Z miłości do psaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: For the Love of a Dog

Copyright © 2005, 2006 by Patricia B. McConnell

Published in the United States by Ballantine Books, an imprint of The Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc., New York.

All rights reserved.

ISBN wydania oryginalnego: 0-345-47714-6

© for the Polish edition: Galaktyka Sp. z o.o., Łódź 2009

90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5

tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17

e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl

www.galaktyka.com.pl

ISBN: 978-83-7579-074-0

ISBN (epub): 978-83-7579-371-0

ISBN (mobi): 978-83-7579-372-7

Redakcja: Aneta Wieczorek

Korekta: Malwina Łozińska

Redaktor prowadzący: Marek Janiak

Zdjęcie okładkowe: Hulton Archive / Getty Images / Flash Press Media

Projekt okładki: Artur Marcinkowski

Konwersja do formatu EPUB/MOBI: InkPad.pl

Księgarnia internetowa!!!

Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

www.galaktyka.com.pl

kontakt e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody Wydawcy książka nie może być powielana ani częściowo, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Mężczyznom mego życia –

Jimowi i Luke’owi

Co dzień, o poranku, mój wierny pies siada

w ciszy przy mnie, aż dam mu znać lekkim dotykiem,

że wiem, a wtedy wybucha radością.

Rabindranath Tagore, Recovery 14

SPIS TREŚCI

OD AUTORKI

PODZIĘKOWANIA

WPROWADZENIE

1. EMOCJE

2. WYRAŻANIE EMOCJI

3. EMOCJE I MÓZG

4. STRACH MA WIELE TWARZY

5. PAWŁOW W PIGUŁCE

6. ZŁOŚĆ

7. SZCZĘŚCIE

8. LOVE STORY

9. CZY MYŚLIMY O TYM SAMYM?

POSŁOWIE

DODATEK

Od autorki

Wszystkie opisane w tej książce wydarzenia są jak najbardziej prawdziwe; tyle tylko, że w trosce o ochronę prywatności zmieniłam imiona wszystkich właścicieli i większości psów. Psom nie robi pewnie większej różnicy, czy występują pod prawdziwymi, czy też zmyślonymi imionami, ale nie mogłam ich o to zapytać, zatem jest, jak jest... Zachowałam natomiast imiona moich własnych psów – cóż, to cena mieszkania pod jednym dachem z autorką.

Zmieniłam imiona, ale pozostawiłam bez zmiany rasy psów występujących w moich historiach, nawet gdy opisany przypadek był drastyczny, a pies ma na sumieniu poważne przestępstwo. Może to spotkać się z krytyką – w końcu nikt nie jest zachwycony, gdy w roli czarnego charakteru występuje pies jego ulubionej rasy. W mojej książce ta niewdzięczna rola przypadła rottweilerom i pitbulom. Wiadomo, że obie te rasy cieszą się nie najlepszą reputacją, dlatego długo zastanawiałam się, czy wymieniać je z nazwy, czy też może przypisać te wypadki jakimś zupełnie innym psom. Wtedy jednak podpadłabym innej grupie właścicieli. Zastanawiałam się też, czy nie zrzucić odpowiedzialności na bliżej nieokreślone „mieszańce”, ale to jednak uznałam w końcu za niewłaściwe. Ostatecznie postanowiłam po prostu napisać prawdę. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nie przyczyniam się w ten sposób do utrwalania negatywnych stereotypów. Tak samo nie chciałabym, aby ktokolwiek po przeczytaniu tej książki odniósł wrażenie, że niebezpieczne są border collie czy labradory, mimo że przedstawione są w niej wypadki z ich udziałem. Jak pewnie czytelnik się zorientuje, po prostu uwielbiam border collie, ale też zdaję sobie sprawę, że trafiają się pośród nich osobniki sprawiające swym właścicielom poważne problemy. Prawda jest taka, że każdy pies, który ma szczęki, może także ugryźć, a duży, silny pies jest z pewnością potencjalnie bardziej niebezpieczny niż mały. Najgorsze jednak jest to, że całe mnóstwo psów pozostaje w rękach ludzi, którzy nigdy nie powinni ich mieć.

Czytelnik zauważy też, że w książce nie posługuję się modnym ostatnio terminem „opiekun” w odniesieniu do człowieka mieszkającego pod jednym dachem z psem, pozostając przy bardziej tradycyjnym „właścicielu”. Wiem, że to określenie nie wszystkim się podoba; co więcej, zgadzam się, że nie w pełni oddaje ono całość relacji między psem a człowiekiem. Określenie „opiekun” wydaje mi się z kolei nieco dziwaczne: brzmi trochę prawniczo i sztywno, co zupełnie nie pasuje do moich, poniekąd intymnych, związków z własnymi psami. Z braku lepszego pomysłu pozostaję więc przy określeniu „właściciel”, zgadzając się, że nie jest ono najwłaściwsze – nikt przecież nie mówi, że jest „właścicielem” swoich dzieci. Umawiamy się więc, że stwierdzenie „jestem właścicielem psa” oznacza w tej książce, iż pies stanowi moją własność i jestem za niego odpowiedzialna. Znałam kiedyś kobietę, która – ilekroć przedstawiała komuś swego życiowego partnera – robiła to w taki sposób: „To jest John. Mój John”. I to mam właśnie na myśli: moje psy znaczy moje psy. Są to także moi przyjaciele i pomocnicy i czuję wobec nich głęboką sympatię oraz szacunek.

Warto też, aby czytelnik zdawał sobie sprawę z faktu, że termin „behawiorysta”, pojawiający się w tej książce, ma kilka różnych znaczeń. Ludzi takich jak ja – którzy wykorzystują swe akademickie wykształcenie w dziedzinie nauk przyrodniczych w praktyce, konsultując i rozwiązując problemy związane z zachowaniem zwierząt – można nazwać „zwierzęcymi psychologami”. Problemy, z którymi mamy do czynienia, są bardzo rozmaite: od psiej agresji, aż po tworzenie przyjaznego środowiska psychologicznego dla zwierząt w zoo. Formalne wykształcenie akademickie także bywa bardzo różne. Ja sama doktorat uzyskałam z zoologii, a ściślej – z etologii, która zajmuje się interakcjami genetycznie uwarunkowanych zachowań zwierząt i środowiska, w którym żyją. Wcześniej jednak pisałam pracę z psychologii zwierząt, zajmującej się głównie mechanizmami uczenia się oraz tym, jak zachowanie zwierząt zmienia się poprzez uczenie. W psychologii termin „behawiorysta” ma węższe znacznie i oznacza kogoś, kto podobnie jak twórca tej koncepcji – B.F. Skinner – uważa, że przedmiotem naukowych badań mogą być jedynie zewnętrzne zachowania zwierząt. Natomiast wewnętrzne procesy psychologiczne, takie jak emocje i myśli, zdaniem behawiorystów nie poddają się obiektywnemu badaniu, toteż nie mogą być przedmiotem naukowych studiów. W ostatnich latach stanowisko to zmieniło się i obydwie dziedziny rozwijają się jednakowo pomyślnie. Tutaj słowa „behawiorysta” używam w obydwu przedstawionych znaczeniach i pozostaje mi mieć nadzieję, że czytelnik nie będzie miał kłopotów z ich rozróżnieniem.

W tekście książki nie podaję odniesień do literatury. Oczywiste jest, że napisanie takiej książki wymaga zapoznania się z wieloma pozycjami, a uczeni na całym świecie w każdym miesiącu takich prac publikują mnóstwo. Jednym z celów, jakie postawiłam sobie przy pisaniu, było przełożenie zgromadzonej przez nich wiedzy na język łatwo przyswajalny dla przeciętnego właściciela psa, a rezygnacja z cytowania źródeł w tekście powinna w znacznym stopniu ułatwić lekturę.

Na koniec jedna, ale nadzwyczaj ważna uwaga – gdy emocje twoje lub twojego psa prowadzą do problemów behawioralnych, korzystaj z pomocy fachowca. Nawet najlepsi na świecie tenisiści mają swoich trenerów.

Podziękowania

Największe podziękowania należą się wszystkim psom, które kiedykolwiek poznałam; dały mi one nie tylko mnóstwo radości, ale także wiele okazji do przemyśleń. Dziękuję też psom moich klientów za wszystko, czego się dzięki nim nauczyłam – nie tylko tym, które spotkałam osobiście, ale także poznanym tylko ze słyszenia. Dziękując moim własnym psom – Lassie, Pip i Tulip – nie mogę powstrzymać się od wzruszenia; od ponad dziesięciu lat są dla mnie rodziną i przyjaciółmi. Specjalne podziękowania dla Nieugiętego Luke’a za to, że był sobą, i za to, że skradł moje serce. Ta książka jest dla niego.

Jennifer Gates była i jest agentką, o której każdy pisarz może tylko marzyć. Każdego dnia jestem jej wdzięczna za rozsądek, wiedzę i wsparcie. Wydawcy idealni to Dana Isaacson i Caroline Sutton – bez ich kompetencji nigdy nie byłabym w stanie przebrnąć przez labirynt procesu publikacji. Całe wydawnictwo Ballantine/Random House nie żałowało trudu, aby moja książka ujrzała światło dzienne, a szczególne podziękowania niech zechce przyjąć odpowiedzialna za tę publikację Jolanta Benal. Na ostateczny kształt tej książki znaczny wpływ miały rady, których po przeczytaniu pierwszej wersji udzielili mi: Jim Anderson, Rick Axsom, Jeffrey Baylis, Jim Billings, Jennifer Gates, Andrea Jennings, Karen London, Aimee Moore, Nancy Rafetto, Charles Snowdon, Tony Stretton, Denise Swedlund i Chelse Wieland. Najszczersze podziękowania niech zechcą przyjąć Paul Ekman, za bezcenne uwagi odnoszące się do rozdziału o sygnałach wizualnych, i Julie Hecht – za ciężką pracę przy zbieraniu materiałów źródłowych do książki, a dodatkowo jeszcze za entuzjazm i wsparcie w czasie jej pisania.

 

Książka ta nigdy by nie powstała, gdyby nie pomoc całego personelu Dog’s Best Friend Ltd. – to oni przejmowali na siebie większość obowiązków, abym ja mogła poświęcać przedpołudnia na pisanie. Zresztą oddanie pracy oraz wszystkim dwu- i czworonożnym klientom to cecha, którą zawsze wyróżniają się pracownicy DBF: Andrea Jennings, Aimee Moore, Denise Swedlund, Chelse Wieland i zatrudnieni tam trenerzy. Specjalne podziękowania należą się lekarzom weterynarii, którzy z pełnym poświęceniem zajmowali się Lukiem w czasie jego choroby. Pewna jestem, że fachowców lepszych niż John Dally, Chris Bessent i Kim Utech trudno byłoby znaleźć.

Bardzo dziękuję za fotografie, które udostępnili mi Marc Bekoff, Peter Burghardt, Julia Dayoub, Corey Dingman, Khris Erikson, Carl Fritscher, Aimee Graham, Suzanne Hetts, Dana Isaacson, Karen B. London oraz Sarah i Tim McClure’owie. Nadzwyczaj atrakcyjne fotografie pochodzą od Sue Sternberg, za co składam jej specjalne podziękowanie. Więcej jej zdjęć zobaczyć można na www.round-outkennels.com. Mogłam też wykorzystać fotografie North Shore Animal League America, organizacji, która sponsoruje i organizuje pomoc dla psów w potrzebie; o działaniu tej organizacji dowiedzieć się można na stronie www.nsalamerica.org. Organizatorom letniego obozu Dog Days of Wisconsin (www.dogcamp.com) zawdzięczam atrakcyjne zdjęcie śmiejącego się rottweilera.

Także i profesjonalni fotograficy służyli mi radami i fotografiami – wyrazy wdzięczności niech zechcą przyjąć Dan Becker z Gurnee, Illinois (www.pyrphoto.com), Chip Peterson z Decorah, Iowa (chip@petersonphotography.com), Monty Sloan z Parku Wilków w Battle Ground, Indiana (www.wolfphotography.com), i Holly Montgomery z Calgary, Alberta (www.mouthshots-photography.com). Dziękuję mojej modelce, Chelse Wieland, która pozowała do paru zdjęć, i Paulowi Ekmanowi za zgodę na wykorzystanie kilku przykładów ludzkich min. Z kolei zdjęcie leżącego, czarnego psa z grymasem strachu na pysku dostałam wiele lat temu od jednej z moich klientek, która z ochotą przystała na to, by jej pies pomógł innym ludziom zrozumieć emocje ich ulubieńców. Rada jestem, że teraz mam okazję je wykorzystać.

Dziękuję Wendy Barker, Saranindranath Tagore i wydawcy George’owi Brazillerowi za zgodę na zacytowanie fragmentu wiersza, pochodzącego z tomu Rabindranath Tagore: Final Poems, w wyborze i tłumaczeniu Wendy Barker i Saranindranath Tagore. Warto go przeczytać w całości – już ten mały fragment daje wyobrażenie, jak wspaniała może być reszta. Wdzięczna jestem redakcji magazynu „The Bark” za pozwolenie na wykorzystanie mego wcześniejszego artykułu, w którym pisałam, jak głaskać i pieścić psa – zamieszczony jest on w rozdziale o szczęściu. Magazyn ten i jego wydawcy robią wiele, by życie psów oraz ludzi stawało się coraz lepsze, i udaje się im to znakomicie.

Wspomnieć również muszę o dwóch grupach osób inspirujących i wspomagających mnie na różne sposoby. Dziękuję więc uczestnikom interdyscyplinarnego forum poświęconego doradztwu behawioralnemu (Interdisciplinary Forum on Applied Animal Behavior) za inspirację intelektualną i kobietom z Vermont Valley Vixens, których przyjaźń pozwala mi czuć się wspaniale w mojej małej ojczyźnie. Specjalne podziękowania dla Sandi Stanfield, dzięki której mogłam napisać o jej psach, Samsonie i Delilah, w Drugim końcu smyczy; zapewniam, że są one teraz uznawane za idealnych współmieszkańców. Pracownikom farmy Vermont Valley Community Farm pięknie dziękuję za wspaniałe i świeże produkty z upraw organicznych. I oczywiście wielkie podziękowania dla Carol Klapste – dzięki niej poznałam ojca Murraya i jego psa, Blaze’a, oraz mogłam doprowadzić tę potencjalnie groźną sytuację do szczęśliwego zakończenia. Nie mogę wyobrazić sobie dokończenia tej książki bez pomocy moich drogich przyjaciół, Davida i Julii Eggerów; ich wieloletnia przyjaźń i wsparcie są dla mnie bezcenne.

Na koniec bardzo specjalne i mocno podlane oksytocyną podziękowania dla mojego partnera, Jima Billingsa. Na karuzeli moich emocji zajmuje on miejsce stałe i pewne, jest punktem odniesienia, a co najważniejsze, nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się narzekać, że w domu pełno jest psiej sierści!

Wprowadzenie

Kiedy zbliżałam się do nieruchomego ciała owcy o imieniu Harriet, Tulip odbiegła od mojej nogi i dokładnie obwąchała owcę od głowy do kopyt. Śmierć Harriet nie mogła przejść na farmie niezauważona. Do końca swych dni, w imponującym wieku czternastu lat, owca ta była prawdziwą osobowością. W młodości, ze swym runem w kolorze mlecznego cukierka i delikatnym kośćcem, wyglądała jak modelka. Pod koniec życia, kiedy już trzeba było karmić ją za pomocą sondy, niewiele pozostało z niegdysiejszej urody, ale nawet i wtedy zachowała typową dla siebie godność, która zawsze wzbudzała respekt u innych owiec, psów i ludzi. Do żadnej owcy nie byłam przywiązana tak jak do Harriet i spłakałam się jak dziecko, gdy tylko dowiedziałam się, że zakończyła swe długie życie. Teraz patrzyłam, jak leży sztywna i zimna w wysokiej trawie.

Kiedy wezwałam weterynarza, aby skrócił agonię Harriet, Tulip, której głównym zadaniem na farmie było pilnowanie owiec, została zamknięta w domu, by nie przeszkadzać. Tulip to duży pirenejczyk; w Wisconsin, gdzie włóczą się kojoty i zdziczałe psy, pozostawianie owiec bez opieki kompetentnego psa pasterskiego jest dużym ryzykiem. Tulip z zasady brzydzi się przemocą, ale gdy trzeba bronić owiec, na pewno można na niej polegać. Na widok wroga w mgnieniu oka z łagodnego, białego niedźwiedzia zmienia się w Xenę, Wojowniczą Sukę. Przez dziesięć lat, odkąd jest u mnie, nigdy nie zdarzyło się jej zranić człowieka, psa czy owcy, ale dobrze pamiętam jej skuteczne interwencje, jak choćby wtedy, gdy z rykiem pędzącego pociągu ratowała mnie przed atakiem ponad stukilowego barana albo gdy któryś z odwiedzających nas psów całkiem na poważnie chciał zagryźć jednego z moich, albo gdy młody i głupi border collie tak zapomniał się przy zaganianiu owiec, że postanowił na nie zapolować... Tulip jest przy tym chętna do zabawy i ciekawska, więc z pewnością nie była potrzebna w momencie usypiania Harriet. Nie widziała momentu jej odejścia i gdy razem podeszłyśmy do martwego ciała owcy, wydawała się głęboko poruszona.

Obwąchała je, zatoczyła kółko, znowu obwąchała i kilka razy trąciła nosem. Po paru chwilach położyła się obok, z wyciągniętą głową na wyprostowanych łapach, a potem wydała z siebie przeciągłe, ciężkie westchnienie; u człowieka nazwalibyśmy je pełnym rezygnacji. Gdy próbowałam ją odwołać, nie zareagowała. Gdy nadbiegły moje border collie, zawarczała na nie, a one wycofały się spiesznie i usiadły koło mnie, parę metrów od ciała. Nie pamiętam, jak długo to trwało, ale wszystko wskazywało na to, że Tulip sama odejść nie zamierza. W końcu, gdy zaczęło się już ściemniać, wzięłam ją za obrożę i odprowadziłam do domu.

Można było odnieść wrażenie, że Tulip doskonale zdaje sobie sprawę ze śmierci Harriet i że odczuwa z tego powodu najprawdziwszy smutek... Tyle tylko, że tak samo zachowywała się po tym, jak sama zabiła gołębia, a w zeszłym tygodniu z równym smutkiem wpatrywała się w kolbę kukurydzy, którą dałam jej do pogryzienia. Border collie ze smakiem przeżuwały młode, soczyste ziarna, a Tulip ostrożnie i z głębokim namysłem odeszła ze swoją kolbą na ulubione miejsce, delikatnie położyła kolbę między wyciągniętymi łapami i groźnie powarkiwała na każdego psa, który śmiał się zbliżyć. Ani nie gryzła kolby, ani jej nawet nie lizała, tylko patrzyła na nią z miną równie skupioną i poważną, jak ta, którą przybrała przy martwej Harriet.

Z pewnością chciałoby się wytłumaczyć zachowanie Tulip na widok martwej Harriet w kategoriach bardziej wzniosłych niż to, co można było zobaczyć przy kolbie kukurydzy. Wyrażanie żalu po śmierci Harriet znacznie lepiej wpisuje się w moją wiedzę o charakterze Tulip, a dokładniej – w to, jak chciałabym ją widzieć, toteż usilnie chcę znaleźć jakieś różnice. I znajduję je... Ani w przypadku martwego gołębia, ani przy kolbie kukurydzy Tulip nie kładła głowy na łapach ani nie wzdychała ciężko. Czy to wystarczająca różnica? Nie chcę wierzyć, że mojej mądrej i subtelnej Tulip jest wszystko jedno, czy pilnuje ciała martwej owcy, czy kolby kukurydzy.

Prawdą jest jednak, że nie mam najmniejszego pojęcia o tym, co działo się w głowie Tulip, gdy leżała przy martwej Harriet. Czy zdawała sobie sprawę z tego, że owca nie żyje, i rozumiała, co to znaczy? Bardzo chciałabym to wiedzieć, ale jak? Co w ogóle wiemy o uczuciach i emocjach naszych psów? Nie jest łatwo odgadnąć oraz przeniknąć uczucia i emocje drugiego człowieka, a co dopiero istoty należącej do zupełnie innego gatunku. Czy w ogóle jest to możliwe?

Mimo wszystko jednak chcemy się dowiedzieć. Przecież świadomość uczuć, które przeżywa ktoś inny, stanowi klucz do poczucia bliskości, a ta z kolei jest niezbędna do nawiązania udanego związku. „Wiele bym dała, by poznać twoje myśli” – każdy z nas zna to uczucie, wyrażające nasze pragnienie bezgranicznego poznania i zrozumienia tych, których kochamy. Takie pragnienie cechuje nas jako istoty społeczne, dla których ważne są relacje z innymi.

Ci spośród nas, którzy naprawdę kochają swoje psy i uważają je za przyjaciół oraz członków rodziny, chcieliby poznać ich uczucia, tak samo jak poznać chcą uczucia innych ludzi, z którymi są blisko. Aby tak się stało, nie musimy wcale traktować psów jak małych, kudłatych ludzi. Nie chciałabym – i sądzę, że podobnie myśli większość czytelników – żyć pod jednym dachem z małym człowieczkiem, który nie potrafi mówić i zdarza mu się wytarzać w krowich plackach. Lubimy psy za to, że są psami. Różnice między nami wzbogacają nasze relacje i zwiększają poczucie związku z otaczającym nas światem. Odmienność genetyczna powoduje, że myśli i uczucia psa są znacznie trudniejsze do odgadnięcia niż myśli i uczucia innych ludzi. Nic dziwnego więc, że ci, którzy utrzymują, to potrafią iż zrobić, cieszą się tak dużą popularnością.

Czasem udaje się, i to bez pomocy języka, nawiązać prawdziwy, głęboki kontakt z psami, które żyją z nami pod jednym dachem. Nie zawsze jednak sprawy układają się tak dobrze. Nigdy nie zapomnę jednego przypadku, a akurat był to border collie, pies o wyjątkowo intensywnym spojrzeniu – przestał on po prostu patrzeć na swoją właścicielkę. Obserwowałam oboje dość długo, przez parę godzin szkolenia: drobną, siwowłosą kobietę i eleganckiego, czarno-białego psa na nowiutkiej, czerwonej smyczy. Ten pies patrzył wszędzie, tylko nie na swoją panią! Mało tego, podczas przerwy przez prawie godzinę siedział koło niej nieruchomo, z głową odwróconą dokładnie w przeciwnym kierunku.

Właścicielka psa z pewnością kochała go i miała wobec niego jak najlepsze intencje, ale przy tym wszystkim miała jeden poważny problem – to, co mówiła, i to, jak się poruszała, było tak niejasne i sprzeczne, że nawet ja nie mogłam zrozumieć, co chciała mi przekazać. Nie miałam pojęcia, czego chciała od psa, a już zupełnie nie wiedziałam, o czym tak naprawdę myśli. Podejrzewam, że ten bystry i inteligentny pies zwyczajnie uznał swą właścicielkę za osobę niepomiernie irytującą, z którą nie warto w ogóle nawiązywać bliższego kontaktu, bo i tak nic sensownego z tego nie może wyniknąć. Przypominało mi to częstą sytuację, kiedy wyłączam radio w samochodzie, bo fatalna jakość odbioru nie pozwala mi na więcej niż wyłapanie pojedynczych słów.

Takie rażące niedopasowanie sprawiało mi przykrość, i to na tyle dużą, że w końcu zapytałam właścicielkę, czy przypadkiem nie zechciałaby sprzedać mi psa. Bez namysłu odmówiła, co mnie wcale nie zdziwiło, bo ona naprawdę go lubiła. Przecież nie mogłam jej powiedzieć, że nieświadomie znęca się nad nim psychicznie, i zażądać, by dla jego dobra się go pozbyła! Czy ktokolwiek zresztą na takie słowa podziękowałby mi za dobre zamiary i z ulgą oddał smycz w moje ręce? Do dziś jednak wspominam tego psa, który – zmęczony „zakłóceniami odbioru” – postanowił wyłączyć się na stałe.

 

Na szczęście wielu z nas potrafi dostroić swoje fale do psich znacznie lepiej, niż udawało się to – a raczej nie udawało – wspomnianej kobiecie, chociaż nie jest to wcale łatwe. Często wydaje się nam, że doskonale wiemy, co pies czuje, ale to wcale nie znaczy, że tak rzeczywiście jest. Równie często przekonani jesteśmy, że to, co dzieje się w sercach i umysłach naszych dzieci, partnerów czy rodziców, nie stanowi dla nas tajemnicy, a tak naprawdę mylimy się srodze. Psychologowie przestrzegają, że błędne założenia co do tego, co inni myślą i czują, stanowią źródło niekończących się problemów w kontaktach między ludźmi. Ich zdaniem nie znamy nawet i połowy tego, co dzieje się w naszych własnych umysłach. Jak wykażę w dalszej części tej książki, nasze zachowanie w znacznym stopniu uwarunkowane jest przez procesy zachodzące poza naszą świadomością. Nic więc dziwnego, że zrozumienie tego, co dzieje się w umyśle psa, jest nie lada wyzwaniem.

Nie znaczy to, że jesteśmy kompletnie bezradni. W ostatnich czasach wiedza o mechanizmach funkcjonowania ludzkiego mózgu poczyniła znaczne postępy. Przywykliśmy mówić, że to serce jest siedliskiem emocji, ale teraz już wiemy, że jest nim mózg. Jeśli chcemy zrozumieć uczucia, najpierw musimy zbadać, jak pracuje mózg. Nasze emocje mają swe źródło w mózgu, tam się zaczynają i tam kończą. Im większa będzie nasza wiedza o działaniu tej skomplikowanej struktury neuronów, hormonów i impulsów elektrycznych, tym lepiej zrozumieć będziemy mogli naturę emocji. Badaniami nad mózgiem zajmuje się wiele uczonych, a zainteresowanie zarówno specjalistów, jak i szerokich mas wynikami tych badań stale rośnie. Wprowadzane są coraz to nowsze techniki badawcze, pozwalające nam obserwować pracę mózgu. Jedną z nich jest funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI); metoda ta umożliwia stwierdzenie, które obszary mózgu są aktywowane podczas jego pracy[1]. W czasie badania pokazuje się badanym rozmaite obrazy, zadaje różne pytania i obserwuje, które obszary mózgu aktywowane są przez zmieniające się bodźce. Dzięki tym badaniom wykazano na przykład, że w ludzkim mózgu znajduje się bardzo aktywny ośrodek, który pozwala na rozpoznawanie twarzy. Z kolei już ośrodek odpowiadający za rozpoznawanie przedmiotów jest znacznie słabiej rozwinięty. U ludzi dotkniętych autyzmem pierwszy z tych ośrodków jednak nie funkcjonuje, więc patrząc na twarze, wykorzystują oni ten drugi. Jest więc całkowicie zrozumiałe, dlaczego mają oni tak wiele problemów z odczytywaniem emocji na twarzach innych.

Neurobiologia może być fascynująca, ale jest też, niestety, dziedziną mało dostępną dla niefachowca. Nie dość, że sam obiekt jej badań jawi się jako wyjątkowo skomplikowany, to na dodatek nauka ta posługuje się nadzwyczaj hermetycznym językiem. W znakomitej książce A User’s Guide to the Brain John J. Ratey stwierdza, że następną rzeczą stojącą tuż za mózgiem pod względem skomplikowania jest „cały ten język, którego uczeni używają, podejmując próby jego opisania”. Trudno o spostrzeżenie bardziej trafne. Sama pamiętam, jak ziewałam przy czytaniu, a w końcu porzucałam lekturę artykułów traktujących o rzeczach takich jak rola przedniego zakrętu obręczy kory mózgowej w rozwoju apraksji wyobrażeniowo-ruchowej.

Na szczęście są również tacy autorzy, który próbują pisać książki językiem zrozumiałym dla laików. To dzięki nim możemy poznać choć trochę sposób, w jaki nasz mózg kontroluje nasze zachowanie. Wszystko jedno, czy chcesz dowiedzieć się, dlaczego wyszedłeś z domu z zamiarem kupienia szczeniaka beagle, a zamiast tego wróciłeś do domu z jack russell terierem, albo dlaczego ciągle wspominasz nieżyjącego już od dziesięciu lat golden retrievera – książki takie jak te przedstawione poniżej pozwolą ci zrozumieć przynajmniej podstawowe związki między pracą mózgu a zachowaniami jego właściciela. Szczególnie mogę polecić: Błąd Kartezjusza: emocje, rozum i ludzki mózg (Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 1999) Antonia Damasia oraz Biology of the Mind Derica Bowndsa. Prosty i klarowny język autorów czyni lekturę tych książek równie przystępną, jak i fascynującą.

Nowe techniki przyczyniły się do znacznego postępu w badaniach procesów zachodzących w mózgu, ale rozmaite dociekania i spekulacje o jego funkcjonowaniu pojawiały się już znacznie wcześniej. Odnosiły się one niemal wyłącznie do mózgu ludzkiego; mózg zwierzęcy natomiast budził znacznie mniejsze zainteresowanie. Jeszcze trzydzieści lat temu nikt nie zajmował się poważnie tą tematyką. Dzisiaj zaś pojawia się wiele interesujących prac z tego zakresu. Do najciekawszych zaliczyć należy te, które opisują związki pomiędzy myślami a emocjami – znacznie bliższe, niż to się kiedyś wydawało. W słusznej dumie z ludzkich możliwości intelektualnych uczeni najwięcej uwagi poświęcali badaniu procesów myślowych i tych części mózgu, które za nie odpowiadają. Rzecz jasna, jakiekolwiek porównania wypadały niekorzystnie dla zwierząt. Nowsze badania w znacznie większym niż kiedyś stopniu koncentrują się na emocjach: czym są, jak powstają i czemu służą. Pomału zaczynamy rozumieć nie tylko naturę emocji, ale także ich znaczenie zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt.

Wzrost zainteresowania uczonych życiem wewnętrznym zwierząt to doskonała wiadomość dla wszystkich miłośników psów, bo uzyskiwane wyniki bardzo poszerzają naszą wiedzę o ich emocjach. Wcześniej psami nikt się specjalnie nie zajmował, w myśl zasady, że to, co dobrze znane, nie stanowi interesującego obiektu badawczego. Uczeni najchętniej zajmowali się wielorybami, lwami z Serengeti czy muchołówkami, do psów natomiast podchodzili z daleko posuniętą rezerwą. Dopiero całkiem niedawno pojawiły się pierwsze prace dotyczące zdolności poznawczych psów, publikowane w tak prestiżowych pismach naukowych jak „Journal of Comparative Psychology” czy „Science”. Do tego doliczyć trzeba parę nadzwyczaj interesujących książek, podsumowujących dotychczasową wiedzę na ten temat, jak choćby: Tajemnice psiego umysłu Stanleya Corena (Galaktyka, Łódź 2005), If Dogs Could Talk Vilmosa Csányiego czy The Truth About Dogs Stephena Budianskiego; dla tych, którzy chcą dowiedzieć się czegoś o psychice psów, będą one z pewnością wartościową lekturą.

Psy raczej nie zastanawiają się nad ewolucją swych emocji ani nad ich podobieństwem do tych, które odczuwają ludzie, ale dla nas takie dociekania są równie interesujące, co naturalne. Przecież od niepamiętnych czasów uważamy te zwierzęta za swych przyjaciół, a przyjaźń ta opiera się na głębokim związku emocjonalnym. Przyjaźń bez związku emocjonalnego to nie prawdziwa przyjaźń, lecz tylko wspólnota interesów (a nawet w takim przypadku emocje odgrywają pewną rolę). U większości ludzi związek z psem jest powodem prawdziwej burzy emocjonalnej. Każdego dnia przeżywamy miłość i gniew, radość i smutek. Skłonni jesteśmy przypisywać naszym psom emocje podobne do naszych i równie silne. Gdy patrzymy na bawiące się szczenięta albo na psa, który po śmierci swego przyjaciela długie godziny spędza w bezruchu, to jak możemy wątpić, że emocje tych zwierząt nie różnią się w istotny sposób od naszych?

Jednak w odróżnieniu od miłośników psów, współcześni uczeni i filozofowie bardzo ostrożnie odnoszą się do życia emocjonalnego psów. Niektórzy z nich twierdzą wręcz, że prawdziwych emocji doświadczać mogą tylko ludzie, inni skłonni są uznać, że zwierzęta są w stanie odczuwać jedynie te najbardziej prymitywne, jak lęk i złość, a na pewno nie typowo ludzkie, jak miłość czy duma. Tylko nieliczni przyznają im prawo do takiego życia emocjonalnego jak nasze.

Prawda jest taka, że zwyczajnie wiemy jeszcze zbyt mało, by z jakąkolwiek pewnością wyrokować o tym, co dzieje się w głowach naszych psów. To jednak, co wiemy, wystarcza, aby poważnie zastanowić się nad tym, podsumować nasz stan wiedzy, rozważyć, czego jeszcze nie wiemy i czego powinniśmy się dowiedzieć. Temu właśnie ma służyć niniejsza książka. Pisałam ją w przekonaniu, że temat jest bardzo prosty, a jednocześnie nadzwyczaj skomplikowany. Z jednej strony nie wątpimy, że psy odczuwają emocje. Wydaje nam się to na tyle oczywiste, że nie ma o czym dyskutować. Podobnie jak inne wysoko zorganizowane zwierzęta, psy okazują emocje, tak samo jak i pięcioletnie dziecko. Z tego właśnie powodu kochamy je tak mocno.

Z drugiej strony przyznanie, że psy odczuwają i okazują emocje, natychmiast komplikuje sprawę. Emocje są zjawiskiem nadzwyczaj złożonym, a im więcej o nich wiemy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, ile jeszcze pozostało do zbadania. W miarę jak zwiększa się nasza wiedza o mózgu, rośnie też przekonanie, że emocje stanowią istotny składnik naszej świadomości i podświadomości oraz odgrywają poważną rolę w podejmowaniu decyzji, zarówno trafnych, jak i całkiem błędnych. Chociaż tradycyjnie skłonni jesteśmy przyznawać pierwszeństwo racjonalnemu myśleniu, to jednak okazuje się, że ono samo, bez wpływu emocji, może łatwo zwodzić nas na manowce i powodować rozmaite trudności.

Inne książki tego autora