samym narodowe terytorium, które uczniowie Brémontiera, twórcy Lasu Gaskońskiego, postanowili w 1860 roku obsadzić sosnami, aby fale i prądy nie odebrały tego, o czym zapomniały. Pojawiły się tu niebawem wille w stylu baskijskim i normandzkim, kasyno, parki i ogrody, w których uprawiano orchidee i mimozy, sadzono róże. W 1882 roku powstał tu kurort zwany Oceanem, a za sprawą ustawy państwowej z 1900 roku nazwę miejscowości zmieniono na Saint-Brévin-les-Pins. Rok wcześniej – z braku wystarczającej ilości zarazków i tropikalnych wirusów – lazaret dla chorych marynarzy zwinął interes. Walką z dżumą i cholerą kierował wówczas we Francji ojciec Prousta – Adrien Proust. Usiłował stworzyć coś w rodzaju kordonu sanitarnego wzdłuż śródziemnomorskiego wybrzeża, które było najbardziej zagrożone.

Zamieniony podczas Wielkiej Wojny w szpital wojskowy, były lazaret przyjmował po Rozejmie „dzieci obojga płci, które powinny przebywać w umiarkowanym klimacie morskim”. Jego nazwę zmieniono na Departamentalny Dom Rekonwalescencji i Wypoczynku w Mindin, była ona jednak zbyt długa dla mieszkańców Brévin, którzy kilkadziesiąt lat później nadal nazywali Lazaret Lazaretem, skoro – co logiczne – był to wciąż lazaret.

Rzecznikiem tych, którzy w okresie międzywojennym, pragnąc zapomnieć o bagnie, drutach kolczastych i zapaleniu płuc, masowo ruszyli do nadmorskich kąpielisk, mianował się ordynator Lazaretu – doktor Dardelin. W książeczce opublikowanej w 1931 roku w niewielkim wydawnictwie La Vague w Pornic przeczytać możemy teksty o Klimatoterapii, Talasoterapii i Helioterapii, pełne rozwlekłych rozważań o geopolityce i polityce prorodzinnej.

Usłyszeliśmy niedawno, że stare powiedzenie Si vis pacem para bellum powinno brzmieć dzisiaj Si vis pacem para pacem. To tylko słowa przeciwko słowom. Należało nam raczej wyjaśnić, w jaki sposób generando pueros. Kobiety z Saint-Brévin, które wiedzą, że Francja sąsiaduje z nienawistnymi Niemcami i agresywną Italią, muszą być świadome, iż pod Nowy Pomnik Ofiar Wojny nie pójdą płakać tylko wtedy, kiedy będą rodzić dzieci.

Bezdzietny łacinnik miał odpowiedź na wszystko: czy 47°15’ szerokości geograficznej północnej – chodzi więc plus minus o ten sam równoleżnik, na którym leżą Nowa Fundlandia i Zatoka Świętego Wawrzyńca – to nie za zimno dla balneoterapii? Nie – powiada lekarz – bowiem 2°10’ długości zachodniej to skrajny punkt, do którego dociera Golfsztrom.

Słodkie i ciepłe wody Amazonki, wyrzucone do oceanu na południe od Gujany, płyną następnie wzdłuż wybrzeża w kierunku północno-zachodnim. Najwyższą temperaturę prąd ów osiąga w prawdziwie tropikalnej Zatoce Meksykańskiej, a następnie przemieszcza się przez Atlantyk ku północnemu wschodowi. Ta gigantyczna masa ciepła ma nadal 26° na poziomie 40° długości północnej, gdzie temperatura powietrza jest często bliska zera. Plaże nad oceanem zawdzięczają swój łagodny klimat właśnie owemu Golfsztromowi. Wyznacza on izotermę +7° w styczniu, biegnącą równolegle do wybrzeża. Saint-Brévin leży dokładnie na tej linii.

Dorzuciwszy do uwag o izotermach kilka spostrzeżeń w rodzaju: „Oprócz nasyconego ozonem morskiego powietrza Saint-Brévin posiada w nadmiarze to, co dają mu okoliczne sosny, czyli wydzielane przez nie olejki eteryczne”, doktor Dardelin wywodził z nich ciąg swoich Wskazań Terapeutycznych.

 

Z pobytów w Saint-Brévin największe korzyści wyniosą dzieci. Jeśli cieszą się zdrowiem, wzmocnią jeszcze bardziej swój układ odpornościowy. Jeśli są słabe i odbywają rekonwalescencję, szybko wrócą tutaj do sił. Zwłaszcza te z chorymi migdałkami – o ile odpowiednio ćwiczą oddech – będą mogły wreszcie odetchnąć przez nos, a buzię otworzą jedynie po to, aby jeść, mówić lub krzyczeć. Zniknie kaszel spowodowany zapaleniem tchawicy i oskrzeli. W ciągu czterech lat rachityczni młodzieńcy poprawią swoją sylwetkę bez pomocy jakichkolwiek aparatów. Przerośnięte migdałki zmniejszą się. Cierpiący na hipotonię odzyskają wigor, a blade lica nabiorą kolorów...

Nie poznałem doktora Dardelina. W 1943 roku nie zdążył wjechać samochodem na prom w Pellerin i utonął w Loarze. Wyobrażam sobie natomiast wdowę po nim, szefową pielęgniarek w Lazarecie: widok chłopca o cerze koloru aspiryny i muskulaturze krewetki, którego mijała przypadkowo podczas spacerów w parku, musiał zapewne wzbudzać w niej jakieś podejrzenia. Ta opryskliwa i nieustannie obrażona na cały świat kobieta, która od zakończenia wojny nie zdejmowała stroju siostry Czerwonego Krzyża – białej opaski na głowie i niebieskiego płaszcza – myślała wtedy zapewne o swoim zmarłym mężu i zastanawiała się, kiwając głową, co poszło nie tak z wyliczeniami izoterm i utlenianiem olejków, skoro to dziecko – nawet nie pacjent – mieszkające od urodzenia w służbowej stróżówce przylegającej do monumentalnej bramy Lazaretu, jest tak odporne na lecznicze działanie morskiego powietrza. Nie wiedziała, że tak naprawdę ma przed sobą Czarnego Rycerza.

Było to już po tym, jak w Lazarecie – najpierw zbombardowanym, potem ewakuowanym, zamienionym na obóz dla niemieckich jeńców wojennych, a w latach pięćdziesiątych przywróconym do pierwotnej funkcji – porzucono marzenia o falansterze dla chłopców i dziewcząt. Zamiast zdrowych, rumianych dzieci, wykonujących ćwiczenia gimnastyczne w pełnym aromatów sosnowym lesie lub na piaszczystych wydmach nadmorskich, Lazaret zaczął przyjmować wszystkich chorych psychicznie, którzy w innych ośrodkach zdawali się nie rokować już żadnych nadziei, tutaj zaś – tym bardziej, czyli przypadki ostrej psychozy, encefalopatii, pacjentów z zespołem Westa.

Tymczasem spośród tysiąca tych mocno opóźnionych w rozwoju pacjentów jedynie Taba-Taba miał być odpowiedzialny – dobrych kilka lat później – zarówno za mój wyjazd z Lazaretu, jak i za postępy, jakie robiłem w jego towarzystwie, kiedy to siedząc schodek nad nim przy monumentalnej bramie, próbowałem naśladować jego kiwanie tułowiem w przód i w tył oraz powtarzałem za nim słowa naszej litanii – Taba-Taba-Taba / Taba-Taba-Taba. Emigrowałem do Saint-Brévin-les-Pins, do kurortu zwanego potocznie Oceanem.

Nie ma śladu po archiwach Lazaretu. Nigdy się nie dowiem, jak naprawdę nazywał się Taba-Taba. Nie poznam raportów o moich poprzednikach w tym miejscu – pierwszych zarażonych i więźniach, którzy mieli zakaz wychodzenia za monumentalną bramę, nie mogli zatem obejrzeć wodowania „Cesarzowej Eugenii” w 1862 roku, tym samym, w którym dziewczynka w białej sukience i o cesarskich imionach Eugénie-Joséphine wyjeżdżała z Egiptu do Francji.

Czy docierały na to odludzie nowości książkowe? Wiktor Hugo, wówczas przebywający na wygnaniu, wydał dopiero co Nędzników, Gustaw Flaubert – Salambo, a Juliusz Verne – Pięć tygodni w balonie. Po raz pierwszy tłumaczono wtedy na francuski O pochodzeniu gatunków Darwina. Czy pan Isabelle, architekt rządowy Drugiego Cesarstwa, raczył wziąć udział w otwarciu projektowanego przez siebie lazaretu i monumentalnej bramy, którą postanowił obudować dwoma korytarzowymi skrzydłami z mieszkaniem dla strażników? Nie wyobrażał sobie zapewne, że w jednym ze skrzydeł – tym po lewej, patrząc od rzeki – dorastać będzie za niespełna sto lat pewien chłopiec, zamykany w nim niekiedy na długie dni i noce, które spędzał, leżąc na plecach, z rozłożonymi szeroko nogami i przyrodzeniem na wierzchu.