Indigo

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Bailey wiedział, że nie ma sensu biec teraz na przystanek. Nawet jeśli zdąży, i tak w środku będą już tłumy dziewczyn z St. Ecclestia. Będzie znów okropnie głośno, a Bailey nie był teraz w sosie.

– Hej!

To Austin biegł w jego stronę.

– Hej? ? – Bailey nie krył zdziwienia.

– Nie jedziesz? Będziesz czekał na kolejny? – spytał Austin, zerkając na telefon. – Sześć minut.

Bailey pokręcił głową.

– Nigdzie się nie spieszę. Chciałem jeszcze zajść do sklepu z płytami.

– Flash Tracks czy Final Vinyl?

– Mam czas, żeby pójść do obu.

Austin podszedł do Baileya.

– Soraya mówiła, że dziś był Wielki Wybuch!

– Byłem przy tym.

– Serio? Byłeś świadkiem zdarzenia? – Austin otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Będzie potrzebował operacji, żeby szczęka wróciła na miejsce.

– Banda Saskii wzięła jej kurtkę. Szukałem Indigo, żeby jej o tym powiedzieć.

– Kurtkę? I dlatego wybuchła?

– Chyba tak.

– Słyszałem, że przywaliła nauczycielce, nieźle.

– Gówno prawda.

– To co się stało?

– Tylko... Zresztą, zapomnij.

– Daj spokój, Bailey! Podziel się!

– Następnym razem wszystko nakręcę, jasne?

– Nie bądź teraz taki święty. To ty się na to gapiłeś. Ty. Nie ja.

Nic już na to nie odpowiedział. Tata opowiedział kiedyś Baileyowi, jak raz w życiu miał napad złości. Miał wtedy dwa latka. Bardzo chciał wejść do stawu w Victoria Park, bo ten skojarzył mu się z basenikiem, w którym wcześniej się taplał. Tata nie potrafił go nijak przekonać, że to zły pomysł. W końcu w Baileyu się zagotowało, rzucił się na ziemię i zaczął wrzeszczeć. Tata, usiadłszy tylko obok niego, czekał spokojnie, aż skończy, a ludzie mijali ich, nie spuszczając z nich oczu.

Indigo też nie wytrzymała, ale nikt nie usiadł obok niej. Wszyscy tylko się gapili, nie wyłączając Baileya. I to była jego wina. Powinien był wyrwać kurtkę spod obcasów Mony. Zbyt łatwo się poddał.

– Wiedziałeś o tym? – spytał.

– Mówiłem ci, stary, Wielki Wybuch!

– Nie – odparł Bailey. – Że jej mama nie żyje.

Austin skrzywił się.

– Tak. Każdy o tym wie.

– Ja nie wiedziałem.

– Bo z nikim nie gadasz.

– Z tobą gadam.

– Myślałem, że wiesz.

– A co z jej tatą? O tym też wiedziałeś?

Austin bardzo się zmieszał.

– Jezu, Austin, sprawdziłeś ją w Google.

– Ty też to zrobisz, gdy tylko wrócisz do domu.

– Nie... chociaż, może. Wiesz, co się stało?

– Była wtedy mała. Jej rodzice brali narkotyki, a potem chyba jej tata oszalał i zabił mamę. Od razu przyznał się do winy.

Bailey wypuścił powietrze z ust.

– Tata pracował z dzieciakami, które przechodziły przez takie rzeczy. Ale nie spodziewałem się, że...

– Że co?

– Że z jednym z nich będę chodzić na angielski.

Austin uśmiechnął się złośliwie, wiedząc, o czym myśli kolega.

– Saskia, Mona i reszta w stołówce śpiewały piosenki o mamach. I ten wiersz na angielskim.

Byłaś we mnie wpatrzona niczym księżyc... Boże.

– Tak – przyznał Austin. – To musiało być trochę trudne.

– Trudne? Przychodzi do nowej szkoły, w której każdy nabija się z jej zmarłej mamy. Nic dziwnego, że tak się zachowała.

– Mogłeś ją pocieszyć.

– Stary, mówię serio.

– Ja też. Dziewczyna była załamana, a ty stałeś tam tylko z resztą gapiów.

– To nie było tak.

Było znacznie gorzej. Bailey po prostu się oddalił, mając nadzieję, że go nie zauważyła.

Austin szturchnął go w żebra.

– Stary, chcę tylko ustalić, kto kogo stalkuje. Ty ją czy ona ciebie.

– Co masz na myśli?

– Jest tutaj. Przy Old Hat.

To prawda. Stała przy second-handzie i wpatrywała się w wystawę.

– Czeka pewnie na taksówkę.

– W takim razie jest bogatsza od nas. Czyli że będzie płacić za ciebie na randce.

– Idę z nią pogadać.

– Nie boisz się, że ci przywali?

– Żarty na bok, Austin. Miałeś rację. Byłem jednym z gapiów, muszę jej to wynagrodzić. A ty zostajesz tutaj.

– Stary, nie chcę ryzykować zdrowia i życia.

Austin odszedł powoli, po czym ruszył biegiem za nadjeżdżającym autobusem. Bailey przeszedł na drugą stronę ulicy, kierując się w stronę Indigo. Dziewczyna odwróciła się nagle. Musiała zobaczyć jego odbicie w szybie. Ręka Baileya automatycznie powędrowała do włosów, żeby je poprawić, ale szybko się opamiętał i udał, że drapie się po szyi.

Potem pomachał nieśmiało do Indigo.

– Cześć.

Poszło znacznie lepiej niż ostatnio. Tym razem nie brzmiał jak kot próbujący wypluć kłaki.

Indigo przekrzywiła głowę. Od ostatniego spotkania poprawiła oczy ciemniejszą kreską i związała włosy w wysoki kucyk. Od ostatniego spotkania. Czyli kiedy ryczała i szarpała się przy tej głupiej nauczycielce.

– Śledzisz mnie? – zapytała.

– Ee, nie. Idę do sklepu muzycznego.

Zerknęła w stronę sklepu Final Vinyl na końcu ulicy, po czym znów spojrzała na niego.

– Myślałem... chciałem tylko powiedzieć, że przykro mi z powodu twojej kurtki.

Kurtki. Tak, i że widział, jak wyszła z siebie przed klasą pana Grinleya.

Indigo zmrużyła oczy.

– Co masz na myśli?

– Widziałem, jak Mona ją wzięła. Próbowałem cię znaleźć i...

Wlepiła wzrok w buty.

– I?

– Przepraszam. Czy wszystko w porządku?

Nie podniosła oczu.

– To... nie chciałam... czasem tracę nad sobą kontrolę. Dużo osób się gapiło?

– Dopiero co zaczęła się lekcja. Prawie nikogo nie było na korytarzu – zapewnił. Tylko drzwi się otworzyły i ludzie wyjrzeli z klas.

Teraz spojrzała na Baileya.

– Ale ty widziałeś, tak?

Bailey spojrzał jej w oczy.

– Tak.

Mrugnęła, ale nie odwróciła głowy.

Bailey tymczasem na dobre się już rozkręcił.

– Może poszłabyś ze mną na kawę? – zaproponował dziarsko.

Usta Indigo zadrżały, po czym znów spoważniała.

– Muszę kupić prezent mojej przybranej mamie. – Odwróciła się i przeszła w stronę Old Hat, zatrzymując się w przejściu. – Jesteś jutro w szkole?

– Tak.

– To najwyżej wtedy się zgadamy.

– Jasne!

Posłała mu szczery uśmiech i zniknęła w sklepie.

Second-hand był pełen mebli, pościeli, talerzy, praktycznie wszystkiego. Indigo patrzyła przez okno, czekając, aż odejdzie. Odwrócił się, a ona ukryła się pod stosem walizek. Tak, uśmiechnęła się do niego. Następnym razem musi się bardziej pilnować.

Odsunęła się od okna, trzymając blisko siebie torbę. Już i tak jej dzień był wystarczająco beznadziejny, nie musiała jeszcze strącać porcelany ze sklepowych półek. Chociaż właściwie właściciel wydawał się w porządku. Wyglądał trochę jak Snape z tunelami w uszach. Skinął do niej głową i uśmiechnął się lekko, po czym wetknął nos z powrotem w gazetę. Indigo nachyliła się nad kolekcją szklanych zwierzątek. Zebra, bizon, wielki kogut, niedźwiedź polarny. Ani jednego krokodyla. Podniosła żółtego słonika – był całkiem słodki, ale miał nadłamany koniec trąby. Położyła go z powrotem na półkę. Przynajmniej przestała się już trząść. Godzinę temu nie zaryzykowałaby wejścia do środka.

Znów wybuchła w szkole. Boże. Mówiła temu cholernemu psychologowi, że w Pitt Academy będzie tak jak wszędzie. Kolejne miejsce, z którego ją wywalą. Czuła uderzenie gorąca na samą myśl o tym. Poza tym piekły ją oczy. Jeśli znów się rozpłacze, z oczodołów wydostanie jej się tylko para. Powiedziała parę słabych rzeczy, miała tego świadomość. I bolała ją ręka. Pewnie obiła sobie kostki. W ogóle nie żałowała tego, że zrzuciła okulary tej głupiej nauczycielce. Nic nie rozerwała i nic nie rozwaliła. I kiedy przegadała to z wychowawcą i psychologiem, było jasne, że ją sprowokowano. Znaleźli jej kurtkę, była jednak cała uświniona, bo te suki schowały ją za koszami na śmieci. Keely miała za to dostać jakąś rekompensatę. I nikt się nie będzie jej czepiał, dopóki Keely nie kupi jej nowej.

Co nie nastąpi nigdy, bo Indigo nie miała najmniejszego zamiaru tu zostać. Pitt Academy była szkołą, która rzeczywiście zmieniała życie uczniów, tyle że na gorsze.

Zawibrował jej telefon. Miała wrócić do mentora. I terapeuty. I do tej emo zastępującej pracownicę opieki społecznej, która zajmowała się jej sprawami, a która obecnie rodziła dziecko. Gdyby Indigo poszła na wszystkie spotkania, nie miałaby czasu na odrobienie tych cholernych lekcji. W dodatku nie zauważyła wiadomości od Felixa. Skąd, do cholery, wiedział? Keely musiała do niego zadzwonić, gdy wyciągnęli ją ze sklepu, żeby porozmawiała z kimś ze szkoły. Przynajmniej Indigo udało się przekonać Keely, że nie musi pokazywać się osobiście.

Ta wiadomość była jednak od kogoś innego.

Hej, siostrzyczko! Bd jutro na Euston. Mam pociąg o 6. Spotkamy się o 5.30?

Primrose! Indigo odpisała szybko.

Tak!! Gdzie?

W Starbucksie przy kiblach.

Możemy zobaczyć się wcześniej?

Sorry, mam mnóstwo pracy. Do zobaczenia. Xx

OK, kochana. Xxx

Primrose przyjeżdża do Londynu! Zobaczą się twarzą w twarz, po raz drugi w życiu. Tym razem będą tylko we dwie, nie będzie żadnego pracownika opieki społecznej, udającego, że nie podsłuchuje ich rozmowy.

Właściciel sklepu był zbyt zajęty czytaniem i nie zauważył, że Indigo uśmiecha się do siebie pod nosem. Teraz powinna też kupić coś Primrose.

Poczuła, że coś łaskocze ją w policzek – był to srebrnoszary szal zwisający z abażuru. Piękny, ozdobiony koralikami i subtelną koronką. Indigo zerknęła na cenę. Sześćdziesiąt funtów. Nie ma szans. Miała tylko dwadzieścia, a w tej chwili potrzebowała już dwóch prezentów. Keely nie będzie miała nic przeciwko, jeśli kupi jej coś taniego – tak naprawdę i tak nigdy niczego się od niej nie spodziewała. Primrose wręcz przeciwnie. Była jej rodzoną siostrą, każda z nich miała w sobie cząstkę mamy. Zasługiwała na coś naprawdę cennego, coś, co pasowałoby do prezentu, który ostatnio ona sama wręczyła Indigo – małej metalowej przypinki w kształcie tęczy. Po jednym kolorze dla każdej z nich. Miejsce, gdzie siostry i bracia mogą być razem. Indigo schowała ją w pudełku na biżuterię. Może obok niej schowa krokodyla.

 

Tylko co by jej się podobało? Mówiła, że i tak wyrzucili już mnóstwo rzeczy. Po co przewozić stare graty, skoro mogą kupić nowe już na miejscu, w Australii. A co z dziećmi? Była teraz ciocią Indigo, mimo że nigdy ich nie spotkała. Czy im też powinna coś kupić? Nie, może niech najpierw urządzą się w nowym miejscu.

Indigo przeszła między komodą a bujanym krzesłem. Kucnęła, żeby przyjrzeć się bliżej porcelanowej dłoni, na której zawieszone były kłódki.

– Przepraszam?

Właściciel podniósł głowę, uśmiechając się.

– W jakiej są cenie?

– Od dziesięciu do piętnastu funtów.

Indigo otworzyła kłódkę. Słabo byłoby wkładać tam swoje zdjęcie, ale Primrose i tak może ją o nie poprosić.

5

Indigo włożyła klucz do zamka.

– Kochanie?

Wstrzymała oddech. Keely. Kurde! Miała być w pracy. Obiecała Indigo, że nie wyjdzie wcześniej. Może to przez kogoś innego. Może dzwoniła po nią opieka społeczna! I teraz siedzi z tą dziewczyną emo, która tylko czeka, żeby wypytać ją o list.

Nieee. Indigo dobrze wiedziała, jak to wszystko funkcjonowało. Prosimy o telefon, jeśli będzie pani potrzebować dodatkowego wsparcia. Oznaczało to, że kolejny ruch należy do Keely. Indigo wciąż jednak mogła zatrzasnąć drzwi i zawrócić, tak jak robiła to kiedyś. No ale to była Keely.

Indigo zamknęła drzwi i przeszła między pudłami Felixa upchanymi w przedpokoju. Zerknęła do salonu. Keely siedziała sama na sofie, wpatrując się w laptopa.

Indigo posłała jej buziaka.

– Co, Keely, znów porno?

– Bardzo śmieszne. Chociaż muszę przyznać, że randkowanie przez internet praktycznie niczym się od tego nie różni. To zupełne dziadostwo, ale cholernie uzależniające.

– Nie możesz się po prostu z kimś umówić? Cały dzień siedzisz w sklepie.

– Wierz mi, Indigo, każdy facet, który pomyśli, że w tym fartuchu wyglądam seksownie, jest facetem, którego nie chcę nawet znać – odparła Keely, odsuwając od siebie komputer.

Przez chwilę Indigo chciała o wszystkim jej powiedzieć. Ten głupi listonosz nie mógł, kurde, poczekać, aż zejdę na dół i otworzę drzwi. Zamiast tego wepchnął do otworu na listy kopertę, a ona się przerwała i...

– Chętnie przeszłabym się do szkoły i skopała tym dziewczynom tyłki. – Keely uśmiechnęła się. – Twoja wychowawczyni zasugerowała jednak, że nie byłby to najlepszy pomysł.

Indigo przełknęła z powrotem słowa, które miała na końcu języka, i odpowiedziała jej uśmiechem.

– No tak. Ale nie ma racji.

Keely podeszła do Indigo, objęła ją ramieniem i poprowadziła w stronę kanapy.

– Aż tak źle było?

Indigo pokręciła głową i ostrożnie położyła torebkę ze sklepu na poduszce. Bywało gorzej. Choć mogłoby nie być tych wszystkich gapiów.

– Kupiłam ci coś.

Keely pocałowała Indigo w czoło.

– Nie musiałaś – powiedziała, po czym otworzyła torbę i wyciągnęła z niej imbryk. – Och, dziękuję ci, kochana! Felix chciał zabrać ten czerwony. Wiesz o tym?

– Przecież ma sponsora! Nie może sobie takiego kupić?

Keely przewróciła oczami.

– Indigo, daj spokój. Wade jest od niego tylko pięć lat starszy i są już ze sobą od ponad roku. To już jak małżeństwo, jeśli porównasz ich związek do moich ostatnich dwóch – stwierdziła, podnosząc wieczko. – Słyszałaś? To dźwięk imbryka błagającego o herbatę. Ale wiesz, że ja nie potrzebuję prezentów – dodała, zerkając na dno torby. – A to co?

Indigo podniosła małe pudełeczko na biżuterię, do którego Snape włożył kłódkę.

– To dla Primrose.

Keely zamrugała oczami.

– To miło z twojej strony.

Indigo otworzyła pudełeczko.

– Kłódka – zauważyła Keely. – Cudowny pomysł. Chcesz jej ją wysłać?

– Przyjeżdża jutro do Londynu. Mamy się spotkać na Euston, zanim wsiądzie do pociągu do Birmingham.

– Przyjeżdża do Londynu? Pierwsze słyszę.

Indigo odsunęła się do tyłu.

– Dowiedziałam się przed chwilą.

– Chcesz, żebym poszła z tobą?

– Spotkałyście się już wcześniej. Wiesz, że jest w porządku – odparła Indigo. Poza tym pojawiły się nowe tematy do obgadania.

Keely wyglądała tak, jakby próbowała się uśmiechnąć, ale jej twarz nie chciała się na to zgodzić.

– Wiesz... ona niebawem wyjeżdża. Pożegnanie może być naprawdę trudne.

Jakby Indigo tego nie wiedziała! Była największym ekspertem od pożegnań.

– To i tak nic nie zmieni, Kee. Będziemy ze sobą pisać i gadać na Skypie, tak jak teraz.

Tym razem Keely i jej twarz były zgodne.

– Jasne. Zapomniałam. Nie siedzę w technologii od dziecka, tak jak wszyscy w twoim wieku.

– A jednak całkiem nieźle radzisz sobie z tym portalem randkowym.

– Nie znam tylko przycisku, który by mi pomógł spotkać odpowiedniego faceta. Swoją drogą, ta głupia nauczycielka, która cię dziś zaczepiła, już nie będzie cię dręczyć.

Indigo podniosła się powoli z kanapy, jak gdyby nie miała żadnego powodu do pośpiechu.

– Super. Dzięki, Kee.

– Pójdziesz tam jutro, co?

– Tak, raczej tak.

– To dobrze.

Indigo wyszła powoli z salonu, prosto na stertę kartonowych pudeł.

– Uważaj! – zawołała Keely.

– Stoją prosto przed moim pokojem!

– Wiem! Mówiłam mu. Niedługo ma je stąd zabrać.

Indigo kopnęła kilka pudeł i przecisnęła się między pozostałymi do pokoju. Jej pokoju. Keely nie miała nic przeciwko plamom po masie mocującej, gdy Indigo rozwiesiła wszędzie pocztówki. Zamieniła zasłony, które nie podobały się Indigo, na żaluzje, mimo że zasłony wyglądały na zupełnie nowe. I nie gderała jej wciąż o sprzątaniu. W każdym razie nie cały czas. I nigdy nie weszła do pokoju Indigo bez jej zgody, a już na pewno nie wtykała nosa w rzeczy, które nie miały z nią nic wspólnego.

Indigo usiadła na łóżku i zanurzyła palce pod poduszkę. Koperta wciąż tam była. Najpierw musiała jednak zrobić porządek ze sobą. Wciąż miała na sobie ciuchy ze szkoły. Zrzuciła z siebie buty na koturnach, zsunęła skarpetki, zdjęła koszulę i spódnicę. Wyciągnęła sprej Sure spod łóżka i rozpyliła po całym pokoju, aż smród Pitt Academy zniknął na dobre. Ciepłe skarpety? Okej, są. Koronkowe legginsy? Tak. Były pod łóżkiem. Z bluzy Placebo wciąż waliło curry, które wylał na nią Felix. Po pierwsze nie powinna jej była nigdy mu pożyczać. Włoży ją raz jeszcze i potem wrzuci do prania.

Indigo wysunęła kopertę spod poduszki i wyjęła krokodyla. Usiadła na podłodze i oparła się o łóżko. Na zewnątrz włączył się nagle alarm w samochodzie, psy zaczęły szczekać, a Irlandczyk z mieszkania piętro niżej zaczął wydzierać się z balkonu na niewidzialnych ludzi.

– Kochanie? – dobiegł ją głos zza uchylonych drzwi. Keely na pewno zapukała, choć Indigo jej nie usłyszała.

Schowała krokodyla w dłoni i spojrzała na stopy Keely. Miała na sobie kapcie w kształcie tygrysich łap. Dostała je od Felixa na poprzednie święta Bożego Narodzenia.

– Napijesz się? – spytała Keely, proponując Indigo butelkę mrożonej herbaty.

– Chętnie.

Keely przeszła przez pokój. Na szczęście koperta leżała na łóżku adresem do dołu. Keely na pewno nie dostrzegłaby na niej swojego imienia. Usiadła obok Indigo. Musiało to być dla niej trudne, wnioskując po jej figurze. Siedziały obok siebie przez chwilę. Keely objęła Indigo ramieniem. Czy ludzie mogą pachnieć sklepem? Keely tak właśnie pachniała.

– Cieszę się, że idziesz jutro do szkoły – powiedziała w końcu Keely. – Naprawdę, jestem z ciebie dumna.

– Dzięki, Kee.

– Wiem też, że mówiłam to już chyba milion razy, ale gdybyś chciała porozmawiać, pamiętaj, że zawsze jestem obok.

Indigo tak mocno ściskała krokodyla, że czuła, jak jego drewniany ogon zaraz przebije jej rękę na wylot.

– Wiem, Kee. Na razie jest wszystko w porządku. Dzięki.

– Na pewno?

Indigo położyła głowę na ramieniu Keely.

– To tylko dwie dziewczyny. W dodatku idiotki.

– Bycie idiotą niczego nie tłumaczy.

Szyja Keely była ciepła. Gdyby Indigo otworzyła teraz rękę, sięgnęła na łóżko i dała Keely kopertę, zrozumiałaby na pewno, dlaczego ją otworzyła. Przytuliłaby ją i powiedziała właściwe rzeczy.

Przebacz ojcu. Za to, co zrobił mamie? Za to, że Indigo jest, jaka jest? To samo jabłko, z tej samej jabłoni, z „tym samym czymś” w środku?

Indigo wysunęła się z objęć Keely.

– Dostałam mnóstwo materiału do nadrobienia. Lepiej, jak już się do tego zabiorę.

Keely dźwignęła się na nogi.

– Oczywiście, kochanie. Powodzenia.

Gdy drzwi zamknęły się za Keely, Indigo otworzyła dłoń. Włożyła krokodyla z powrotem do koperty, a jego kształt pozostał odbity na jej skórze.

Drzwi wejściowe zatrzasnęły się, zanim Bailey zdążył je powstrzymać. Tata musiał siedzieć na dole w kuchni z drzwiami otwartymi na oścież.

– Bailey, to ty?

– Tak.

Tata wpatrywał się w paczkowane mięso.

– Kacze udka. Mama uwielbia kaczkę.

– Dlaczego nie zrobisz jej czegoś wegetariańskiego?

– Ona dla mnie gotuje wegetariańskie rzeczy, mogę więc spróbować i ugotować dla niej mięso.

– Ale ona nie ma nic przeciwko wegetariańskiemu żarciu, tato.

– Wiem. Ale chcę dla niej zrobić coś dobrego.

Przez większość dni mógłbyś mamie podawać kostki gitarowe na talerzu, ale ona i tak by tego nie zauważyła. Zazwyczaj jadła z widelcem w jednej ręce i długopisem w drugiej, wiecznie coś dłubiąc w dokumentach.

Tata zrobił nożem dziurę w paczce. Gdy uszło z niej powietrze, bardzo się skrzywił.

– Czy to ma tak pachnieć?

Bailey pociągnął nosem.

– Niczego nie czuję. Co masz zamiar z tym zrobić?

– Pieczeń w czerwonym winie.

– A ty co zjesz?

– Pewnie wegetariańskie parówki.

Tata zawinął serwetkę wokół palców i wyciągnął kacze udko z paczki, po czym rzucił je na deskę do krojenia.

– Tato?

– Yhm?

– Czy kiedyś zdarzyło ci się stracić panowanie?

– Panowanie nad czym?

Drugie udko wypadło na talerz. Tata odwinął serwetkę i wycisnął płyn do mycia naczyń na palce, po czym dokładnie wyszorował je drucianą gąbką.

– Nad sobą. Że byłeś tak wściekły, że nie wiedziałeś, co robisz – odparł Bailey.

Tata wzruszył ramionami.

– Chyba parę razy. Twój wujek Len był okropnie wkurzający. Gandhi by mu przywalił. Ale w mojej pracy lepiej nie wpadać w furię. A dlaczego pytasz?

– Tak się tylko zastanawiam.

Tata opłukał dłonie i wytarł je o ściereczkę. Spojrzał na kaczkę.

– W przepisie piszą, że muszę użyć galaretki z czarnych porzeczek, a mam tylko truskawkową. Myślisz, że będzie w porządku?

– Nie wiem. Zapytaj mamę.

Tata pokręcił głową.

– Nie. Chcę jej zrobić niespodziankę.

Mama była bardzo zaskoczona. Powąchała talerz i w ciszy wyciągnęła kawałek mięsa. Tata usiadł naprzeciwko, przeżuwając wegetariańskie parówki. Kaczka była w porządku, ale nawet Bailey nie dał rady kałuży ciepłej truskawkowej brei, w której się taplała.

– Sorry, Viv. Chyba coś pokręciłem – powiedział tata.

Mama uśmiechnęła się lekko.

– Naprawdę to doceniam. Postarałeś się. No i wyszło zabawnie.

Tata odłamał kawałek parówki i podał go mamie.

– Masz, zjedz to.

– Nie, dzięki... Zresztą najadłam się dziś śmietankowego tortu. Nauczyciel angielskiego przyniósł go na pożegnanie. Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli wrócę do siebie?

– Nie, nie, spokojnie.

Mama wstała od stołu i wychodząc, dotknęła ramienia taty. Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach wejściowych, pewnie po to, żeby podnieść tę swoją wielką torbę.

 

Tata usiadł z powrotem.

– Kto by pomyślał? Przecież są różne rodzaje galaretki z czarnych porzeczek.

– I żadna z nich nie jest truskawkowa, tato.

– Wyrzuć resztki, Bailey. – Tata położył talerz mamy na swoim. Sos z wina i truskawek chlupnął na wszystko, co zostało na talerzu. – Idź poćwiczyć. Ja pozmywam. Myślisz, że Shuu będzie miała dziś ochotę na supersłodką kaczkę?

– Nawet tego nie próbuj, tato. Myślę, że koty jeszcze gorzej znoszą truskawkową galaretkę niż mama.

Bailey był w odpowiednim nastroju na grę na gitarze. Na pierwszym piętrze drzwi do malutkiego biura mamy były zamknięte, ale widać było jej sylwetkę prześwitującą przez szybę w drzwiach. Bailey czuł, że mama była zła podczas obiadu. Dostrzegł lekką irytację, która pojawiła się na jej twarzy, gdy tata podawał obiad. Przeszła jednak nad tym do porządku dziennego i nawet udało jej się powiedzieć coś miłego. Złość jest dziwna. Mama trzymała ją w sobie, udając, że jest szczęśliwa. Indigo natomiast dawała jej upust, wypuszczając z siebie coś na kształt trąby powietrznej.

Stanął przed pokojem muzycznym. Tata udawał kiedyś, że gdy nikogo w nim nie ma, gitary przeżywają różne zwariowane przygody, jak w Toy Story. Bailey dalej wyobrażał sobie, jak uciekają po kątach, gdy tylko słyszą, jak ktoś nadchodzi. Otworzył drzwi. Tak, Gibson Melodymaker stał na swoim miejscu, choć był lekko przechylony. Bailey ściągnął go i podłączył do wzmacniacza.

Parę godzin temu Indigo uśmiechnęła się do niego. Stali tak blisko siebie, że czuł zapach jej lakieru do włosów. Boże. Skoncentruj się. Co zagrać? To najwyżej wtedy się zgadamy. Mówiła to na serio, co nie?

Może zagrać coś z Muse. Albo coś cięższego z Led Zep.

Indigo. Cóż, niewykluczone, że chciała po prostu być miła. Albo go zwodziła. A nawet jeśli miała inne zamiary, w każdej chwili może znów zwariować i zacząć wrzeszczeć. Czy naprawdę było mu to potrzebne?

Bailey przesunął palcami po strunach Gibsona – A, B, G, D, E, A. Tak. Zagrał akord D. One Way or Another.

Blondie.