Pocałunek żelaza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Night broken

Podziękowania


Wydawcom: oczywiście Annie Sowards, ale także Mike’owi i Collinowi Briggsom, Dave’owi, Katherine i Caroline Carson, Jeanowi Matteucci, Ann (Sparky) Peters, Kaye i Kyle’owi Robersonom oraz Gene Walker – dzielnym ludziom, którzy czytali tę książkę w całości lub częściach, w różnych opłakanych stanach, i zawsze byli mi podporą.

Niemiecki: Michaelowi i Susann Bockom z Hamburga – Zee jest bardzo wdzięczny za ich chwalebne wysiłki. Danke.

Informacje: Janie i Deanowi z Butte Silver Bow Arts Foundation, George’owi Bowenowi i Wydziałowi Policji z Kennewick, Cthulu Bobowi Lovely oraz Dr. Ginny Mohl.

Mapa: Michaelowi Enzweilerowi.

Autorka jest szczególnie wdzięczna Jesse’owi Robisonowi, który życzliwie wkroczył, gdy Mercy potrzebowała księgarni i osoby, która zna swoje książki.

Oraz oczywiście dla gorliwych członków Three Rivers Folklife Society i wielu utalentowanych muzyków, którzy zapewniają oprawę muzyczną Święta Pracy, organizując Tumbleweed Music Festival.

Mimo heroicznych wysiłków tych wielu zdolnych ludzi zdaję sobie sprawę z niedoskonałości tej powieści, a odpowiedzialność za nie przyjmuję całkowicie na siebie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Kowboj, prawnik i mechanik oglądają „Królową potępionych” – mruknęłam.

Warren, który dawno temu był kowbojem, prychnął, przebierając palcami nagich stóp.

– Tak może się zaczynać albo kiepski dowcip, albo straszna opowieść.

– Nie – zaprotestował Kyle, prawnik, który leżał z głową na moich udach. – Straszna opowieść zaczynałaby się tak: wilkołak, jego zabójczo przystojny kochanek i zmiennokształtna...

Warren, wilkołak, zaśmiał się, potrząsając głową.

– Zbyt skomplikowane. Niewielu już wie, co to są zmiennokształtni.

Zwykle mylnie brano nas za skórokształtnych, określonych przez Indian mianem „tych, którzy biegają jak zwierzęta”. Po części rozumiałam to zamieszanie, bo i skórokształtni, i zmiennokształtni należą do tubylczych metamorfów. W dodatku nazwy wymyśliła zapewne jakaś głupia blada twarz, która nie rozróżniała tych istot.

Nie jestem skórokształtną. Po pierwsze, pochodzę z innego szczepu. Mój ojciec był Czarną Stopą z północnej Montany, a skórokształtni wywodzą się z plemion południowych, na przykład Hopi czy Nawaho.

Po drugie, skórokształtni muszą założyć skórę zwierzęcia, w które się przemieniają, przeważnie kojota lub wilka, a ich oczy pozostają ludzkie. Skórokształtni to złe wiedźmy, ściągające na ludzi choroby i śmierć.

Ja do przemiany w kojota nie potrzebuję skóry czy – zerknęłam na Warrena, niegdyś kowboja, aktualnie wilkołaka – księżyca.

W postaci kojota wyglądam dokładnie jak każdy przeciętny kojot. Raczej nieszkodliwy, stojący na najniższym szczeblu drabiny magicznych stworzeń zamieszkujących stan Waszyngton. Który to zresztą fakt zapewniał mi dotychczas względne bezpieczeństwo. Nikt nie zauważał tak niepozornej istoty. Ostatnio jednak uległo to zmianie. Nie żebym zyskała jakieś moce, jednakże moje poczynania zwróciły uwagę magicznego światka. Na przykład kiedy wampiry dowiedziały się, że zabiłam nie jednego, a dwóch z ich rodzaju...

Jakby w odpowiedzi na moje przemyślenia na ekranie telewizora, telewizora tak wielkiego, że nie pomieściłby się w saloniku mojego bungalowu z prefabrykatów, pojawił się wampir. Zamiast dreszczyku pożądania na widok aktora odzianego jedynie w seksownie opięte na biodrach skórzane spodnie, przeszyła mnie fala lęku. Zabawne, jak zabicie wampira wzmaga strach przed nimi. W koszmarach wampiry wyłaniały się z dziur w podłodze domku i szeptały do mnie z mroku. W snach czułam przebijający ciało kołek i zatapiające się w moim ramieniu kły.

Gdyby to Warren leżał mi z głową na kolanach, na pewno zauważyłby moją reakcję. Ale rozciągnięty na dywanie wilkołak wpatrywał się ze skupieniem w ekran.

– Wiecie – zaczęłam jakby od niechcenia, rozpierając się wygodniej na nieprzyzwoicie miękkiej skórzanej kanapie, stojącej w telewizyjnym pokoju wielkiego domu Kyle’a. – Zastanawiam się, dlaczego Kyle wybrał właśnie ten film. Po tytule w życiu bym się nie domyśliła, że może w nim być tyle nagich męskich torsów.

Warren parsknął, wpychając sobie do ust garść popcornu z miski, którą trzymał na brzuchu.

– A co? – rzekł, przeciągając po teksańsku zgłoski. – Spodziewałaś się więcej półnagich kobiet, Mercy? Znasz Kyle’a, więc nie powinnaś być zaskoczona. – Zachichotał, wskazując na telewizor. – Hej, nie wiedziałem, że wampiry nie podlegają prawu grawitacji. Widzieliście kiedyś jakiegoś zwisającego tak z sufitu?

Potrząsnęłam głową, obserwując, jak filmowy wampir rzuca się na dwie swoje fanki.

– Nie, ale nie zdziwiłabym się. Nie widziałam też, jak pożywiają się na ludziach. Ble.

– Cicho. Uwielbiam ten film – bronił swojego wyboru Kyle. – Śliczni chłopcy wijący się w pościeli, nagie torsy i obcisłe skórzane biodrówki. Myślałem, że tobie też podejdzie, Mercy.

Zlustrowałam mężczyznę wzrokiem, każdy jego opalony, muskularny kawałek, i doszłam do wniosku, że jest o wiele bardziej interesujący niż jakiś tam przystojniak z ekranu – bardziej rzeczywisty.

Miał aparycję stereotypowego geja, od żelu na doskonale przyciętych ciemnych włosach aż po kosztowne, lecz gustowne ubrania. Nieuważnym obserwatorom łatwo umykała ukryta w tym ślicznym opakowaniu wybitna inteligencja. Co oczywiście było celem Kyle’a.

– Niewystarczająco kiepskie jak na wieczór kiepskich filmideł – ciągnął Kyle, nie przejmując się, że przeszkadza. I tak nikt z nas nie śledził wyjątkowo błyskotliwych dialogów. – Wziąłbym „Blade’a” trójkę, ale ktoś go wypożyczył.

– Wesley Snipes jest boski w każdym filmie, nawet jeśli do oglądania trzeba wyłączyć dźwięk – oświadczyłam i schyliłam się do miski z popcornem.

Warren nadal nie stracił chorobliwej chudości, wspomnienia po wypadkach sprzed miesiąca, kiedy był ciężko ranny, bliski śmierci. Na szczęście wilkołaki są twarde, inaczej nie przeżyłby ataku wampira – nosiciela demona. To jego właśnie zabiłam za wiedzą i zgodą Pani tutejszej chmary. Fakt, że tak naprawdę nie chciała, bym go zabiła, nie negował jej oficjalnego przyzwolenia – nie mogła wyciągnąć wobec mnie żadnych konsekwencji za tę śmierć. Natomiast jeśli chodzi o drugiego zabitego wampira, nie wiedziała, że to ja jestem za to odpowiedzialna.

– Pod warunkiem, że nie gra transa – wycedził Warren.

Kyle przytaknął mruknięciem.

– Snipes to niezłe ciacho, ale jako laska wygląda koszmarnie.

– Ej – zaprotestowałam, wracając myślami do tematu rozmowy. – „Ślicznotki” to całkiem niezły film. – Oglądaliśmy go tydzień wcześniej u mnie.

Na dźwięk dochodzącego od strony schodów cichego buczenia Kyle podniósł się z kanapy z lekkością tancerza. Przeznaczony dla Warrena pokaz gracji przeszedł bez echa. Wilkołak skupił wzrok na telewizorze, choć jego uśmieszek nie był zapewne reakcją, na jaką reżyser liczył, tworząc wyjątkowo krwawą scenę. Moje odczucia okazywały się bliższe oczekiwanemu odbiorowi. Zbyt łatwo przychodziło mi postawienie się w roli ofiary.

– Murzynek gotowy, cukiereczki – ogłosił Kyle. – Chcecie coś do picia?

 

– Nie, dzięki – rzuciłam. To tylko film, pomyślałam, obserwując pożywiającego się wampira.

– Warren?

Na dźwięk swojego imienia wilkołak w końcu oderwał oczy od ekranu.

– Wodę poproszę.

Warren nie był tak ładny jak Kyle, odznaczał się raczej surową, męską urodą. Odprowadził schodzącego do kuchni partnera pożądliwym spojrzeniem.

Uśmiechnęłam się w duchu, uradowana widokiem szczęścia Warrena. Gdy tylko Kyle zniknął z pola widzenia, oczy wilkołaka spoważniały. Usiadłszy prosto, pogłośnił telewizor i przeniósł na mnie spojrzenie.

– Musisz się zdecydować – zaczął z naciskiem. – Adam, Samuel albo żaden. Nie możesz trzymać ich w niepewności.

Adam był Alfą miejscowego stada wilkołaków i moim sąsiadem, z którym od czasu do czasu się umawiałam, Samuel z kolei moją pierwszą miłością, pierwszym zawodem miłosnym i obecnym współlokatorem. Tylko współlokatorem, choć pragnął czegoś więcej.

Żadnemu z nich nie ufałam. Opanowanie Samuela w kontaktach ze mną było tylko fasadą, skrywającą cierpliwego, bezwzględnego drapieżcę. A Adam... Cóż, Adam mnie przerażał. Niestety, obawiałam się, że kocham ich obu.

– Wiem.

Warren odwrócił wzrok, co oznaczało, że czuje się niezręcznie.

– Nie myłem dziś zębów prochem, więc nie będę strzelał z grubej rury, ale to poważna sprawa, Mercedes. Rozumiem, że to niełatwe, jednak dwa dominujące wilkołaki zainteresowane jedną samicą oznaczają rozlew krwi. Nie znam przypadku, żeby jakiś wilk dawał samicy tak duże pole manewru, jakie oni dają tobie, ale lada moment któryś z nich się złamie.

Moja kieszeń zagrała „Baby elephant walk”. Wyłowiłam komórkę i zerknęłam na numer dzwoniącego.

– Wierzę ci – powiedziałam do Warrena. – Tylko nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

Problem z Samuelem nie polegał tylko na jego dozgonnej miłości do mnie, ale to była sprawa pomiędzy nami i Warrenowi nic do tego. Jeśli zaś chodzi o Adama... Po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej zebrać manatki i zniknąć.

Telefon nie przestawał wygrywać melodyjki.

– To Zee. Muszę odebrać.

Zee, mój były szef i mentor, nauczył mnie, jak złożyć silnik od podstaw, a także zaopatrzył w akcesoria umożliwiające zabicie wampira odpowiedzialnego za stan Warrena oraz koszmary, które kładły pod jego oczami głębokie cienie. Uznałam, że Zee zyskał sobie tym prawo do przerywania Piątkowych Wieczorów Filmowych.

– Zastanów się nad tym.

Kiwnęłam głową, odbierając telefon.

– Cześć, Zee.

W słuchawce odpowiedziała mi cisza.

– Mercedes – odezwał się w końcu Zee i nawet twardy niemiecki akcent nie pokrył wahania w jego głosie. Stało się coś niedobrego.

– Z czym dzwonisz? – Natychmiast siadłam prosto i opuściłam nogi na podłogę. – Jestem z Warrenem – dodałam, dając Zee do zrozumienia, że ma jeszcze jednego słuchacza. Obecność wilkołaka odbierała rozmowom poufność.

– Mogłabyś pojechać ze mną do rezerwatu?

Gdyby to nie był Zee, uznałabym, że chodzi o pobliski Rezerwat Umatilla, jednak w tym wypadku nie ulegało wątpliwości, że mowa o Rezerwacie Nieludzi imienia Ronalda Wilsona Reagana leżącym w Walla Walla, który potocznie nazywano Uroczyskiem.

– Teraz?

W sumie... Zerknęłam na filmowego wampira. Nie do końca mnie przekonywał, nie umiał zagrać prawdziwego zła, ale i tak wzbudzał niepokój. Jakoś nie potrafiłam wykrzesać z siebie żalu, że ominie mnie dalszy ciąg filmu. A tym bardziej rozmowy o moich sprawach sercowych.

– Nie – burknął Zee. – W przyszłym tygodniu. Jetzt. Oczywiście, że teraz. Gdzie jesteś? Podjadę po ciebie.

– Wiesz, gdzie mieszka Kyle?

– Kyle?

– Chłopak Warrena. – Zee znał Warrena, nie przyszło mi do głowy, że dotychczas nie spotkał Kyle’a. – Zachodnie Richland.

– Daj adres, trafię.


Ciężarówka Zee pruła autostradą jak strzała, mimo że liczyła sobie więcej lat niż ja. Szkoda, że tapicerka nie była w podobnym stanie jak silnik. Przesunęłam się trochę, żeby wystająca sprężyna nie uwierała mnie tak boleśnie w krzyż.

Lampki na desce rozdzielczej oświetlały pobrużdżoną twarz, którą Zee przybrał na użytek świata. Gęste siwe włosy były w nieładzie, jakby mierzwił je palcami.

Po zakończeniu rozmowy z Zee Warren nie wrócił już do tematu Samuela i Adama, bo w pokoju pojawił się Kyle z murzynkiem. Nie przeszkadzało mi, że Warren wtrąca się w moje sprawy sercowe – ja wystarczająco wtrącałam się w jego, żeby zyskał sobie do tego prawo. Nie chciałam po prostu o tym myśleć.

Droga mijała nam w milczeniu. Znałam starego tetryka na tyle, żeby powstrzymać się od nagabywań. I tak nie wyciągnęłabym z niego żadnych informacji, zostawiłam go więc w spokoju. W każdym razie po pierwszych kilkunastu pytaniach, na które nie udzielił mi odpowiedzi.

– Byłaś już kiedyś w rezerwacie? – zapytał nieoczekiwanie, kiedy przejeżdżaliśmy przez rzekę za Pasco, kierując się na drogę do Walla Walla.

– Nie.

Rezerwat nieludzi w Nevadzie był przyjazny turystom. Wybudowano tam nawet kasyno i niewielki park tematyczny. W przeciwieństwie do Nevady, rezerwat w Walla Walla skutecznie odstraszał wszystkich spoza społeczności nieludzi. Czy taka była polityka rządu, czy sprawiły to wysiłki samych nieludzi, dość, że nieciekawa reputacja zniechęcała do odwiedzin.

Zee zabębnił nerwowo palcami po kierownicy. Zgrubiała, pobliźniona skóra na dłoniach, poplamiona głęboko wżartym smarem, nie pozostawiała wątpliwości, że ręce te należą do osoby, która całe życie naprawiała samochody.

Tak właśnie miały wyglądać dłonie człowieka, którego postać przyjął Zee. Kiedy kilka lat wcześniej, jakiś czas po ujawnieniu się pierwszego nieczłowieka, Szarzy Panowie, potężne, bezlitosne istoty sekretnie rządzące nieludźmi, zmusiły go do wyjawienia światu swego pochodzenia, Zee nie zawracał sobie głowy zmianą wcześniejszej powierzchowności.

Znałam Zee od ponad dekady i nie widziałam w innej formie niż naburmuszonego starszego mężczyzny. Wiedziałam jednak, że posiada drugą twarz. Większość nieludzi nawet po ujawnieniu funkcjonowała w społeczeństwie, przybierając iluzoryczne powłoki. Ludzie nie byli jeszcze gotowi, aby ujrzeć ich prawdziwe postaci. W zasadzie większość i tak posiadała humanoidalne kształty, jednak się nie starzeli. Właśnie przerzedzone włosy, zmarszczki i starcze plamy stanowiły najlepszy dowód, że to nie naturalna postać Zee. Kwaśna mina natomiast nie zaliczała się do integralnej części magicznej aparycji.

– Na miejscu nic nie jedz i nie pij – rzekł ostro.

– Spokojnie, czytałam baśnie – przypomniałam. – Żadnych przekąsek, napojów, żadnych przysług. I nie dziękować.

– Bajki. Przeklęte opowiastki dla dzieciaków – mruknął.

– Czytałam też Katherine Briggs – dodałam. – I braci Grimm. – Głównie w poszukiwaniu istoty, którą mógłby być Zee. Nie mówił o tym nigdy, ale sądziłam, że jest kimś. Dlatego też próby zidentyfikowania go stały się dla mnie swego rodzaju hobby.

– No, to już lepiej. Niewiele, ale zawsze. – Znowu zabębnił palcami o kierownicę. – Briggs była archiwistką. W jej opowieściach jest tyle prawdy, co w źródłach, z których korzystała, a te są w większości przeraźliwie niepełne. Zaś Grimmowie w swoich historiach kładą większy nacisk na dostarczenie rozrywki niż faktów. Jedne i drugie są nur Schatten... jedynie echami rzeczywistości. – Obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. – Wujek Mike uważa, że możesz się nam przydać. Uznałem, że lepiej wykorzystać w ramach odpłaty tę sytuację, bo nie wiadomo, kto stanie na twojej drodze w przyszłości.

Zee, narażając się na gniew Szarych Panów, dostarczył mi kilku przedmiotów należących do nieludzi, narzędzi umożliwiających skuteczne pozbycie się wampira‍-czarnoksiężnika, nad którym kontrolę stopniowo przejmował użyczający mu mocy demon. Z ich pomocą zabiłam wampira, a także jego stwórcę. Jednak, jak to w baśniach bywa, wykorzystanie daru nieludzi po raz drugi, bez zgody właścicieli, niesie ze sobą konsekwencje.

Gdybym wiedziała, że pomoc Zee ma być zapłatą, zadanie od początku wzbudziłoby we mnie obawy – ostatnim razem spłacanie długu wdzięczności nie skończyło się dla mnie zbyt dobrze.

– Dam sobie radę – zapewniłam towarzysza mimo ściśniętego strachem serca.

Skrzywił się kwaśno.

– Nie pomyślałem o konsekwencjach twojej wizyty w rezerwacie po zmroku.

– Przecież ludzie go odwiedzają – zaprotestowałam niepewnie.

– Nie tacy jak ty i nie w nocy. – Potrząsnął głową. – Turyści przychodzą za dnia i widzą tylko to, co mają zobaczyć. W świetle łatwiej oszukać ludzkie zmysły. Ale ty... Szarzy Panowie zakazali polowania na ludzi, jednak mieszkają tam drapieżniki, a trudno przeciwstawić się głosowi natury. Szczególnie gdy Szarych Panów, którzy ustalają zasady, nie ma na miejscu. Będę tylko ja. Jeśli zobaczysz coś, czego nie powinnaś, niektórzy mogą twierdzić, że działali, chcąc chronić...

W tym momencie przeszedł na niemiecki, a ja zorientowałam się, że od jakiegoś czasu mówił właściwie do siebie. Dzięki Zee zrobiłam większe postępy w niemieckim niż przez dwa lata nauki w szkole, mimo to moja znajomość tego języka nie była aż tak dobra, bym mogła zrozumieć wszystko.

Minęła już ósma, lecz ciepłe promienie słońca kładły się jeszcze na koronach drzew porastających zbocza wzniesień. Większe tworzyły nadal zieloną okrywę, jednak tu i ówdzie krzewy pyszniły się już pełnymi barwami jesieni.

W okolicach Tri-Cities jedynymi drzewami były te podlewane w upalne lata przez ludzi oraz rosnące przy rzece. W miarę zbliżania się ku Walla Walla, gdzie Pasmo Błękitne zapewniało większą wilgotność, okolica stawała się bardziej zielona.

– Najgorsze jest to – ciągnął Zee, przechodząc znów na angielski – że prawdopodobnie nie powiesz nam nic nowego.

– O czym?

Stropiona mina nie pasowała do jego twarzy.

– Ja, trochę namieszałem. Pozwól, że zacznę od początku. – Westchnął ciężko. – W rezerwacie mamy własnych stróżów porządku. Działają po cichu, bo świat ludzi nie jest jeszcze gotowy, aby poznać nasze metody egzekwowania prawa. Niełatwo byłoby zamknąć w areszcie któregoś z nas, prawda?

– Wilkołaki mają ten sam problem – stwierdziłam.

– Ja, nie dziwię się – przytaknął. – Do rzeczy. Ostatnio mieliśmy w rezerwacie parę niewyjaśnionych śmierci. Uważamy, że ich sprawcą jest ta sama osoba.

– Należysz do sił porządkowych rezerwatu? – zdziwiłam się.

– Nie. Nie mamy czegoś takiego. Nie w sensie policji. Ale Wujek Mike należy do Rady. Uznał, że twój nos może nam się przydać, więc posłał po ciebie.

Wujek Mike prowadził w Pasco bar dla nieludzi i innych magicznych istot. Zawsze czułam, że jest kimś ważnym, bo jak inaczej udałoby mu się trzymać tylu Pradawnych w ryzach? Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że jest członkiem Rady. Może przyszłoby mi to do głowy, gdybym wiedziała, że istnieje w ogóle jakaś rada.

– Co ja mogę zrobić takiego, czego nie może jeden z was? – Zee otworzył usta, ale powstrzymałam go gestem. – Nie, nie mam nic przeciwko. Potrafię sobie wyobrazić dużo gorsze sposoby na spłatę długu wobec was. Ale dlaczego akurat ja? A te wasze psy z oczami jak spodki czy koła młyńskie? A wasza magia? Nie możecie znaleźć mordercy dzięki magii?

Niewiele wiedziałam o magii, jednak przypuszczałam, że w rezerwacie nieludzi znajdzie się ktoś o mocach przewyższających w tym wypadku możliwości mojego nosa.

– Może Szarzy Panowie mogliby wskazać zabójcę dzięki magii – przyznał Zee – ale nie chcemy ich w to mieszać. Są zbyt nieprzewidywalni. Poza nimi... – Wzruszył ramionami. – Sprawca jest nieuchwytny. Jeśli chodzi o węch, większość z nas nie została nim hojnie obdarzona. Ten zmysł rozwinęły raczej stworzenia pokrewne zwierzętom, a kiedy Szarzy Panowie uznali, że lepiej nam będzie żyć pośród ludzi, wybili większość zwierzopochodnych istot, które przetrwały pojawienie się Chrystusa i żelaza. Może mieszka tu kilka stworzeń zdolnych wywęszyć człowieka, lecz są zbyt słabe, żeby im zaufać.

– To znaczy?

Spojrzał na mnie ponuro.

– Żyjemy tu inaczej niż wy. Ktoś, kto nie posiada mocy, żeby się bronić, nie może pozwolić sobie na narażanie się silniejszym. Jeśli zabójca dysponuje potężną magią lub posiada koneksje, żaden z nieludzi potrafiących rozpoznać winnego po zapachu nie zdobędzie się na jego wskazanie. – Wykrzywił się w gorzkim uśmiechu. – Może i nie jesteśmy w stanie kłamać, ale prawda i szczerość to dwie różne rzeczy.

 

Zostałam wychowana przez wilkołaki, stworzenia, które potrafiły wyczuć kłamstwo na odległość. Dobrze znałam różnicę pomiędzy prawdą a szczerością.

Uderzyło mnie coś, co wcześniej powiedział.

– No tak, ale ja też nie jestem potężna. Co, jeśli się komuś narażę?

– Będziesz moim gościem. – Uśmiechnął się. – Choć może się to okazać niewystarczające, jeśli zobaczysz za dużo. Nasze prawa jasno określają sposób postępowania z wałęsającymi się po Podgórzu śmiertelnikami, którzy naruszają nasze sekrety. Aczkolwiek fakt, że zostałaś zaproszona przez Radę oraz że nie do końca jesteś człowiekiem, powinien zapewnić ci względną nietykalność. Zresztą każdy, kto poczuje się urażony twoimi słowami prawdy, zgodnie z naszymi prawami dotyczącymi gości, stanie raczej przeciwko mnie niż tobie. A ja potrafię się bronić.

W to nie wątpiłam. Zee mienił siebie gremlinem, które to określenie było zapewne tak bliskie prawdzie, jak każde inne, choć akurat to słowo powstało dużo, dużo później niż on sam. Mój towarzysz należał do istot zaprzyjaźnionych z żelazem, co dawało mu przewagę nad większością nieludzi, dla których metal ten stanowi śmiertelne zagrożenie.

Żadna tablica nie informowała o zjeździe na dobrze utrzymaną drogę, w którą skręciliśmy z autostrady. Szosa wiła się pomiędzy niewysokimi, zalesionymi pagórkami, a te zdecydowanie bardziej przypominały Montanę niż jałowe, porośnięte stokłosą i bylicą obszary wokół Tri‍-Cities.

Za kolejnym zakrętem, pokonawszy gęsty zagajnik topolowy, wjechaliśmy pomiędzy wysokie na pięć metrów mury z beżowych betonowych bloków. Gościnność progów podkreślały dodatkowo umieszczone na szczytach murów zasieki z drutu ostrzowego.

– Wygląda jak więzienie – podsumowałam. Wąska droga biegnąca pomiędzy wysokimi ścianami przyprawiała mnie o klaustrofobię.

– Owszem – przyznał Zee odrobinę ponuro. – Zapomniałem zapytać, masz ze sobą prawo jazdy?

– Tak.

– To dobrze. Musisz mieć na uwadze, Mercy, że wiele istot zamieszkujących rezerwat nie przepada za ludźmi, a w tobie jest wystarczająco dużo z człowieka, żeby czuły wobec ciebie niechęć. Jeśli naruszysz jakąś granicę, najpierw cię zabiją, a potem dopiero dadzą mi szansę szukania sprawiedliwości.

– Będę uważała na to, co mówię – obiecałam.

– Uwierzę, jak zobaczę – prychnął drwiąco. – Żałuję, że nie ma tu Wujka Mike’a. Przy nim nie ważyliby się cię tknąć.

– Myślałam, że moja wizyta tutaj jest pomysłem właśnie Wujka Mike’a?

– Owszem, ale on prowadzi interes, nie może tak sobie zostawić baru.

Po kilkuset metrach droga zakręciła ostro, a naszym oczom ukazały się brama i budka strażnicza. Zee zatrzymał się i opuścił szybę.

Wartownik miał na sobie mundur z dużą naszywką ASN na ramieniu. Nie interesowałam się Agencją Spraw Nieludzi na tyle, by wiedzieć, z jaką komórką militarną są skojarzeni, o ile w ogóle. Strażnik robił raczej wrażenie najemnego ochroniarza, którego chyba trochę uwierał mundur, mimo że dawał mu pewną władzę. Na plakietce przypiętej na piersi widniało nazwisko O’Donnell.

Gdy pochylił się do okna, wyczułam bijący od niego zapach czosnku i potu, choć nie śmierdział niemytym ciałem. Mam po prostu bardziej wrażliwy nos niż przeciętny człowiek.

– Dokumenty – polecił.

Mimo że nazwisko miał typowo irlandzkie, wyglądał bardziej na Włocha albo Francuza. Grubo ciosaną twarz wieńczyły wyraźne zakola.

Zee wyciągnął z portfela prawo jazdy i podał je wartownikowi, który z namaszczeniem dokonał ceremonii porównywania zdjęcia z twarzą kierowcy. Po chwili kiwnął głową i burknął:

– Jej też.

Już zdążyłam wyjąć swój portfel z torebki, więc od razu wręczyłam dokument Zee, który przekazał go wartownikowi.

– Brak oznaczenia – zauważył O’Donnell, stukając kciukiem w róż mojego prawa jazdy.

– Ona nie jest nieczłowiekiem, panie władzo – wyjaśnił Zee pełnym szacunku tonem. W życiu nie słyszałam, żeby Zee mówił do kogokolwiek w ten sposób.

– Doprawdy? A co w takim razie ją tu sprowadza?

– Jest moim gościem – pospieszył z odpowiedzią Zee, jakby przeczuwał, że lada chwila ofuknę umundurowanego bałwana, że to nie jego sprawa.

Zaiste, strażnik okazał się bałwanem. Podobnie zresztą jak szef ochrony. Sprawdzanie zgodności wyglądu ze zdjęciem w przypadku nieczłowieka? Jedyna cecha wspólna wszystkich nieludzi to umiejętność zmiany właśnie wyglądu. Ich iluzje były tak realne, że potrafiły oszukać nie tylko zmysły ludzkie, ale i prawa materii. Dlatego właśnie ćwierćtonowy, trzymetrowy ogr mógł nosić sukienkę w rozmiarze 36 i jeździć mazdą miata. Proces był inny niż w przypadku zmiennokształtnych. Jednak według moich informacji różnił się tak niewiele, że nie miało to znaczenia.

Nie wiem, jaki mieliby okazać dokument Pradawni, ale zdjęcie na pewno się nie sprawdzało. Oczywiście nieludzie z uporem głosili, że potrafią przyjmować tylko jedną postać, choć nigdy nie padło z ich strony oficjalne stwierdzenie na ten temat. Może udało im się przekonać do tego jakichś biurokratów?

– Proszę wysiąść z samochodu – zwrócił się do mnie bałwan. Sam wyszedł z budki i okrążył półciężarówkę, stając przy moich drzwiczkach.

Zerknęłam na Zee. Kiwnął głową, więc wyskoczyłam na drogę.

Wartownik obszedł mnie dookoła. Z trudem powstrzymałam warknięcie. Nie znoszę mieć obcych za plecami. Nie był chyba tak głupi, na jakiego wyglądał, bo prawdopodobnie wyczuł moje napięcie i stanął z przodu.

– Brass nie lubi, gdy cywile przyjeżdżają tu po zmroku – rzekł do Zee, który też podszedł do nas.

– Mam pozwolenie na jej odwiedziny – odparł Zee tak samo potulnie, jak wcześniej.

Strażnik parsknął, przewracając kartki w swoim notesie, ale nie sądziłam, żeby cokolwiek czytał.

– Siebold Adelbertsmiter. – Błędnie wymówił imię Zee, zabrzmiało jak „Sibolt” zamiast „Zibold”. – Michael McNellis i Olwen Jones. – Michael McNellis to prawdopodobnie Wujek Mike. Albo i nie. Olwena nie znałam wcale, ale znajomych z imienia nieludzi mogłam policzyć na palcach jednej ręki, i to z zapasem wolnych palców. Nieludzie unikali wyjawiania swoich imion.

– Zgadza się. – Zee po mistrzowsku udawał cierpliwość. A że udawał, wiedziałam tylko dlatego, że nigdy nie miał cierpliwości do głupców. Ani nikogo innego, swoją drogą. – Nazywam się Siebold – wymówił swoje imię w ten sam sposób, co strażnik.

Urzędas zabrał moje dokumenty i zniknął w budce. Ciężarówka zasłaniała mi widok na stróżówkę, lecz dobiegł mnie klekot klawiatury. Trwało to kilka minut, po których O’Donnell wrócił i oddał mi prawo jazdy.

– Trzymaj się z dala od kłopotów, Mercedes Thompson. Uroczysko to nie miejsce dla grzecznych dziewczynek.

Najwyraźniej O’Donnell spał, kiedy Bóg rozdawał wyczucie. Nie byłam zwykle przewrażliwiona na swoim punkcie, ale w jego ustach określenie „dziewczynka” zabrzmiało obelżywie. Pomna ostrzegawczego spojrzenia Zee, powstrzymałam się od komentarza, odebrałam spokojnie prawo jazdy i wsunęłam je do kieszeni spodni.

Nie kontrolowałam chyba jednak mimiki, bo O’Donnell nagle zbliżył do mnie twarz.

– Słyszałaś, co powiedziałem, dziewczynko?

Owiał mnie zapaszek szynki i musztardy, które musiał jeść na kolację. Czosnku raczej używał dzień wcześniej. Może w pizzy lub lasagne.

– Słyszałam – potwierdziłam tak łagodnie, jak potrafiłam. Trzeba przyznać, że talentem aktorskim z pewnością nie dorównywałam Zee.

O’Donnell musnął palcami wiszącą u pasa broń.

– Może zostać dwie godziny. Jeśli nie wróci do tego czasu, przyjdziemy jej szukać – rzucił do mojego towarzysza.

Zee skłonił głowę na podobieństwo filmowych karateków, nie spuszczając oczu z twarzy strażnika. Odczekał, aż O’Donnell wróci do budki, i dopiero wtedy wsiadł do samochodu. Zrobiłam to samo.

Wrota stalowej bramy rozchyliły się niechętnie, jakby oddając nastawienie wartownika. Materiał, z jakiego wykonano bramę, był pierwszym przejawem kompetencji, jaki tu dostrzegłam. Jeśli mury nie były zbrojone, mogły powstrzymać co najwyżej ludzi takich jak ja, lecz nie tutejszych mieszkańców. Druciane zasieki lśniły tak, że nie mogły być wyprodukowane z niczego innego jak z aluminium, metalu absolutnie niegroźnego dla nieludzi. Oczywiście wszelkie zabezpieczenia miały rzekomo zapewniać spokój i chronić mieszkańców rezerwatu, więc teoretycznie nie miało znaczenia, że nieludzie mogą sobie wchodzić i wychodzić pomimo murów i strażników.

Zee minął bramę, wjeżdżając na teren Uroczyska.

Nie jestem pewna, czego spodziewałam się po rezerwacie, może wojskowych baraków albo angielskich chat? Zamiast tego ujrzałam rzędy schludnych, zadbanych parterowych domków z jednostanowiskowymi garażami, identycznej wielkości ogródkami, otoczonych jednolitymi ogrodzeniami, siatką od frontu i cedrowym płotem z tyłu.

Różniły je tylko kolory elewacji oraz zagospodarowanie ogródków. Wiedziałam, że rezerwat powstał w latach osiemdziesiątych, lecz zabudowania wyglądały, jakby postawiono je zaledwie rok temu.

Tu i ówdzie stały samochody, w większości SUV-y i półciężarówki, ale nigdzie nie dostrzegłam ludzi. Jedyną oznaką życia, poza mną i Zee, był czarny pies, obserwujący nas błyszczącymi inteligencją ślepiami zza ogrodzenia jasnożółtego domku.

Pies podnosił tutejszą atmosferę Stepford do poziomu superdreszczowca.

Odwróciłam się, żeby podzielić się z Zee swoimi wrażeniami, i nagle zdałam sobie sprawę, że mój nos mówi mi dziwne rzeczy.