Indigo

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Bailey rzucił okiem na główny hol. Jak zwykle nie było po co się tu fatygować. Dyrektor wciąż tylko gadał o „przyjaznym studentom” wystroju wnętrz, jak to więc możliwe, że stworzyli miejsce, w którym nikt nie chciał przebywać? Architekt zdecydował najwyraźniej, że okna są luksusowym zbytkiem, którego uczniowie nie potrzebują. Parę osób stało tylko przy automacie z napojami i ktoś musiał opowiadać naprawdę niezłe żarty, bo Mona i jej kumple śmiali się tak, jakby wszyscy mieli się zaraz udusić.

– Nie ma jej tu. – Bailey usłyszał głos Austina.

– Kogo?

– Wielkiego Wybuchu.

– Kto mówi, że jej szukam? I na imię ma Indigo, pamiętasz?

– Nie przyszedłbyś tu bez powodu. Zresztą zostawiłem was wczoraj sam na sam, a teraz wygląda, jakbyś jej szukał. Obiecała, że się zobaczycie?

– Mówiłem ci.

– Wygooglowałeś ją?

Jasne, że tak. Mama z tatą w sypialni. Indigo, wtedy mała dziewczynka, sama za drzwiami. Jezu!

Mona zauważyła go i szepnęła coś Saskii. Ta wydęła usta w dzióbek i powoli przesunęła dłonią po włosach, jakby poprawiając swoje niewidzialne afro. Bailey odwrócił się do nich. Gdyby mógł coś wykasować z pamięci, byłby to fakt, że kiedyś spotykał się z Moną.

Austin kopnął go w kostkę, tak mocno, że Bailey prawie zwinął się z bólu.

– Austin, co do cholery?

– Twoja dziewczyna. Na szóstej.

– Dlaczego nie zamontujesz sobie po prostu anteny na głowie, żebyś mógł nadawać, stary?

Indigo wślizgnęła się do holu niczym ninja. Zapatrzyła się na szafki z trofeami, jak gdyby zbierała energię na kolejne czołowe zderzenie. Przeniosła znudzone spojrzenie z Mony i jej koleżanki na innych uczniów, Baileya i Austina, a potem na paczki po chipsach na podłodze.

Austin podniósł brwi ze zdziwienia.

– Masz rude afro wielkie na sześć stóp, a ona będzie teraz próbowała udawać, że cię nie widzi?

Bailey coś jednak dostrzegł. Kącik ust jej zadrżał, jakby miał zaraz zmienić się w uśmiech, tak jak dzień wcześniej przed Old Hat. Indigo zajęła krzesło w pustym kącie i wyciągnęła z plecaka słuchawki i jogurt. Włożyła słuchawki do uszu, zdjęła wieczko z jogurtu, zanurzyła w nim palec i go całego oblizała.

– O stary. – Austin wykrzywił się z niesmakiem. – Dajcie jej łyżkę.

– Widziałeś kiedykolwiek siebie, jak jesz skrzydełka?

– Bardzo zabawne. Idziesz do niej?

– Tak.

– Oj, stary, muszę to zobaczyć.

Indigo przeglądała coś na telefonie. Specjalnie wybrała to miejsce? Bailey nie mógł się nawet przysiąść, bo położyła plecak na jedynym wolnym krześle, które stało obok niej. Musiałby stać obok niej i nachylać się nad nią, żeby go usłyszała.

Austin szturchnął go lekko.

– Naprawdę chcesz to zrobić z tymi włosami?

– Tak, Austin, doskonały dowcip.

Spojrzał w stronę automatu. Mona i jej znajomi stanęli w grupie, szepcząc coś między sobą. To było dziwne, bo zazwyczaj specjalizowali się we wrzaskach. Nagła cisza nie zwiastowała niczego dobrego.

I nagle to się zaczęło. Mamma mia. Czwórka z nich zbliżała się do Indigo z Saskią na czele. Dzień świstaka 2 normalnie. A Bailey? Stał w tym obskurnym holu z poczuciem, że historia zatacza koło. Jeśli nie chce kolejnego Wielkiego Wybuchu, musi coś zrobić. Cokolwiek.

– I co, zostaniesz jej wybawcą? – ciągnął Austin.

Gdyby coś im odpowiedział, odbiliby to ze zdwojoną siłą. Zerknął na Austina. Ten gość mógł ciągnąć takie przegadywanie się w nieskończoność. Bailey musiał zacząć brać od niego lekcje. W takim razie co? Może mógłby stanąć między Indigo a Moną. Tak, jeden Bailey na ich czwórkę. Na pewno by wyszło. Gdyby był to jakiś miły amerykański serial o nastolatkach, poradziłby sobie z nimi wszystkimi. Ba, po wszystkim pewnie jeszcze wpadłby mu w ręce Gibson, na którym wyciągnąłby jakąś epicką solówkę. Na przykład Blondie.

Indigo jednak nie wyglądała na kogoś, kto potrzebuje wybawcy. Powoli wyjadała jogurt z kubeczka, nie zdejmując słuchawek, jakby zupełnie nieświadoma tego, co się zaraz wydarzy. Dlaczego nie podniosła głowy? Nie dała mu jakiejś wskazówki? Indigo skończyła jeść i rzuciła kubeczek za siebie prosto do kosza na śmieci. Idealny rzut! Głos Saskii lekko zadrżał, ale dziewczyna nie poddawała się, śpiewając jeszcze głośniej.

Indigo wstała z krzesła. Nagle okazało się, że Saskia śpiewa solo, bo reszta dziewczyn zrobiła krok w tył. Indigo zdjęła słuchawki, jedna po drugiej spojrzała Monie, Saskii, Betti i Kay w oczy, po czym, jakby w zwolnionym tempie, pokazała im środkowy palec. Założyła znów słuchawki i odeszła powolnym krokiem w stronę klas.

O kurde.

To było...

Ona była...

Bailey pobiegł za nią.

– Indigo?

Nie zatrzymywała się. Cholerne słuchawki. Poklepał ją po ramieniu, a ona się odwróciła. Bailey aż powstrzymał się przed odskoczeniem w tył. Głupi Austin i jego Wielki Wybuch. Przygryzała wargę, marszcząc czoło. Może Bailey powinien posłać jej uśmiech taty-pracownika społecznego. Przyjazny i uspokajający, jak twierdził tata.

Wyraz twarzy Indigo pozostał taki sam. Cisza.

Przestał się uśmiechać.

– Idiotki – stwierdził.

– A więc od wczoraj nic się nie zmieniło.

– Racja.

Dziś miała jeszcze bardziej miedziane oczy. W bladym świetle holu ludzie raczej nie wyglądali korzystnie. W przeciwieństwie do niej.

– Wiesz, chciałem tylko powiedzieć, że poradziłaś sobie z nimi naprawdę nieźle.

– A co miałam zrobić? Dołączyć się?

– Moglibyśmy wyzwać ich na pojedynek.

– Nie śpiewam Abby.

– Nie, miałem już inną piosenkę. Znasz Blondie?

Chwyciła za słuchawki, uśmiechając się, nie jakoś bardzo radośnie, ale zawsze coś.

– Trochę.

– Mają taką piosenkę Rip Her To Shreds. To był pierwszy utwór, który wydali, ale nikt go nie kupił. Tekst jest o całym tym gównie, jakie jest w gazetach.

– Poszukam.

Austin, wyszedłszy z toalety, pojawił się nagle za Indigo, podnosząc ręce do góry i udając eksplozję.

Bailey chciał to jakoś zatrzymać. Wziął głęboki wdech.

– Masz ochotę na kawę albo coś?

– Teraz?

– Ee... mam zajęcia z polityki – powiedział. Ale przecież nie musiał na nie iść, prawda? Nigdy nie opuścił żadnych zajęć, nawet muzyki, na której musiał siedzieć i słuchać wszystkiego, co już wiedział. – Jeśli masz teraz wolne, możemy skoczyć do tej nowej miejscówki otwartej przy naleśnikarni.

Pokręciła głową, wciąż się uśmiechając.

– Nie, dzięki.

– A później? Koło czwartej?

– Sprawy rodzinne.

Zamknął usta. Prawie powtórzył za nią. Rodzinne? Tak jakby było w tym coś dziwnego. Jasne, że ma jeszcze kogoś. Wczoraj wyczytał, że jej mama miała mnóstwo dzieci. Indigo ma pewnie masę siostrzenic i siostrzeńców.

Pewnie nie zauważyła, jak bardzo go to zdziwiło, bo wciąż tu była. Uśmiechnął się znowu. Tym razem uśmiechem swoim, nie taty.

– A jak ci pasuje?

Indigo rzuciła plecak na ziemię.

– Jeśli rzeczywiście nie musisz iść na politykę, możemy...

Nagle obok Baileya pojawił się Austin, uśmiechając się szeroko do Indigo.

– Siemka! Fajny masz pasiak na głowie!

Indigo przeklęła, chwyciła plecak, odwróciła się na pięcie i poszła na koniec korytarza.

Bailey spojrzał na niego ze złością.

– Austin! Głupi jesteś czy co?

Austin nie wierzył w to, co słyszy.

– Uratowałem cię, człowieku. Nawet stamtąd widać było, że nie idzie wam dobrze!

– Gadasz bzdury.

– Widziałeś kiedyś człowieka, który eksploduje?

– Tak. Tam, gdzie ty. Na twoim Xboxie.

– Bardzo śmieszne, stary. – Austin spojrzał na niego znacząco. – Do niczego cię nie zachęcam, ale jeśli naprawdę sam nie potrafisz... możesz przecież zaprosić ją do siebie.

– Jak rodzice będą w Paryżu?

– Masz fajnych rodziców, ale lepiej, gdyby ich tam wtedy nie było. W razie gdyby świat zaczął obracać się wspak, a ty nagle byś jej się spodobał. I mógłbyś zaprosić też nas, żeby nie wyglądało to tak, że chcesz ją wykorzystać.

Skierowali się powoli w stronę korytarza Lilian Bader.

– Nie, Austin. Żadnych imprez.

– No weź! Starzy nigdy się nie dowiedzą.

– Ale sąsiedzi tak. Pani Skinner pewnie będzie oglądać wszystko na żywo z okna.

– Twoi rodzice będą rozkochiwać się w Paryżu i niczego nie zauważą. A co takiego może się stać, gdy już się o wszystkim dowiedzą? Pogadacie?

– Byłeś w ogóle u mnie w domu ostatnio? Moi starzy faktycznie prawie ze sobą nie rozmawiają.

– Moi też.

– Bo twoi mieszkają na innych kontynentach, Austin.

Stanęli przy wschodnim korytarzu Lilian Bader. Bailey zaczekał na Austina, żeby wejść razem do klasy.

– Mówię serio. Wiem, że ci się podoba. Twoi rodzice są aniołami, wszystkich by uratowali. Pewnie nasiąkłeś tym już w łonie matki. Ale ta dziewczyna ma problemy. I to poważne. Dasz im radę? – upewniał się Austin.

– Dzięki za radę, ale jest już za późno. Umówiliśmy się na kawę – powiedział Bailey, a w myślach dodał: Może.

Austin westchnął i rozciągnął się.

– Moja ciocia Essie jest pielęgniarką w klinice ortopedycznej w Guy. Mówi, że tam naprawdę nieźle składają, jakby co.

Bailey uśmiechnął się szeroko.

– Jedyne, co się złamie, to twoje serce, kiedy zobaczysz, jak bardzo się myliłeś!

Indigo zasługiwała na cholerny medal. Gdzieś powinien leżeć jakiś formularz, który wystarczy tylko wypełnić, żeby taki dostać. Poprosi Keely, żeby jej załatwiła. Postawiła się tym głupim krowom, zaimponowała Baileyowi – to akurat nie było specjalnie trudne – a poza tym odpowiedziała parę razy dobrze na zajęciach wyrównawczych z matematyki. Tak, należał jej się porządny złoty medal z wygrawerowanym imieniem.

 

Na dodatek za chwilę miała się spotkać twarzą w twarz z siostrą. Nie będzie łatwo. Odnalazły siebie nawzajem zaledwie parę miesięcy temu, a teraz Primrose przeprowadzała się na drugi koniec świata. Więzy krwi były jednak silne. Gdyby ktoś pobrał próbki krwi od ich obu i dokładnie je zbadał, zobaczyłby, że są rodziną. Gdy zobaczyły się pierwszy raz, pocałowała Indigo na przywitanie w oba policzki. Indigo miała nadzieję, choć czuła, że to głupie, że tym razem Primrose chwyci ją za rękę.

Miały o czym pogadać. Zrobiła zdjęcie listu od babci. Drewniany krokodyl siedział wciśnięty w przedniej kieszeni jej plecaka. Leżał obok pudełeczka z kłódką i tęczową przypinką. Jakby uwijała sobie gniazdko z cennych dla niej rzeczy.

Indigo zerknęła na hol. Szybciej było przebiec przez niego, niż iść naokoło, ale niespecjalnie uśmiechało jej się to, żeby któraś z tych idiotek zaczęła znów coś śpiewać. Dobrze. Nikogo nie było. Dotrze na stację wcześniej i poczeka spokojnie na Primrose. Powinna dać jej kłódkę na początku czy pod koniec? Zapakowała ją, a Keely przyozdobiła paczuszkę złotą kokardką.

Przebiegła przez hol, wyskoczyła przez wyjście w części sportowej i wybiegła przez tylne drzwi prosto na główną drogę, po czym nagle się zatrzymała.

Mona i Saskia stały na przystanku autobusowym, patrząc na coś na telefonie Mony. Obok stała grupka młodszych dzieciaków z innej szkoły. I Bailey! Razem z tym swoim głupim kolegą. Bailey uśmiechnął się do Indigo lekko, ale ona nie miała zamiaru mu odpowiadać, bo obok niego stał Austin ze swoją niewyparzoną gębą. Zerknęła na drogę. Autobus już jechał. Indigo miała tylko nadzieję, że nie będzie wypchany ludźmi – musiała się znaleźć w środku.

Kierowca jechał wolno, chyba na pierwszym biegu, ale w końcu dotarł na przystanek. Uff, na szczęście było miejsce. Mona i Saskia wepchnęły się na początek kolejki. Dla Indigo tak było lepiej. Potrzebowała absolutnego spokoju. Dotknęła brzucha. Jak dotąd, wszystko było w porządku.

Indigo stanęła za grupką młodszych dzieciaków. Saskia zabrała swój tyłek na piętro, a Indigo usiadła z przodu autobusu obok starszej pani i sprawdziła godzinę. Wszystko było w porządku. Zaczęła pisać SMS-a do Primrose, chcąc dać jej znać, że już jedzie. Od kiedy skontaktowały się ze sobą pierwszy raz, pisały ze sobą cały czas, teraz jednak Primrose zabierało trochę więcej czasu, żeby odpisać. Tłumaczyła, że było to naprawdę trudne przy opiece nad trójką dzieci i całej tej przeprowadzce do ogarnięcia.

Kierowca nagle ostro zahamował. Indigo przechyliła się mocno do przodu, prawie rzucając telefon na kolana starszej kobiety.

Kobieta pokręciła głową.

– Głupiec chce wąchać kwiatki od spodu.

– Kto?

– Ten włóczęga.

Indigo musiała się wychylić, żeby coś zobaczyć przez przednie okno, bo jakiś wyjątkowo wysoki chłopak stał w przejściu. Na środku drogi stał bezdomny, wpatrując się w kierowcę. Po chwili przebiegł przez drogę, omijając kolejne samochody, i ruszył przez chodnik prosto na przystanek autobusowy.

Kobieta chwyciła Indigo za kolano.

– Nie ruszaj się stąd, kochana. Bo inaczej on się do mnie przysiądzie.

Kierowca coś krzyknął i autobus ruszył dalej. I dobrze. Indigo nie miała ochoty na jakieś burdy w autobusie. Skończyła SMS-a i kliknęła „Wyślij”. Odjechali z przystanku. Droga była praktycznie pusta, więc na pewno będzie na czas. Ktoś poklepał ją po ramieniu. Podniosła wzrok i popatrzyła prosto w oczy Saskii. Mona była zaraz za nią, uśmiechając się szeroko. Wyglądała tak, jakby miała wypluć zęby. Indigo założyła słuchawki na uszy i spojrzała na podłogę. Wszędzie rozlany był sos pomidorowy, a pośrodku stał but Saskii.

No jasne. Bateria była już prawie na wyczerpaniu. Nie mogła włączyć teraz muzyki. Musiała mieć sprawny telefon, w razie gdyby dzwoniła do niej Primrose. Dziewczyny jednak nie musiały tego wiedzieć.

– Hej, Indigo! – Na głos Saskii ludzie w autobusie odwrócili głowy w jej stronę.

Indigo udawała, że zwiększa głośność. Jak nazywała się ta piosenka, o której mówił jej dziś Bailey? Rip Her to Shreds. Musi jej dzisiaj posłuchać.

– Dostałaś z powrotem kurtkę? – Nawet muzyka na pełen regulator nie przyćmiłaby wrzaskliwego głosu Saskii. – Słyszałam, że nieźle się wściekłaś z tego powodu.

Głęboki wdech.

Jeśli tylko nie spojrzy teraz na Saskię, nic się nie wydarzy.

Saskia mieszkała gdzieś tu obok, prawda? Autobus się zatrzymał i kierowca otworzył drzwi. Indigo mogła teraz wysiąść. Mogła poczekać na kolejny autobus albo pojechać taksówką, której Keely pozwoliła jej używać w nagłych wypadkach, bo jeżeli nie będzie ostrożna, to zaraz wydarzy się tu jakiś wypadek. Nagle bardzo zapragnęła włożyć rękę do plecaka i chwycić krokodyla, ale Saskia nie spuszczała z niej palącego wzroku.

Drzwi do autobusu zamknęły się. Cholera! Indigo powinna była się ruszyć, zamiast po prostu tu siedzieć i tylko o wszystkim myśleć.

A teraz znów śpiewały. Boże, nie mogły po prostu odpuścić?

– Nie włączysz się? Tak nas lekceważysz...

Indigo spojrzała na włosy Saskii, kolczyk w nosie i szczęki miażdżące gumę do żucia.

Coś w niej zadrgało. Przełknęła ślinę. Proszę. Nie teraz.

Wiedziała, że kolejny krok musi być odpowiedni. Zdjęła słuchawki, powoli, jak gdyby nigdy nic. Nie odwracała wzroku.

– Nie lekceważę was, Saskia, ale tylko psy potrafią wyć tak jak wy.

Przestały śpiewać tę gównianą piosenkę. Saskia się zaśmiała. Albo raczej wydała dźwięk, jak gdyby miała w gardle jakiegoś gluta.

– Nazywasz mnie suką? O to ci chodzi?

Tak! Wzięła wdech tak głęboko, że musiał dotrzeć do stóp. Czuła, że klatkę ściska jej drut kolczasty, tak jakby wszystkie słowa, które trzymała w sobie, pokryte były kolcami.

– No ładnie, świrusko. Powinnaś czuć się zaszczycona – powiedziała Saskia, wyciągnąwszy z ust gumę to żucia i obracając ją w palcach. – Traktujemy cię wyjątkowo. Przecież nie śpiewamy dla wszystkich.

PaniWeasleyLinGiselle.

PaniWeasleyLinGiselle.

Ostatnio nie zadziałało. Dlaczego miałoby działać teraz?

– Spierdalaj, Saskia – powiedziała Indigo zmęczonym głosem.

Saskia odwróciła się do Mony.

– Stara, ona nas nie docenia.

Małe pazury. Kopanie, kopanie, kopanie. Igiełki gorąca.

Saskia rozciągnęła mokrą, ciepłą gumę między palcem wskazującym a kciukiem. Guma przypominała chorą skórę.

– Mona, jesteś gotowa?

Mona zawsze była gotowa.

– Mamma mia...

– Dlaczego po prostu nie dacie sobie z tym spokoju?

Co? Co to było, kurde? Wszystkie oczy zwróciły się na tył autobusu.

– To znowu ten nudziarz.

Indigo znała ten głos. O, Boże. To on, Bailey. Szedł w stronę Saskii. Chciał wspaniałomyślnie publicznie uratować Indigo. Nie widział jej w akcji? W holu poradziła sobie z nimi całkiem nieźle.

Ale nie wczoraj. Nie na korytarzu, przy wszystkich.

Saskia odwróciła się, wciągając powietrze przez zaciśnięte zęby, po czym wykonała szybki ruch ręką. Indigo zauważyła to wszystko i odsunęła głowę, czując, że Saskia dotknęła jej włosów. Co?

Saskia krzyczała na Baileya.

– Ty, rudzielec! Mówiłam, żebyś nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Przypadek świruski Indigo należy do nas!

– Ty głupia krowo! Nie słyszałaś? Chłopak powiedział: „dajcie sobie spokój!”.

Bailey zasłonił ręką usta, jakby jego głos wyskoczył z niego sam i mówił bez jego kontroli. Wszyscy przysłuchujący się zajściu rozejrzeli się w poszukiwaniu źródła głosu. Indigo też. Głos należał do bezdomnego, tego, który wybiegł przed autobus. Stał na miejscu dla wózków inwalidzkich, nasuwając na głowę czapkę zimową. Nasunął ją tak mocno, że prawie sięgała mu do podbródka. Miał czerwoną twarz, jak każdy bezdomny, tak jakby pocierał ją o wycieraczkę każdego rana.

– Ty! – Zdjął czapkę i wskazał na Baileya. – Jesteś jedynym porządnym człowiekiem w tym autobusie.

Bailey skinął do niego lekko głową, jakby wciąż ukrywał głos.

– Lepszym niż te głupie suki! – Tym razem bezdomny aż splunął. – Zmówiłyście się przeciwko jednej dziewczynie. Takie jesteście mądre, co? No, dalej! Pokażcie coś jeszcze!

Saskia zamrugała rzęsami. Ta krowa rzeczywiście o tym myślała.

Dzwonek w autobusie zadzwonił raz, dwa, trzy razy. Oczywiście teraz wszyscy chcieli wysiąść. Saskia otworzyła znów usta, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, kierowca skręcił w stronę kolejnego przystanku. Saskia zachwiała się, a Indigo wykorzystała ten moment i wyskoczyła przez przednie drzwi.

Oddech.

Tak. Mogła oddychać. Po prostu.

Odwróciła się plecami do drogi, gdy odjeżdżał autobus. Nie chciała widzieć teraz Saskii z głupim uśmieszkiem na twarzy. Ciągle miała sporo czasu, żeby dotrzeć na Euston. Była blisko skrzyżowania i wiele autobusów jechało w tamtą stronę. Wzięła kolejny głęboki wdech i zaokrągliła ramiona, aby się zrelaksować. Poszło zbyt łatwo. Czegoś brakowało. Plecaka. Cholernego plecaka! Kłódki dla Primrose. Jej przywieszki i krokodyla. Leżał teraz na podłodze obok stóp starszej kobiety, pędząc na żółtych światłach w stronę dzielnicy Angel. Zresztą zaraz pewnie ktoś go zauważy. Ta Królowa Suk pewnie już teraz przewraca wszystko wewnątrz plecaka. Rzuca krokodylem o okno...

Nie mogła wziąć wdechu. Miała ściśnięte płuca. Oparła się o słup z sygnalizacją świetlną i przymknęła oczy.

– Wszystko w porządku?

Co? Otworzyła oczy do połowy.

Obok niej stał Bailey.

– Pomyślałem, że może ci się to przydać – powiedział.

Jej plecak? Boże. Wzięła głęboki wdech. Chciała sięgnąć po plecak, ale jej ręce jakby omdlały.

– Nie przejmuj się. Poniosę – zaproponował.

Bolały ją płuca, serce i żołądek. I zbierało jej się na płacz.

Bailey odwrócił wzrok. Dobrze. Nie potrzebowała teraz publiczności. Zwłaszcza że chciało się jej coraz bardziej płakać.

– Zauważył go ten bezdomny. Saskia chyba chciała mu za to przywalić. Nie wiem, kto by wygrał w tym starciu – powiedział.

Światła za Indigo zaczęły piszczeć niczym alarm na kuchence Keely. Indigo musiała coś powiedzieć, zrobić, ruszyć się. Chwyciła za plecak i przyłożyła rękę do przedniej kieszeni. Wyczuła pudełko i drewniane zwierzątko.

– Dzięki.

– Nie ma za co.

Odkleiła się od świateł i przeszła na wysepkę na środku drogi. Światła zmieniły się na zielone, a przed jej oczami mignęły autobusy i ciężarówki jadące z prędkością światła.

– Znasz panią Fraser? Jest opiekunką roku – wyjaśnił Bailey. Nie opuszczał jej na krok. – Możesz jej powiedzieć o Saskii.

Indigo skinęła głową. Co on ma zamiar zrobić? Eskortować ją na Euston?

– Dzięki, Bailey. Już sobie poradzę.

– Ale... ja idę w stronę domu.

Boże, teraz ona się zaczerwieniła. Koleś pomyśli, że jest jeszcze dziwniejsza. No dobra. Może faktycznie jej nie stalkował, ale zdecydowanie ją spowalniał. A przecież miał znacznie dłuższe nogi od niej. Zwykle pewnie chodzi znacznie szybciej.

Spojrzała na niego. Nie wyglądał źle, może tylko trochę inaczej. Widziała mnóstwo dzieciaków mieszanej rasy z afro, ale nikt z nich nie miał rudobrązowych włosów. Szopy włosów. Jego brwi były za to bardzo ciemne, a jego oczy to już całkiem.

– To twój? – zapytał.

– Co?

– Chyba dostałaś SMS-a.

– No tak. – W dłoni ciągle trzymała telefon. Zerknęła na ekran.

Sorry, Indigo. Musiałam wracać wcześniej. Przez opiekunkę do dzieci. Pogadamy na Skypie wieczorem.

– Kurwa. – Indigo poczuła, jak ściska ją w klatce piersiowej. Krótkie oddechy. Przynajmniej wciąż mogła oddychać. Przygryzła wargę. Nie rozpłacze się tutaj. Będzie szła, krok za krokiem, krok za krokiem.

– Złe wieści? – zapytał Bailey.

– Miałam spotkać się z siostrą. – Udało jej się wypowiedzieć to spokojnym głosem. – Właśnie odwołała spotkanie.

– Przykro mi.

– No.

– Spotkacie się kiedy indziej?

Indigo wzruszyła ramionami. I tak by nie zrozumiał. Wszystkie motylki w brzuchu przed pierwszym spotkaniem z siostrą, to uczucie, że się odnalazły. Potem wszystkie rozmowy na Skypie w ukryciu przed mężem Primrose, któremu się to nie podobało.

Krok za krokiem, krok za krokiem. Cztery stopy. Jej buty na koturnach. Jego tenisówki.

 

– Eee... – powiedział Bailey, wpatrując się w bok jej głowy. – Saskia dobrała ci się do włosów, nie?

Indigo dotknęła pasma włosów za uchem. Wyczuła wielką grudkę gumy do żucia.

– Jezu! Co za suka – powiedziała, próbując wyszarpać paskudztwo z włosów, które przyklejało się coraz bardziej.

Czy Bailey się uśmiechał? Jeśli tak, to szybko to ukrył.

Spojrzała na niego ze złością.

– Śmieszy cię to?

Pokręcił głową tak mocno, że zafalowały mu włosy.

– Myślałem tylko o minie Saskii, kiedy odezwał się do niej ten bezdomny. Chyba nikt nigdy wcześniej nie nazwał jej w twarz suką.

Indigo też chciała ją tak nazwać. I jeszcze innymi słowami. Wtedy jednak sprawy mogłyby zajść za daleko.

– Dlaczego ona taka jest? – zapytała.

– Nie wiem. Jest taka od żłobka.

Cisza, dźwięk sygnalizacji. Przeszli przez ulicę. Gdzie, do cholery, w ogóle teraz szła, skoro Primrose ją wystawiła? Zerknęła na Baileya.

– Nabijała się z ciebie.

– Tak. Przez włosy. I to, że jestem mieszanego pochodzenia.

– Moja mama też była.

Mama? Dlaczego to powiedziała? Chwila niezręcznej ciszy.

– Jesteś do niej podobna? – zapytał.

Zmarszczyła czoło. Nabijał się z niej? Nie, był ciągle poważny, otwarty.

– Trochę – mruknęła. A przecież mogła powiedzieć mu więcej. Jej mama miała ciemne włosy z fioletową grzywką i wielki złoty ćwiek w nosie. Przynajmniej na zdjęciu, na którym była w ciąży z Indigo.

– Wiesz, nigdy nikt mnie o to nie pytał.

– Przepraszam – powiedział Bailey ze smutkiem.

– Nie, nie ma sprawy – zapewniła. Nie, bo pytał ją o mamę.

Szli dalej. Wciąż nie wiedziała, dokąd idzie, ale to było lepsze niż powrót do domu i tłumaczenie Keely całej historii z Primrose.

– Denerwują cię twoje włosy? – zapytała.

– Kiedyś tak, jak byłem młodszy. Teraz niespecjalnie się tym przejmuję.

– Dlaczego ich nie ściąłeś?

– To tak, jakbym powiedział ludziom takim jak Saskia, że mają rację.

Uśmiechnęła się. On też. Był całkiem przystojny, gdy był poważny, a uśmiechając się, wyglądał jeszcze lepiej. Ominęli pijaną kobietę przed sklepem Costcutter.

– Jestem dobry w wyciąganiu gum z włosów – powiedział.

Indigo podniosła dłoń w stronę włosów, nie dotknęła jednak gumy, przypomniawszy sobie szczęki Saskii miażdżące to paskudztwo.

– Chyba po prostu je zetnę – stwierdziła. W tajemnicy. W pokoju. Nie będzie przysparzać Keely dodatkowego stresu.

– Nie musisz – zaprotestował, pewnie nawet nie zdając sobie sprawy, że bawi się własnymi włosami. – Są inne sposoby. Moja mama jest nauczycielką, więc jest ekspertem w wyjmowaniu gum z włosów.

No tak. Z jakiegoś powodu Indigo wcale nie była zaskoczona tym, że jego mama jest nauczycielką.

– Pracowała w paru trudnych szkołach specjalnych i tak dalej – wyjaśnił, bawiąc się przy tym lokiem przy skroni. – Musiała więc wyciągać gumy z włosów dzieci. Z moich też.

– A czym zajmuje się twój tata?

– Jest pracownikiem społecznym.

– Pracownikiem społecznym?

Skinął głową. Mogła powiedzieć mu teraz wszystko, co wiedziała o pracownikach społecznych, ale zawiesiła głos.

– Przykro mi z powodu twoich rodziców – powiedział.

– Co? – zdziwiła się. Jeżeli pojawiła się jakaś niezręczna cisza, to nawet jej nie zauważyła.

– Twoi rodzice. Bardzo... bardzo mi przykro.

– No tak. Mnie też.

I oto nadchodziła niezręczna cisza, wpychając się w przestrzeń między nimi. Bailey zmarszczył brwi, jakby nie wiedział, jaką minę przybrać. Przynajmniej się starał. Może była dla niego za ostra.

– A twoi rodzice to nauczycielka i pracownik społeczny. Mogłabym powiedzieć, że mnie też jest przykro z twojego powodu.

Otworzył usta. No tak. Przyjęła złą taktykę. Teraz wyglądał na jeszcze bardziej zakłopotanego.

– Wszyscy wiedzą, prawda? – westchnęła.

– Ja nie wiedziałem. Nie, dopóki... nie rozumiałem, dlaczego Saskia z Moną śpiewają te wszystkie piosenki.

– Jak się dowiedziałeś?

– Eee... ktoś mi powiedział.

Pewnie ten jego kumpel. Potrzeba było zszywacza, żeby się zamknął.

– Sprawdziłeś mnie w Google?

– Ja... tak. Przepraszam.

Wpatrzyła się w jego tenisówki. Też nie były w stylu Pitt Academy. Nie takie złe jak na dziecko nauczyciela.

Zatrzymała się i odwróciła do niego.

– Nie chcesz więc o nic zapytać?

– Co? – zdziwił się Bailey.

– Czy coś pamiętam? Albo gdzie jest mój tata? Młodsze dzieciaki zawsze pytały, czy widziałam ciało mojej mamy.

– Nie! Nie miałem zamiaru o nic cię pytać!

– Wszystko o mnie wiesz?

Gdyby ruch na ulicy był trochę cichszy, pewnie mogłaby usłyszeć wszystkie trybiki wirujące w jego głowie, próbującej znaleźć właściwą odpowiedź.

– Nie... Po prostu... Nie chciałem cię o nic pytać, bo... No dobra, trochę chciałem.

– To co cię powstrzymało?

Uśmiechnął się lekko.

– Mój tata jest pracownikiem społecznym, nie? Całe życie zadawał mi pytania. Pewnie ty to przeżywałaś jeszcze gorzej niż ja.

Kiwnęła głową.

– To musi być strasznie dziwne, gdy wszyscy myślą, że wiedzą o tobie wszystko – kontynuował. – Nawet gdy pojawiasz się w zupełnie nowym miejscu.

Cholera, nawet nie wiesz, jak bardzo.

Podrapał się po twarzy, jak gdyby próbując zwolnić pracę trybików.

– Chyba nie chciałem udawać, że o niczym nie wiem, mimo że początkowo naprawdę nie wiedziałem. A potem pomyślałem, że pewnie masz już dość tego, że wszyscy stale o tym mówią.

Tenisówki chyba ciągle wysyłały mu jakieś tajne wiadomości, bo nieustannie się w nie wpatrywał.

– Bailey?

Spojrzał na nią, tak jakby właśnie dostał pozwolenie. Rumienił się, przez co zapragnęła się do niego uśmiechnąć.

– To jest tak, że ja tak naprawdę niczego nie pamiętam. Czasem wydaje mi się, że trochę pamiętam, ale to pewnie przez to wszystko, co przeczytałam. Też googlowałam na ten temat.

Podniósł brwi.

– Myślałam, że dzięki temu dowiem się, co ludzie o mnie wiedzą. Ale przez to tylko... no, to nie był dobry pomysł. Odkąd mieszkam z Keely, przestałam czytać na ten temat.

– Podoba ci się tam, gdzie teraz mieszkasz? – zapytał.

– Tak! Keely jest w porządku. Mój brat przyrodni jest dupkiem, ale zaraz się wyprowadza. W każdym razie lepiej będzie, jak się uporam z tą gumą, zanim Keely wróci do domu.

Bailey znów bawił się kosmykiem nad uchem.

– Mieszkam nieopodal. Zaproszenie ciągle aktualne. Mogę ci pokazać, jak sobie z tym poradzić.

– Zapraszasz mnie do domu?

Odwrócił wzrok. Patrzył teraz przed siebie na drogę.

– Bailey, zapraszasz mnie do domu?

– Tak. Sorry. Wydawało mi się, że widzę tego bezdomnego. Tego, który jechał z nami w autobusie.

Indigo popatrzyła w tę samą stronę. Dzieciaki z innych szkół, kobieta na skuterze.

– Idzie do bukmachera – powiedział Bailey.

– Jesteś pewien, że to był on?

Bailey wzruszył ramionami.

– W sumie to nie wiem. Ale jakbyś chciała wpaść, to zapraszam. Zrobię ci kawę.

To był ten sam gość, Bailey był tego pewien. W autobusie siedział właściwie naprzeciwko niego. Kiedy autobus się zatrzymał, Bailey widział, jak chwycił za poręcz przy drzwiach i wyszedł z autobusu tak wolno, jakby całą energię przeznaczoną na ten dzień zużył już na bieg za autobusem. Bailey pobiegł za nim, próbując przechwycić plecak Indigo, zanim Saskia wpadnie na ten sam pomysł.

– Może powinieneś zaprosić go na kawę – zauważyła Indigo.

– Jasne.

– Myślisz, że nas śledzi?

Naprawdę chciał powiedzieć „tak”? Już zadał jej głupie pytanie dotyczące jej mamy. Jesteś do niej podobna? Jezu! Mógłby o to zapytać, gdyby wszystko było u niej w porządku, a w jej sytuacji... Boże. Zachowała się naprawdę fajnie, ale Austin nigdy się o tym nie dowie. Nigdy. Pytanie Baileya trafiłoby wtedy na pierwsze miejsce na liście Austina pod tytułem Że co powiedziałeś?, w dodatku oznaczone złotą gwiazdką. Indigo zresztą i tak pewnie już myśli, że jest jednym wielkim paranoikiem. Miała teraz pełne prawo, żeby zawrócić i pobiec w przeciwną stronę. Bezdomny i tak szedł pewnie do bukmachera.

– Oczywiście, że nas śledzi. – Bailey przesunął ręką po afro. – Ciągle mnie ktoś śledzi, odkąd nazwali mnie nowym Bourne’em. Nie chcę się przechwalać, ale mógłbym położyć cały autobus w dwadzieścia sekund. Nie zrobiłem tego, bo nie chcę zdradzić mojej tożsamości.

Indigo zaśmiała się w głos. Tak! Gdyby Bailey wysilił teraz słuch, mógłby usłyszeć prawdziwy wielki wybuch, gdy serce Austina rozprysnęło się na kawałki.