Klątwa burzy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Od autorki

Od tłumaczki

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Zamęt nocy

9 Dotyk ognia

10 Czas ciszy

11 Klątwa burzy


Następnemu pokoleniu: Genevieve, Dylanowi i Wrenowi.

„Póki wierzymy w sny i magiczny pył...”

Oby Wasze szczęśliwe myśli pozwalały Wam latać.


Jedna z drugą, na raz dwie,

wiedźma Hardesty się zwie.

Ciemne niebo pustką świeci,

czarownica klątwę kleci,

w burzę rzuca, co uplecie,

czarna magia z wichrem leci.

Czarne wiedźmy, czarne chmury,

wnet dobiorą się do skóry.

Z burzy magii się wynurzy,

zaklęciami świat twój zburzy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

A ty co zmalowałaś, Mary Jo? – zawołał Ben z tym swoim chrupkim brytyjskim akcentem.

Mary Jo zatrzasnęła drzwiczki i ruszyła w stronę blaszanej stodoły, pod którą staliśmy z Benem. Zgromiła wilkołaka spojrzeniem i odezwała się dopiero, kiedy podeszła.

– Co znaczy, że coś zmalowałam? – zapytała.

Było zimnawo, uczucie chłodu wzmagał porywisty wiatr, który zawiewał mi na oczy kosmyk włosów niewpleciony w warkocz. Temperatura w Tri-Cities nie spada po zachodzie słońca tak gwałtownie, jak w górach Montany, ale noc i tak zabija ciepło dnia.

Ben podskoczył w miejscu – znak, że był zwarty i gotowy na przemoc. Jego uwaga, podobnie jak moja, skupiała się na stodole, choć patrzył na Mary Jo.

– Bo ja zabiłem Mercy trzy razy podczas jednej sesji „Łupu”. Chyba dlatego ściągnęła mnie z łóżka na dzisiejsze łowy. – Ben zerknął na mnie, unosząc brew w otwartym zaproszeniu do komentarza.

No, nie tak brzmiały jego dokładne słowa. Jak zwykle doprawił wypowiedź przekleństwami, ale ignorowałam wulgaryzmy, dopóki nie błysnął czymś naprawdę niesamowitym.

– Ostatnim razem wolałeś mnie zabić, niż wykorzystać szansę na zdobycie stu hiszpańskich dublonów – przypomniałam, nawet po tylu dniach nie mogąc powściągnąć urazy w głosie. W zażartych morskich bitwach komputerowych, w których lubowały się wilkołaki, sto dublonów to skarb, który pozwalał kupić lepszą broń, zapasy i naprawić statek. Tylko psychopatyczny morderca odrzuciłby taką fortunę dla możliwości zabicia innego gracza.

Ben uśmiechnął się wrednie, ale jego minie brakowało już tej ostrości, z jaką krzywił się niegdyś.

– Po prostu nie chciałem wypaść z roli. Pieprzony Bart, moja droga, kocha bardziej zabijanie niż pieniądze. I dlatego ma takie statystyki i jest na trzecim miejscu w rankingu, tuż za Kapitanem Larsenem i Lady Mockingbird.

Kapitan Larsen, zapożyczony z powieści „Wilk morski” Jacka Londona, to pseudonim mojego towarzysza, alfy watahy.

A Lady Mockingbird, która wyprzedzała resztę o piętnaście ofiar, uczy chemii w liceum jako Auriele Zao. To straszna, przerażająca kobieta. Wiedziałam skądinąd, że licealiści też tak uważają.

Ben przeniósł spojrzenie z powrotem ku Mary Jo, ale utkwił je w ziejącej czernią paszczy wielkiej blaszanej konstrukcji, jedynego budynku w promieniu kilometra.

Było bardzo późno w nocy – albo też bardzo wcześnie rano, w zależności od trybu życia, jaki się prowadziło. Nie pojawiła się nawet jeszcze zapowiedź świtu, ale księżyc świecił jasno. Wrota stodoły były tak wielkie, że przejechałyby przez nie dwa szkolne autobusy jednocześnie, więc do środka powinna wpadać choć część srebrzystej poświaty.

Ben przez chwilę przyglądał się budynkowi, a potem zwrócił się z ostrym uśmieszkiem do Mary Jo.

– Widzisz, Mercy właśnie potwierdziła moje przypuszczenia, dlaczego tu się znalazłem. A ty co zbroiłaś, żeby sobie zasłużyć na tę gównianą robótkę?

– Ej – zaprotestowałam. – Zanim zaczniecie się nad sobą użalać, pamiętajcie, że ja też tu jestem.

– Bo ty dowodzisz – skwitowała Mary Jo nieobecnym tonem, wpatrując się w stodołę. – Dowódcy muszą od czasu do czasu ubrudzić sobie rączki razem z trepami. To poprawia morale.

Mary Jo miała na sobie T-shirt z napisem „Strażacy to gorące sztuki”, z wyrazem „gorące” napisanym czerwono-złotymi płomieniami. Mimo że koszulka była luźna, podobnie jak spodnie dresowe do spania, to obszerny strój nie maskował muskulatury.

Mary Jo oderwała spojrzenie od stodoły, zwracając się do Bena.

– Może jestem to... winna, za to jak traktowałam Mercy, zanim Adam położył temu kres. – Przechyliła głowę w moją stronę, zapraszając mnie, podobnie jak wcześniej Ben swoim gestem, do odpowiedzi. Nie spojrzała mi jednak wyzywająco w oczy, jak czyniła kiedyś.

Zrezygnowana, zaczynałam godzić się z tym, jak traktowało mnie stado, odkąd Adam oznajmił im, że mają się do mnie odnosić z co najmniej najwyższym szacunkiem, i to pod groźbą bolesnej śmierci. W drodze konsensusu większość członków watahy ulegała moim życzeniom, jakbym była dominującym wilkiem.

Uwierało mnie to, czułam się z tym dziwnie, nieswojo. No i jak to o mnie świadczy, myślałam sobie, że lepiej znoszę uszczypliwe komentarze i ataki personalne niż uprzejmą uległość?

– Mylisz się – odpaliłam. Wskazałam palcem na Bena. – A co do ciebie, wolisz mnie zabić, niż się wzbogacić? No to masz, to twoja kara. – I znów do Mary Jo: – Ben to nieskomplikowany problem z nieskomplikowanym rozwiązaniem. Z tobą to bardziej skomplikowane. A to nie żadna kara. Nie do końca. To – zatoczyłam ręką, wskazując nocny krajobraz – to po to, żebyś przestała przepraszać za przeszłość, za coś, co robiłaś w tamtym czasie z pełnym przekonaniem. Jestem pewna, że w podobnych okolicznościach znów zrobiłabyś to samo. Twoje przeprosiny są podejrzane... i irytujące.

Ben parsknął rozweselony. Wydawał się odprężony i zadowolony, ale znów przebierał nogami.

– Jak dla mnie, brzmi sensownie, Mary Jo. Gdyby Mercy naprawdę chciała odwetu za to wszystko, przez co przeszła z twojego powodu, wylądowałabyś na jej Liście Epickiej Pomsty, w towarzystwie Niebieskiej Farby do Włosów i Wypadku z Czekoladowym Zającem Wielkanocnym. Wywleczenie cię z łóżka przed świtem to nie ten poziom zemsty.

– To jak? Wystarczy, że przestanę cię przepraszać, i nie będziesz mnie już wywlekała z łóżka po nocy na polowanie na gobliny czy inne dziwadło, jak to w zeszłym tygodniu? – zapytała Mary Jo sceptycznie.

– Tego nie obiecuję – wykręciłam się. Mary Jo należała do nielicznych wilkołaków, które nie eskalowały dramatyzmu czy brutalności sytuacji. – Ale... – Prawda. Szczerość. Z żalem wzruszyłam ramionami. – Może nie będę dzwoniła do ciebie w pierwszej kolejności.

– Epicko. – Mary Jo łypnęła krzywo na Bena. – Po prostu epicko. No to przestanę przepraszać – oświadczyła. – Chyba znajdę inny sposób, żeby cię dręczyć – dodała.

Wiedziałam! Dobrze wyczułam, że to jej przepraszanie jest jakieś podejrzane! Zawsze lubiłam Mary Jo, nawet jeśli bez wzajemności.

 

– Widziałaś tam tego goblina? – westchnęła, spoglądając na stodołę.

Nawet nie starała się być cicho. Żadne z nas nie zawracało sobie tym głowy. Istota, na którą się czailiśmy, słyszała co najmniej równie dobrze jak my. Jeśli rzeczywiście znajdowała się w budynku, słyszała nasze samochody. Nadal poznawałam gobliny i ich możliwości, ale tyle wiedziałam już na pewno.

– Nie – odpowiedziałam.

– Myślisz, że nadal tam jest?

– Wciąż tam siedzi. – Podniosłam rękę, żeby pokazać, jak jeżą mi się włoski, kiedy przysuwam ramię bliżej stodoły. – Inaczej nie byłoby wokół tyle magii.

– Hm – chrząknęła Mary Jo. – Wydaje mi się czy w środku jest jakoś jakby za ciemno?

– Chyba coś mi świta... – odezwał się Ben z namysłem, patrząc na czerń za wejściem. Jego ostry brytyjski akcent sprawiał, że wszystko, co mówił, wydawało się mądrzejsze, niż w rzeczywistości było. Efekt ten jednak wilkołak niweczył, wtrącając obficie wyrazy, dzięki którym całe pokolenia znały smak mydła. – Wiesz, to pieprzone widzenie w ciemnościach.

– Nie wiem, nigdy nie byłam człowiekiem – przypomniałam mu. – Zawsze widziałam całkiem dobrze w ciemności. – Kiedy to powiedziałam, przyszła mi do głowy pewna myśl.

Istniała niewielka możliwość, że to nie iluzja egipskich ciemności wewnątrz stodoły, tylko goblinia magia działająca na nasz wzrok. Popatrzyłam w inną stronę, żeby sprawdzić, czy moje oczy funkcjonują normalnie.

Wokół rozciągały się szczere pola. W pewnej odległości sterczały z ziemi dwa drewniane słupy, jakby pozostałości jakiegoś ogrodzenia, a kilka, kilkanaście kilometrów dalej ciemniały zarysy nowego osiedla sztancowych domków jednorodzinnych, kolejnej sypialni podmiejskiej, którą mijałam po drodze.

Mesie, gdzie się znajdowaliśmy, niewielkiemu miasteczku liczącemu może z pięciuset mieszkańców, niechybnie groziło wchłonięcie przez rozrastające się przedmieścia Pasco. Teren był tu bardziej płaski niż w innych okolicach Tri-Cities, a jego zagospodarowanie pierwotnie opierało się na uprawach zbóż i hodowli bydła.

Nazwę miasteczka wymawia się „Miisa”, nie „Mejsa”, co nawet po wielu latach zamieszkiwania w Tri-Cities nadal brzmiało dla mnie niewłaściwie. Zdawałoby się, że przy tak dużej populacji hiszpańskojęzycznej w tym rejonie nazwa ta powinna być wymawiana poprawnie, a nie brzmieć jak zapożyczenie z absurdalnego dialogu z „Gwiezdnych wojen”, co nie? Ale cóż, jest „Miisa” i już.

– Na włochate cycki Kaina – mruknął Ben, przyłączając się do obserwacji okolicy. – Co za pustelnik o nędznej egzystencji włóczył się po tym pustkowiu w środku nocy? I akurat zauważył wchodzącego do stodoły pieprzonego goblina! A tak swoją drogą, gobliny to miastoluby, jak ja. Co, na kosmate piekło, robi tu goblin?

– To nie był żywy człowiek – oświadczyłam złowieszczo. Ben łypnął na mnie spode łba. – Rozmawiam z umarłymi...

Wykrzywił się do mnie. Nie kłamałam, ale znał mnie i wiedział, że robię sobie z niego jaja. Zmarszczył brwi i podszedł bliżej stodoły.

– Sraty-taty – prychnął. – Tu są kamery.

Nie wydawało mi się, żeby jakąś zobaczył – ja nie zauważyłam żadnej. Ale Ben był maniakiem komputerowym i w razie wątpliwości jego mózg kierował się na elektronikę.

– Monitoring podłączony do smartfona właściciela – przyznałam, porzucając teatralną pozę. – Podobno odbyła się tu kiedyś impreza nieletnich piwoszy z kilkoma kegami, która skończyła się stratami wyliczonymi na kilka tysięcy dolarów. Dlatego zainstalowano tu kamery i czujnik ruchu. Już raz właściciel miał satysfakcję, kiedy przyłapał dwóch młodocianych amatorów piwa, a teraz sprzęt znów wykrył nieproszonego gościa. Facet do mnie zadzwonił.

– A ty do nas – stwierdziła Mary Jo sucho. – Wielkie dzięki.

Uśmiechnęłam się do niej promiennie.

– To brudna robota, psze pani, ale ktoś musi to zrobić – powiedziałam w stylu Johna Wayne’a.

– A gdzie Adam? – zreflektował się nagle Ben. – Nie pozwoliłby ci samej zasadzać się na goblina, nawet takiego dymanego w siano kiepa, co to szlaja się po stodołach zamiast siedzieć na dupie w mieście, jak na porządnego goblina przystało.

Podobnie jak ja, całe stado dopiero zdobywało wiedzę na temat goblinów, ale wraz z nią nabierało do nich szacunku.

– Adama nie było w domu, kiedy dostałam wiadomość. – Wzruszyłam ramionami. – Tajne spotkanie, rozumiesz. Zostawiłam mu wiadomość na poczcie głosowej.

– Spotkanie? O tej porze? – zdziwiła się Mary Jo.

– Taka praca – skwitowałam.

Adam, mój towarzysz, był nie tylko alfą watahy, ale również właścicielem agencji ochrony z dwiema filiami operacyjnymi, kontraktującej tajne operacje rządowe. Nocne spotkania zdarzały się wyjątkowo, ale się zdarzały. W poprzednim miesiącu siedem razy.

Adam nie mógł mi o nich nic powiedzieć, co zresztą denerwowało bardziej jego niż mnie. Ja tam nie muszę wiedzieć, kogo i przed kim lub czym ochrania. Znam go i wiem, że nie zrobiłby nic, co uznałby za nieetyczne – to mi wystarczało. W grę wchodziło niebezpieczeństwo, to fakt, lecz Adam był wyszkolonym żołnierzem i wilkołakiem. Potrafił o siebie zadbać jak nikt inny, kogo znam.

Owszem, i tak się o niego bałam. Jednak on również bał się o mnie, kiedy wplątywałam się w różne afery. Oboje wkroczyliśmy w ten związek, w małżeństwo, z pełną świadomością.

Dopóki sam nie chciał utrzymywać przede mną czegoś w sekrecie, nie przeszkadzało mi, że robi to, kiedy zmuszają go do tego inni.

– Ben ma rację – poparła wilkołaka Mary Jo. – Dlaczego jakiś goblin miałby się ukrywać w stodole w Mesie?

– Może na przykład uciekać przed policją – odparłam. – Pamiętacie te nagłówki z zeszłego tygodnia, że potwór zabił policjanta w Kalifornii, w Long Beach?

– Tak, goblin – przytaknął Ben z namysłem. – Pamiętam. Pokazywali go we wszystkich wiadomościach. To na pewno ten sam?

Wyciągnęłam telefon i pokazałam mu zdjęcie goblina, którego uchwyciła kamera. Teren przed stodołą był dobrze oświetlony, zanim goblin nie zniszczył lamp z czujnikami.

Tam gdzie doszło do zabójstwa, również była kamera. Zapis, niewyraźny, ziarnisty, odtwarzano w kółko w telewizji. Urządzenie nie uchwyciło samego momentu zabójstwa, ale dało się dostrzec twarz goblina i fakt, że sprawca nie był człowiekiem, nie budził żadnych wątpliwości.

Mary Jo zajrzała Benowi przez ramię, przechyliłam więc ekran, żeby lepiej widziała.

– Niezbyt piękny – oceniła. – A może to urok?

Pradawni uzyskują iluzoryczną powierzchowność za pomocą magii, by ukryć swój wygląd.

– Tylko czemu jakiś pradawny chciałby wyglądać jak goblin, który zamordował stróża prawa? – zapytałam. – To skrajna głupota. Rozsądniej założyć, że to jeden z tych goblinów, których urok kosztuje wiele wysiłku, więc nie podtrzymują go, gdy nie muszą.

Rolnik, który do mnie zadzwonił jakąś godzinę wcześniej, bardzo się usprawiedliwiał. Jego syn pracował w biurze szeryfa hrabstwa Franklin i właściciel stodoły wiedział, że powinien w zasadzie zgłosić sprawę służbom porządkowym.

– Ale wie pani, ten stwór tak łatwo zabił tego policjanta w Kalifornii, a mój syn ma dzisiaj służbę – mówił. – Pomyślałem, że spróbuję zadzwonić do was, bo może akurat uznacie, że Mesa leży na terytorium chronionym przez waszą watahę. – Na moment zawiesił głos. – Jak to się wyda, będę się musiał gęsto tłumaczyć, ale chyba lepsze to niż pogrzeb syna.

Natychmiast uznałam, nie konsultując tego z mężem, że owszem, Mesa znajduje się w obrębie naszego terytorium. Jeszcze trochę, a przeze mnie będziemy odpowiedzialni za połowę stanu.

Jednak ludzie mają marne szanse w konfrontacji z goblinem. A ja nie zamierzałam siedzieć z założonymi rękami, podczas gdy ktoś nieposiadający odpowiednich możliwości miał zmagać się z sytuacją, skoro ja mogłam zrobić to, nie narażając się. Za bardzo. Chyba.

Zauważyłam jakiś ruch w przepastnej czerni stodoły. Rozważyłam, czy nie zmienić się w kojota, żeby lepiej widzieć. Kojoty świetnie dostrzegają ruch w ciemnościach. Lecz w formie kojota nie mogę mówić, więc nie mogłabym użyć inteligencji na naszą korzyść.

Mierzenie się z goblinem w formie kojota byłoby jeszcze głupsze niż nasłanie na niego ludzi szeryfa. Rolnik miał rację: ani przeciętny człowiek, ani kojot nie mieli szans przeciw goblinowi. Gobliny może i postrzegano jako słabszy rodzaj magicznego ludu, nie oznaczało to jednak, że są słabe.

Dla dodania sobie animuszu poklepałam srebrną rękojeść broni wiszącej u pasa.

W pierwszej po powrocie z Europy grupowej rozgrywce ŁSPCGS („Łup straszliwego pirata IV – gorące skarby”) niespodziewanie i całkiem wyjątkowo wygrałam. Zazwyczaj odpadałam jedna z pierwszych, jako że posiadałam status opłacalnego celu do wyeliminowania – Tej, Która Jak Umrze, Zrobi Żarcie. Ale po tym, kiedy zostałam uprowadzona przez wampiry, wszyscy traktowali mnie niczym słabeusza. Poirytowana, wykorzystałam wszelkie możliwe podstępne chwyty, żeby zgładzić zwyczajowych zwycięzców i pokonać resztę.

Ben utrzymywał, że wygrałam, bo wszyscy dawali mi fory. Honey twierdziła, że moja podstępność wzrosła po tym, gdy przebywałam w niewoli u Bonaraty, makiawelicznego wampira rządzącego w Europie. Jedno miało w sobie tyle prawdy, co drugie. Adam oświadczył z chytrym uśmieszkiem, że jeśli dotąd wygrywali inni, to tylko dlatego, że się nie przykładałam, a tym razem postarałam się naprawdę, bo chciałam coś udowodnić. Ekhm. I tak być powinno – partner powinien widzieć ukochanego przez różowe okulary. Tak czy siak, przy następnej rozgrywce wszystko wróciło do normy i zostałam wyeliminowana już w drugiej rundzie.

Jednakże dla upamiętnienia mojego jedynego zwycięstwa w ciągu trzech miesięcy wataha uroczyście wręczyła mi nagrodę. Tradycyjnie zwycięzcy dostawali symboliczne drobiazgi w stylu czekoladowych monet albo dziecięcej przepaski na oko. Raz, po czterech wygranych z rzędu, Auriele dostała okręt lego z plastikową piracką banderą.

Ja jednak zostałam obdarowana kordelasem, prawdziwym stalowym ostrzem ze srebrną rękojeścią. W gratisie była do niego dołączona wataha wilkołaków, samozwańczych ekspertów broni białej, którzy jeden przez drugiego chcieli mnie uczyć, jak się bronić, żeby już nigdy żadne głupie wampirzyska mnie nie porwały.

Nie powiedziałam im, że nawet sam Ekskalibur nie pomógłby mi z Bonaratą. Trudno się bronić po utracie przytomności. Po prostu przyjęłam, co mi oferowali, i uczyłam się pilnie z myślą, że kto wie, może przy następnej okazji będę miała jakąś szansę. Stadem wstrząsnął fakt, że wampirom udało się mnie tak łatwo porwać, a czułam, że wraz ze wzrostem moich umiejętności ich napięcie maleje. To motywowało mnie do jeszcze większego wysiłku.

Miałam nieco doświadczenia w walce kataną i okazało się, że pomogło mi to bardziej, niż się spodziewałam. Większość wilkołaków, które usiłowały mnie szkolić, nie była lepsza ode mnie, jeśli pominąć przewagę szybkości i siły, którymi nade mną górowały. Ale mimo to dobrze się z nimi trenowało. Odkryłam przy okazji, że dwa z nich naprawdę wiedzą, jak posługiwać się ostrzem. Jednym z nich był nasz uległy wilk, Zack, a drugim jednonogi Sherwood Post.

Nosiłam teraz kordelas przy każdej okazji. Poprawiało to samopoczucie moje i poprawiało samopoczucie watahy. Obawiałam się, że obnoszenie się z piracką bronią wzbudzi protesty policjantów, ale okazało się, że i im to pasuje. Najwyraźniej, skoro stado miało chronić ludzi przed magicznymi istotami, noszenie białej broni wzmagało wizerunek kompetentnego obrońcy. Od incydentu z trollem na moście służby mundurowe postrzegały nas jako towarzyszy broni.

Tak więc uzbroiłam się w kordelas i ulubiony pistolet, sig sauer, jednak nowo nabyta wiedza i rosnący respekt wobec umiejętności goblinów nie pozostawiały złudzeń co do moich szans na pokonanie przeciwnika. Gdyby przyszło co do czego w starciu z magicznym wrogiem, nie miałabym ich dużo więcej niż przeciętny człowiek. Kojoty nie są wielkimi, groźnymi drapieżnikami. Ale Mary Jo i Ben owszem i właśnie dlatego moi wilkołaczy pomagierzy znaleźli się w środku nocy przed stodołą.

– Co robimy? Czekamy, aż goblin się zniechęci i wybiegnie z krzykiem w desperackiej próbie uniknięcia śmierci z nudów? – zapytała w końcu Mary Jo.

W głosie wilkołaczycy nie wyłowiłam nawet nuty sarkazmu. To nie oznaczało, że jej komentarz nie był szyderstwem, tylko że bardzo uważała na ton. Adam wyraził się niezwykle jasno, wyłuszczając watasze dotyczącą mnie operację Gniew Boży. Zdusiłam warknięcie.

 

– Czekamy na wsparcie – oznajmiłam. Spojrzałam z troską w niebo. Ledwie dwa dni wcześniej otworzyłam na powrót warsztat, nie mogłam się spóźnić. – W każdym razie na to liczę.

– Kto cię jeszcze tak wkurzył, że do niego zadzwoniłaś?

– Nie wkurzył mnie, ale pomyślałam, że przyda się nam ekspert, więc zadzwoniłam do Larry’ego.

– Gobliniego króla! – W głosie Mary Jo pobrzmiewała nutka podziwu. Choć może była to zgroza? Przyjęłam bardziej optymistyczną wersję. – Zadzwoniłaś w środku nocy do gobliniego króla? Co on ci takiego zrobił?

Larry przeprowadził się do Tri-Cities dwa lata wcześniej, uznawszy, według jego własnych słów, że robi się tu coraz ciekawiej. W legendach utrwaliło się, że gobliny biorą nogi za pas, kiedy tylko zaczyna się robić gorąco, ale zachowanie Larry’ego temu przeczyło. Trudno powiedzieć, czy Larry był przywódcą wszystkich goblinów, czy tylko tych w Tri-Cities – wzorem potężnych pradawnych, z jakimi miałam do czynienia, mówił dość mętnie o konkretach. Raz jeden, kiedy wspomniał coś przy mnie na temat swojej pozycji w szeregach goblinów, powiedział, że jego lud nie używa określenia „król”.

– Toż to pieprzona goblinia chryja – podsumował Ben, zanim zdołałam odpowiedzieć Mary Jo. – Kogo innego miałaby sprowadzić, jak nie w trąbę macanego króla usuniętych przez cenzurę goblinów? – Ostatnie zdanie brzmiało nieco inaczej, wyrażenie „usuniętych przez cenzurę” nie padło z ust Bena.

– Prawdę mówiąc – odezwał się Larry, wychodząc zza mojego samochodu – jeszcze się nie położyłem. Jestem raczej nocnym stworzeniem.

Nie słyszałam nadjeżdżającego auta, nie widziałam i nie słyszałam również, z której strony goblin nadszedł. W pierwszej chwili poczułam się głupio, że straciłam czujność, ale Ben i Mary Jo również lekko zesztywnieli na dźwięk głosu Larry’ego, zatem ich również musiał zaskoczyć. Żadne z naszej trójki nie było upośledzone zmysłami przeciętnego człowieka, nie powinien więc móc podejść nas tak znienacka.

Po ciemku, nie widząc barwy jego oczu ani ukrytych w rękawiczkach dłoni, można było Larry’ego wziąć za człowieka. Trudno powiedzieć, czy jakoś szczególnie się o to starał, czy to wynik braku światła.

Brązowe włosy miał ostrzyżone tak, że nawet ja widziałam w jego fryzurze efekt pracy kosztownego specjalisty. Dopasowane dżinsy wyglądały na nazbyt obcisłe do walki w zwarciu, ale rozciągały się swobodnie, kiedy się poruszał. Czarna koszulka przylegała do ciała niczym druga skóra.

Podszedł do nas raźnie, obchodząc moją starą jettę, która miała długą historię jeszcze przed początkiem dwudziestego pierwszego wieku. Zastąpiła unicestwionego Królika i okazała się wymagającym projektem, do którego ukończenia było jeszcze daleko.

Larry przyjrzał się pojazdowi.

– Na pewno jest dopuszczony do poruszania się po drogach publicznych?

– Światła działają – odpowiedziałam.

Mój vanagon, który mimo wieku był w stanie idealnym, miał gdzieś wyciek płynu chłodniczego. Niestety, w czteroipółmetrowej długości wozie, z silnikiem z tyłu i chłodnicą z przodu, znalezienie dziurki wielkości zapewne główki od szpilki okazało się długim i żmudnym procesem. Adam wziął nowego SUV-a, który zastąpił ten zmasakrowany ciężarówką przez wampiry. Na polowanie na goblina została mi tylko jetta.

Kierunkowskaz naprawiłam naprędce drutami, które biegły spod maski na zewnątrz, a klapę umocowałam opaskami zaciskowymi. Potem wskoczyłam do samochodu i trzymałam kciuki, żeby dał radę.

Liczyłam również na to, że przetrwa podróż powrotną, lecz na wszelki wypadek wrzuciłam podręczną skrzynkę z narzędziami na tylne siedzenie – a raczej na podłogę w miejscu, gdzie w przyszłości kanapa miała się pojawić.

– Księżniczko, porywasz się chyba z motyką na słońce – stwierdził Larry powątpiewająco. – Ten gruchot jest pewnie starszy od Zee.

Przestał się interesować moim samochodem i spojrzał na stodołę. Kiedy ruszył w jej stronę, zrobił to bez wahania. Wyminął mnie i wilkołaki, zatrzymując się dopiero w progu wejścia do budynku.

– Hej! Ty tam! – zawołał, stając na granicy nocnych i egipskich ciemności. Białe czubki trampek zniknęły w czerni, jakby ktoś odrąbał je toporem.

Larry czekał, nasłuchując czujnie, ale nie doczekał się odpowiedzi. Wtedy powiedział coś jeszcze, w innym języku, wydając z siebie kilka cmoknięć i innych dziwacznych dźwięków, których prawdopodobnie nie dałoby się wytworzyć ludzkimi ustami. Nie robił tego szczególnie głośno, ale cokolwiek powiedział, przyniosło efekt.

– Nie! – z trzewi stodoły dobył się piskliwy męski głos. – Azyl! Domagam się azylu w tym cudownym, wspaniałym mieście, które jest ponoć bezpieczną przystanią dla magicznego i niemagicznego ludu. Udziel mi go, szlachetny panie. A kiedy to uczynisz, z radością oddam się pod twą obronę, o wielki.

Nie wiedziałam, jakiego wieku dożywają gobliny, czy należą do nieśmiertelnych albo prawie nieśmiertelnych pradawnych. Zwróciłam już jedyne wiarygodne źródło, księgę, w której opisano różne gatunki magicznych istot. Zrobiłam to, zanim zorientowałam się, jak bardzo będzie mi potrzebna.

Kołatało mi w głowie, że gobliny należą do tych raczej krótkowiecznych ras, ale głos ze stodoły wyrażał się dość osobliwie, co wskazywało, że moja pamięć czy interpretacja mogą być jednak zawodne. Możliwe też, że „krótkowieczny” oznacza co innego dla pradawnej autorki owej księgi niż dla mnie. Albo że nasz uciekinier spędził zbyt wiele czasu na festynach szekspirowskich.

Larry obrócił się w moją stronę, nie spuszczając jednak wzroku z wnętrza stodoły.

– Wiesz, przed czym ucieka? – zapytał.

– W zeszłym tygodniu goblin zabił policjanta w Kalifornii. Nagranie tego incydentu puszczano we wszystkich wiadomościach – zaczęłam, zamilkłam jednak, kiedy Larry na mgnienie zerknął na mnie. Dosłownie na ułamek sekundy, ale wystarczyło, żebym zobaczyła jego dziwną minę.

– A mówi się, że ludzie nie posiadają magii – mruknął i znów zwrócił spojrzenie na niewidocznego goblina. Machnął ręką. – Nieważne, kontynuuj.

– Ma podobno charakterystyczną bliznę. – Nakreśliłam szramę na swoim prawym policzku. – Bardzo dużą. Goblin z blizną zabił w Kalifornii policjanta, który próbował go aresztować. Policja zorganizowała obławę.

Larry burknął coś pod nosem w tym swoim dziwacznym języku, a potem znów zawołał:

– Najwyraźniej twój czyn uchwyciła kamera. Niebacznie tak pozwolić bezrozumnym ludziom zarejestrować popełniane przez siebie morderstwo. A ty w dodatku dałeś się złapać na zabijaniu ni mniej, ni więcej, a rycerza człowieczego prawa.

Wypowiedź ta brzmiała naprawdę niezwykle, przez co nabrałam podejrzeń, że zawiera w sobie niejedną zakamuflowaną obelgę. Zdawałam sobie sprawę, że w gobliniej społeczności przyłapanie na występku było traktowane jak ujma, ale nie wiedziałam, że uwiecznienie tego za pomocą technologii było jeszcze gorsze. Z drugiej strony ulżyło mi trochę, bo na szczęście wydawało się, że zabicie policjanta jest czynem karygodnym również wśród goblinów.

– Nie, nie, nie zabiłem nikogo! – protestował piskliwie zbieg. – Ni dziecięcia człowieczego, o wielki. Nie. Nie zamordowałem. Nie zabiłem nikogusieńko. Ni rycerza, ni dziecięcia. Ni chłopczyka w świecących bucikach. To nie ja. Nie sprzeciwiłbym się Szarym Panom, o wielki. Ani twym rozkazom, o panie.

To oświadczenie skłoniło mnie do refleksji.

Wilkołaki odruchowo nie kłamią, bo większość potrafi doskonale wykryć kłamstwo. Ja nie jestem wilkołakiem, tylko się wśród nich wychowałam, ale najwyraźniej kojoty też potrafią stwierdzić, czy ktoś mówi prawdę. Sama kłamię jedynie wówczas, gdy uważam, że ujdzie mi to na sucho.

Ale pradawni nie kłamią, ponieważ nie mogą. Potrafią tak zamotać prawdę, że ta przypomina węzeł gordyjski, lecz kłamać nie mogą.

Mimo to odpowiedź goblina zabrzmiała podejrzanie, jak na kogoś, kto nie zabił policjanta ani, najwyraźniej, chłopczyka w świecących bucikach. No, ale nie był winny, skoro tak twierdził. Może był świadkiem? Tak czy owak, jego słowa trąciły kłamstwem. W dodatku marnym.

Wilkołaki odprężyły się – w ich czujnych postawach zaszła niewielka zmiana. Goblin nie był winny, skoro tak twierdził. W przeciwieństwie do ludzi wśród magicznych takie oświadczenie miało wagę, stanowiło prawdę bez względu na to, jakkolwiek nieprawdziwie brzmiało.

– Mamy udzielić mu azylu? – zapytała mnie Mary Jo. – No bo jeśli ludzie ścigają go tylko dlatego, że jest goblinem... Chyba właśnie to było istotą tego całego zamieszania z przejmowaniem odpowiedzialności za terytorium Tri-Cities?

– Nie, niebożątko ty moje – rzekł Ben teatralnie smutno i, w przeciwieństwie do Mary Jo, na tyle głośno, żeby słyszał go uciekinier. – To nie nasza sprawa. Pilnujemy, żeby ludziom nie działo się nic złego, ale azyl to inny poziom głupoty.

Nadal zastanawiałam się, po co goblin wypowiadał się tak szczegółowo, skoro nie zabił policjanta ani, jak twierdził, dziecka. Gobliny potrafią posługiwać się urokiem zmieniającym powierzchowność. Może inny goblin albo inny pradawny próbował go w to wrobić?

Larry skrzywił się paskudnie.

– Powiedz chociaż, że żadna kamera nie nagrała cię, jak zabijasz dziecko? – westchnął zrezygnowany.

Zbeształam go wzrokiem. Przede wszystkim dlatego, że brzmiało to tak, jakby fakt sfilmowania był bardziej godny potępienia niż zabicie dziecka. Ale głównie dlatego, że mówił, jakby był przekonany o winie ziomka. A przecież goblin nie mógł kłamać.

– Nie, nie ja – zarzekał się głos ze stodoły. – Nie zabiłem chłopczyka o słodkich błękitnych oczkach. Oczkach jak droździe jajeczka, okrąglutkich, niewinnych, smaczniutkich. I nie zabiłem groźnogłosego pana policjanta, który chciał mnie zatrzymać.

Mary Jo i Ben wyglądali na tak zdumionych, jak ja się czułam.

– Jestem niewinny – zawodził goblin. – Niewinny. Ludzie mnie skrzywdzą, jeśli nie obronisz mnie przed nimi.