Zew księżyca

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Fabryka Słów proponuje

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Night Broken

Podziękowania

Jak zwykle książka ta by nie powstała, gdyby nie cała moja ekipa redaktorska: Michael i Collin Briggsowie, Michael Enzweiler (który również rysuje mapy), Jeanie Matteucci, Ginny Mohl, Anne Peters i Kaye Roberson. Chcę również podziękować mojej cudownej redaktorce z wydawnictwa Ace, Anne Sowards, i agentce Linn Prentis. Bob Briggs odpowiedział na mnóstwo pytań dotyczących przyrody Montany i wilków. No i Mercedes ma ogromny dług u Bucka, Scotta, Dale’a, Brady’ego, Jasona i wszystkich innych ludzi, którzy przez lata majstrowali przy naszych volkswagenach. Dziękuję wam. Jakiekolwiek błędy znajdujące się w niniejszej książce są mojego autorstwa.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Z początku nie zdawałam sobie sprawy, że jest wilkołakiem. Mój nos nie funkcjonuje najlepiej w smrodzie smaru do osi i spalin ropy – no i nie jest też tak, że dookoła biega wiele zbłąkanych wilkołaków. Więc gdy ktoś grzecznie chrząknął w pobliżu moich stóp, pomyślałam, że to klient.

Majstrowałam pod komorą silnika jetty, montując przekładnię do jej nowego domu. Jedną z wad samotnego prowadzenia warsztatu było to, że musiałam przerywać robotę za każdym razem, gdy zadzwonił telefon lub gdy przyszedł jakiś klient. Robiłam się wtedy zrzędliwa, a to nie pomagało w interesach. Mój wierny pomocnik w biurze i przy narzędziach wyjechał na studia i jeszcze nikim go nie zastąpiłam – trudno znaleźć kogoś, kto chciałby wykonywać robotę, której nawet ja się brzydzę.

– Za sekundkę się panem zajmę – powiedziałam, próbując nie zabrzmieć zgryźliwie. Robię, co w mojej mocy, by nie odstraszać klientów, jeśli tylko coś mogę na to poradzić.

Niech szlag trafi dźwignię przekładni. Jedyny sposób na umieszczenie jej w starej jetcie polega na wykorzystaniu siły mięśni. Czasami fakt, że jestem kobietą, przydaje się w moim fachu – w niektóre miejsca męskie dłonie po prostu się nie mieszczą. Jednakże nawet podnoszenie ciężarów i ćwiczenia karate nie zdołają uczynić mnie tak silną, jak silny może być mężczyzna. Zazwyczaj lewarek stanowi kompensatę, lecz czasami nic nie zastąpi tężyzny fizycznej, a ja mam jej zaledwie tyle, by móc wykonywać tę robotę.

Stękając z wysiłku, za pomocą jednej ręki i kolana umieściłam przekładnię we właściwym miejscu. Drugą ręką wsunęłam sworzeń i zaczęłam go przykręcać. Jeszcze nie skończyłam, ale przekładnia pozostanie na miejscu, podczas gdy ja będę się zajmować klientem.

Wzięłam głęboki oddech i rozciągnęłam usta w najszerszym uśmiechu, na jaki było mnie stać, po czym wytoczyłam się spod samochodu. Wytarłam ręce w szmatę.

– W czym mogę pomóc? – zapytałam, zanim zdążyłam się przyjrzeć nieznajomemu. I zanim do mnie dotarło, że nie był klientem, chociaż bez wątpienia potrzebował pomocy.

Jego wytarte na kolanach dżinsy były poplamione zaschniętą krwią oraz ziemią. Na brudną koszulkę miał narzuconą przyciasną flanelową koszulę – nieodpowiednie ubranie jak na listopadowe popołudnie na wschodzie stanu Waszyngton.

Wyglądał mizernie, jak gdyby ostatni raz posilał się dość dawno temu. Chociaż mój nos nadal tkwił w przenikających warsztat oparach benzyny, ropy i substancji zapobiegającej zamarzaniu, wyczułam, że minął równie długi czas, odkąd chłopak widział prysznic. Spod warstwy brudu i potu przebijał zapach pierwotnego strachu, wymieszany z charakterystyczną wonią wilkołaka.

– Zastanawiałem się, czy nie miałaby pani dla mnie jakiegoś zajęcia – powiedział z wahaniem. – Nie chodzi o prawdziwą pracę, proszę pani. Tylko taką na kilka godzin.

Wyczułam jego niepokój. Zaraz potem zalała go fala adrenaliny, kiedy zaprzeczyłam ruchem głowy. Zaczął mówić tak szybko, że kolejne słowa zdawały się na siebie zachodzić.

– Praca też byłaby okej, ale nie mam NIP-u, więc musiałaby być na czarno za gotówkę.

Większość ludzi, którzy szukają pracy za gotówkę, to nielegalni imigranci próbujący przetrwać od pory zbioru do zasiewu. Ten chłopak, oprócz faktu, że był wilkołakiem, był białym Amerykaninem o kasztanowych włosach i brązowych oczach. Sądząc po wzroście, mógł mieć osiemnaście lat, ale moje zmysły – które są całkiem czułe – określiły jego wiek na bliższy liczbie piętnaście. Miał szerokie, ale kościste ramiona, a dłonie nienaturalnie duże, jak gdyby tylko one osiągnęły ostateczne rozmiary.

– Jestem silny – powiedział. – Nie znam się za bardzo na naprawianiu samochodów, ale pomagałem wujkowi utrzymać jego garbusa na chodzie.

Wierzyłam, że jest silny – jak każdy wilkołak. Gdy tylko do moich nozdrzy dotarł wyraźny, piżmowo-miętowy zapach, poczułam przemożną chęć, by go usunąć ze swojego terytorium. Jednakże, nie będąc wilkołakiem, nie jestem kontrolowana przez instynkty – to ja je kontroluję. No i do tego chłopak, drżąc pod wpływem zimna i wilgoci listopadowej pogody, obudził we mnie inne, silniejsze instynkty.

Prowadzę prywatną politykę niełamania prawa. Stosuję się do ograniczeń prędkości, ubezpieczam samochody, płacę nieco więcej podatku niż muszę. Dałam dwudziestkę albo dwie ludziom, którzy prosili, ale nigdy nie zatrudniałam kogoś, kto nie mógłby się pojawić na mojej liście płac. Pozostawał jeszcze jeden problem – chłopak był wilkołakiem, w dodatku nowym, o ile jestem dość kompetentna, by to ocenić. Młodzi w mniejszym stopniu kontrolują swoje wilki.

Nie skomentował, że to dziwnie spotkać kobietę mechanika. Z pewnością przez jakiś czas mnie obserwował, na tyle długo, by do tego faktu przywyknąć. Tak czy inaczej, nic nie powiedział, dzięki czemu zdobył kilka punktów – wciąż jednak zbyt mało, by zasłużyć na to, o czym właśnie myślałam.

Potarł dłonie i zaczął w nie chuchać, aby rozgrzać poczerwieniałe z zimna palce.

– W porządku – powiedziałam wolno. Nie była to najmądrzejsza decyzja, ale jedyna, jaką mogłam podjąć, widząc, jak chłopak się trzęsie. – Zobaczymy, czy dasz sobie radę. Tam jest pralnia i prysznic – wskazałam na znajdujące się na tyłach warsztatu drzwi. – Mój ostatni asystent zostawił stare ciuchy robocze. Znajdziesz je na wieszaku w pralni. Jeśli chcesz, weź prysznic i się przebierz, a ubrania, które masz na sobie, wrzuć do pralki. W pralni jest lodówka, a w niej kanapka z szynką i napój gazowany. Zjedz i wróć, jak będziesz gotowy.

Położyłam nacisk na „zjedz” – nie miałam zamiaru pracować z głodnym wilkołakiem, mimo że do pełni księżyca pozostawały prawie dwa tygodnie. Niektórzy ludzie twierdzą, że wilkołaki zmieniają kształt tylko podczas pełni, ale według innych duchy nie istnieją. Chłopak zesztywniał, kiedy usłyszał polecenie. Podniósł oczy, napotykając mój wzrok.

Po chwili wymamrotał „dziękuję” i zniknął za drzwiami, które delikatnie za sobą zamknął. Wypuściłam powietrze z płuc. Zwykle nie jestem aż tak głupia, by rozkazywać wilkołakowi – to przez tę całą hecę z koniecznością dominowania.

 

Instynkty wilkołaków bywają uciążliwe – właśnie dlatego wilkołaki nie dożywają późnego wieku. Przez te same instynkty ich dzicy bracia przegrali z cywilizacją, podczas gdy kojoty mają się dobrze, nawet w obszarach zurbanizowanych, takich jak Los Angeles.

Kojoty są moimi braćmi. Och, nie jestem kojotołakiem, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Jestem zmiennokształtna.

Termin ten ma swoje źródło w wierzeniach południowo-zachodnich Indian. Wiedźmy niektórych plemion, zwane „skórokształtnymi”, za pomocą odpowiedniego rodzaju skóry przyjmują postać zwierzęcia i wędrują po okolicy, sprowadzając na ludzi choroby i śmierć. Biali osadnicy mylnie używali tego określenia w stosunku do zmiennokształtnych i nazwa ta do nas przylgnęła. Obecna sytuacja nie pozwala nam na sprzeciw – nawet gdybyśmy się ujawnili jak pomniejsi nieludzie, jest nas zbyt mało, by ktokolwiek zaprzątał sobie głowę naszym zdaniem.

Nie sądziłam, by chłopak wiedział, czym jestem. W przeciwnym razie nie odwróciłby się do mnie plecami – do mnie, czyli do innego drapieżnika. Ani nie przeszedłby przez drzwi, żeby wziąć prysznic i się przebrać. Wilki może i mają bardzo dobry węch, ale warsztat przepełniały intensywne zapachy, a poza tym wątpiłam, by chłopak kiedykolwiek wcześniej spotkał kogoś takiego jak ja.

– Czyżbyś właśnie znalazła zastępstwo za Tada?

Odwróciłam się. Do warsztatu wszedł Tony, który najwyraźniej przez jakiś czas mnie obserwował. Był w tym dobry – na tym polegała jego praca.

Miał gładką skórę i czarne, zaczesane do tyłu i związane w krótki kucyk włosy. W prawym uchu nosił diamentowy ćwiek oraz trzy małe kółka – od naszego ostatniego spotkania przybyły dwa. W cienkiej koszulce eksponującej rezultaty wielogodzinnego podnoszenia ciężarów i rozpinanej bluzie z kapturem wyglądał jak z plakatu werbunkowego latynoskiego gangu.

– Negocjujemy – odparłam. – Na razie tylko na jakiś czas. Pracujesz?

– Nie. Dali mi dzisiaj wolne za dobre sprawowanie.

Temat mojego nowego pomocnika najwyraźniej nie dawał Tony’emu spokoju, ponieważ po chwili powiedział:

– Widywałem go w pobliżu przez kilka ostatnich dni. Wydaje się w porządku – może to jakiś zbieg.

„W porządku” oznaczało zero narkotyków i przemocy. To ostatnie mnie uspokoiło.

Kiedy jakieś dziewięć lat temu zaczęłam pracować w warsztacie, Tony prowadził mały lombard tuż za rogiem. Ponieważ właśnie tam znajdował się najbliższy automat z napojami, widywaliśmy się dość często. Po jakimś czasie lombard przeszedł w inne ręce. Nic sobie z tego nie robiłam, dopóki nie wyczułam, że to właśnie Tony stoi na rogu ulicy z kawałkiem kartonu zawieszonym na szyi: PODEJMĘ PRACĘ ZA JEDZENIE.

Mówię „wyczułam”, ponieważ dzieciak z zapadniętymi oczami nie przypominał stonowanego, radosnego mężczyzny w średnim wieku, który niegdyś prowadził własny interes. Wstrząśnięta przywitałam go, używając imienia, pod jakim go znałam. Dzieciak spojrzał na mnie jak na wariatkę, ale następnego ranka Tony czekał przy warsztacie. To właśnie wtedy postanowił mi powiedzieć, czym się zajmuje. Wcześniej nawet nie podejrzewałam, że w miejscach tak małych jak Tri-Cities pracują tajniacy.

Od tamtego dnia wpadał do mnie co jakiś czas, z początku za każdym razem w innym przebraniu. Mój warsztat znajduje się na obrzeżach dzielnicy, która niemal dorównuje Kennewick, jeśli chodzi o wskaźniki przestępczości, więc mógł mnie odwiedzać, kiedy miał w okolicy jakieś zadanie. Wkrótce zrozumiałam jednak, jaki był prawdziwy powód tych wizyt – czuł się zakłopotany, że go wtedy rozpoznałam. Przecież nie mogłam mu powiedzieć, że go wyczułam, prawda?

Jego matka była Włoszką, a ojciec Wenezuelczykiem. Ta mieszanka genów nadała jego twarzy rysów, a skórze koloru, dzięki którym mógł uchodzić za kogokolwiek, począwszy od Meksykanina, a na Afroamerykaninie skończywszy. Mógłby też z powodzeniem udawać osiemnastolatka, gdyby wymagała tego sytuacja, chociaż musiał być ode mnie kilka lat starszy – liczył sobie jakieś trzydzieści trzy wiosny. Mówił płynnie po hiszpańsku i potrafił zabarwić swój angielski połową tuzina różnych akcentów.

Wszystkie te atrybuty pozwoliły mu zdobyć pracę tajniaka, ale to dzięki językowi ciała był w niej naprawdę dobry. W jednej chwili potrafił kroczyć, kołysząc biodrami, jak to często czynią przystojni młodzi Latynosi, a w drugiej szurać nogami jak narkoman na głodzie.

Po jakimś czasie pogodził się z faktem, że nie można mnie zmylić przebraniami, za pomocą których potrafił oszukać szefa i, jak twierdził, własną matkę, ale wtedy byliśmy już przyjaciółmi. Nadal wpadał pogawędzić przy filiżance kawy lub gorącej czekolady, kiedy akurat przejeżdżał w pobliżu.

– Wyglądasz bardzo młodo i męsko – powiedziałam. – Czy te kolczyki to element nowego wizerunku policji Kennewick? Policja w Pasco ma dwa kolczyki, więc gliny z Kennewick muszą mieć cztery?

Tony wyszczerzył zęby w uśmiechu, przez co wydał się starszy i bardziej niewinny.

– Przez kilka ostatnich miesięcy pracowałem w Seattle. Mam też nowy tatuaż. Na szczęście dla mnie w takim miejscu, gdzie moja matka nigdy go nie zobaczy.

Twierdził, że panicznie boi się matki. Osobiście nigdy jej nie poznałam, ale kiedy o niej mówił, pachniał szczęściem, a nie strachem, więc nie mogła z niej być aż taka wiedźma.

– Co się stało, że postanowiłeś zawitać w moje skromne progi?

– Chciałem zapytać, czy nie zerknęłabyś na samochód pewnej osoby – powiedział.

– To volkswagen?

– Buick.

Uniosłam brwi.

– Mogę go obejrzeć, ale nie specjalizuję się w amerykańskich samochodach, nie mam odpowiednich komputerów. Twój znajomy powinien pojechać z nim gdzieś, gdzie się znają na buickach.

– ONA już była u trzech różnych mechaników. Wymieniła sondę, świece zapłonowe i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nadal coś jest nie tak. Ostatni facet stwierdził, że nie obejdzie się bez wymiany silnika i że mógłby go załatwić za dwa razy tyle, ile jest wart cały samochód. Ona nie zarabia zbyt wiele, a potrzebuje tego samochodu.

– Dobra, nie policzę za przegląd, a jeśli stwierdzę, że dam radę go naprawić, to się do niej odezwę. – Odrobina złości, jaką dosłyszałam w głosie Tony’ego, podsunęła mi pewną myśl. – Czy to TWOJA pani?

– To nie jest moja pani – zaprotestował nieprzekonująco.

Przez ostatnie trzy lata miał oko na jedną z policyjnych dyspozytorek, wdowę ze zgrają dzieciaków. Nie zamierzał jednak niczego z tym robić, ponieważ kochał swoją pracę – a jego praca, jak mawiał ze smutkiem, nie sprzyjała randkom, małżeństwu ani wychowywaniu dzieciaków.

– Niech podjedzie. Może zostawić tego buicka na dzień lub dwa. Zapytam Zee, czy nie znalazłby chwili, żeby rzucić na niego okiem. – Zee, mój były szef, przeszedł na emeryturę, kiedy sprzedał mi warsztat, ale wpadał co jakiś czas pogrzebać przy autach, „żeby nie wyjść z wprawy”. Wiedział o nich więcej niż cała ekipa inżynierów z Detroit.

– Dzięki, Mercy. Jesteś wspaniała. – Tony zerknął na zegarek. – Muszę lecieć.

Pomachałam mu na pożegnanie i wróciłam do montowania przekładni. Samochód współpracował, co się rzadko zdarza, więc nie zajęło mi to zbyt wiele czasu. Zanim mój nowy pomocnik wyłonił się czysty i odziany w stary kombinezon Tada, zaczęłam montować pozostałe części. Nawet kombinezon nie był w stanie uchronić przed zimnem na zewnątrz, ale w warsztacie, przy włączonym wielkim kaloryferze, nie odczuwało się chłodu.

Chłopak pracował szybko i sprawnie – nie ulegało wątpliwości, że miał już okazję spędzić kilka godzin z głową pod maską samochodu. Nie stał z boku, obserwując, lecz wręczał mi odpowiednie części, zanim zdążyłam o nie poprosić. Odgrywał rolę małpki podającej narzędzia w taki sposób, jak gdyby zdążył do tego przywyknąć. Albo był z natury małomówny, albo nauczył się trzymać gębę na kłódkę, ponieważ przez parę godzin pracowaliśmy głównie w ciszy. Skończyliśmy pierwszy samochód i wzięliśmy się za następny, zanim postanowiłam się odezwać.

– Mam na imię Mercedes – powiedziałam, poluzowując śrubę alternatora. – Jak się do ciebie zwracać?

Oczy chłopaka na moment zalśniły.

– Mercedes, mechanik Volkswagena? – Szybko umilkł i wymamrotał: – Przepraszam. Założę się, że słyszała to pani mnóstwo razy.

Uśmiechnęłam się szeroko, podając mu śrubę.

– Taaa. Ale nad mercedesami też pracuję. Nad wszystkim, co niemieckie. Porsche, Audi, BMW, nawet nad dziwacznym Oplem. Głównie starocie po gwarancji, chociaż mam komputery do większości nowszych modeli.

Odwróciłam głowę, by mieć lepszy widok na upartą śrubę numer dwa.

– Możesz do mnie mówić Mercedes albo Mercy, jak wolisz. A jak się zwracać do ciebie?

Nie lubię przypierać do muru ludzi, którzy są zmuszeni kłamać. Gdyby był zbiegiem, prawdopodobnie nie podałby prawdziwego imienia, ale skoro miałam z nim pracować, potrzebowałam czegoś lepszego od „hej, ty”.

– Mów do mnie Mac – odparł po chwili.

Jej długość sugerowała niedwuznacznie, że chłopak zwykle posługiwał się innym imieniem, ale to na razie musiało wystarczyć.

– A więc, Mac, może zadzwoniłbyś do właściciela jetty przekazać mu, że grat jest gotowy? – Skinęłam głową w kierunku samochodu, który skończyliśmy naprawiać. – Na drukarce leży faktura. Znajdziesz tam numer telefonu i koszt wymiany przekładni. Jak się uporam z tym paskiem, zabiorę cię na obiad. To część twojej tygodniówki.

– Okej.

Chłopak wyglądał na nieco zagubionego. Musiałam go zatrzymać, kiedy ruszył do drzwi prowadzących pod prysznic. Biuro mieściło się z boku budynku, tuż przy parkingu, z którego korzystali klienci.

– Do biura szarymi drzwiami – powiedziałam. – Obok telefonu leży ścierka. Chwyć przez nią słuchawkę, żeby nie upaćkać wszystkiego smarem.


Wracając wieczorem do domu, z niepokojem rozmyślałam o Macu. Zapłaciłam mu z góry za robotę i powiedziałam, że miło będzie go jeszcze zobaczyć. Chłopak posłał mi wątły uśmiech, wetknął pieniądze do tylnej kieszeni spodni i wyszedł bez słowa, a ja pozwoliłam mu odejść. Wiedziałam, że nie miał gdzie spać, ale nie przychodził mi do głowy pomysł, gdzie go zakwaterować.

Mogłabym zaprosić go do siebie, ale byłoby to zbyt niebezpieczne dla nas obojga. Wyglądało na to, że Mac w niewielkim stopniu korzystał ze swojego nosa, niemniej jednak w końcu musiałby się zorientować, czym jestem – a wilkołaki, nawet w ludzkiej postaci, rzeczywiście dysponują siłą, jaką przypisują im stare filmy. Sporo ćwiczę w dojo, które znajduje się zaraz za torami kolejowymi, i mam fioletowy pas wschodnich sztuk walki, ale mimo to dla wilkołaka nie stanowię większego zagrożenia. Wątpiłam, by chłopak kontrolował już swoją bestię na tyle, by się powstrzymać przed rozszarpaniem kogoś, kogo postrzegałby za drapieżnika rywalizującego z nim o terytorium.

No i był jeszcze mój sąsiad.

Mieszkam w Finley, dziesięć minut drogi od warsztatu. To wiejska okolica, położona w starej przemysłowej części Kennewick. Mój dom na kółkach, dość obszerna przyczepa prawie tak stara jak ja, spoczywa w samym środku kilkuakrowej działki. W Finley znajduje się sporo działek o małej powierzchni z przyczepami lub domami modułowymi, lecz wzdłuż rzeki można zobaczyć posiadłości takie jak ta, w której mieszka mój sąsiad.

Żwir chrzęścił pod kołami samochodu. Skręciłam na podjazd i zatrzymałam starego Królika[1] przed domem. Gdy tylko wysiadłam, zauważyłam, że na werandzie stoi klatka dla kotów.

Medea miałknęła żałośnie, ale zanim ją wypuściłam, oderwałam przyczepioną do klatki karteczkę.

PANI THOMPSON – czytałam – PROSZĘ TRZYMAĆ KOTKĘ Z DALA OD MOJEGO DOMU. ZJEM JĄ, JEŚLI JĄ ZNÓW ZOBACZĘ.

Karteczka nie była podpisana.

Zwolniłam zatrzask, wyjęłam kotkę i potarłam twarzą o jej miękką sierść.

– Czy ten niegodziwy stary wilkołak wetknął biedną kocinę do pudła i tak ją zostawił?

Medea pachniała sąsiadem, więc prawdopodobnie Adam trzymał ją jakiś czas na kolanach, zanim postanowił ją tu przynieść. Większość kotów nie lubi wilkołaków – czy też zmiennokształtnych, takich jak ja. Medea, stare poczciwe kocisko, lubi wszystkich, nawet mojego zrzędliwego sąsiada. I właśnie dlatego często ląduje w klatce na werandzie.

 

Adam Hauptman, z którym łączyła mnie przede wszystkim tylna część ogrodzenia, był Alfą w miejscowym stadzie wilkołaków. To, że w Tri-Cities żyły wilkołaki, stanowiło swoistą anomalię. Zwykle stada wybierają na siedziby wielkie miasta, gdzie łatwiej się ukryć, lub, zdecydowanie rzadziej, małe, nad którymi mogą zapanować. Ale wilkołaki dobrze sobie radzą w wywiadzie i sektorze militarnym, a w działalność zlokalizowanego nieopodal Hanford kompleksu elektrowni atomowej zaangażowanych było mnóstwo agencji, których nazwy są akronimami. Dlaczego wilkołak Alfa zdecydował się nabyć ziemię tuż przy mojej? Cóż, jak podejrzewam, chodziło o wilkołacze dążenie do dominowania nad istotami gorszego gatunku. Ewentualnie o przepiękny widok na rzekę.

Adama wkurzało, że moja stara przyczepa szpeci jego rozlazłe gmaszysko – chociaż, na co czasem zwracałam mu uwagę, mój dom już tu stał, zanim on kupił swoją działkę i zaczął się na niej budować. Co więcej, przy każdej okazji musiał mi przypominać, że mieszkam tu tylko dlatego, że ON mnie toleruje. Przecież jako zmiennokształtna nie jestem dla niego prawdziwym przeciwnikiem.

W odpowiedzi na te skargi zwykle skłaniam z szacunkiem głowę i przemawiam prosto do jego twarzy, a następnie wystawiam za dom zdezelowanego Królika, którego trzymam na części. Stary gruchot jest doskonale widoczny z okna sypialni uroczego sąsiada.

Byłam prawie pewna, że Adam nie zjadłby mojej kotki, ale wolałam przez jakiś tydzień zamykać Medeę w przyczepie. Niech mu się wydaje, że przestraszyły mnie jego groźby. Cała sztuka obcowania z wilkołakami polega na tym, by unikać bezpośredniej konfrontacji.

Medea miauczała, mruczała i machała kikutem ogona, gdy napełniałam jej miskę. Kiedy ją znalazłam, pomyślałam, że jakiś sadysta odciął jej ogon, ale mój weterynarz powiedział, że Medea rasy Manx i taka się już urodziła. Jeszcze raz ją pogłaskałam, po czym podeszłam do lodówki, by wyciągnąć coś na kolację.

– Przyprowadziłabym Maca do domu, gdybym wiedziała, że Adam zostawi go w spokoju – powiedziałam do kotki – ale wilkołaki nie są przychylnie nastawione do obcych. Mają te swoje zasady, których się trzymają, kiedy nowy wilk wkracza na czyjeś terytorium, a coś mi mówi, że Mac nie wystosował jeszcze petycji do stada. Wilkołak nie zamarznie, śpiąc na dworze, choćby nie wiem jak brzydka była pogoda. Nie powinno mu się stać nic złego.

– Chociaż – ciągnęłam, chwytając za miskę z resztkami spaghetti, na które postanowiłam przypuścić szturm – jeśli Mac ma kłopoty, Adam mógłby mu pomóc. – Lepiej będzie delikatnie poruszyć tę kwestię, kiedy już poznam historię chłopaka.

Zjadłam na stojąco i spłukałam talerz, a następnie ległam na tapczan i włączyłam telewizor. Zanim zaczęła się pierwsza reklama, Medea miauknęła i wskoczyła mi na kolana.


Następnego dnia Mac się nie pojawił. Mógł nie wiedzieć, że pracuję w soboty, jeśli tylko są jakieś samochody do naprawienia. A może po prostu ruszył w dalszą drogę.

Liczyłam, że zdążę w delikatny sposób przygotować stado na przybycie Maca, zanim znajdzie go Adam lub jeden z jego wilków. Zasady, które od wieków pozwalały wilkołakom żyć pośród ludzi w ukryciu, zazwyczaj miały fatalne skutki dla tych, którzy je łamali.

Pracowałam do południa. Potem zadzwoniłam poinformować pewną miłą młodą parę, że ich auto to beznadziejny przypadek. Wymiana silnika kosztowałaby więcej, niż wynosiła wartość samochodu. Przekazywanie złych wiadomości nie należało do moich ulubionych obowiązków. Kiedy Tad, mój dawny pomocnik, kręcił się jeszcze po warsztacie, to on za to odpowiadał. Odwiesiłam słuchawkę przygnębiona prawie tak bardzo, jak zrozpaczeni właściciele ukochanego samochodu, którego celem najbliższej i ostatniej podróży było złomowisko.

Wskoczyłam pod prysznic i wydłubałam zza paznokci tyle smaru, ile zechciało wyjść, po czym siadłam do niekończącej się papierkowej roboty, którą również zwykłam obarczać Tada. Cieszyłam się, że dostał stypendium – dzięki temu wyruszył na uniwersytet, który sam wybrał, notabene jeden z najlepszych w kraju. Ale mimo wszystko bardzo mi go brakowało. Po dziesięciu minutach gapienia się w cyferki doszłam do wniosku, że nie mam do zrobienia niczego, co nie mogłoby poczekać do poniedziałku. Pozostawało mieć nadzieję, że do tego czasu znajdzie się coś wystarczająco pilnego, by poczekać z papierami do wtorku.

Przebrałam się w czyste dżinsy i koszulkę, chwyciłam kurtkę i ruszyłam do O’Leary’ego na obiad. Po obiedzie podskoczyłam do spożywczego i kupiłam małego indyka dla siebie i Medei.

Kiedy wsiadałam do samochodu, na komórkę zadzwoniła mama. Próbując obudzić we mnie poczucie winy, nakłaniała mnie do odwiedzenia Portland w Święto Dziękczynienia albo Boże Narodzenie. Chytrze wykręciłam się od obydwu zaproszeń – przez dwa lata wspólnego mieszkania zaliczyłam tyle spotkań rodzinnych, że mam ich dość na całe życie.

Nie chodzi o to, że coś z moją rodziną nie tak. Wręcz przeciwnie – Curt, mój ojczym, jest spokojnym, rzeczowym i poważnym mężczyzną, który stanowi idealną przeciwwagę dla matki. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że nie miał pojęcia o moim istnieniu, a dokładnie w wieku szesnastu lat, kiedy stanęłam w drzwiach jego domu. Mimo to bez żadnych pytań wpuścił mnie do środka i odtąd traktował jak własną córkę.

Moja mama, Margi, jest pełną życia i radośnie nieodpowiedzialną kobietą. Wcale nietrudno sobie wyobrazić, że zadała się z jeźdźcem rodeo takim jak mój ojciec. Nie trudniej niż to, że od niego uciekła, by dołączyć do trupy cyrkowej. Fakt, że jest przewodniczącą szkolnej rady rodziców, zdumiewa.

Lubię ich oboje. Lubię nawet całe przyrodnie rodzeństwo, które z entuzjazmem powitało mnie w swoim życiu. Wszyscy razem tworzą jedną z tych wielkich, „modelowych” rodzin, o których telewizja z takim upodobaniem mówi, że są normalne. Jestem bardzo szczęśliwa, wiedząc, że tacy ludzie istnieją, ale ja po prostu do nich nie należę. Aby nie najeżdżali na mój dom, odwiedzam ich dwa razy do roku, pilnując, by odwiedziny nie przypadły w żadne święto. Większość tych wyjazdów trwa bardzo krótko. Kocham ich, ale kochanie idzie mi zdecydowanie lepiej na odległość.

Zanim się rozłączyłam, ogarnęły mnie smutek i poczucie winy. Wróciłam do domu, włożyłam indyka do lodówki i nakarmiłam kotkę. Sprzątanie nie poprawiło mi humoru – nie jestem pewna, dlaczego zakładałam, że poprawi – więc wsiadłam ponownie do samochodu i pojechałam do Hanford Reach.

Rzadko jeżdżę do Reach. Miejsca odpowiednie do biegania znajdują się zdecydowanie bliżej, a Góry Błękitne są najlepsze, gdy mam ochotę na dłuższą przejażdżkę. Jednak czasami moja dusza rwie się do odludnej i jałowej przestrzeni rezerwatu – a w szczególności po rozmowie z mamą.

Zaparkowałam samochód i pokręciłam się po okolicy, by zyskać pewność, że jestem sama. Następnie rozebrałam się, schowałam ubrania do plecaka i zmieniłam postać.

Wilkołaki potrzebują nawet piętnastu minut, by przybrać formę wilka, a sama przemiana, o czym należy pamiętać, sprawia im ból. Nie należą do najmilszych zwierząt, a jeśli właśnie zakończyły przemianę, lepiej unikać ich towarzystwa.

Przemiana zmiennokształtnych – przynajmniej moja, bo innych zmiennokształtnych nie znam – trwa krótko i nie boli. W jednej chwili jestem człowiekiem, a już w następnej kojotem – prawdziwa magia.

Potarłam mrowiącym nosem o przednią łapę. Trzeba chwili, by się przyzwyczaić do czworonożnego sposobu chodzenia i biegania. Wiem, ponieważ sprawdziłam, że kojoty widzą inaczej niż ludzie, ale mój wzrok jest prawie taki sam w obydwu postaciach. Słuch i węch nieco się poprawiają, jednak nawet w formie człowieka moje zmysły działają zdecydowanie lepiej niż ludzkie.

Zatargałam wypchany plecak w zarośla, a następnie pozbyłam się resztek człowieczeństwa i pognałam w głąb rezerwatu.

Kiedy już pogoniłam trzy króliki, podokuczałam jakiejś parze w łodzi i ujrzałam odbicie mojego włochatego „ja” na powierzchni wody, poczułam się znacznie lepiej. Księżyc nie zmusza mnie do przyjmowania zwierzęcej formy, ale jeśli zbyt długo chodzę na dwóch nogach, robię się humorzasta i niespokojna.

Przyjemnie zmęczona i na powrót w ludzkiej postaci wsiadłam do samochodu. Mamrocząc słowa modlitwy, przekręciłam kluczyk. Silnik diesla zaskoczył i zamruczał. Nigdy nie miałam pewności, czy Królik zapali. Nie jeżdżę nim, bo jest dobry, ale dlatego, że jest tani. Istnieje wiele prawdy w powiedzeniu, że wszystkie samochody mające w nazwie zwierzę to buble.


W niedzielę poszłam do kościoła. Mój kościół, tak mały, że musi dzielić pastora z trzema innymi, to jeden z tych kościołów bezwyznaniowych. Uważając przede wszystkim na to, by nikogo nie potępiać, ma niewielką siłę przebicia i trudno mu przyciągnąć rzeszę stałych wyznawców. Stosunkowo niewiele ludzi przychodzi regularnie i zazwyczaj zostawiamy się nawzajem w spokoju. Ze względu na wyjątkową sytuację, która umożliwia mi zrozumienie, jak wyglądałby świat bez Boga i kościołów chroniących od najgorszego zła, jestem wierną uczestniczką nabożeństw.

Nie chodzi o wilkołaki. Wilkołaki mogą być niebezpieczne, jeśli wejdziesz im w drogę, ale wystarczy zachować ostrożność, a raczej nie zrobią ci krzywdy. W każdym razie nie są większym złem niż niedźwiedź grizzly czy rekin ludojad.

Istnieją jednak inne stworzenia. Stworzenia, które czyhają w ciemności, stworzenia o wiele, wiele gorsze – a wampiry to tylko wierzchołek góry lodowej. Bez trudu ukrywają swoją naturę przed ludźmi, tylko że ja nie jestem człowiekiem. Gdy już je spotkam, potrafię je rozpoznać, a one rozpoznają mnie; zatem chodzę co tydzień do kościoła.

Tamtej niedzieli nasz pastor zachorował. Jego zastępca wygłosił kazanie oparte na fragmencie Księgi Wyjścia: NIE ZOSTAWISZ PRZY ŻYCIU CZAROWNICY, rozszerzając znaczenie terminu „czarownica” na nieludzi. Z miejsca, w którym siedziałam, wyraźnie czułam bijący od duchownego fetor strachu i gniewu. To przez takich jak on przedstawiciele nadnaturalnej społeczności nadal musieli się ukrywać dwie dekady po tym, jak zmuszono pomniejszych nieludzi, by się ujawnili.