Żar mrozu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Od Autorki

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Night Broken


Mike’owi,

który wniósł światło w moje życie.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Trzeba było jechać vanem – stwierdziła moja pasierbica. Mówiła normalnym tonem, ale minę miała jeszcze niewyraźną.

– Trzeba było w ogóle nie jechać – mruknęłam, dopychając klapę bagażnika. Jak na tak mały samochód, Królik miał spory bagażnik, a byłyśmy w sklepie zaledwie dwadzieścia minut. Często robię zakupy w Walmarcie, ale w życiu tyle nie kupiłam. A wyszłyśmy jeszcze przed ogłoszeniem okazji o północy. I mimo to nakupiłyśmy masę różności. W dodatku większość wcale nie była w promocji. Kto tak robi?

– Och, daj spokój – prychnęła z wymuszoną wesołością. – Jest czarny piątek. Wszyscy chodzą na zakupy w czarny piątek.

Podniosłam głowę znad opornej klapy mojego biednego, przeładowanego samochodu i rozejrzałam się po parkingu marketu budowlanego.

– Nie da się ukryć – wymamrotałam.

Market nie był co prawda czynny nocą w czarny piątek, ale miał ogromny parking, z którego skorzystały tłumy klientów Walmartu. Na tamtejszy parking nie wcisnąłby się nawet rower. Nie sądziłam, że w Tri-Cities mieszka tyle ludzi – a przecież był to tylko jeden z trzech Walmartów w mieście, i to ten, który naszym zdaniem miał być najmniej oblężony.

– Może podjedziemy teraz do Targetu? – zastanowiła się Jesse, przyprawiając mnie o lodowaty dreszcz. – Mają w promocji nowy „Łup straszliwego pirata IV – gorące skarby”, za pół ceny, dzisiaj o północy premiera. Krążyły plotki, że są problemy z produkcją, a to oznacza, że gra przed świętami normalnie będzie nie do zdobycia.

„Łup straszliwego pirata III – saczki i złote gorsety”, lepiej znany jako ŁSPTSIZG – nie żartuję, jeśli ktoś nie potrafił wypowiedzieć skrótu literowego bez przerwy i zająknięcia dziesięć razy z rzędu, nie był Prawdziwym Graczem – to ulubiona gra watahy. Dwa razy w miesiącu znosili do sali konferencyjnej laptopy i monitory, a potem grali do rana. Groźne, okrutne wilkołaki grające przez Internet w grę o piratach stanowiły niezły widok. Aż dziw, że podczas rozgrywek trup nie słał się gęsto. Na razie.

– I te plotki o trudnej dostępności wyciekły do prasy akurat w czarny piątek? – zapytałam z przekąsem.

Uśmiech na zaróżowionej od zimnego listopadowego wiatru twarzy nie był już tak wymuszony jak przez ostatnie parę godzin, odkąd matka Jesse zadzwoniła podczas kolacji świętodziękczynnej i odwołała plany na Boże Narodzenie.

– Jesteś cyniczna. Za dużo przebywasz z tatą.

Tak więc w pogoni za łupem piratów przejechałyśmy na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się Target. Parking tego sklepu przypominał ten walmartowy, jednakże Target, w przeciwieństwie do Walmartu, nie był otwarty przez cały czas. Przed drzwiami stała długa kolejka czekająca na otwarcie o północy, co, według mojego zegarka, miało nastąpić za dwie minuty. Ogonek ciągnął się od wejścia do Targetu, zakręcał wokół magazynu obuwniczego i ogromnego sklepu zoologicznego i znikał za rogiem pasażu handlowego, rozpływając się w ciemnościach.

– Jeszcze nie otworzyli. – Nie miałam ochoty iść tam, gdzie kończyła się kolejka. Zastanawiałam się, czy tak właśnie czuli się żołnierze, którzy podczas wojny secesyjnej wyglądali zza szańców i widzieli zdeterminowane, gotowe do walki oddziały przeciwników. Szereg przed sklepem ciągnął za sobą wózki dziecięce zamiast dział, ale dla mnie wyglądał równie groźnie.

Jesse parsknęła śmiechem na widok mojej miny.

Pokiwałam na nią palcem.

– Natychmiast proszę przestać, panienko. To twoja wina.

Zamrugała niewinnie.

– Moja? Ja tylko powiedziałam, że fajnie byłoby wyskoczyć z domu i rozejrzeć się po czarnopiątkowych wyprzedażach.

Uznałam, że to dobry pomysł na przekierowanie jej myśli ze szlaku wybrukowanego złamanymi obietnicami matki. Nie zdawałam sobie sprawy, że zakupy w czarny piątek (praktycznie rzecz biorąc, czwartek, według mojego zegarka jeszcze przez minutę) przypominają bitwę w deszczu granatów. I tak bym to zrobiła – kochałam Jesse, a moja mała dywersja zaczynała działać – ale dobrze byłoby wcześniej wiedzieć, na co się porywam.

Jadąc powoli w kolumnie samochodów również szukających miejsca do zaparkowania, zbliżyłyśmy się do wejścia, pod którym kłębił się gotowy do szturmu tłum łowców promocji. Wewnątrz sklepu młody chłopak, odziany w żałośnie adekwatną czerwoną koszulkę Targetu, podchodził powoli do zamkniętych drzwi, jedynej bariery dzielącej go od żądnej zakupów hordy.

– On tego nie przeżyje – stwierdziła Jesse nieco zatroskana.

Chłopak wyciągnął rękę, by przekręcić klucz w zamku, a kolejka zaczęła falować niczym noworoczny chiński smok.

– Nie chciałabym być na jego miejscu – zgodziłam się, obserwując, jak chłopak, wykonawszy swą misję, rzuca się do odwrotu i biegnie w głąb sklepu, ścigany przez oszalały tłum śliniących się zakupomaniaków. – Nie ma mowy, żebym tam weszła – oświadczyłam stanowczo, widząc, jak jedna staruszka grzmoci łokciem drugą, która chciała się przed nią przepchnąć.

– Zawsze możemy iść do centrum... – zasugerowała Jesse po chwili.

– Do centrum? – Aż uniosłam brwi ze zdumienia. – Chcesz iść do centrum? – W Tri-Cities jest masa pasaży handlowych i magazynów outletowych, ale jeśli ktoś mówi „centrum”, ma na myśli ogromne centrum handlowe w Kennewick. To, do którego w Czarny Piątek wszyscy idą w pierwszej kolejności.

– Przestań, Mercy, mówię poważnie – roześmiała się Jesse. – Mają te wielkie roboty kuchenne na wyprzedaży, tańsze o stówę. Darrylowy się zepsuł, kiedy robiliśmy w nim ze znajomymi brownie. Zarobiłam trochę jako opiekunka do dzieci, ale wystarczy mi pieniędzy tylko wtedy, kiedy dostanę robota w tej cenie, a chcę go odkupić przed świętami. Jeśli mi się uda, uznam ten eksperyment za udany i możemy wracać. – Spojrzała na mnie smutno. – Naprawdę, Mercy, nic mi nie jest. Znam matkę, spodziewałam się, że wszystko odwoła. Zresztą święta z tobą i tatą będą fajniejsze.

– Cóż, skoro tak, to może po prostu dam ci tę brakującą stówkę i nie będziemy musiały iść do centrum.

Pokręciła przecząco głową.

– Nie da rady. Jesteś nowa w rodzinie, więc nie znasz jeszcze wszystkich zasad. Jeśli zepsuje się czyjąś zabawkę, trzeba za nią zapłacić z własnej kieszeni. Jedziemy do centrum.

Z ciężkim westchnieniem wyjechałam z parkingowego deszczu pod Targetem i skierowałam się pod rynnę Centrum Handlowego Kolumbia.

– A więc do boju. Na pohybel hurmom mamusiek i starym jędzom. Po zwycięstwo!

Skinęła energicznie, unosząc wyimaginowany miecz.

– I niech będzie przeklęty, kto z nich pierwszy zawoła: „Stój! Dosyć!”.

– Spróbuj tak trawestować Szekspira przy Samuelu, to zobaczysz – rzuciłam.

Zaśmiała się.

Debiutowałam w roli macochy. Czasami przypominało to chodzenie po linie, śliskiej linie. Lubiłyśmy się z Jesse, ale bywały między nami zgrzyty. Jej wesoły śmiech napawał mnie jednak optymizmem co do naszej relacji.

 

Samochód przed nami zatrzymał się nagle, więc zahamowałam ostro. Królik był reliktem z moich lat szczenięcych (czyli dawnych czasów), którym jeździłam, bo po pierwsze, kochałam go, a po drugie, byłam mechanikiem, a utrzymywanie takiego starego, taniego grata na chodzie było najlepszą formą reklamy. Hamulce działały dobrze i Królik zatrzymał się z zapasem – dziesięciocentymetrowym zapasem.

– Nie jestem jedyną osobą, która kala „Makbeta” – broniła się Jesse, nieco wystraszona gwałtownym manewrem. Miała prawo, nie wiedziała przecież, że dopiero co zrobiłam hamulce.

Syknęłam potępiająco i czekałam, aż jakiś tchórzliwy kierowca kilka wozów przed nami zdecyduje się wreszcie włączyć do ruchu na międzystanówce.

– Szkocki dramat. Jakbyś nie wiedziała. Są rzeczy, których imienia nie wolno wymawiać, jak Makbet, urząd skarbowy, Voldemort. W każdym razie jeśli chcesz dzisiaj dojechać do centrum.

– Ach. – Uśmiechnęła się przekornie. – Myślałam, że to dotyczy tylko Candymana i Krwawej Mary, i to jak stoi się przed lustrem.

– Czy twój ojciec wie, jakie oglądasz filmy?

– Mój ojciec kupił mi „Psychozę” na trzynaste urodziny. Ale, ale, nie pytasz, kto to Candyman. Skoro tak, to jakie filmy ty oglądasz, Mercy? – zripostowała triumfująco. Pokazałam jej język. Bo jestem bardzo dojrzałą macochą.


Korek na dojeździe do centrum handlowego w Kennewick nie był dramatyczny. Samochody jechały zderzak w zderzak, ale z normalną prędkością. Z doświadczenia wiedziałam, że w okresie wyprzedażowo-przedświątecznym ślimak porusza się z większą prędkością niż samochód pod centrum handlowym.

– Mercy? – odezwała się Jesse.

– Hm? – mruknęłam, zjeżdżając na sąsiedni pas, żeby uniknąć rozjechania przez furgonetkę.

– Kiedy będziecie mieli dziecko?

Przeszył mnie dreszcz. Nie mogłam oddychać, mówić, poruszać się... Z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę uderzyłam w jadącego przed nami SUV-a. Jestem przekonana, że szkocki dramat nie miał z tym nic wspólnego.


– To moja wina. – Biła się w piersi Jesse kilka chwil później, siedząc obok mnie na chodniku pod centrum. Migoczące światła służb ratowniczych wywoływały niezwykłe efekty na jej żółto-pomarańczowych włosach. Przebierała nogami, może z nerwów, może z zimna. Temperatura spadła poniżej zera i wiał przenikliwy wiatr.

Nadal usiłowałam zrozumieć, co się stało, ale jedno wiedziałam na pewno – to nie była wina Jesse. Oparłam się głową o betonowy słup wielkiej latarni i przyłożyłam worek z lodem do lewego policzka i nosa, z którego w końcu przestała lecieć krew.

– To kapitan rządzi na statku. Moja wina.

Atak paniki, pomyślałam. Jesse wzięła mnie swoim pytaniem z zaskoczenia, ale nie sądziłam, że myśl o dziecku tak mnie przerazi.

W zasadzie wydawała mi się całkiem przyjemna. A więc skąd ten napad paniki? Czułam, jak strzępy lęku przyćmiewają mi myśli i czają się na obrzeżach kłującego bólu głowy. Choć może był to efekt uderzenia nosem o kierownicę.

Królik był starym samochodem, a to oznaczało brak poduszek powietrznych. A że był również porządnym niemieckim wozem, impet uderzenia rozłożył się wokół kabiny. Jesse wyszła z tego z siniakami, a ja z krwotokiem z nosa i podbitym okiem. Zaczynałam mieć już dość tych podbitych oczu. Na szczęście przy mojej karnacji siniaki nie odcinały się tak wyraźnie jak u Jesse. Za tydzień czy dwa nikt nie domyśli się, że brałyśmy udział w stłuczce.

Mimo że od świata oddzielała mnie torebka z lodem, słyszałam, jak pasażerka samochodu, w który wjechałam, rozmawia z policjantem mocno podniesionym głosem. Sądząc po energii, z jaką to robiła, nie doznała większych obrażeń. Kierowca się nie odzywał, ale też wydawał się cały. Stał parę kroków za swoim samochodem i przyglądał się zderzakowi.

Młody policjant powiedział do kobiety coś, co podziałało na nią jak bicz. Kierowca samochodu zerknął na mnie i na Jesse, a kobieta ruszyła pełną parą.

– To ona w nas wjechała! – skrzeczała. W każdym razie takie było sedno jej wypowiedzi, oczyszczone z gąszczu nieparlamentarnych słów na „k” i „p”. Pijacki bełkot ani trochę nie łagodził nierównego dyszkantu. Skrzywiłam się, bo jej piski wbijały mi się w obolałą głowę i wzmacniały pulsowanie w posiniaczonym policzku.

Rozumiałam zdenerwowanie kobiety. Nawet gdy wypadek nie wydarzył się z winy kierowcy, trzeba przejść piekielną przeprawę z ubezpieczycielem, zawieźć samochód do warsztatu i jakoś radzić sobie w czasie trwania naprawy. A jeszcze gorzej, jeśli stłuczkę spowoduje ktoś inny, bo wtedy trzeba się wykłócać z jego ubezpieczycielem o wartość napraw. Było mi głupio, ale labiedzenie Jesse kazało mi odsunąć na bok własne samopoczucie i skupić się na niej.

– Ben jest lepszy – mruknęłam. – Zdecydowanie bardziej kreatywny w wymyślaniu obelg.

– I jeszcze robi to z tym swoim brytyjskim akcentem. Brzmi to super. – Nieco uspokojona Jesse zaczęła bardziej przysłuchiwać się dyskusji, a mniej przejmować.

Kobieta wrzeszczała i wymyślała młodemu policjantowi. Nie słuchałam uważnie, ale najwyraźniej teraz to on stał się adresatem jej gniewu.

– No i nie jest na tyle głupi, żeby wymyślać policjantom – dorzuciła Jesse, prezentując szczerą, choć chybioną wiarę w rozsądek Bena. Odwróciwszy się do mnie, ujrzała nad moim ramieniem prawdziwą ofiarę tego wypadku. – Rany, Mercy, patrz na Królika!

Odwlekałam to, ale w końcu musiałam spojrzeć.

Rdzawy samochodzik, rozpłaszczony maską na zderzaku SUV-a, musiał na coś wjechać, bo jego koła, w tym jedno całkiem zdeformowane, wisiały kilkanaście centymetrów nad ziemią. Nadwozie z przodu skróciło się o dobre pół metra.

– To już trup – oznajmiłam.

Może gdybym mogła liczyć na pomoc Zee, dałoby się jeszcze odratować Królika. Zee nauczył mnie prawie wszystkiego, co wiedziałam o naprawianiu samochodów, ale niektórych uszkodzeń nie dało się zreperować bez mocy magicznej istoty dysponującej darem żelaza. A Zee utknął w rezerwacie nieludzi w Walla Walla i nie opuszczał go, odkąd Szarzy Panowie zabili syna senatora, a potem proklamowali odrębność i suwerenność mniejszości nieludzkiej.

W tej samej chwili wszystkie magiczne istoty zniknęły, a wraz z nimi rezerwaty. Piętnastokilometrowa droga biegnąca wokół Walla Walla skurczyła się o trzy kilometry i z żadnego jej punktu nie widać już było rezerwatu. Słyszałam, że jeden z obszarów wydzielonych dla nieludzi porósł wokół gęstymi zaroślami jeżynowymi i zniknął wewnątrz żywopłotu.

Krążyły plotki, że rząd próbował wysadzić rezerwat, ale eskadra bombowców zniknęła znad terenu i minutę później pojawiła się nad Australią. Australijscy blogerzy powstawiali na swoje strony zdjęcia, a prezydent Stanów Zjednoczonych wystosował oficjalne przeprosiny za naruszenie przestrzeni powietrznej, więc w plotkach tych musiało kryć się ziarno prawdy.

Dla mnie osobiście cała ta sprawa oznaczała, że nie mam kogo poprosić o pomoc w warsztacie ani komu zostawić zakładu w razie potrzeby wzięcia urlopu. Nie miałam nawet okazji porozmawiać z Zee przed jego zniknięciem. Tęskniłam za nim, i to nie tylko dlatego, że mój biedny Królik był chyba właśnie w drodze na niebiański rajd volkswagenów.

– Dobrze, że nie wzięłyśmy vanagona – powiedziałam.

Ja-nastolatka, tamta, która ciężko pracowała w fast-foodzie, żeby kupić auto, zapłacić za ubezpieczenie, paliwo i naprawy, zapłakałabym nad biednym Królikiem, ale nie chciałam, żeby Jesse było przykro. No i nie byłam już nastolatką.

– Trudniej znaleźć syncro vanagona niż Królika? – zapytała Jesse w zadumie. Nauczyłam ją, jak zmieniać olej, i od czasu do czasu pomagała mi w warsztacie. Głównie flirtowała z Gabrielem, moim nastoletnim Piętaszkiem, który wrócił z uczelni na święta do domu, ale przy braku jakiegokolwiek pracownika przydawała mi się każda pomoc. Warsztat był zbyt mały, bym mogła pozwolić sobie na zatrudnienie drugiego mechanika w pełnym wymiarze, a brakowało mi czasu, żeby wyszkolić młodego pomocnika na miejsce Gabriela. Szczególnie że miałam wątpliwości, czy to się na coś przyda.

Nie chciałam zamykać warsztatu, choć obawiałam się, że może to nastąpić.

– Głównie dlatego, że vanagon jest mniej bezpieczny w razie wypadku – wyjaśniłam. Utrata Królika i brak snu wprawiły mnie w melancholijny nastrój, ale nie zamierzałam nim zarażać Jesse, starałam się więc mówić lekko. – Nie ma porządnej strefy zgniotu. To jeden z powodów, dla których już ich nie produkują. Z vana nie wyszłybyśmy po czymś takim o własnych siłach, a ja mam dosyć turlania się na wózkach inwalidzkich.

– Wszyscy mamy dość turlania cię na wózkach inwalidzkich – roześmiała się Jesse.

Minionego lata podczas miesiąca miodowego złamałam nogę (nawet nie pytajcie). Udało mi się przy okazji tak urządzić sobie ręce, że nie mogłam chodzić ani o kulach, ani nawet sama poruszać się na wózku. Fakt, strasznie przez to zrzędziłam.

Kobieta nadal wykłócała się z policjantem, kiedy kierowca zaczął iść w naszą stronę. Może chciał tylko zapytać o ubezpieczenie albo coś w tym stylu, jednak i tak poczułam ciarki na plecach. Na wszelki wypadek odjęłam z twarzy torebkę z lodem i podniosłam się.

– Ech – westchnęła Jesse, zapatrzona w rozbitego Królika. Chyba nie zauważyła, że wstałam, bo nie zareagowała.

A tymczasem kierowca napadł na Jesse jak dziki kundel, obrzucając ją słowami, za które moja matka wyszorowałaby mu usta mydłem.

Zaskoczona Jesse niezgrabnie zerwała się na równe nogi. Zasłoniłam ją sobą i całą mocą, którą zapożyczyłam od Alfy lokalnej watahy, a przy okazji mojego męża, powiedziałam:

– Dosyć!

Mężczyzna oderwał wzrok od Jesse, spojrzał na mnie, otworzył usta i zamarł. Wyczułam bijącą od niego woń alkoholu.

– To ja prowadziłam, nie ona – ciągnęłam spokojnie. – Pan zatrzymał się nagle, a ja w pana wjechałam. Moja wina. Mam pełne ubezpieczenie. Wiem, że to i tak problem, i bardzo mi przykro, ale pański samochód zostanie naprawiony.

– Niezła mówka, chica – prychnął lekceważąco i mylnie, bo nie jestem Latynoską, a Indianką, a potem zamachnął się na mnie.

Może i nie jestem napakowanym wilkołakiem, a jedynie kojocim metamorfem, ale mam za brązowym pasem lata treningów karate. Wzburzony właściciel SUV-a był może potężniejszy, jednak zapach i brak koordynacji ruchów świadczyły, że był przy okazji pijany. To wyrównywało całą przewagę, jaką dawała mu postura.

Pozwoliłam, by pięść przeleciała obok mnie, zrobiłam wykrok, stając do faceta bokiem, złapałam go za dłoń i łokieć, po czym wykorzystując siłę jego zamachu, rzuciłam gościa rozzłoszczoną twarzą na chodnik.

Mnie też, holender, zabolało. Stłuczki to koszmar. Igły bólu przepłynęły z nadwyrężonego karku aż do biodra. A nie sądziłam, że moje biodro również ucierpiało. Stanęłam stabilniej, gotowa na kontratak, lecz po chwili okazało się, że zderzenie z brukiem pozbawiło mojego przeciwnika waleczności. Nie podniósł się od razu, więc odstąpiłam od niego i pomacałam się po twarzy, tęskniąc za chłodem torebki z lodem, którą upuściłam.

Starcie nie mogło trwać dłużej niż parę sekund. Zanim powalony agresor drgnął, jeden z policjantów przyskoczył do nas, przygniótł faceta kolanem do ziemi i skuł. Zrobił to tak płynnie i sprawnie, że uznałam, iż przedstawicielowi władzy również nie są obce sztuki walk.

– Ty już masz na dzisiaj dosyć. Koniec z jazdą – wesoło poinformował leżącego policjant. – I z biciem pięknych dam. Posiedzisz sobie w ciupie, aż wytrzeźwiejesz.

– Ciupie? – powtórzyłam zaskoczona.

Partner policjanta, starszy i mniej żywotny model, westchnął.

– Nielson lubi stare filmy. – Wręczył mi mandat za jazdę z zachowaniem zbyt małego odstępu i machnął w stronę skutego kierowcy. – Jego przyjaciółkę aresztowaliśmy za napaść na policjanta. Temu postawimy zarzut prowadzenia pod wpływem. Chce pani oskarżyć go o napaść? Widzieliśmy, że to on zaatakował.

Pokręciłam przecząco głową, nagle bardzo znużona.

– Nie. Powiedzcie mu, żeby jego ubezpieczyciel zadzwonił do mojego.

 

Rozległ się zgrzyt i chrzęst. Podnośnik lawety odciągał SUV-a. Królik wydał jęk, opadając na koła, stanął na ziemi ze stęknięciem, a potem na zimnym chodniku zasyczał gorący płyn z rozbitej chłodnicy.

Jesse zadrżała. Musiałam zabrać ją z tego zimna.

– Kiedy będzie tata? – zapytałam. Zadzwoniła do niego, kiedy rozmawiałam z policją i ratownikami, którzy zaopatrzyli mnie w torebki z lodem.

– Dzwoniłam, ale nie odbierał, więc zadzwoniłam do Darryla, i on też nie odbierał. Miałam ci powiedzieć wcześniej.

Adam nie odebrał? To nieprawdopodobne. Miał być pod telefonem, wiedział, że będziemy robić zakupy w tłumie. Nawet proponował, że z nami pojedzie. Co mogłoby być dość... ciekawe. Nawet normalnie nie znosił Walmartu. To, że nie odebrał Darryl, jego prawa ręka, nie martwiło mnie tak bardzo, choć i tak nieco dziwiło.

Wyjęłam telefon. Miałam jedną wiadomość, od Brana. A to już było niesamowite. Marrok, przywódca wszystkich wilkołaków, nie esemesował.

Przeczytałam wiadomość. „Gra rozpoczęta”.

– Bran bawi się w medium Arthura Conan Doyle’a – stwierdziłam. Jesse zajrzała mi przez ramię.

Spróbowałam oddzwonić do Brana (miałam zbyt zgrabiałe palce, żeby napisać SMS-a), ale operator informował, że abonent jest nieosiągalny albo poza zasięgiem. Zadzwoniłam do Samuela, syna Marroka. Odezwała się sekretarka.

– Nie, nie trzeba – powiedziałam kobiecie, która zaproponowała przekazanie wiadomości. – Skoro nie jest dostępny, pójdę prosto na izbę przyjęć. – Nie było powodu, żeby nie zostawiać mu wiadomości u sekretarki, ale dziwny SMS od Brana wzbudził we mnie niepokój. A atak paniki, przyczyna stłuczki, martwił mnie jeszcze bardziej.

Zaczęłam dzwonić po kolei do innych członków stada: Warrena, Honey, Mary Jo i nawet Bena. Ich komórki były odpowiednio: wyłączona, przełączona na pocztę głosową, wyłączona, przełączona na pocztę głosową.

Dumając nad wiadomością od Brana, zadzwoniłam do Paula, który prędzej by mnie zabił, niż wybawił z kłopotów, choć do Jesse miał inny stosunek. Słuchając niekończącego się sygnału, przypomniałam sobie, że wilkołaki uwielbiały tajne kody na wypadek zagrożenia. Nie miało to nic wspólnego z tym, że były wilkołakami, za to wiele z faktem, że większość po drodze miała w ten czy inny sposób styczność z wojskiem, a to zaszczepiło w nich specyficzny rodzaj paranoi. Nawet skauci mogli pozazdrościć wilkołakom „gotowości na każdą okazję”.

Wiedziałam o tajnych hasłach, bo wychowywałam się wśród wilkołaków, lecz ich nie znałam, bo nie byłam jednym z wilków. Adam prawdopodobnie planował mnie ich nauczyć, skoro stałam się teraz częścią watahy, ale przy całej tej kołomyi z potworami z rzeki, złamanymi nogami i zawieruchą ze stadem zeszło to pewnie na dalszy plan.

Paul również nie odebrał. Zaczynałam nabierać przekonania, opartego na dowodach, że wiadomość Brana znaczyła „żadnych telefonów”. Wszystko świetnie, ale utknęłyśmy z Jesse pod centrum handlowym i nie miałyśmy szans się stąd wydostać, póki ktoś nie odbierze tego głupiego telefonu. To właśnie przykład, jak uciążliwy może być system tajnych kodów na wypadek zagrożenia.

A jeśli to nie było to... Ścisnęło mnie w żołądku, a atak paniki, który dopadł mnie za kierownicą, nabrał złowieszczego wymiaru. Byłam podwójnie połączona więzami z wilkołakami, bo raz z Adamem, a drugi z watahą. Czy to możliwe, żeby coś stało się Adamowi albo stadu? Sięgnęłam poprzez te więzi...

– Mercy? – Jesse zdekoncentrowała mnie, zanim skontaktowałam się z Adamem czy innymi.

– Nie wiem, co się dzieje – odpowiedziałam. – Spróbuję zadzwonić do któregoś z ludzi.

Po chwili namysłu zdecydowałam się na Kyle’a. Nie był żadnym -łakiem, więc przypuszczalnie nie dotarł do niego SMS o telefonach. Odezwała się poczta, ale nie zostawiłam wiadomości. Potem przyszła kolej na Elizawietę, wiedźmę. Elizawieta miała kontrakt z watahą – niedawno widziałam, ile Adam płaci jej co miesiąc, i nie miałam skrupułów, żeby wykorzystać ją jako taksówkarkę – ale też nie odebrała. Może była na liście kodowej? A może robiła zakupy i w zgiełku nie słyszała dzwonka komórki?

A może cała wataha buszowała po sklepach, a ja miałam manię prześladowczą?

– Jakie są szanse, że całe stado przyłączyło się dziś do reszty miasta i ruszyło na podbój sklepów? – zapytałam na głos.

– Nikłe – odparła Jesse poważnie. – Większość jest taka jak tata. Już sam hałas doprowadziłby ich do szału, a do tego masa ludzi na ograniczonej powierzchni i jatka gotowa. Nie wyobrażam sobie, żeby któryś z nich, no, może poza Honey, wpadł na taki pomysł.

– Tak myślałam. Coś się dzieje. Jesteśmy zdane na siebie.

– Zadzwonię do Gabriela – oznajmiła Jesse i tak też zrobiła.

Gabriel, mój przynieś-podaj-pozamiataj, walczył jak szatan, żeby nie zakochać się w Jesse. Oficjalnie rozstał się z nią we wrześniu, przed wyjazdem na uczelnię w Seattle, choć w zasadzie oficjalnie ze sobą nie chodzili. Ale podczas uczty świętodziękczynnej siedział obok niej przy stole i flirtował tak ogniście, jak tylko śmiał pod czujnym okiem taty-wilkołaka. Miłość nie zważa na konwenanse.

Przebywając w naszym mieście, Gabriel mieszkał w moim małym bungalowie, stojącym tuż za ogrodzeniem posiadłości Adama. Wyprowadził się tam z domu po wielkiej awanturze z matką, której nie podobało się, że jej syn utrzymuje kontakty ze mną i z wilkołakami. Większość czasu spędzał w Seattle, ale prefabrykowany domek był do jego dyspozycji zawsze, kiedy wracał na ferie i wakacje.

Gabriela z pewnością nie było na żadnej kodowo-zagrożeniowej liście wilkołaków, kiedy więc Jesse pokręciła głową, zaczęłam się poważnie martwić. Czyżby coś stało się watasze, kiedy nas nie było?

– Niech to szlag – zaklęłam i ponownie spróbowałam skontaktować się z Adamem poprzez więź partnerską, która nas łączyła. Więź była silna i trwała, ale czasami trzeba było się postarać, żeby zdobyć dzięki niej jakieś informacje. Kiedy podzieliłam się z Adamem obawami na ten temat, wzruszył ramionami.

– Jest taka, jaka jest – rzekł. – Są tacy, którzy muszą dosłownie żyć w głowie partnera, żeby czuć się bezpiecznie. Jak ci było, kiedy to robiliśmy? – Uśmiechnął się szeroko, gdy usiłowałam go przeprosić. – Nie przejmuj się tym. Kocham cię taką, jaka jesteś, Mercy. Nie potrzebuję cię pochłonąć całej, nie muszę ciągle siedzieć ci w głowie. Wystarczy, że wiem, że jesteś.

Kochałam Adama za wiele rzeczy.

Z wysiłkiem przebijałam się poprzez więź. Ból głowy wzmagał się, kiedy przeciskałam się przez kolejne bariery podświadomości, istniejące z pewnością po to, by nie przytłoczyła mnie ciągła obecność jednego z najbardziej charyzmatycznych alf, Adama Hauptmana, aż wreszcie go dosięgnęłam...

– Hej, Mercy – usłyszałam niski głos. – Nic ci nie jest?

Podniosłam wzrok na znajomego kierowcę lawety. Mam warsztat, więc znam większość ludzi z branży.

– Cześć, Dale – przywitałam się z nim, usiłując przybrać wygląd osoby, która nie bawiła się właśnie wilkołaczą magią. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby nie to mrożące, zapierające dech w piersiach uczucie, przez które wjechałam w kufer SUV-a. Ze wszystkich sił starałam się stłumić kolejny atak paniki. Dale prawdopodobnie pomyślał, że szczękam zębami z zimna. – Nic mi nie jest, Jesse też w porządku, choć miewałyśmy lepsze dni.

– Widzę. – W jego głosie pobrzmiewała troska, musiałam naprawdę kiepsko wyglądać. – Zaciągnąć ci Królika do warsztatu? Czy poddasz się od razu i mam go zabrać na złomowisko w Pasco?

Spojrzałam na Dale’a przytomniej, skupiając wzrok na jego torsie.

– Co? – Zerknął na przód kurtki. – Na co patrzysz? Mam tu jakąś plamę? Brałem ją z kupki czystych ciuchów.

– Słuchaj, jeśli zapłacę ci za holowanie Królika do warsztatu, to będziemy się mogły zabrać z tobą? Nie mogę się dodzwonić do męża. W warsztacie mam samochód, więc stamtąd już sobie poradzę.

– Jasne, żaden problem. – Uśmiechnął się wesoło.

– Świetnie. – Ucieszyłam się. – Dzięki. – O to chodziło. W warsztacie było ciepło i bezpiecznie, mogłam tam spokojnie pomyśleć. Potrzebowałam tego, potrzebowałam mojej Warowni Obronnej przeciwko Panice. Ponieważ kiedy sięgnęłam poprzez więź łączącą mnie z Adamem, poczułam jedynie gniew i ból.

Ktoś robił mojemu ukochanemu coś złego, tyle wiedziałam.

Furgonetka Dale’a pachniała starymi frytkami, kawą i przejrzałymi bananami. Zmusiłam się do swobodnej konwersacji, wypytując o jego córkę i nowonarodzone dziecko, narzekając na rosnące ceny paliwa i poruszając inne bezpieczne tematy. Nie chciałam, żeby Jesse poznała, że coś jest nie tak, dopóki nie zdobędę więcej informacji.

Warsztat wyglądał tak, jak powinien. Niewielkie złomowisko, na którym kilka wraków czekało, by oddać części zamienne swym braciom, oraz parking były dobrze oświetlone. Silne światła halogenowych reflektorów padły na cztery samochody prawie-na-chodzie, które na placyku czekały na naprawę. Poklepałam uspokajająco Jesse po kolanie, kiedy ta gwałtownie wciągnęła powietrze.

Wyskoczyłam z furgonetki, odesłałam Jesse do środka, a sama pomogłam Dale’owi odpiąć Królika. Jesse jeszcze raz omiotła spojrzeniem samochody na parkingu. Powinny stać trzy, a nie cztery. Potem bez protestów weszła do warsztatu. Nie miała problemu z otwarciem drzwi, które miały być zamknięte, a w środku nie zapaliła światła. Była nieodrodną córką swojego ojca, wiedziała, że nie należy oświetlać pomieszczenia z oknami, w którym mogło się coś ukrywać.

– Biedactwo. – Dale poklepał bagażnik mojego Królika, nie zwracając uwagi na Jesse. – Niewiele ich już zostało w mieście. – Spojrzał na mnie i powiedział mimochodem: – Mam namiar na jettę z osiemdziesiątego dziewiątego, dwudrzwiową, sto osiemdziesiąt tysięcy na liczniku. Nieco obtłuczona, ale trochę szpachli i lakieru i będzie jak znalazł.

– Pomyślę, w razie czego – zapewniłam go. – Ile ci wiszę?

– Szef cię skasuje – odrzekł i mimo napięcia wywołał tym mój uśmiech. Szefem Dale’a była jego żona.