Ślad dymuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Zamęt nocy

9 Dotyk ognia

10 Czas ciszy

11 Klątwa burzy

12 Ślad dymu


Dla Clyde'a, który jest graczem z pasją.

Dla Jean, która ma dobre serce i piękną duszę – i dar do zabawy.

Dla Ginny, która potrafi podporządkować sobie koty i sprawić, że im się to podoba.

Mojemu cudownemu rodzeństwu, które nauczyło mnie kochać opowieści.

Dziękuję Wam.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Wszystko w porządku, Mercy? – zapytał Tad, odłączając kable przedniego reflektora jetty z dwutysięcznego roku, nad którą pracowaliśmy.

Wymienialiśmy chłodnicę. To oznacza, że musieliśmy najpierw zdemontować całą przednią część wozu. W dodatku przypadek był pilny – z kilku powodów. Chłodnica wybuchła, kiedy właścicielka jetty jechała z Portland do Missouli w Montanie. Musieliśmy się sprężyć z naprawą, żeby zdążyła dotrzeć na miejsce na rozmowę kwalifikacyjną, czyli nazajutrz na ósmą rano.

Spieszyliśmy się tym bardziej, że właścicielka wraz z trójką dzieci do lat pięciu okupowała moje biuro. Klientka mówiła mi, że w Missouli ma rodzinę, która może popilnować dzieci, a w Portland musiałaby je zostawić pod opieką byłego męża pijaka. Dlatego zabrała je ze sobą. Żałowałam bardzo, że nie ma żadnej rodziny tu, na miejscu. Lubię dzieci, ale zmęczone szkraby zamknięte w biurowej kanciapie to zupełnie co innego.

Aby przyspieszyć naprawę, pracowaliśmy z Tadem na cztery ręce.

Podobnie jak ja, mój pomocnik miał na sobie wyplamiony smarem kombinezon. A ponieważ lato było właśnie w pełni – wielkiej pełni – nasze robocze ciuchy były również przepocone.

Włosy Tada, także mokre od potu, sterczały na różne strony, pozlepiane gdzieniegdzie smarem. Tłusta czarna smuga biegnąca przez policzek i ucho przypominała krzywo nałożoną farbę wojenną. Ale podejrzewałam, że i tak wyglądam gorzej od niego.

Naprawiałam z Tadem samochody od ponad dekady, prawie pół jego życia. Po szkole wyjechał, żeby studiować na jednym z uniwersytetów Bluszczowej Ligi, ale wrócił bez dyplomu i bez tego optymizmu, który cechował go wcześniej. Zachował za to tę swoją niesamowitą kompetencję, która zaskoczyła mnie, kiedy po raz pierwszy weszłam do warsztatu jego ojca, szukając części do mojego Królika, i zastałam za ladą nieledwie nastolatka fachowo prowadzącego biznes.

Należał do tej niewielkiej grupki osób, którym ufałam bezgranicznie. Mimo to okłamałam go.

– Jasne, w jak najlepszym.

– Kłamiesz – spod starego garbusa dobiegło mruknięcie Zee.

Samochodzik drgnął jak psiak reagujący na właściciela. Samochody zachowywały się tak czasami w obecności magicznych istot z darem żelaza. Zee powiedział coś uspokajająco po niemiecku, jednak nie wychwyciłam poszczególnych słów.

Kiedy znów zwrócił się do mnie, powiedział:

– Nie powinnaś okłamywać pradawnego, Mercy. Powinnaś powiedzieć: „Nie jesteście moimi przyjaciółmi, nie powierzę wam moich sekretów, więc nie zdradzę, o co chodzi”.

Tad skwitował burczenie ojca uśmiechem.

– Nie jesteście moimi przyjaciółmi, nie powierzę wam moich sekretów, więc nie zdradzę, o co chodzi – wyrecytowałam beznamiętnie.

– I oto, ojcze – rzekł Tad, zamaszyście odkładając reflektor i przystępując do odkręcania jednej ze śrub – kolejne kłamstwo.

– Kocham was obu – oświadczyłam.

– Mnie bardziej – droczył się Tad.

– Przez większość czasu kocham was obu – rzuciłam jeszcze i spoważniałam. – Jest coś, ale to bardzo prywatne i dotyczy kogoś innego. Jeśli coś się zmieni, dowiecie się pierwsi.

Nie zamierzałam omawiać z innymi swoich problemów małżeńskich. To byłaby zdrada.

Tad przechylił się, objął mnie i pocałował w czubek głowy, co byłoby słodkie, gdyby nie czterdzieści stopni na zewnątrz. Choć nowe stanowiska naprawcze w warsztacie zapewniały więcej chłodu niż poprzednie, wszyscy ociekaliśmy potem oraz innymi płynami, które stanowią nierozerwalną część życia mechanika volkswagenów.

– Fuj – pisnęłam, odpychając go. – Jesteś mokry i śmierdzisz. Nie ma całowania. Nie ma dotykania. Fe.

Roześmiał się i wrócił do pracy – ja również. Śmiech dobrze mi zrobił. Ostatnio mało miałam do tego okazji.

– O, proszę. – Tad wskazał na mnie grzechotką. – Znów ta smętna mina. Jeśli zmienisz zdanie i będziesz chciała z kimś pogadać, jestem do twojej dyspozycji. W razie czego mogę kogoś zabić i ukryć ciało tak, że nikt go nie znajdzie.

– Nic, tylko dramaty i dramaty – burczał stary mechanik spod garbusa. – Wy, młodzi, wszystko traktujecie jak dramat.

– Ej. Jak nie przestaniesz, to nie wybiorę cię do swojej drużyny, kiedy następnym razem trzeba będzie zlikwidować stado zombie.

Fuknął, albo na mnie, albo na samochód. Z Zee nigdy nie wiadomo.

– Nikt inny nie potrafiłby zrobić tego, co ja zrobiłem – powiedział po chwili. Brzmiało to arogancko, ale pradawni nie mogą kłamać, więc Zee uważał, że to prawda. Zresztą ja też. – Dobrze, że jestem twoim przyjacielem, Liebling, i możesz do mnie zadzwonić, kiedy twoje życie zmienia się w dramat. A jeśli masz jakiegoś trupa, to mogę się go pozbyć tak, że nie zostanie po nim nawet okruszek.

Zee był moim bardzo bliskim przyjacielem i przydawał się w wielu różnych sytuacjach, nie tylko przy ukrywaniu zwłok – w czym zdążył się już sprawdzić. W przeciwieństwie do Tada Zee nie był oficjalnym pracownikiem warsztatu, który sprzedał mi po tym, jak nauczył mnie naprawiać samochody i prowadzić interes. Nie znaczyło to, że mu nie płaciłam, tylko to, że przychodził na swoich warunkach. Albo kiedy go potrzebowaliśmy. Bo w takich chwilach zawsze mogliśmy na niego liczyć.

– Ej, Mercy, dość gadania, zabieraj się do roboty, bo wyprzedzam cię o dwie śruby – popędził mnie Tad. – A któreś dziecko właśnie przewróciło kosz na śmieci.

Też to usłyszałam, pomimo że drzwi pomiędzy biurem i halą były zamknięte. Do tego chwilę przed upadkiem kosza usłyszałam, jak znękana, przepracowana mama próbuje odwieść swoją najstarszą latorośl od poukładania części samochodowych wystawionych na sprzedaż na regałach w biurze. Tad może i był półpradawnym, ale pod pewnymi względami nie mógł się równać ze zmiennokształtnym kojotem – miałam lepszy słuch.

Mimo prawdopodobnej wizji zniszczeń dokonywanych właśnie w moim biurze naprawianie samochodu sprawiało mi satysfakcję. Nie wiedziałam natomiast, jak naprawić swoje małżeństwo. Ba, nie wiedziałam nawet, co z nim nie tak.

– Gotowa? – zapytał Tad.

Podtrzymałam belkę poprzeczną, kiedy odkręcił ostatnią śrubę. Chłodnicę przynajmniej potrafiłam zreperować.


Przed wyjściem z pracy wzięłam prysznic i przebrałam się. Mimo to weszłam do domu od tyłu, przez taras i drzwi kuchenne, żeby nie nanieść brudu z warsztatu na nową wykładzinę.

 

Na starej rozczłonkowałam zombie-wilkołaka, dzięki czemu wreszcie odkryłam, że jednak istnieje coś, czego Adamowy fachowiec od prania dywanów nie da rady usunąć. Trzeba ją było wymienić.

Wybrał ją Adam, bo moim jedynym kryterium było „byle nie biała”. Kupił piaskową, w ciepłym, praktycznym kolorze. Podobała mi się.

Kilka miesięcy wcześniej musieliśmy wymienić flizy w kuchni. Powoli, krok po kroku, dom urządzony przez Christy, byłą żonę Adama, zmieniał się w dom mój i Adama. Gdybym wiedziała, jak dobrze zrobi mi wymiana wykładziny, już dawno zdybałabym i poćwiartowała jakiegoś zzombiałego wilkołaka.

Przy drzwiach zdjęłam buty, rozejrzałam się po kuchni i znieruchomiałam. Poczułam się, jakbym wparowała w sam środek finalnej sceny dramatu. Nie wiedziałam, co było przyczyną tego napięcia, ale byłam pewna, że zakłóciłam coś poważnego.

Mój wzrok najpierw padł na Darryla – dominujące wilki przyciągają uwagę. Drugi Adama opierał się o blat z rękami założonymi na piersiach. Wbijał wzrok w podłogę, a jego wargi tworzyły prostą kreskę. W żyłach drugiego w hierarchii członka naszego stada płynęła krew wojowników dwóch kontynentów. Musiał się wysilić, żeby wyglądać przyjaźnie, a w tamtej chwili nie wkładał w to najmniejszego wysiłku. Wiedział, że weszłam, mimo to nie spojrzał w moją stronę. Napięcie widoczne w zesztywniałych mięśniach wskazywało na gotowość do walki.

Auriele, jego towarzyszka, roztaczała wokół siebie aurę ponurego tryumfu, choć siedziała spokojnie przy stole po drugiej stronie kuchni, z dala od Darryla. Nie dlatego, żeby się go bała. Jeśli Darryl był potomkiem chińskich i afrykańskich wodzów (a tak było, bo kiedyś powiedział mi, że jego siostra zgłębiała historię rodu), Auriele mogłaby być majską boginią wojny. Widziałam raz, jak ta dwójka walczy, nie hamując się, z bogiem wulkanu, i było to zapierające dech w piersiach widowisko. Lubiłam Auriele i darzyłam ją szacunkiem.

Miejsce, gdzie siedziała, najdalej jak się dało od Darryla bez wychodzenia z kuchni, sugerowało, że się posprzeczali. Ciekawe, ale podobnie jak Darryl, nie popatrzyła na mnie, choć wyczuwałam napięcie, z jakim zareagowała na moją obecność.

Trzecią osobą w kuchni był Joel, drugi poza mną członek stada niebędący wilkołakiem. Jak to zazwyczaj czynił w swej psiej formie, leżał rozłożony, zajmując większość wolnego miejsca na posadzce. Jasne promienie słońca wlewające się przez szyby uwidaczniały cętki, zwykle niewidoczne na ciemnej sierści. Wielki pysk ułożył na wyciągniętych łapach. Łypnął na mnie i zaraz odwrócił wzrok, ale poza tym się nie ruszył.

Podążyłam za jego spojrzeniem na dźwiękoszczelne (nawet dla wilkołaków) drzwi gabinetu Adama, obecnie zamknięte na głucho. Wracając spojrzeniem do obecnych w kuchni osób, zauważyłam leżącą na blacie torebkę mojej pasierbicy.

– Co tam? – zapytałam, zwracając się do Auriele.

Możliwe, że mój ton brzmiał nieco nieprzyjaźnie, ale pozostawiona torebka Jesse, zamknięte drzwi gabinetu, zdenerwowanie Darryla i mina Auriele, to wszystko razem wzięte oznaczało, że coś się stało. Możliwe, biorąc pod uwagę osoby dramatu i mój wgląd w bieżące sprawy Jesse, że miało to coś wspólnego z moją nemezis, byłą żoną Adama i matką Jesse, Christy.

Zmora mego życia wyjechała wreszcie do Eugene, do Oregonu, gdzie jak optymistycznie założyłam, miała stanowić mniejszy problem. Ale Christy miała prawo do opieki Adama i jeszcze większe do uczuć córki. Miała pozostać obecna w moim życiu tak długo jak oni.

Działania ofensywne Christy wobec mnie rzadko wykraczały poza złośliwości. Była niezła w subtelnych podjazdach, ale ja, dorastając, miałam do czynienia z Leigh, towarzyszką Marroka, która jeśli nawet nie dorównywała Christy inteligencją, była zdecydowanie bardziej niebezpieczna.

Zapłaciłabym cenę o wiele wyższą niż kontakt z Christy, żeby być z Adamem i Jesse, ale to nie znaczyło, że w najbliższej przyszłości zamierzałam witać ją z otwartymi ramionami. Może mogłabym ją tolerować, gdyby nie raniła regularnie Adama i Jesse.

Auriele zadarła brodę, ale to Darryl odezwał się pierwszy.

– Moja żona otworzyła list przeznaczony dla kogoś innego – oświadczył ciężko.

– To twoja wina – warknęła. I to nie na Darryla. – Twoja. Zabrałaś jej Adama, jej miejsce w stadzie, jej dom i nadal robisz wszystko, żeby nie miała nic dla siebie.

Może i lubiłam Auriele, ale ona nie odwzajemniała tego uczucia, bo Christy potrafiła wzbudzić wręcz fanatyczną troskę w stosunku do swojej osoby. Auriele była dominującą wilczycą, więc z natury startowała z pozycji opiekuńczej. Christy potrafiła podkręcić jej instynkt poza skalę.

Mimo to nie bardzo wyobrażałam sobie ją otwierającą cudze listy tylko dlatego, że to ja, a nie Christy, jestem żoną Adama. Uznałam, że mam zbyt mało informacji, by wyciągnąć jakieś sensowne wnioski z jej oskarżeń.

Dlatego postanowiłam doprecyzować.

– Otworzyłaś wiadomość od Christy czy do Christy?

– Nie – powiedział Darryl, obdarzając towarzyszkę ciężkim spojrzeniem. – Otworzyła list do Jesse.

Wzrok Auriele ześlizgnął się na stół, gdzie leżał stos poczty. Na wierzchu znajdowała się biała koperta z charakterystycznym logo Stanowego Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Wszystkie kawałki układanki wskoczyły na miejsce.

Ścisnęłam palcami nasadę nosa. Bran, Marrok, przywódca wszystkich watah w Ameryce Północnej – poza naszą – robił to tak często, że zarażał tym innych przebywających w jego towarzystwie. A ponieważ wychowałam się w jego stadzie, prędzej czy później musiałam przejąć ten nawyk. Nie zmniejszał frustracji, ale miałam wrażenie, że pomaga mi się skoncentrować. Może Marrok robił to właśnie dlatego?

– Och, na litość boską – westchnęłam. – Jesse miała zadzwonić do matki w zeszłym tygodniu. Niech zgadnę, zwlekała z tym, aż wczoraj wieczorem albo dzisiaj rano Christy zadzwoniła do ciebie. Przyszłaś tu, znalazłaś na stole list z uczelni...

– W skrzynce – sprostował Darryl.

Spojrzałam na Auriele, unosząc brwi. Wilkołaczyca jeszcze wyżej zadarła brodę, ale usztywniła się w barkach. Taaa, mimo wywołanego przez Christy obłędu tego się trochę wstydziła.

– Znalazłaś list w skrzynce – poprawiłam. – I pod wpływem presji ze strony Christy oraz jej dramatycznych spazmów, że jej córeczka nagle i niespodziewanie zmieniła plany, musiałaś otworzyć kopertę, żeby przekonać się, czy te potworności to prawda.

Jesse przyjęto na Uniwersytet Oregoński w Eugene, gdzie mieszkała Christy, oraz na Waszyngtoński w Seattle, gdzie studiował jej chłopak, Gabriel.

Obie szkoły były dobre, a Jesse dała matce do zrozumienia, że jeszcze nie zdecydowała, gdzie pójdzie. Oboje z Adamem nie mieliśmy wątpliwości, że wybierze Seattle, bo chłopak oczywiście był ważniejszy niż rodzice. Rozumiałam, dlaczego Jesse zwleka z powiadomieniem matki – wystarczyło spojrzeć, w jakim stanie znajdowała się właśnie Auriele. Tyle że odkładanie tylko opóźniało nieuchronną katastrofę.

Jednakże wszelkie plany Jesse zmieniły się w wyniku niedawnych wypadków. Nasza wataha narobiła sobie nowych, bardzo groźnych wrogów.

Tydzień wcześniej Jesse powiedziała mi, że postanowiła zostać na miejscu, studiować na Uniwersytecie Waszyngtońskim i mieszkać w miasteczku studenckim w Tri-Cities. Uważałam, że to słuszna decyzja. Jesse, z natury pragmatyczka, generalnie podejmowała właściwe wybory, o ile Christy się do nich nie wtrącała. Jedyne, co poradziłam pasierbicy, to żeby powiedziała o tym rodzicom, i to raczej wcześniej niż później.

– Ha! – stwierdziła Auriele tryumfalnie, wskazując na mnie. – Mówiłam ci, że to pomysł Mercy!

Otworzyłam usta, żeby zaprzeczyć, ale właśnie w tym momencie z gabinetu wymaszerowała zaciskająca pięści, zarumieniona Jesse. Spojrzała nade mną na Auriele z miną osoby zranionej i zdradzonej. Nie odwróciła twarzy, dopóki nie zniknęła za rogiem. Po chwili usłyszeliśmy jej tupot na schodach. Prawie że biegła.

Ruszyłam za nią. Zdążyłam dotrzeć do podnóża schodów, kiedy z gabinetu wypadł Adam. Po chwili, jaka upłynęła pomiędzy wyjściem jednego a drugiego, poznałam, że Adam usiłował dać jej odejść, ale wilk wygrał, zmuszając go do pościgu.

– Z drogi – warknął. Jego oczy jarzyły się jaskrawą żółcią. – Z tobą porozmawiam sobie o tym później.

Czułam presję dominacji, ale pozwoliłam fali omyć mnie, nie dopuszczając jej do siebie. Jestem kojotem, nie wilkołakiem. Moc Alfy nie wywołuje u mnie przemożnej potrzeby przypadnięcia do ziemi w pozycji uległości – raczej mam ochotę pokazać mu język albo pacnąć go w nos. I miesiąc temu może bym tak zrobiła.

Dzisiaj poprzestałam na zwykłym „nie”.

Adam odetchnął głęboko, starając się powściągnąć wilka, a napięcie przydało mu jakby wzrostu i masy. W innych okolicznościach rozkoszowałabym się tą małą próbą sił. Lubię takie sparringi, pod warunkiem, że nikt nikogo nie krzywdzi.

Ale Jesse już się dostało. A to mnie wkurzyło, więc nie ufałam sobie na tyle, żeby drażnić się z Adamem. To nie tak, że mu nie ufam, powiedziałam sobie w duchu.

– Co chcesz tym uzyskać? – zapytałam spokojnie. – Oczywiście, możesz ją zastraszyć i zmusić, żeby powiedziała, że zrobi, co będziesz chciał. Chcesz, żeby tak wyglądały twoje relacje z córką, która jest już dorosła?

– Weź pod uwagę, że jestem bardziej wściekły na ciebie niż na Jesse – syknął.

To mnie zaskoczyło. Dopóki nie zdałam sobie sprawy, że mógł pomyśleć to, co Auriele, że Jesse podjęła decyzję pod moim wpływem, nie konsultując się z nim. Zrobiło mi się strasznie przykro, powinien przecież wiedzieć, że nigdy bym tak nie postąpiła. Ale stłumiłam to uczucie, postanawiając zająć się nim później. W tej chwili najważniejsza była Jesse.

– Nie odsunę się, dopóki nie uspokoisz się na tyle, żeby złotość zniknęła ci z oczu – oświadczyłam.

– Ja pierniczę! – warknął, a potem odwrócił się na pięcie i odmaszerował do gabinetu, zwodniczo cicho zamykając za sobą drzwi. Nikt nie dał się na to nabrać.

Adam nigdy przy mnie nie przeklinał. Chyba że wokół szalało piekło i szatani. Wpatrywałam się w drzwi – w zadumie, jak sobie wmawiałam. Nie byłam zła, w domu znajdowało się wystarczająco dużo wkurzonych ludzi. Nie było mi też przykro, bo tym postanowiłam przecież zająć się później, w samotności, nie na oczach wrogów. A Auriele z pewnością postrzegała mnie jako wroga – co wcale mnie nie ruszało. Absolutnie nie. W każdym razie nie tutaj, na widoku.

– Chciałbym ci przypomnieć – zwrócił się cicho Darryl do swojej żony – że Adam uprzedził, że każdy, kto powie choć słowo przeciwko jego żonie, jego towarzyszce, zginie.

Żołądek podskoczył mi do gardła i fiknął kozła – wszystko, czego udawałam, że nie czuję, nagle zeszło na dalszy plan. No właśnie, przecież tak powiedział, prawda? Dziwne, bo przecież ta deklaracja drażniła mnie czasem jak mokra wełniana bielizna, a nie wzięłam pod uwagę jej znaczenia w tej sytuacji. Adam nie wycofałby się ze swojej groźby tylko dlatego, że jest na mnie wściekły.

Zabicie Auriele byłoby nie tylko głupotą, załamałoby go. „I właśnie dlatego, drogie dzieci, stawianie ultimatum to kiepski pomysł” – powiedziała moja pamięć głosem Marroka. Mówił to chyba do jednego ze swoich synów, ale utkwiło mi w głowie.

– Powiedziałaś na mnie coś złego od siebie? – zapytałam Auriele w napięciu. – Czy tylko powtórzyłaś słowa Christy?

Darryl odpowiedział za nią:

– Podejrzewam, że może nie będzie chciał ze mną walczyć i pozwoli nam odejść. Bo nie pozwolę mu zabić mojej towarzyszki bez walki.

Auriele zmarszczyła brwi.

– Co? Co ty gadasz? Ktoś przecież musiał mu powiedzieć, co tu się wyrabia pod jego nosem! – Z jej tonu wynikało, że w ogóle nie zauważa problemu. Darryl zerknął na mnie i odwrócił wzrok. Martwił się.

– Jesse – zaczęłam i przerwałam, bo głos mi nieco drżał. A wilkołaki ceniły sobie umiejętność panowania nad emocjami. Kiedy znów się odezwałam, mówiłam ciszej. Nauczyłam się tego triku od Adama, wtedy ludzie uważniej słuchali. – Jesse oznajmiła mi, że postanowiła, SAMA, złożyć papiery na Uniwersytet Waszyngtoński, tu, w Tri-Cities. Wydarzenia ostatniego czasu uzmysłowiły jej, że z dala od domu stanie się słabym punktem ojca, który mogliby wykorzystać jego wrogowie. – Pozwoliłam, by informacja ta zawisła na moment w powietrzu. Zobaczyłam, że zastanawiają się nad nią. – W Eugene nie ma watahy – powiedziałam, choć o tym wiedzieli. – Jest masa wampirów, ale nie ma watahy, która mogłaby jej pilnować. Co gorsza, tamtejsze wampiry to banda bezpańskich odszczepieńców.

 

Parę lat wcześniej wampir Frost uderzył na chmarę w Oregonie, rozbijając w pył organizację. Bran na jakiś czas przeniósł portlandzkie stado do Eugene, żeby chronić je przed bezpośrednim atakiem Frosta. Kiedy Frost został pokonany, Bran pozwolił stadu wrócić do Portland, zostawiając Eugene w rękach wampirów, które się tam ostały.

– Nie są skupione w chmarze, z tego, co wiem, nie mają przywódcy, z którym można by negocjować ochronę Jesse.

– To oznacza, że Christy znajduje się w niebezpieczeństwie! – jęknęła Auriele, otwierając szeroko oczy. – Wiedziałaś, co jej tam grozi, i jednak ją stąd wygnałaś!

– Christy nie jest raczej celem – uprzedził mnie Darryl. I dobrze, bo Auriele z pewnością prędzej brała do siebie jego słowa niż moje. – Rozmawialiśmy o tym, Rile. Była żona Adama nie jest przez wrogów postrzegana jako wartościowa zakładniczka. Ich związek nie opierał się nigdy na prawdziwej więzi partnerskiej.

Auriele zatchnęła się, ale zmilczała. Wiedziałam, że brak więzi stał Christy ością w gardle przez całe jej małżeństwo z Adamem.

Darryl dał żonie chwilę, zanim podjął:

– Większość Alf nie zapewniałaby ochrony kobiecie, z którą łączył ich krótki, nawet jeśli oficjalny związek. Gdyby Christy była jego towarzyszką – Darryl zerknął na mnie – to co innego. Ale wtedy w ogóle nie pozwoliłby jej odejść. Christy nic nie grozi. Atak na nią czy wzięcie jej na zakładnika nie miałoby sensu. Nikt nie musi wiedzieć, że zranienie czy zastraszenie Christy oznaczałoby, że Adam dałby wampirom samotnikom nauczkę, którą by popamiętali.

Mina Auriele wyraźnie mówiła, że nie wierzy w bezpieczeństwo Christy. Ale chyba już wcześniej omawiali ten temat. I Auriele wiedziała, podobnie jak reszta stada, że Christy jest bezpieczniejsza z dala od stada, niż mieszkając tutaj. No chyba że mieszkałaby w naszym domu, w bazie watahy. Ale żyła tam, w Eugene, więc wrogowie Adama szukaliby jego słabych punktów bliżej domu.

Kiedy Adam wyszedł z gabinetu, zignorowałam go, choć po tym, jak się poruszał, dało się poznać, że już się opanował. Jeden niemal nierozwiązywalny problem na raz.

– Christy jest bezpieczna w Eugene – powiedział Darryl z naciskiem, powtarzając się na użytek Adama, choć nie spuszczał wzroku z żony. – Natomiast Jesse, jedyne dziecko Adama, o którego istnieniu wszyscy wiedzą, to co innego.

– Nad studiami zastanawiała się zeszłej wiosny i wtedy składała podania – przypomniałam. – Czyli kiedy nasze stado należało do Marroka, a my, Adam, Jesse i ja, uznaliśmy, że studia daleko od domu nie są zbyt niebezpieczne.

Marrok, Bran Cornick, był Potęgą. Trzeba znacznie silniejszych istot niż jakieś wampirze odpryski, żeby mu się postawić. Mimo że przebywał głównie w lasach Montany, mógł wysłać ludzi, aby w razie czego w jego imieniu wymierzyli sprawiedliwość czy dokonali zemsty. Nie tylko wilkołaki bały się jego syna Charlesa, Maura czy innych groźnych, starych, wilkołaków z jego watahy.

Minionego lata zastanawialiśmy się z Adamem, czy nie wysłać jednego lub dwóch członków stada z Jesse dla ochrony. Mieliby się zmieniać co jakiś czas. Ale po tym, jak ogłosiłam, że Tri-Cities to nasze terytorium i każdy mieszkaniec, człowiek czy nie, znajduje się pod naszą ochroną, musieliśmy skoncentrować siły tutaj, w domu. Wydawało się to, nie, BYŁO to właściwym posunięciem, ale miało też swoje konsekwencje. I jedną z nich stanowiło to, że Jesse nie mogła studiować gdziekolwiek sobie zamarzyła.

Oddelegowanie dwóch członków stada do pilnowania Jesse oznaczałoby, że na miejscu zostałoby o dwóch wojowników mniej, a przy braku wsparcia Marroka i tak trzeba by ich więcej do zapewnienia jej prawdziwego bezpieczeństwa. Tak czy owak wszelkie dywagacje na ten temat nie miały już sensu, bo Jesse nie wybierała się ani do Seattle, ani do Eugene.

– Nie jesteśmy już pod opieką Marroka – zauważyłam. – A całkiem możliwe, że nawet to by nam nie pomogło. Wiedźmy Hardesty dowiodły, że są gotowe rzucić rękawicę Marrokowi na jego własnym terytorium, i nie ma znaczenia, czy wyszło im to na dobre, czy nie. Fakt pozostaje faktem, stanowimy cel dla tych wiedźm. Z czasem może uda nam się nauczyć je respektu. Ale po tym, co stało się ostatnio, na ile moglibyśmy chronić przed nimi Jesse?

Auriele pobladła nieco i przygryzła wargę.

– Nie pomyślałam o wiedźmach – przyznała już nie tak buńczucznie.

To niesamowite, jak Christy potrafiła zaślepić ludzi, pozbawiając ich rozsądku i przekonując, że we wszystkim chodzi właśnie o nią. Nie żebym była rozgoryczona czy coś.

– A Jesse owszem, pomyślała – wytknęłam. – Ale nie chciała sprawiać przykrości ojcu i zmuszać go do powiedzenia jej wprost, że nie może realizować swoich marzeń. Dlatego wzięła sprawy w swoje ręce. Spotkała się z doradcą uniwersyteckim i załatwiła sobie wpisanie na listę, mimo że rekrutacja na pierwszy rok została już zamknięta. Wspominała mi nawet, że facet pociągnął chyba za sznurki, bo wie, kim jest jej ojciec, i nie podobało jej się to.

Tri-Cities traktowało Adama jak lokalnego superbohatera. Publicznie przyjmował dowody uznania z godnością, w zaciszu domowym ze zniecierpliwieniem i śmiechem, a w kilku pamiętnych przypadkach – nawet ze złością.

– Powiedziałam jej, że powinna skorzystać z pomocy, która wynika z tego, że jest naszą córką. I tak ma przez to wystarczająco dużo problemów – dokończyłam.

Zerwała z Gabrielem, swoim chłopakiem. Jak powiedziała, proszenie go, by na nią poczekał, to jedno, ale podtrzymywanie związku na odległość na dłuższą metę to całkiem co innego. Łkając, wyznała mi, że niecały tydzień później miał już nową dziewczynę i że powiedział Jesse, że by ją polubiła.

Czasami nawet inteligentni faceci są patentowanymi głupkami.

Ale to wszystko była sprawa Jesse. Nie byłam pewna, czy Auriele, mimo że zajmowała się Jesse od pieluchy i była jej przyszywaną ciotką, miała prawo ingerować w prywatne sprawy dziewczyny. Nie po tym, jak sprzymierzyła się z Christy przeciwko Jesse, łamiąc tajemnicę korespondencji. W bardziej wielkodusznym nastroju gotowa byłabym wziąć pod uwagę, że Auriele może tak tego nie postrzega. Pewnie uważała, że stoi z Christy i Jesse po jednej stronie, a po drugiej jestem ja, jędzowata macocha.

– Podjęła decyzję – powtórzył Adam powoli. – Jesse sama dokonała wyboru. Z powodu... – Spojrzał na Darryla, potem na Auriele i na końcu na Joela, a ten podniósł na niego ślepia, w których jarzyło się więcej ognia, niż kiedy weszłam do kuchni. – Z powodu watahy.

Ale nie to było jego pierwszą myślą.

Czyżby obwiniał siebie? Albo mnie?

Nie spojrzał na mnie. To ja postawiłam stado w roli, która przyciągała uwagę potężnych złosiów. Patrząc na to w ten sposób, rzeczywiście to moja wina, że Jesse musiała zmienić plany.

Celowo mówił beznamiętnym tonem, a nasza więź partnerska, która ucichła parę tygodni temu, nie dawała mi wglądu w jego emocje. Jednak w tej chwili chyba nie dbałam o to, co myśli.

W pierwszym odruchu chciałam rzucić jakąś kąśliwą ripostę, która pokazałaby, jak bardzo jest mi przykro, że tak łatwo przyjął narrację Christy. Ale nie chciałam zdradzać swoich uczuć w tym momencie. Ugryzłam się w język i odwracając się do Adama, myślałam gorączkowo nad bardziej neutralną odpowiedzią. Nic nie przyszło mi do głowy.

W czasie tego milczenia, pełnego napięcia i ciężkiego od niewypowiedzianych słów, kuchenne drzwi otworzył Aiden.

Aiden... w zasadzie należał do watahy, choć gdyby mnie zapytać, nie wiedziałabym dokładnie, kiedy stał się jej członkiem.

Pojawił się w moim życiu brudny, najeżony, mając u mnie dług wdzięczności za pomoc w uratowaniu Zee i Tada.

Zee, kiedy nie robił za mechanika w moim warsztacie, był potężnym pradawnym, którego nawet Szara Rada traktowała z respektem, jeśli nie bojaźnią. Tad, jego półczłowieczy syn, również posiadał moc. Ale to Aiden ich uratował, Aiden, który nie wyróżniałby się wśród dzieciaków z trzeciej klasy, dopóki nie otworzyłby ust.

Wyglądał tak jak wtedy, gdy jakiś pradawny porwał go i zabrał do Podgórza, magicznej krainy, którą rządzili pradawni – a raczej tak im się wydawało. Nie wiem, czy ludzie nie starzeją się w Podgórzu, czy to zasługa dawno nieżyjącego porywacza, czy może sama Podgórze zatrzymywała starzenie się ludzi, żeby mieć towarzystwo po wygnaniu pradawnych, ale podobnie jak Piotruś Pan, Aiden nie dorósł. Przez wszystkie te nie wiadomo ile wieków, kiedy mieszkał w Podgórzu – w większości samotnie – w świecie pełnym potworów uwięzionych przez pradawnych i uwolnionych przez Podgórze, nie urósł nawet o centymetr. A w zeszłym tygodniu musieliśmy kupić mu nowe ubrania. Nadal nie wyróżniałby się spośród trzecioklasistów, ale wyglądało na to, że teraz zaczął rosnąć. Z czego niezmiernie się cieszył.

Aiden był bardzo niebezpieczny. Prawdopodobnie by umożliwić mu przeżycie, a jeszcze bardziej prawdopodobnie z tylko sobie znanych powodów, Podgórze wyposażyła go w dar ognia. Ale my również jesteśmy niebezpiecznymi istotami, więc przyjęliśmy go do rodziny i w zasadzie traktowaliśmy jak dzieciaka, na którego wyglądał. Dawało mu to poczucie bezpieczeństwa i może nawet bawiło.

Wchodząc do domu, wyglądał jak zwykłe niesamowicie brudne dziecko – jakby się najpierw zmoczył, a potem wytarzał w pyle, w który zamieniała się tu gleba o tej porze roku. Jedną z niewiarygodnie brudnych rąk trzymał za rękę równie brudną i potarganą, nieco mniejszą od siebie dziewczynkę.

Przystanął, wepchnąwszy dziewczynkę do kuchni z wyraźną irytacją graniczącą z gniewem. Powściągnął jednak swoje uczucia, kiedy z nietypową dla dziecka bystrością odczytał i zrozumiał emocje buzujące w kuchni.

– Przepraszam – powiedział. – To chyba kiepski moment.