Indigo

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mieszkam zaraz tutaj – powiedział Bailey.

– Fajnie! – odparła, idąc parę kroków za nim.

Jego dom nie różnił się za bardzo od innych: wąski szeregowiec z kuchnią w piwnicy i paroma pokojami na każdym piętrze. Bailey otworzył niewielką bramę i przepuścił Indigo, która musiała przecisnąć się obok kubła na śmieci i kompostownika upchniętych w betonowym przejściu między żywopłotem a domem. W zeszłym roku mama pomalowała drzwi wejściowe na jasnoniebiesko i położyła obok doniczki z cebulkami kwiatów, żeby wejście domu wyglądało przyjaźniej, gdy będzie wracać z pracy. Teraz stał tu tylko rządek zeschniętych roślin, których nikt nie podlewał.

Bailey wyciągnął klucz z kieszeni kurtki. Dolny zamek był otwarty, więc tata musiał być w domu. Lepiej niech trzyma się od nich z daleka. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował, był pracownik społeczny, który wpadnie w szał, gdy tylko namierzy Indigo w swoim domu.

Bailey otworzył drzwi wejściowe.

– Kuchnia jest na dole.

– Super.

Indigo przekroczyła stos butów i tenisówek przy drzwiach na korytarzu, nie zwracając na nie większej uwagi. Mona zawsze kręciła nosem na bałagan w domu Baileya. Jej mama nie wpuściłaby do domu nawet członków rodziny, gdyby wcześniej nie wysprzątała go do czysta.

– O cześć. – Usłyszał głos taty z kuchni. – Mam na imię Ed.

– Indigo.

Ze schodów widział, jak przywitali się uściskiem dłoni. No ładnie, tato. Kto wita się tak z nastolatkami, na litość boską? Tylko pracownicy społeczni i zboki. Dobrze, że Indigo wiedziała już, do której grupy zalicza się jego tata.

Tata posłał mu uśmiech.

– Jak tam, Bailey? Wszystko okej?

– Tak, dzięki, tato.

Czajnik skończył zagotować wodę. Jeśli będą mieć szczęście, tata zrobi sobie herbatę i zaraz pójdzie. Nic z tego. Tata oparł się wygodnie o ladę.

– Tato, woda ci się ugotowała – zauważył Bailey, schodząc na dół.

– No tak – przyznał tata, spoglądając to na Baileya, to na Indigo. – Co będziecie robić?

Indigo odwróciła głowę, żeby mu pokazać.

– Jedna suka przykleiła mi gumę do włosów.

– O rety, to straszne – powiedział tata i przesunął palcami po swoich krótkich włosach. – Też kiedyś to przeżyłem. Dlatego tak się teraz noszę. Przynajmniej tak mówię innym. Niestety, moje mieszki włosowe nie funkcjonują tak dobrze jak kiedyś.

– Tato, zrobić ci herbatę? – zapytał Bailey.

Tata pokręcił głową.

– Guma do żucia potrafi być nieźle wnerwiająca. Bailey kiedyś je kolekcjonował we włosach. Wiesz, jak się jej pozbyć? Możesz na przykład...

– W porządku, tato. – Bailey przeszedł do kuchni. – Poradzimy sobie.

Tata podniósł ręce, jakby się poddając.

– Jasne! Jasne! – Wsunął się za ladę i w końcu wlał wrzątek do swojego kubka. Zamieszał woreczek z herbatą, po czym wyrzucił go do kosza. – Ale naprawdę polecam masło orzechowe.

Tata chwycił kubek do ręki i ruszył na górę.

– Tak – powiedziała Indigo. – Typowy pracownik społeczny.

– Nie musisz mi mówić. A gdybym cię nie uprzedził, to zgadłabyś?

– No jasne – odparła, chwytając za sklejone gumą włosy. – Niektórzy dostaliby ataku serca, gdyby ktoś taki jak ja wszedł do ich kuchni.

– Jak ty?

Uśmiechnęła się do niego delikatnie i dotknęła rąbka spódnicy.

– Próbują na ciebie nie patrzeć, żebyś nie zobaczył, o czym myślą. Ale twojego taty nic nie powstrzyma. Uścisnął mi dłoń!

Bailey zaśmiał się w głos.

– Zawsze był taki dla moich przyjaciół, nawet kiedy byłem jeszcze mały. Mama organizowała dla mnie przyjęcia urodzinowe, wiesz, takie z grami, poszukiwaniem skarbów i tak dalej, a połowa dzieciaków chciała bawić się z moim tatą, bo mówili, że jest taki super.

– Też tak myślisz?

Kuchnia skierowana była na zachód, dzięki czemu popołudniowe słońce padało prosto na ladę, tworząc plamę na podłodze. Odbijało się też w oczach Indigo, sprawiając, że brąz był niczym złoto, nieco ciemniejsze przy źrenicach. Zamrugała, a Bailey szybko odwrócił wzrok.

– Jak myślisz? – dopytywała.

Że co myśli?

– Też myślisz, że twój tata jest super?

– Eee, jest w porządku. Chociaż mama pewnie się ze mną nie zgodzi. Miał pozmywać.

Zlew pełen był talerzy po śniadaniu, nawet pudełko po płatkach stało dalej otwarte na stole, jakby coś krzyczało. Bailey podszedł i szybko je uciszył.

– O co chodzi z tym masłem orzechowym? – zapytała Indigo.

– Pomaga wyciągnąć gumę z włosów. Zresztą olej też. I WD-40.

Skrzywiła się.

– Z kawałkami czy płynne?

– WD-40?

– Nie – zaśmiała się. – Masło orzechowe.

– Płynne – wytłumaczył. – W przeciwnym razie orzechy też zaplątałyby się we włosy.

– Masz trochę?

Otworzył szafkę nad zlewem i pokazał jej ogromny słoik.

– Pewnie stoi tu jeszcze od czasu, kiedy tata miał włosy.

Indigo przełożyła z krzesła na stół stos książek z przepisami i usiadła.

– No to zabierzmy się do tego.

Tak, zabierzmy się.

Za chwilę wetrze jej masło orzechowe we włosy. Czoło go paliło, jak gdyby też padało na nie słońce. Mona nienawidziła, gdy Bailey dotykał jej włosów. Mówiła, że zbyt dużo ją kosztuje układanie rano fryzury, żeby teraz ktoś miałby ją rozwalić. Szczerze mówiąc, on też nie lubił, gdy ktoś wkładał mu ręce w czuprynę. Zbyt wiele trudnych wspomnień z młodości – na przykład gdy jako dziesięciolatek siedział w wannie, a mama próbowała rozczesać jego kołtuny, szarpiąc włosy grzebieniem, on natomiast krzyżował nogi, byleby tylko nie zauważyła niczego poniżej. Boże, teraz jego twarz musiała być naprawdę czerwona. Przynajmniej Indigo siedziała do niego tyłem.

Pomasować ci głowę masłem Sunblest Smooth? Kolejny tekścik na listę Austina. Odkręcił słoik i wyciągnął kawałek masła palcami. Podsunął masło do nosa.

– Jesteś pewna?

– Mam gumę ze śliną Saskii we włosach. Nie ma nic gorszego.

– Okej – powiedział i zaczął rozsmarowywać masło na włosach Indigo. Pamiętał, że mama zawsze powtarzała, żeby trzymać je we włosach tak długo, aż olej zupełnie wsiąknie. Wydawało mu się czy słyszał jakieś piskliwe i skrzypiące dźwięki? Powinien włączyć radio, ale miał przetłuszczone palce.

Nie tak wyobrażał sobie ich pierwszy kontakt fizyczny – jakikolwiek miałby on być. Nie wtedy, gdy siedział za nią na angielskim i starał się jak najdokładniej zapamiętać zarys jej włosów, szyi i uszu. Albo wtedy, gdy widział, jak siedzi sama w holu, i chciał do niej podejść, ale zawrócił. Albo gdy poszedł za nią do biblioteki, usiadł i udawał, że czyta Odwagę nadziei Obamy, kiedy ona przeglądała ogromną książkę z fotografiami. Patrzył, jak zatrzymuje się na konkretnych stronach, przesuwając palcem po twarzach kobiet.

Zastanawiał się, co by było, gdyby jego myśli przepływały teraz przez jego palce, przechodziły prosto do jej włosów, a stamtąd trafiały do jej głowy.

Przestał masować.

– Może wolałabyś sama to zrobić?

– Nie, w porządku. Ty lepiej widzisz. A twój tata długo pracuje jako pracownik społeczny?

– Tak. Od skończenia studiów.

– A gdzie teraz pracuje?

– Właściwie tam, gdzie go wyślą. Od paru tygodni w Barnet. A co?

– Jestem ciekawa. Wokół mojej rodziny zawsze kręcili się pracownicy społeczni, czasem wydaje mi się, że każdy coś o mnie wie.

To zepsułoby wszystko. Pomyśleć tylko, że mogła na przykład poznać tatę o wiele wcześniej niż jego i w dodatku go znienawidzić.

– Widziałaś go już kiedyś?

Indigo pokręciła głową. Tłusty kawałek włosów przesunął się Baileyowi między palcami.

– Dziwne jest jednak to, że mogę po prostu jeść sobie w McDonald’s, a obok mnie może siedzieć ktoś, kto wie o mnie więcej niż ja sama.

– Tak – przyznał Bailey. – To naprawdę dziwne.

– No tak. – Odwróciła się do niego, przez co on pociągnął lekko za kawałek włosów, z których próbował wyciągnąć gumę. Wyglądała, jakby zupełnie niczego nie zauważyła.

– To tak jak w Pitt Academy, gdzie każdy coś o mnie przeczytał. Ty co czytałeś?

Boże. Co miał jej na to odpowiedzieć? Całą stronę w „South London Gazette”. Narkoman udusił bezbronną kobietę na oczach niemowlęcia. Teraz przynajmniej już wiedział. Nie była niemowlakiem. Miała cztery lata.

– W jakiejś lokalnej gazecie – odparł.

– Było w niej moje imię?

– Nie.

– To dobrze. Nie powinni go pisać. Ale każdy jakoś i tak się dowiaduje.

– Przepraszam. Nie powinienem był tego czytać.

– Każdy czyta. Zwłaszcza po takich sytuacjach jak dziś, kiedy jakieś suki śpiewają coś o tobie przy wszystkich w autobusie. Dzięki, że próbowałeś je uciszyć.

– Chyba na nic się to zdało, nie?

– Naślę na nie moją zastępczą mamę, Keely. Marzy o tym od wieków. Powinno je to powstrzymać – stwierdziła, dotykając włosów i przy okazji lekko ocierając się o jego palec. – Już wyłazi?

– Chyba tak. – Owinął ręcznik papierowy wokół gumy i lekko pociągnął. Guma zsunęła się bez żadnego problemu. – Proszę – powiedział, pokazując jej kleistą maź.

Indigo zmarszczyła nos.

– Dzięki.

Bailey wyrzucił gumę do kosza i poszedł umyć ręce.

– Chciałabyś się czegoś napić? Mam colę, herbatę, sok. Nawet kawę.

– Może być herbata.

– Mam normalną, earl grey i jakieś ziołowe mojej mamy.

Indigo przewróciła oczami i już chciała coś powiedzieć, gdy cholerny tata wrócił do kuchni. Indigo musiała roztaczać jakąś wiązkę światła, która ściągnęła go na dół.

Uśmiechnął się do nich.

– Misja zakończona sukcesem? – zagaił.

 

– Tak! – odpowiedziała Indigo, dotknąwszy włosów.

– Świetnie! Bailey, skoro nastawiasz już wodę, mógłbyś zrobić mi jeszcze herbatę?

Bailey próbował spotkać się wzrokiem z Indigo, ale ona wpatrywała się w tatę. O czym myślała? Mona mówiła o tacie, że jest całkiem przystojny, choć pewnie robiła tak tylko dlatego, żeby zdenerwować Baileya. Nie, Indigo nie zauroczyła się tatą. Widać, że nad czymś głęboko się zastanawiała. Bailey włączył czajnik. Napełnił go jednak tylko do połowy – dla siebie i dla Indigo.

Tata odwinął rękawy.

– Lepiej zabiorę się do zmywania, zanim Viv wróci do domu – powiedział, po czym zamoczył ręcznik papierowy i podał go Indigo. – Proszę, możesz wytrzeć sobie resztkę masła z włosów.

– Dzięki – powiedziała Indigo, siadając na stołku przy ladzie tuż obok zlewu. Pocierając włosy, wciąż wpatrywała się w tatę. Bailey usiadł przy stole. Czasopismo na samej górze otwarte było na stronie z przepisami. Tata zakreślił kółkiem zapiekankę pasterską z soczewicą.

– Jest pan pracownikiem społecznym, tak? – zapytała Indigo.

– Tak, ale nie miej mi tego za złe.

– Niektórzy z was są całkiem w porządku.

– Dzięki.

Tata wziął płyn do naczyń i trysnął nim pod bieżącą wodę. Mama zawsze narzeka, że używa go za dużo.

– Zna się pan na tych wszystkich dokumentacjach, gdzie są trzymane wszystkie informacje o nas? – zapytała Indigo.

Tata zakręcił kran i pomieszał wodę w zlewie ręką.

– Tak, znam się na nich dobrze – odpowiedział.

– Czy wszystkie informacje w nich są prawdziwe?

– Profesjonaliści nie kłamią. – Mężczyzna odwrócił się w stronę zlewu i zaczął myć patelnię drucianą gąbką.

– Tego nie powiedziałam – odburknęła Indigo.

– Tato?

Mężczyzna wyprostował się.

– Sorry, zabrzmiało to trochę ostro. W pracy jesteśmy przyzwyczajeni, że w rozmowie od razu przechodzimy do obrony. Chodziło mi o to, że możemy bazować jedynie na informacjach, które otrzymaliśmy. Jeśli opieka społeczna zaangażowana jest w jakąś złożoną sprawę dość długo, cóż, możesz sobie wyobrazić, jak to może wyglądać.

Nie musi sobie wyobrażać, tato.

– Każdy ma coś do powiedzenia. Służba zdrowia, przedszkole, psychologowie, nauczyciele... wszyscy. Do tego raporty policji.

Tata wyciągnął korek i włączył zimną wodę. Opłukał talerze i miski, układając je na chwiejnej stercie naczyń na suszarce. Indigo patrzyła na niego tak jak zwykle Shuu, gdy uświadamiała sobie, że nie ma nic w misce.

Nagle Bailey poczuł przypływ złości. Czuł się, jakby znów miał osiem lat, kiedy dzieciaki przychodziły do niego na przyjęcie tylko dlatego, żeby pobawić się z tatą. On nigdy nie widział, co się dzieje. Teraz powinien to zauważyć. To było coś innego. Dlaczego nie poszedł na górę, skoro Indigo wciąż tu była?

– Popełniają błędy?

Tata odwrócił się w jej stronę i oparł o zlew. Z jego dłoni skapywała woda na podłogę.

– Nikt nie jest nieomylny. Dlatego tak, czasem zdarza się, że ludzie popełniają błędy.

Indigo zgniatała ręcznik papierowy w kulkę. Cisza w kuchni była tak przytłaczająca, że praktycznie blokowała światło słoneczne, które przecież wciąż wpadało przez okno. Wtedy właśnie Shuu powinna się pojawić i przypomnieć wszystkim, że tu mieszka, wślizgnąć się, otrzeć o kostkę taty albo usiąść obok szafki, w której było kocie jedzenie, i miauczeć, żeby zwrócić na siebie uwagę. Koty nigdy nie mają wyczucia.

Indigo stanęła na równe nogi.

– Przystanek jest gdzieś tu blisko, prawda? – zapytała.

– Tak – odparł Bailey, patrząc ze złością na tatę. – Odprowadzę cię.

Na górze drzwi wejściowe otworzyły się i zamknęły. Mama zeszła na dół w chwili, gdy tata wycierał ręce o dżinsy. Posłała Baileyowi zmęczony uśmiech, po czym przeniosła wzrok z zastawy, przez płatki śniadaniowe, na Indigo. I na Indigo się zatrzymała. Obie stały, patrząc na siebie.

– Cześć, Viv. Wróciłaś wcześniej – powiedział tata, po czym przeniósł wzrok z mamy na Indigo. – Eee... znacie się?

Indigo minęła szybko Baileya, jego mamę i wpadła prosto na schody. Bailey pobiegł za nią i złapał ją tuż przy drzwiach.

– Wszystko w porządku?

– Tak – odparła. Miała czerwone policzki.

– Jesteś pewna? Ty i mama...

– Wszystko w porządku. Chcę po prostu być w domu, gdy zadzwoni moja siostra.

– Pójdę z...

– Dam sobie radę.

– No tak. Dobra. Ale Indigo, może...

I stracił, stracił moment, w którym mógł ją poprosić o numer. Biegła w stronę głównej ulicy.

Bailey zszedł na dół. Mama rzuciła ciężkie torby na podłogę w kuchni.

– Znam tę dziewczynę – powiedziała.

– Ma na imię Indigo – zauważył Bailey.

Mama włączyła czajnik. Wyłączył się prawie od razu – Bailey w końcu nie zrobił herbaty.

Ta czerwień na twarzy musi być zaraźliwa, bo teraz dopadła mamę.

7

Viv! Mama Baileya to Viv! Ale miała minę! Wyglądała, jakby zaraz miała dostać zawału. Gdyby wróciła choć trochę wcześniej, pewnie by zemdlała, gdyby zobaczyła, jak jej syn wciera masło orzechowe we włosy Indigo. Miałaby za swoje. Indigo zrozumiała teraz, dlaczego psycholog ciągle namawiał ją do pisania dziennika. Wyobraziła sobie, jak dzisiejszy wpis by wyglądał. Autobus, włosy, Viv... a dzień się jeszcze nie skończył.

Przynajmniej wróciła do domu w rekordowym tempie, jak gdyby autobusy podjeżdżały do niej na zawołanie. Miała zadzwonić do Primrose za trzydzieści minut, musiała więc się skupić. Nie może myśleć o Viv. Musi zapomnieć o Saskii. O palcach Baileya masujących ją po skórze głowy. Indigo uśmiechnęła się na tę myśl. Nawet pomimo tego dziwnego dźwięku i całego tego tłuszczu miała ochotę tylko zamknąć oczy i przytulić się do niego. Kiedy odwróciła się, żeby coś do niego powiedzieć, musnął dłonią jej szyję. Sama myśl o tym sprawiała, że przeszedł ją dreszcz, aż po małe naczynia krwionośne na skórze głowy.

Boże. Była żałosna. Musi natychmiast zepchnąć myśli o nim do najciemniejszych zakamarków umysłu. Choć nawet tam jego włosy było widać w ciemności...

Na litość boską! Od rozmowy na Skypie dzieliły ją tylko dwadzieścia cztery minuty. Musiały umówić się jakoś na kolejne spotkanie, żeby mogła przekazać jej kłódkę. A nie miałaby jej, gdyby Bailey nie przyniósł jej plecaka.

ZAPOMNIJ O BAILEYU!

Indigo położyła laptopa na kolanach i włączyła Łowców spadków w TV. Dwóch facetów w garniakach rozmawiało o pewnej sumie pieniędzy pozostawionej w spadku. Kiedyś strasznie ją to ciekawiło, a tak naprawdę było to tylko dwoje prywatnych detektywów w poszukiwaniu zmarłych, w dodatku odcinek polegał mniej więcej na przewijaniu ekranów komputera i spotkaniach w autach. Najlepsze było to, gdy znajdywali jakiegoś dalekiego krewnego, którego informowali o tysiącach funtów, jakie na niego czekały.

Sekrety rodzinne były jeszcze lepsze. Znani ludzie płakali na wizji. Świadomość tego, że inni też mieli skomplikowane relacje rodzinne, była pocieszająca.

Tak, nawet u Baileya nie wszystko było takie piękne, jak mu się wydawało. Dziwne, że on jeszcze tego nie zauważył.

– Indigo?

Ktoś otworzył drzwi do jej pokoju. Indigo zamknęła laptopa.

Felix zauważył jej szybki ruch i pokręcił głową.

– Mnie nie oszukasz. Keely też nie. Musisz w końcu nauczyć się czyścić historię przeglądarki.

Wszedł do pokoju, zamknąwszy za sobą drzwi.

– Każdy opiekun musi zdać egzamin z bezpieczeństwa w sieci. Piszą go przy biurkach zawieszonych na linach nad zbiornikiem z rekinami. Za każdą złą odpowiedź ścina się jedną linę. Oczywiście chyba że jesteś niewinna i źle cię osądzam...

Indigo otworzyła laptopa i pokazała ekran Felixowi.

Przewrócił oczami.

– Boże. Nie będziesz chyba znów ryczeć? To jeszcze gorsze, niż podejrzewałem.

– Zakład, że będziesz płakać na każdym odcinku Łowców spadków, bo tak ci będą przypominać o mnie?

– A zakład, że nie?

Indigo rzuciła w niego skarpetą. Złapał ją w locie, skrzywił się i rzucił za siebie.

– Śmierdząca trucizna.

– Jest w niej też trochę brudku z palców. Czego chcesz?

– Zobaczyć się z tobą.

– Nie pomogę ci przenosić żadnych cholernych pudeł.

– Nie chciałem cię nawet o to prosić – powiedział, przekraczając ubrania ze szkoły. Leżały na środku podłogi, jakby Indigo zniknęła nagle, a one bezładnie upadły na ziemię. O mały włos, a nastąpiłby swoją wielką stopą na pudełko z kłódką i krokodyla na dywanie. Musiała się powstrzymać, żeby ich nie podnieść.

Felix przysiadł na fotelu przy biurku.

– Co słychać?

– Dlaczego pytasz?

– Tak tylko.

– Dlaczego tak tylko?

Felix okręcił się na krześle, które zaskrzypiało.

– Przez parę lat byłem tylko ja, ty i Keely. A teraz dużo się zmienia.

– I co z tego? Życie ciągle się zmienia. Nic nigdy nie trwa wiecznie.

Spojrzał na nią badawczo.

– Nigdy tego nie chciałaś? Rodziny? Takiej rodziny na zawsze.

– Ile znasz osób, które zostały adoptowane?

– Kilka.

– I wszystkie zostały w swoich rodzinach, tak? Nikogo z nich nie oddano z powrotem do opieki społecznej. Nie wiem, co ty wiesz na ten temat, ale ja poznałam parę osób, którym się nie ułożyło.

– A ciebie nie mieli adoptować?

Spojrzała na niego ze złością. Tak jakby sam nie wiedział, jak takie słowa mogą boleć.

– Rodzice mojej mamy chyba o tym myśleli. Jak widać, nieźle im to wyszło, nie?

– Byłaś mała i słodziutka. Musiałaś wyglądać jak te dzieciaki na reklamach adopcji na przystankach. Dlaczego opieka społeczna przestała próbować?

– Serio przyszedłeś tutaj gadać mi o tym wszystkim? Jestem u Keely jak dotąd najdłużej. Ale nic nie będzie trwało wiecznie. Nie dla mnie ani dla ciebie.

Felix westchnął.

– Słuchaj, Indigo. Zawsze możesz wpaść do mnie i Wade’a, kiedy tylko chcesz.

– Tak tylko mówisz.

– I naprawdę tak czuję.

– No to dzięki – odparła. Jasne, będzie wpadać. Może przez pierwszy miesiąc albo dwa. Później będą widywać się coraz rzadziej i nie będą mieć sobie nic do powiedzenia. Opieka społeczna znajdzie jej miejsce do mieszkania gdzieś po drugiej stronie miasta. Tak to zwykle wyglądało. Jego karta SIM musi zresztą wyglądać tak samo jak jej – zapełniona kontaktami, których nie używała przez lata.

Facet z mieszkania piętro wyżej odkurzał, rzucając odkurzaczem tam i z powrotem. Brzmiało to tak, jakby grał na puzonie. Indigo zwiększyła głośność Łowców spadków. Samochód na ekranie zaczął tak hałasować, że wydawało się, jakby jechał przez jej pokój.

Felix wstał z krzesła.

– Byliśmy rodziną przez trzy lata, Indi. Drzwi mojego domu zawsze będą stały dla ciebie otworem. Gdziekolwiek będziesz. – To powiedziawszy, wyszedł z pokoju.

Indigo zatrzymała program. Przed chwilą czuła się już naprawdę dobrze, a teraz wszystko kłębiło się w środku. Pobiegła do łazienki, odkręciła kran i pochlapała twarz zimną wodą. Dotknęła miejsca, w którym wcześniej tkwiła guma. Wciąż było lekko wilgotne i czuć było zapach orzeszków ziemnych. Rano porządnie je umyje. Piętnaście minut z kawałkiem. Musi się przygotować.

Wróciła do pokoju. Z pokoju Felixa dochodziło Pull Up To The Bumper. Lepiej niech Wade polubi Grace Jones. Indigo położyła laptopa na krześle i przewinęła Łowców spadków do momentu, w którym prowadzący znaleźli kuzyna zmarłego kolesia. Mieszkał w domku w Newcastle i nie wyglądał na szczególnie zadowolonego.

Cztery minuty i parę sekund. Indigo wykonała telefon, a Primrose odebrała niemal natychmiast. Związała włosy w kok, przez co wyglądała podobnie do Indigo. Każdy przyznałby, że są siostrami.

Indigo posłała jej buziaka. Primrose uśmiechnęła się lekko. Ostatnio też odpowiedziała jej buziakiem. Indigo położyła rękę na pudełeczku z kłódką.

– Przepraszam cię za dzisiaj – powiedziała Primrose. Przez chwilę obraz się rozmył, jakby poprawiała kamerę w laptopie. – Kieron dostał zapalenia płuc i jego opiekunka zadzwoniła do mnie, że muszę wrócić wcześniej. Pete nie mógł wyjść z pracy.

– Nie ma problemu – zapewniła Indigo. Primrose wyglądała, jakby naprawdę było jej przykro. – W końcu nie wylatujecie w przyszłym tygodniu. Jest jeszcze sporo czasu, żebyś mogła wpaść.

– Mamy trochę rzeczy do załatwienia. Nie wiem, czy zdążę się z tobą zobaczyć.

Nie wie?

– Ale przecież jeszcze wrócisz! W takim razie ja przyjadę do Birmingham, dla mnie to żaden problem.

 

– Jesteśmy strasznie zabiegani...

Okej. Spokojnie, Indigo. Nie daj się wyprowadzić z równowagi.

– No tak. Podejrzewam, że macie mnóstwo rzeczy do spakowania.

– Indigo? – zapytała Primrose, gryząc paznokieć kciuka. – Chciałam się z tobą zobaczyć, bo...

– Wiem. Robimy to dla mamy. Tak jak sama mówiłaś, opieka społeczna rozbiła naszą rodzinę. Możemy złożyć ją z powrotem.

– Myliłam się – powiedziała Primrose, kręcąc głową. – Nie mogę. Nie możemy.

– Czego nie możemy? Nie rozumiem! O co ci chodzi, Primrose?

– To wszystko to tylko sen, Indigo. Jesteśmy... nie ma dla nas szans. Nic dobrego nie może z tego wyniknąć.

Nie ma dla nas szans?

– Indigo. Chciałam się z tobą zobaczyć, żeby się z tobą pożegnać.

Pożegnać? Primrose nie musiała używać tego słowa. W ten sposób tylko rozdzierała serce Indigo na części.

– Primrose, wcale nie musimy się żegnać. Nic się nie zmieni. Przecież w Australii jest Skype, prawda?

Primrose obejrzała się.

– Daj mi minutę – powiedziała i zniknęła. Indigo usłyszała trzaśnięcie drzwi. W rogu ekranu widziała swoją twarz. Wytarła oczy rękawem i wzięła głęboki wdech. To nie było to, czego chciała Primrose. Na pewno nie. To ona ją znalazła. Prawdziwe więzi rodzinne są zbyt silne. Teraz mogły dowiedzieć się jeszcze więcej. Indigo sięgnęła po krokodyla i położyła go na środku dłoni.

Primrose usiadła z powrotem przed kamerą.

– Cholera jasna, w tym domu chwila prywatności graniczy z cudem.

– Tak – przyznała Indigo. – Wiem, co masz na myśli. Posłuchaj. Wydarzyło się coś naprawdę dziwnego. Dostałam list, w którym...

– Proszę, Indigo, przestań!

– List od babci, Primrose. Napisała, że mam odszukać ojca i...

– Na litość boską, przestań!

– Ale...

– Indi, kochana. Musisz zrozumieć. Żyłam tą historią o wiele dłużej niż ty. Już dłużej nie mogę.

Nawet w tak kiepskiej rozdzielczości Indigo zauważyła, że Primrose się rozpłakała.

– Czego nie możesz? A co musisz robić?

– Nie mogę żyć już tym wszystkim. Tobą.

– Nie wiem, o czym mówisz.

To nie była ta Primrose, która czekała na nią zdenerwowana w biurze opieki społecznej. Primrose, która podskoczyła i pocałowała Indigo w chwili, w której ją zobaczyła. Primrose, która zrobiła sobie z nią pięć czy sześć selfie. To na pewno sprawka Pete’a! Dlatego tak się zachowuje!

Primrose potarła skronie. Po chwili znów zaczęła obgryzać paznokcie.

– Rozmawiałam o tym z Pete’em.

No tak. Pete, zazdrosny dupek. Zawsze chciał je rozdzielić.

– Zdecydował się na tę pracę, żeby mi pomóc. Powiedział, że potrzebuję znaleźć się w zupełnie nowym miejscu, gdzie nic nie będzie mi przypominać o tym, co się wydarzyło. Postanowiliśmy przenieść się całą naszą piątką na drugą stronę planety. Nie dla niego. Dla mnie.

– Ale to wcale nie ma znaczenia! – powiedziała Indigo i zauważyła, że mówi coraz głośniej. Wzięła głęboki wdech i spróbowała jeszcze raz. – Nie ma znaczenia, bo jesteśmy siostrami. Robimy to dla mamy, pamiętasz?

– Jak mogłabym zapomnieć? Teraz sama jestem matką. Indigo, właściwe wychowanie dzieci jest dla mnie naprawdę cholernie trudne. Sama miałam okropne dzieciństwo, ale staram się, żeby moje dzieci miały inne. Ciężko nad tym pracujemy z Pete’em. Widziałam dokumenty, Indigo. Widziałam, ile nasza mama dostawała pomocy. A i tak się staczała. Za każdym razem.

– Ale próbowała! Sama mi to mówiłaś!

– Tak, Indigo. Próbowała. I może kiedyś udałoby jej się z tego wyjść. Ale nie miała takiej możliwości, nie?

Indigo zbliżyła się do kamery.

– Primrose?

Primrose przygryzała paznokcie, jak gdyby próbując dostać się do kości.

– Nasza mama nie miała nigdy takiej możliwości, bo zabił ją twój tata.

Primrose nachyliła się nad komputerem i jej twarz wypełniła ekran. Musiała sięgnąć po chusteczkę, bo teraz widać było, jak wyciera nos.

Indigo chciała coś powiedzieć, wyrazić swoją opinię, cokolwiek, ale w głowie miała tylko puste chmurki jak w komiksach.

Primrose rzuciła chusteczkę gdzieś za siebie i zaczęła coś poprawiać przy swoim koku.

– Zawsze, gdy zaczynam o tym myśleć, dzieje się właśnie to. Czuję, że coś wewnątrz mnie zaraz eksploduje. Nie mogę męczyć tym Pete’a i dzieci. Nie mają nic wspólnego z tym burdelem. To nie fair wobec nich.

– Ja...

Ja... co? Puste chmurki w głowie Indigo rosły i rosły, tak że teraz wewnątrz nie pozostało nic innego prócz pustej przestrzeni.

– Kocham cię, Indigo. Przepraszam.

Połączenie zostało zerwane. Indigo zadzwoniła jeszcze raz. Żadnej odpowiedzi. I jeszcze raz. I jeszcze. Nic.

Indigo kopnęła mocno krzesło, aż uderzyło o biurko. Laptop podskoczył do przodu, prawie spadając z krzesła. Indigo zsunęła się na ziemię i poczuła, jak tani dywan drapie jej skórę. W tej chwili było to dobre uczucie. Niechcący coś kopnęła. To było pudełeczko z kłódką. Indigo podniosła wieczko i wyciągnęła kłódkę. Światło padło na niewielkie zadrapanie. Primrose nigdy by jej nawet nie założyła! Indigo wyszarpnęła kłódkę z łańcuszka i rzuciła przez pokój. Kłódka uderzyła o szybę i spadła za półkę. Łańcuszek wysunął się jej spomiędzy palców na ziemię.

Dlaczego „to coś” nie pojawiało się wtedy, gdy go potrzebowała? Drapanie, szarpanie, wszechogarniające uderzenie gorąca? Właśnie tego teraz potrzebowała. Nie tej pustki. Nie tego niczego.

Wstała z trudem i położyła się na łóżku, twarzą do kołdry. Zaczynało się, powoli coś się w niej zatapiało, jak gdyby dziura wewnątrz niej nagle stała się bardzo głodna.

Bailey odłączył wzmacniacz i odłożył Gibsona na stojak. I tak nie mógł się skoncentrować, nie było więc sensu próbować. Gdyby był dobry w pisaniu piosenek, miałby już gotowy album. Samotna dziewczyna. Orzechowe oczy i buty na obcasie. I bonusowy numer Zestresowana Viv, tylko dla fanów, którzy wiedzieliby, gdzie szukać.

Otworzył drzwi do pokoju. Dobiegały do niego głosy rodziców z kuchni.

– Indigo... – mówiła mama.

Bailey wstrzymał oddech, ale jej głos wsiąknął w ściany. Musiał zejść parę stopni niżej. Przeszedł cicho i usiadł w cieniu schodów prowadzących z korytarza na pierwszym piętrze. Stąd mógł dojrzeć tył kuchni. Tata klęczał na rozłożonej gazecie i szorował piekarnik w żółtych gumowych rękawicach. Smród środków myjących był tak silny, że Bailey czuł go nawet na schodach. Mama trzymała kieliszek wina w ręce.

– Co ci powiedziała? – zapytała mama.

Bailey nachylił się.

– Już ci mówiłem – odparł tata, nie przerywając szorowania.

Mama podniosła kieliszek do ust, po czym znów go odłożyła. Poziom wina znacznie się obniżył.

– To była spora rodzina – zauważyła mama. – Jedna matka, wielu ojców.

Cisza. Tata przerwał szorowanie. Podniósł wzrok i spojrzał na mamę.

– Rod Stewart ma ośmioro dzieci z pięcioma różnymi kobietami.

– Nie bądź taki przemądrzały, Ed! Tu nie chodzi o zaliczanie blond modelek. Chodzi o dzieci, które urodziły się pośrodku chaosu. To nie fair.

Bailey nie mógł się nachylić bardziej. Każdy ruch mógłby zwrócić uwagę taty.

Mama kontynuowała.

– Znasz zresztą podobne sytuacje, Ed. Gdy biedna kobieta rodzi kolejne dzieci, mimo że wszystkie są jej odbierane.

– Ludzie mogą się zmienić, Viv.

– Serio, Ed? Co ty powiesz? – odparła mama, po czym podniosła kieliszek do ust. Gdy go odstawiła, był już prawie pusty. – Indigo była szóstym dzieckiem. Nie jest trudno ich zapamiętać z powodu ich imion, cała cholerna tęcza. Scarlet i Coral były bliźniaczkami. Kolejna była Primrose i chłopak o imieniu Teal. Kolejna dziewczynka to Bluebell, a następna Indigo. Nietrudno zgadnąć dlaczego.

– Nasz syn nazywa się tak jak Centralny Sąd Karny.

Mama odłożyła kieliszek na ladę.

– Nie drwię sobie z nikogo, Ed, staram sobie tylko to wszystko przypomnieć. Jej mama miała na imię Mahalia. Dopadły ją standardowe kłopoty: alkohol, heroina i wszystkie problemy psychiczne, które są z tym związane. Wiesz, o co chodzi. Takie kobiety działają jak magnes na gnojków, którzy potem chcą je tylko wykorzystać.

Możliwe, że tata przytaknął.

– Bliźniaczki urodziła chyba w wieku piętnastu lat. Rodzice chcieli jej pomóc, ale gdy tylko skończyła siedemnaście lat, wzięła dzieciaki i uciekła do rodziny męża. W Bristolu czy gdzieś. To była jedna z tych rodzin...

Dźwięk otwieranej lodówki i wyjmowania korka z butelki.

– Chcesz coś, Ed?

– Jak skończę.

– Te biedne dzieci mieszkały tam przez trzy długie lata, do czasu, gdy brat ojca został zamknięty za seks z nieletnią. W tym domu to było normalne. Ich siostra też umawiała się ze starszym facetem. Miała piętnaście lat.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?