Zrodzony ze srebraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Zamęt nocy


Udręczonym Wydawcom, którzy nigdy nie tracą cierpliwości. Mężom, którzy karmią konie. Dzieciom, które same się odwożą i same sobie gotują. Weterynarzom, którzy o każdej porze dnia i nocy odbierają histeryczne telefony. I wszystkim, którzy poświęcają swój czas, talenty oraz energię, aby pomóc potrzebującym i zawsze służyć im wsparciem. Bardzo Wam dziękuję.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Rozrusznik zakaszlał, uruchamiając z mozołem potężny silnik starego buicka. Współczułam mu, wiedziałam bardzo dobrze, jak to jest zmagać się ze znacznie silniejszymi przeciwnikami. Jestem zmiennokształtnym kojotem żyjącym w świecie wilkołaków i wampirów – w tym przypadku dysproporcja to mało powiedziane.

– Jeszcze raz – poprosiłam Gabriela, mojego siedemnastoletniego pomocnika biurowego, aktualnie siedzącego za kierownicą matczynego samochodu. Siąknęłam i bez szkody dla roboczego kombinezonu otarłam nos o ramię. Katar jest nieodłączną częścią pracy w zimnie.

Ale uwielbiam swoją robotę, naprawianie samochodów, cieknący nos, upaprane smarem ręce i całą resztę.

Ta praca to głównie pokaleczone palce i frustracja przeplatana krótkimi momentami tryumfu, które wynagradzają minusy. Na dodatek stała się dla mnie azylem od chaosu, który ostatnio zawładnął moim życiem – mało prawdopodobne, żeby właściciel zginął, jeśli nie uda mi się naprawić jego pojazdu.

Nawet jeśli to wóz jego matki.

Gabriel skończył wcześnie lekcje, a w wolnym czasie podjął próbę reanimacji samochodu mamy. W efekcie opornie działające auto ostatecznie odmówiło współpracy, więc przy pomocy kumpla przyholował rzęcha do mojego warsztatu.

Buick zakaszlał dychawicznie. Odsunęłam się od otwartej komory silnika. Silnik działa dzięki paliwu, powietrzu i iskrze – pod warunkiem że dany egzemplarz nie jest totalną ruiną.

– Nie zaskakuje – stwierdził Gabriel, w razie gdybym sama nie zauważyła.

Zacisnął smukłe, lecz spracowane dłonie na kierownicy. Na policzku miał smugę od smaru, a jedno oko przekrwione, bo przed wczołganiem się pod podwozie nie założył gogli roboczych. W nagrodę do oka wpadł mu przerdzewiały kawałek upapranej towotem blachy.

Mimo że wielkie dmuchawy utrzymywały powietrze wewnątrz tuż ponad granicą zimna, oboje mieliśmy na sobie kurtki. Trudno porządnie nagrzać warsztat, kiedy co chwilę otwiera się drzwi garażowe.

– Mamamma musi być za godzinę w pracy, Mercy.

– Dobra wiadomość jest taka, że raczej nie ty go wykończyłeś. – Wychyliłam się zza podniesionej maski, spoglądając w rozgorączkowane oczy nastolatka. – Zła, że nie da rady ruszyć go w ciągu godziny. Ława przysięgłych jeszcze nie zadecydowała, czy w ogóle kiedyś pomknie asfaltem.

Gabriel wysiadł z samochodu i pochylił się nad Zaprzęgiem Mechanicznym swojej Zaczarowanej Dorożki, jakby wypatrywał zepsutego kabelka, który ewentualnie przeoczyłam, a dzięki któremu samochód mógłby cudownie ożyć. Zostawiłam go w tej rozpaczliwej zadumie i poszłam do biura.

Za kontuarem znajdowała się odrapana, niegdyś biała tablica z haczykami. Wisiały na nich kluczyki od samochodów, nad którymi pracowałam, plus kilka innych, tajemniczych. Te ostatnie zastałam tu już, przejmując warsztat. Wzięłam kluczyki z breloczkiem w kształcie tęczowej pacyfki, wróciłam do hali.

Załamany Gabriel siedział znów za kierownicą buicka. Podałam mu brelok przez okno.

– Masz, weź garbusa. Powiedz tylko mamie, że nie ma kierunkowskazów, więc będzie musiała sygnalizować ręcznie. I żeby nie szarpała za mocno kierownicy, bo odpadnie.

Szczęki chłopaka zacięły się w uporze.

– Posłuchaj – zaczęłam, zanim miał szansę odmówić – to dla mnie ani kłopot, ani koszty. Garbus nie pomieści co prawda wszystkich dzieciaków... – nie żeby buick był w stanie pomieścić cały ten liczny drobiazg – poza tym ogrzewanie ledwo działa, ale jeździ, a ja go na razie nie używam. Nad autem mamy będziemy pracować po godzinach, dopóki go nie uruchomimy, a oddasz mi pracę w swoim czasie.

Byłam prawie pewna, że silnik buicka odszedł na niebiańskie złomowisko, a wiedziałam, że Sylwii, matki Gabriela, nie stać na kupno nowego, podobnie jak nie stać jej na kupno samochodu. Dlatego planowałam zadzwonić do Zee, mojego starego mentora, z prośbą, by trochę nad nim poczarował. I to nie w przenośni – jeśli chodzi o niego, w grę wchodziła prawdziwa magia. Zee, gremlin, należał do magicznych istot, a jego żywiołem był metal.

– Ale garbus to twój projekt – protestował słabo Gabriel.

Mój ostatni projekt, karmanna ghia, sprzedałam, a z zysków, po oddaniu udziału tapicerowi i blacharzowi cudotwórcy, kupiłam garbusa z siedemdziesiątego pierwszego roku i bulika z sześćdziesiątego piątego. I jeszcze zostały mi jakieś grosze. Bulik był piękny, ale nie na chodzie, garbus przeciwnie.

– Zacznę od bulika, weź kluczyki.

Zrobił minę nad wiek poważną.

– Dobrze, ale pod warunkiem że dopóki będziemy go używać, dziewczynki będą przychodziły w soboty sprzątać.

Nie jestem idiotką, a jego siostry były bardzo pracowite. Dla mnie czysty zysk.

– Zgoda – powiedziałam natychmiast, żeby się nie rozmyślił, i zacisnęłam mu dłoń na kluczykach. – Leć, zawieź samochód matce, żeby się nie spóźniła.

– Wrócę niedługo.

– Już późno. Będę się zbierała. Przyjdź jutro o zwykłej porze.

Jutrem miała być sobota, oficjalnie warsztat powinien być nieczynny, ale ostatnie wycieczki i walka z wampirami nadszarpnęły mój budżet, więc pracowałam po godzinach i w weekendy, żeby trochę nadrobić.

Walka ze złem nie przynosi pieniędzy, a z mojego doświadczenia wynika, że przeciwnie, pochłania je. Na szczęście wszystko przemawiało za tym, że z wampirami mam już spokój. Ostatnia przygoda omal nie skończyła się dla mnie tragicznie, zaczynało mi już brakować fartu. Kobieta, której talentem jest zaledwie przemiana w kojota, powinna trzymać się z dala od ekstraligowych rozgrywek.

Odesławszy Gabriela do domu, zaczęłam zamykać warsztat. Zasunęłam drzwi, skręciłam ogrzewanie, pogasiłam światła. Szuflada kasy do sejfu, portmonetka do kieszeni. Właśnie miałam gasić ostatnią lampę, gdy zadzwoniła komórka.

– Mercy? – usłyszałam Tada, syna Zee, który dzięki pełnemu stypendium uczył się na jednej z uczelni należących do Ligi Bluszczowej. Pradawni byli zaliczani do mniejszości, więc jego oficjalny status członka mniejszości plus wyniki w nauce otworzyły mu drzwi na uczelnię, na której utrzymywał się teraz dzięki własnej ciężkiej pracy.

– Cześć, Tad, co słychać?

– Dostałem wczoraj dziwną wiadomość na komórkę. Czy Fin ci coś dał?

 

– Jaki Fin?

– Fineasz Brewster, człowiek, do którego cię wysłałem, gdy policja aresztowała ojca pod zarzutem morderstwa i potrzebowałaś informacji o Pradawnych, żeby odkryć prawdziwego zabójcę.

Dopiero po chwili skojarzyłam, o czym mówi.

– Antykwariusz? Tak, pożyczył mi księgę. – Miałam ją już dawno zwrócić, ale... Jak często wpada w ręce księga o sekretach Pradawnych napisana przez jednego z nich? Był to rękopis, więc odcyfrowanie zajmowało sporo czasu, a antykwariusz nie zachowywał się, jakby zależało mu na jak najszybszym zwrocie, gdy mi ją wręczał. – Przeproś go w moim imieniu, oddam księgę jeszcze dzisiaj. Wieczorem mam randkę, ale zdążę przed spotkaniem.

– W zasadzie to nie wiem, czy chciał, żebyś mu oddała książkę, czy nie – odezwał się Tad po chwili wahania. – Wiadomość brzmiała: „Przekaż Mercy, żeby uważała na to, co ode mnie pożyczyła”. A teraz nie mogę się do niego dodzwonić, jakby miał wyłączony telefon. Dlatego przekręciłem do ciebie. – Westchnął z irytacją. – Widzisz, Mercy, rzecz w tym, że on przenigdy nie wyłącza tego przeklętego telefonu. Ze względu na babcię, żeby mogła w razie czego zawsze być z nim w kontakcie.

Babcię? Może Fineasz był jednak młodszy, niż mi się wydawało.

– Martwisz się o niego – powiedziałam.

– Ech, wiem, wiem. Jestem przewrażliwiony – przyznał.

– To nic. I tak miałam mu oddać tę książkę. Tyle że jeśli zamyka normalnie, nie zdążę zanieść do sklepu. Masz jego adres domowy?

Tad podał mi adres Fineasza. Zapisałam i pocieszyłam go, żeby się nie martwił na wyrost. Zamknęłam warsztat i włączając cichy alarm, spojrzałam w kamerę. Adam pewnie nie patrzył, bo dopóki alarm nie został uruchomiony, monitoring działał bezobsługowo, rejestrując wszystko i zapisując. Mimo to, zanim ruszyłam do samochodu, posłałam w kamerę całusa i powiedziałam bezgłośnie: „Do zobaczenia”.

Mój ukochany też był przewrażliwiony. Martwił się, jak kojot poradzi sobie w stadzie wilków, a jako wilkołak Alfa przesadzał z troskliwością. Ponieważ na dodatek jego firma realizowała kontrakty na zabezpieczenia w różnych agencjach rządowych, miał dostęp do całej masy narzędzi, którymi mógł zaspokajać swoje instynkty opiekuńcze. Choć na początku wściekałam się, że zainstalował kamery, teraz się z nich cieszyłam. Kojoty posiadają ogromne zdolności adaptacyjne, to zapewnia im przetrwanie.


Fineasz Brewster mieszkał na drugim piętrze bloku nowego osiedla w West Pasco. Miejsce to nie pasowało do kolekcjonera starych ksiąg, ale może miał dość kurzu i stęchlizny w pracy, więc chciał uniknąć ich w domu.

W połowie drogi do bramy zauważyłam, że nie wzięłam księgi z samochodu. Zawahałam się, lecz postanowiłam na razie jej nie ruszać. Została więc na tylnym siedzeniu Królika, owinięta w ręcznik. Miał on pierwotnie chronić foliał przed resztkami smaru z moich rąk, ale krył go też dobrze przed ciekawskimi oczami ewentualnych złodziei. Których raczej tu nie było.

Wdrapałam się po schodach i zapukałam do drzwi z numerem 3B. Policzyłam do dziesięciu i zadzwoniłam. Nic. Kiedy zadzwoniłam ponownie, otworzyły się drzwi mieszkania 3A.

– Nie ma go – powiedział ktoś szorstko.

Odwróciłam się. W progu stał kościsty staruszek. Miał na sobie stare kowbojki, nowe dżinsy, kowbojską koszulę i krawat bolo. Brakowało mu tylko kapelusza. Coś – chyba te buty – pachniało trochę koniem. I nieczłowiekiem.

– Nie ma?

Oficjalnie cały magiczny lud od dawna żył jawnie. Jednak tak naprawdę Szarzy Panowie, władcy pradawnych istot, dzielili je na takie, które społeczeństwo mogło poznać, i takie, które pozostawały w ukryciu, ponieważ ich pojawienie mogłoby przerazić śmiertelników tudzież byli bardziej przydatni, udając ludzi. Na przykład troje zasiadających w senacie. W konstytucji nie ma słowa o tym, że nieczłowiek nie może zasiadać w Kongresie, i Szarzy Panowie woleliby, aby tak zostało.

Sąsiad Fina bardzo się starał, żeby brano go za człowieka, więc nie byłby zachwycony, gdybym wytknęła mu, że nim nie jest. Zatrzymałam swoje odkrycie dla siebie.

W wyblakłych oczach zamigotały iskierki, kiedy mówił:

– Nie i nie było go w domu przez cały dzień.

– Wie pan, gdzie może być?

– Fin? – Staruszek roześmiał się, ukazując zęby tak proste i białe, że wyglądały na sztuczne. A może i były sztuczne? – Pomyślmy. Większość czasu spędza w antykwariacie. Bywa, że nawet siedzi tam przez całe noce.

– A wczorajszej? Był tutaj?

– Nie, nie było go. Może kupił jakąś rodową bibliotekę i został w antykwariacie, żeby skatalogować nabytki? Czasem tak robi. – Nieczłowiek popatrzył w okno, oceniając godzinę. – O tej porze nie otworzy. Zamyka się w piwnicy i nawet nie słyszy dzwonka. Najlepiej niech pani idzie do antykwariatu jutro rano.

Zerknęłam na zegarek. Powinnam się już przygotowywać do randki z Adamem.

– Jeśli coś pani dla niego ma – odezwał się nagle nieczłowiek, spoglądając na mnie niewinnymi, niebieskimi oczyma – może pani zostawić to u mnie.

Magiczne istoty nie kłamią. Przywykłam tak myśleć, ale z pożyczonej księgi dowiedziałam się, że to nie jest takie proste i oczywiste. Nieczłowiek nie powiedział, że Fin jest teraz w antykwariacie, tylko że to możliwe. Nie powiedział też, że wie, gdzie jest Fin. Instynkt szturchał mnie dość mocno, zatem musiałam się wysilić, żeby udać swobodę.

– Przyszłam sprawdzić, co u niego – wyjaśniłam zgodnie z prawdą. – Ma wyłączony telefon, więc się martwiłam. – Postanowiłam zaryzykować. – Nie wspominał o sąsiadach. Pan wprowadził się jakoś ostatnio?

– Jestem tu od niedawna – odparł i zmienił temat: – Może zostawił ładowarkę w domu? Próbowała pani dzwonić do antykwariatu?

– Mam tylko jeden jego numer. To chyba komórka.

– Przekażę, że pani była. Jak się pani nazywa?

Uśmiechnęłam się przyjaźnie.

– Proszę sobie nie robić kłopotu, jakoś go złapię. Cieszę się, że ma takich troskliwych sąsiadów. – Nie podziękowałam. Podziękowanie nieczłowiekowi sugeruje, że czuje się wobec niego zobowiązanym. A zobowiązanie wobec magicznego ludu to fatalna sprawa. Pomachałam mu wesoło na pożegnanie i zeszłam na parter.

Idąc do samochodu, czułam na sobie wzrok staruszka. Odjechałam kawałek i dopiero wtedy zatrzymałam się i zadzwoniłam do Tada.

– Cześć – odezwał się głos w słuchawce. – Tu moja poczta głosowa. Albo się uczę, albo wyszedłem na imprezę. Przedstaw się i zostaw wiadomość, to może oddzwonię.

– Cześć – przywitałam się z pocztą głosową Tada. – Tu Mercy. Fina nie ma w domu. – Zawahałam się. Bezpieczna, we własnym samochodzie, zaczęłam myśleć, że może przesadziłam z podejrzeniami wobec sąsiada. Im lepiej poznawałam Pradawnych, tym większy wzbudzali we mnie lęk. Możliwe, że ten był całkiem niegroźny. Albo bardzo groźny, ale nie miał nic wspólnego z Brewsterem. – Spotkałam sąsiada Fina – powiedziałam wreszcie. – Zasugerował, żebym zadzwoniła do antykwariatu. Masz tamten numer? Próbowałeś dzwonić? Będę jeszcze starała się namierzyć Fineasza.

Rozłączyłam się i zapuściłam silnik ze szczerym zamiarem pojechania do domu. Jednak tak się złożyło, że po chwili znalazłam się na drodze do Richland, a nie do Finley.

Podejrzany telefon Brewstera i ten dziwny sąsiad sprawiły, że zaczęłam się niepokoić. W końcu antykwariat jest niedaleko, powiedziałam sobie. Nie zaszkodzi tam zajrzeć. Tad był na drugim końcu kraju i się martwił.

Uptown Mall to najstarsze centrum handlowe w Richland. W przeciwieństwie do tych nowoczesnych molochów Uptown wygląda jak kilkadziesiąt sklepów różnej wielkości i w różnych stylach skupionych razem i otoczonych parkingiem. W Uptown miejsce znalazły przedsiębiorstwa, które nie miałyby szans w ogromnym centrum handlowym w Kennewick – bary nienależące do żadnej sieci, sklepy ze starociami, komisy, ciucholandy, sklep muzyczny, cukiernia, ze dwa puby i kilka składów typu tysiąc i jeden drobiazgów.

Sklep Fina znajdował się prawie na końcu południowej części centrum. Posiadał dwie witryny, przyciemniane, żeby chronić książki przed światłem. Na większej umieszczono złoty napis: „Antykwariat Brewstera. Wypożyczalnia i sprzedaż książek używanych i kolekcjonerskich”.

W środku nie paliły się żadne światła, a drzwi zamknięto na cztery spusty. Przyłożyłam ucho do szyby.

Nawet w ludzkiej formie miałam świetny słuch, nie tak doskonały jak u kojota, ale wystarczył, by stwierdzić, że w sklepie nikt się nie rusza. Zapukałam, co pozostało bez odpowiedzi.

W witrynie przy drzwiach wisiała tabliczka z godzinami otwarcia: „wtorek – sobota od 10.00 do 18.00, niedziela – poniedziałek wyłącznie po wcześniejszym umówieniu”. Numer z tabliczki był tym, który już miałam. Szósta już minęła.

Zapukałam po raz ostatni i ponownie zerknęłam na zegarek. Zakładając, że przekroczę przepisy, zostanie mi jakieś dziesięć minut, zanim w progu stanie wilk.


Samochód mojego współlokatora stał na podjeździe. Wyglądał bardzo na miejscu przy domku z prefabrykatów. Kosztowne samochody, niczym dzieła sztuki, kształtują przestrzeń wokół siebie. Sama jego obecność uszlachetniała mój baraczek z lat siedemdziesiątych. Dzięki limuzynie dom, bez względu na stan, robił wrażenie przynajmniej o dwie klasy lepszego.

Samuel posiadał podobny dar. Zawsze na miejscu, zawsze potrafił się wpasować, a jednocześnie wzbudzał w ludziach poczucie, że są kimś szczególnym, ważnym. Z tego powodu był lubiany i obdarzany zaufaniem. Przydawało mu się to w pracy, ale, jak podejrzewałam, dużo bardziej w kontaktach z kobietami. Przywykł do stawiania na swoim. Jeśli nie wystarczał urok, włączał mózg, którego pozazdrościć mógł mu nawet tak wytrawny strateg jak Rommel.

I w ten sposób został moim współlokatorem.

Trochę zajęło mi rozgryzienie prawdziwego powodu, dla którego się do mnie wprowadził. Samuel potrzebował stada. Wilkołaki nie radzą sobie dobrze w pojedynkę, szczególnie te starsze, a Samuel był bardzo wiekowy. Wiekowy i dominujący. Byłby przywódcą w każdym stadzie z wyjątkiem gromady ojca. Jego ojcem był Bran, Marrok, najbardziej wilczy superwilk ze wszystkich wilków.

Samuel pracował jako lekarz, brał na siebie aż nadto odpowiedzialności. Nie chciał być wilkiem Alfa, nie chciał też zostać w gromadzie ojca.

Został samotnikiem. Zamieszkał ze mną na terytorium stada dorzecza Kolumbii, ale nie jako jego część. Ja z kolei nie byłam wilkołakiem, ale też nie bezbronnym człowiekiem. Zostałam wychowana przez stado Marroka, więc stanowiłam dla Sama prawie rodzinę. Jak do tej pory on i Adam, Alfa tutejszej gromady, jeszcze się nie pozabijali. I miałam nadzieję, że tak zostanie.

– Samuel! – zawołałam, wchodząc do środka. – Sam?

Nie odpowiedział, chociaż siedział w domu. Wyczuwałam go. Specyficzny zapach wilkołaka unosił się zbyt silny, jak na pozostałość. Przeszłam wąskim korytarzykiem i zastukałam w zamknięte drzwi.

Zawsze się pokazywał, kiedy wracałam.

Ostatnio martwiłam się o Samuela i może stąd mój nadmierny niepokój. Nie czuł się za dobrze. Załamany, starał się normalnie funkcjonować, choć utajona depresja przez ostatnie miesiące ani się chyba nie pogarszała, ani nie mijała. Bran też podejrzewał, że nie jest najlepiej. Pewnie właśnie dlatego Samuel mieszkał ze mną, a nie w swoim domu w Montanie – nie chciał, żeby ojciec zorientował się, w jak fatalnym jest stanie.

Wreszcie otworzył drzwi. Wyglądał jak zwykle – wysoki, przystojny, atrakcyjny jak większość wilkołaków, pomimo specyficznego kośćca. Perfekcyjne zdrowie, wieczna młodość i masa mięśni to pewna mieszanka urody.

– Pan wzywał? – zapytał, imitując kamienne oblicze Lurcha i zniżając głos tak bardzo, aż zdumiałam się, że to możliwe. Poprzedniego wieczoru oglądaliśmy w telewizji maraton „Rodziny Addamsów”. Jeśli chciał mnie rozbawić, udało mu się. Choć nie patrzył mi w oczy, jakby bał się, że zmartwi mnie to, co w nich ujrzę.

Na rękach trzymał rozmruczaną Medeę, kotkę rasy Manx. Kocica mrużyła ślepia z zadowolenia i wyginała grzbiet, kiedy ręka głaszczącego ją Samuela przesuwała się po grzbiecie w stronę krótkiego ogonka. Rozanielona, ugniatała go łapami.

– Oj... – Usiłował ją postawić na ziemi, ale wbiła pazury we flanelową koszulę Sama, sczepiając się z nim mocniej niż rzep. I pewnie znacznie boleśniej.

 

– Uhm – mruknęłam, tłumiąc śmiech. – Wychodzę dzisiaj z Adamem, więc kolację jesz we własnym zakresie. Nie zrobiłam zakupów, zatem wybór masz mocno ograniczony.

Odwrócił się do mnie plecami i pochylił nad łóżkiem, żeby odrywana od koszuli Medea nie spadła na podłogę.

– Dobra. Au, kocie. Nie wiesz, że mógłbym cię pożreć jednym kłapnięciem? Nawet ogona, au, nie zdążyłbym wypluć.

Zostawiłam go z Medeą, żeby się przygotować. Nie dotarłam do sypialni, kiedy zadzwonił telefon.

– Cześć, Mercy, już wyszedł, więc dzwonię – usłyszałam w słuchawce nastoletnią córkę Adama.

– Cześć, Jesse, co słychać?

Wystarczyło, że pomyślałam o Adamie i od razu poczułam jego ekscytację, gładką skórę kierownicy pod dłońmi. To dlatego, że Adam Hauptman był nie tylko moim kochankiem, ale także partnerem.

Wśród wilkołaków partner czy towarzysz to nie to samo co wśród ludzi. Te słowa określają parę związaną nie tylko miłością, ale także magią. Dowiedziałam się, że nie we wszystkich związkach ta różnica jest bardzo wyraźna, ale są też takie, w których dwie osoby stają się jakby jednością. Okropność. Na szczęście ja i Adam byliśmy gdzieś pośrodku tej skali. Zazwyczaj.

Kiedy po raz pierwszy pieczętowaliśmy naszą więź, spowodowaliśmy przeładowanie magii i od tamtej pory nasze połączenie bywało kapryśne, czasem dokuczliwe. Przez kilka godzin intensywność więzi nasilała się i malała, a potem znów wszystko znikało na wiele dni. Normalnie, gdyby połączenie było stabilne, pewnie już bym do niego przywykła. Adam zapewniał, że nie powinno to potrwać zbyt długo. Ale przy takich wahaniach pojawienie się więzi nadal mnie zaskakiwało.

Czułam wibracje kierownicy, kiedy Adam uruchomił samochód, i nagle wszystko zniknęło, a ja znów stałam w korytarzu, brudna, nieprzebrana, rozmawiając przez telefon.

– Kręgle – powiedziała Jesse.

– Dzięki, mała. Masz u mnie lody. To lecę pod prysznic.

– Mam u ciebie pięć dolców, ale lody też przyjmę – stwierdziła ze stanowczością wytrawnego handlowca, którą musiałam uznać. – Lepiej niech to będzie błyskawiczny prysznic.

Prowadziliśmy z Adamem pewną grę, tak dla rozrywki. A raczej bawił się ze mną jego wilk, jak podpowiadała mi intuicja. Bo to właśnie wilki uwielbiały grać z ukochanymi w takie małe gierki, w których nie było wygranych i przegranych. Rzadko robiły to w stadzie, ale w mniejszych grupach owszem.

Adam nie mówił, gdzie idziemy. Musiałam sama się tego dowiedzieć, a mogłam stosować wszelkie podstępy. Wyznaczał mi to zadanie, spodziewając się, że mu sprostam, i w ten sposób okazywał mi szacunek.

Dzisiaj przekupiłam jego córkę, żeby zadzwoniła, gdy się czegoś dowie, albo przynajmniej powiedziała, jak się ubrał. Dzięki temu miałam szansę odziać się równie stosownie, choć udawałam zaskoczoną naszą dopasowaną garderobą, skoro nie wiedziałam, gdzie idziemy.

To był nasz rodzaj flirtu, ale także pozwalał odwracać myśli od prawdziwego powodu, dla którego spotykaliśmy się, a nie mieszkaliśmy razem. Mianowicie stadu nie podobało się, że partnerką Alfy jest zmiennokształtna kojocica. Wilki nie lubią dzielić terytorium z braćmi, a co dopiero innymi drapieżnikami. Ale miały dużo czasu, żeby do mnie przywyknąć, i większość nawet przestała już protestować. Dopóki Adam nie wprowadził mnie do stada jako partnerki. Coś takiego nie powinno być nawet możliwe. Nigdy nie słyszano o niewilkołaczym partnerze przyjętym do gromady.

Przygotowałam sobie ciuchy i wskoczyłam pod prysznic. Ustawiłam słaby strumień, żeby nie zmoczyć warkoczy, i zabrałam się do szorowania rąk. Już je myłam, choć w moim przypadku opłacało się robić to przy każdej okazji. Część brudu stała się już niezmywalna i moje dłonie nigdy nie będą wyglądały jak z reklamy kremu.

Kiedy wyszłam spod prysznica owinięta ręcznikiem, dobiegły mnie głosy z saloniku. Samuel i Adam specjalnie mówili cicho, tak że nie rozróżniałam poszczególnych słów, lecz nie słyszałam też w ich głosach żadnego napięcia. Lubili się nawet, ale Adam był Alfą, a Samuel silniejszym od niego samotnikiem. Czasami mieli kłopoty z przebywaniem w tym samym pokoju, jednak najwyraźniej nie dzisiaj.

Podniosłam leżące na łóżku dżinsy.

Kręgle.

Zawahałam się. Mało prawdopodobne. Nie chodziło o same kręgle, Adam uwielbiał w nie grać. Ciskać ciężką kulą w gromadkę bezbronnych pionków i patrzeć na pogrom. To coś, co wilkołaki kochały.

Mało prawdopodobne, żeby Adam powiedział Jesse, gdzie mnie zabiera. Nie w przypadku, kiedy usiłował to przede mną ukryć. Ostatnio mogła powiedzieć mi tylko, w co się ubrał.

Może znów tylko przesadzałam... Otworzyłam szafę i spojrzałam na marny wybór kreacji. Miałam teraz więcej sukienek niż rok temu. O trzy więcej.

Jesse zauważyłaby, gdyby się wystroił.

Zerknęłam na leżące na łóżku dżinsy i niebieską koszulkę. Kusiły wygodą. Hm. Przekupnego zawsze dało się przekupić, a Jesse spodobałaby się rola podwójnego agenta.

Wyciągnęłam szarą sukienkę, dość elegancką, choć nie wieczorową. Wystarczająco strojną do teatru czy restauracji, ale na tyle stonowaną, że na upartego mogłabym iść w niej na kręgle. Założyłam ją, rozplotłam warkocze i rozczesałam włosy.

– Mercy, jeszcze nie jesteś gotowa? – usłyszałam odrobinę rozbawiony głos Samuela. – Wydawało mi się, że wspominałaś o randce?

Otworzyłam drzwi i okazało się, że miałam rację. Adam był w smokingu.

Adam jest niższy od Samuela, zbudowany jak zapaśnik i ma twarz jak... Nie wiem co. Jak twarz Adama. Jest wystarczająco piękna, by odwrócić uwagę od aury władzy, jaką wokół siebie roztacza. Ma ciemne włosy, bardzo krótko przycięte. Kiedyś powiedział mi, że dzięki temu wywiera lepsze wrażenie na wojskowych, z którymi głównie robi interesy. Ale teraz, gdy poznałam go lepiej, uważam, że strzyże się tak ze względu na swoją urodę, która wprawia go w zakłopotanie. Tak krótka fryzura wymazuje wszelkie myśli o próżności i mówi: „Hej, przejdźmy do interesów”.

Kochałabym Adama, nawet gdyby miał troje oczu i dwa zęby, ale czasem jego uroda porusza mnie do głębi. Zamrugałam, odetchnęłam i odsunęłam przemożną pokusę ogłoszenia go swoim, żeby powrócić do trybu konwersacji.

– Ach! – Strzeliłam palcami. – Wiedziałam, że o czymś zapomniałam. – Pobiegłam do szafy i wyjęłam srebrzysty szal, który dodawał sukience odpowiedniej strojności.

Kiedy wróciłam, Samuel wręczał Adamowi pięć dolarów.

– Mówiłem ci, że się domyśli – powiedział Hauptman dumnie.

– Świetnie – zwróciłam się do Adama. – Możesz zapłacić tym Jesse. Powiedziała mi, że idziemy na kręgle. Muszę się postarać o lepszego szpiega.

Rozpromienił się, a ja starałam się wysilić, żeby wyglądać na złą. Dziwne, lecz to nie uroda uśmiechniętego wilkołaka budziła we mnie ciepłe uczucia, choć przyznać trzeba, że uśmiech miał zabójczy. Chodziło o fakt, że to ja byłam powodem tego uśmiechu. Adam nie przejawiał... figlarności. Zachowywał się tak tylko przy mnie.

– Pa, Mercy – pożegnał mnie Samuel, gdy Alfa otwierał drzwi.

Odwróciłam się, a wtedy Sam pocałował mnie w czoło.

– Powodzenia. – Uderzyło mnie, że życzył mi dobrej zabawy w ten sposób, ale reszta już brzmiała normalnie. – Mam dzisiaj nocny dyżur, więc nie zobaczymy się, jak wrócisz. – Popatrzył w oczy Adamowi, którego źrenice na to jawne wyzwanie zwęziły się natychmiast. – Dbaj o nią. – A potem wypchnął nas, zanim Hauptman zdążył zirytować się, że ktoś wydaje mu rozkazy.

Po dłuższej chwili wybuchnął śmiechem i potrząsnął głową.

– Nie martw się – powiedział, wiedząc, że drugi wilk go słyszy. – Mercy świetnie umie zadbać o siebie. Ja jestem tylko od sprzątania bajzlu, jakiego przy tym narobi. – Gdybym na niego nie patrzyła, nie zauważyłabym lekkiego skrzywienia ust, kiedy to mówił, i nie wiedziałabym, że wcale mu się to tak bardzo nie podoba.

Naraz uświadomiłam sobie pewne rzeczy z pełną wyrazistością. Lubię siebie, ale wielu mężczyzn nie przepada za takimi kobietami jak ja. Jestem mechanikiem. Pierwsza żona Adama była krągła, ja jestem jednym mięśniem. Nie ma we mnie wiele kobiecości, jak mawia moja mama. I do tego jeszcze przejawiam dziwne zachowania, pozostałość po gwałcie.

Adam wyciągnął rękę, podałam mu swoją. Umiał zachęcać mnie do dotykania go, nie robił tego pierwszy.

Schodząc po stopniach, popatrzyłam na nasze splecione dłonie. Myślałam, że jest ze mną coraz lepiej, że przestałam się wzdrygać na kontakt fizyczny, że lęk powoli znikał. Ale przyszło mi do głowy, że może to on nauczył się radzić sobie z moimi lękami.

– Co jest? – zapytał, kiedy przystanęliśmy przy samochodzie.

Ford był tak nowy, że nawet nie miał jeszcze zdjętej folii z tylnych bocznych szyb. Zastąpił nim SUV-a pokiereszowanego przez jednego z wilków walczących w mojej obronie, a potem jeszcze bardziej podczas incydentu ze śnieżnym elfem, wielgachnym Pradawnym, który ścigając mnie, zwalił na samochód pół budynku.

– Przestań, Mercy – zmarszczył brwi Adam. – Nie jesteś mi nic winna za ten przeklęty samochód.

Nadal trzymał mnie za rękę i nawet nie zauważyłam, kiedy nasza niestała więź dała mu wgląd w moje myśli. Nagle w moim mózgu pojawiła się wizja, której intensywność powaliła mnie na kolana.


Adam siedział po ciemku w swoim biurze w domu, pracując przy komputerze. Od wielogodzinnego siedzenia przed monitorem piekły go oczy, bolały ręce, a plecy zesztywniały.

Dom stał cichy. Za cichy. Nie było w nim żony, którą trzeba chronić. Tak długo ją kochał... Darzenie kogoś nieodwzajemnionym uczuciem jest bardzo niebezpieczne. A on był żołnierzem, człowiekiem, który nie naraża się świadomie na niebezpieczeństwo bez dobrego powodu. Ona kochała jego status, pieniądze, władzę. Kochałaby to wszystko jeszcze bardziej, gdyby należało do kogoś, kto jej się podporządkuje.

On jej nie kochał. Kochał się o nią troszczyć, kochał kupować jej drobiazgi, kochał wyobrażenie o niej.

Utrata jej była bolesna, ale utrata córki nie do zniesienia. Jesse wnosiła pełno śmiechu, zamieszania, radości... Jej nieobecność okazała się trudna. Jego wilk się niecierpliwił. Wilk, stworzenie żyjące dniem teraźniejszym. Trudno mu wyjaśnić, że Jesse przyjedzie na wakacje. Zresztą jego samego też to niezbyt pocieszało. Dlatego usiłował zatracić się w pracy.