Nocny pociąg do Lizbony

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PASCAL MERCIER

NOCNY POCIĄG DO LIZBONY

Przełożyła

Magdalena Jatowska

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Część pierwsza. WYJAZD

Część druga. SPOTKANIE

Część trzecia. PRÓBA

Część czwarta. POWRÓT

Przypisy

Tytuł oryginału: NACHTZUG NACH LISSABON

Opracowanie redakcyjne: BARBARA TARNAS

Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK, BEATA WYRZYKOWSKA

Fotografia na okładce: © TOSHI SASAKI/amanaimages/Corbis/Fotochannels

Projekt okładki: Witold Siemaszkiewicz

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Carl Hanser Verlag München Wien 2004

For the Polish edition

Copyright © 2015, Noir sur Blanc, Warszawa

Na przekład książki subwencji udzieliła

Szwajcarska Fundacja dla Kultury Pro Helvetia


ISBN 978-83-7392-539-7

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Nuestras vidas son los riós

que van a dar en la mar,

qu’es el morir

Jorge Manrique

Nous sommes tous de lopins et d’une contexture si informe et diverse, que chaque pièce, chaque momant, faict son jeu. Et se trouve autant de différence de nous à nous mesmes, que de nous à autruy.

Wszyscy jesteśmy jakoby strzępki, i to tak niekształtnej i rozmaitej tkaniny, że każdy kawałek, każda chwila mają inny deseń. Jednakie zachodzą zmiany między nami a nami samymi, co między nami a kim innym.

Michel de Montaigne, Próby, Księga druga, rozdział 1, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), Warszawa 1985

Cada um de nós é varios, é muitos, é uma prolixidade de si mesmos. Por isso aquele que despreza o ambiente não é o mesmo que dele se alegra ou padece. Na vasta colónia do nosso ser há gente de muitas espécies, pensando é sentindo diferentemente.

Każdy z nas to gromada rozmaitych postaci, obfitość samego siebie. Dlatego ten, kto gardzi otoczeniem, nie jest tym samym, który – w jego osobie – cieszy się tym otoczeniem albo się nim męczy. Rozległą kolonię naszego bycia zamieszkują różnego rodzaju ludzie odmiennie myślący i czujący.

Fernando Pessoa, LIVRO DO DESASSOSSEGO, Księga niepokoju, zapis z 30.12.1932, przeł. Michał Lipszyc, „Świat Literacki” 2007

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Część pierwsza

Wyjazd

.

1 Dzień, w którym nic nie miało się odbyć tak samo jak dawniej w życiu Raimunda Gregoriusa, zaczął się tak jak niezliczone inne dni. Za kwadrans ósma Gregorius nadszedł od strony Bundesterrasse i wkroczył na most Kirchenfeld, prowadzący z centrum miasta do gimnazjum. Robił tak w każdy dzień szkolny, zawsze za kwadrans ósma. Kiedy pewnego dnia most został zamknięty, w rezultacie Gregorius pomylił się na lekcji greki. To nie zdarzyło się nigdy przedtem ani nigdy potem. W całej szkole mówiono tego dnia tylko o tej pomyłce. Im dłużej trwała dyskusja, tym więcej osób uznawało, że się przesłyszały. Wreszcie przekonanie to zwyciężyło także wśród uczniów, którzy byli świadkami zajścia. Było po prostu nie do pomyślenia, by Mundus, jak go wszyscy nazywali, pomylił się na lekcji greki, łaciny lub hebrajskiego.

Gregorius spojrzał na wprost na strzeliste wieże Muzeum Historycznego miasta Berno, w górę na wzgórze Gurten oraz w dół na Aare i jej lodowcowo zielone wody. Porywisty wiatr pędzący wiszące nisko na niebie chmury szarpnął za parasol Gregoriusa i chlusnął mu deszczem w twarz. Wtedy Gregorius dostrzegł kobietę stojącą na środku mostu. Oparła łokcie o barierkę i nie zważając na ulewę, czytała coś, co wyglądało jak list. Musiała przytrzymywać kartkę obiema dłońmi. Gdy podszedł bliżej, znienacka zmięła papier w kulę i mocnym ruchem rzuciła ją przed siebie. Gregorius bezwiednie przyspieszył i teraz był oddalony od kobiety zaledwie o kilka kroków. Na jej bladej, mokrej od deszczu twarzy widział gniew. Nie był to gniew, jaki mógłby się wyładować w głośnych słowach, a potem wywietrzeć, lecz zacięty, skierowany do wewnątrz gniew, który już długo musiał się w niej żarzyć. Kobieta oparła się na wyprostowanych ramionach o barierkę, a jej pięty wysunęły się z pantofli. Zaraz skoczy. Gregorius zostawił parasol podmuchom wiatru, które porwały go poza barierkę mostu, rzucił na ziemię teczkę pełną szkolnych zeszytów i wykrzyknął serię przekleństw, które nie należały do jego zwykłego słownictwa. Teczka otworzyła się, a zawartość wypadła na mokry asfalt. Kobieta odwróciła się. Przez kilka chwil obserwowała bez ruchu, jak zeszyty ciemnieją od wody. Potem wyjęła z kieszeni płaszcza pisak, podeszła dwa kroki, pochyliła się nad Gregoriusem i napisała mu na czole szereg cyfr.

– Przepraszam pana – zadyszana powiedziała po francusku, z obcym akcentem. – Nie mogę zapomnieć tego numeru telefonu, a nie mam przy sobie kartki.

Teraz spojrzała na swoje dłonie, jakby widziała je po raz pierwszy w życiu.

– Oczywiście mogłam też... – I oto, zerkając raz na czoło Gregoriusa, raz na swoją dłoń, zapisała numer na wierzchu dłoni. – Ja... nie chciałam go zachować, chciałam o wszystkim zapomnieć, ale gdy ujrzałam, jak list wpada do wody... musiałam zapisać ten numer.

Krople deszczu na grubych szkłach okularów zasłaniały Gregoriusowi widok, macał więc niezręcznie rękoma, szukając mokrych zeszytów. Wydało mu się, że czubek pisaka ponownie przejechał mu po czole. Potem zauważył jednak, że był to palec kobiety, która próbowała zmazać cyfry chusteczką.

– Narzucam się, wiem... – Zaczęła pomagać Gregoriusowi zbierać zeszyty. Przypadkiem dotknął jej dłoni i kolana, a gdy oboje jednocześnie sięgnęli po ostatni zeszyt, zderzyli się głowami.

– Bardzo dziękuję – powiedział, kiedy stanęli naprzeciw siebie. Wskazał na jej czoło. – Bardzo boli?

Zamyślona, ze spuszczonym wzrokiem, pokręciła przecząco głową. Deszcz moczył jej włosy i spływał po twarzy.

– Czy mogę przejść się z panem kilka kroków?

– E... tak, oczywiście – wyjąkał Gregorius.

W milczeniu poszli razem do końca mostu i dalej, w kierunku szkoły. Poczucie czasu mówiło Gregoriusowi, że jest po ósmej i pierwsza lekcja już się zaczęła. Jak daleko oznacza „kilka kroków”? Kobieta dostosowała się do jego tempa i szła obok, jakby mieli tak iść przez cały dzień. Postawiła szeroki kołnierz płaszcza tak wysoko, że z boku Gregorius widział tylko jej czoło.

– Idę w tamtą stronę, do gimnazjum – powiedział i zatrzymał się. – Jestem nauczycielem.

– Czy mogę pójść z panem? – spytała cicho.

Gregorius zawahał się i przejechał rękawem po mokrych okularach. – W każdym razie będzie tam sucho – powiedział w końcu.

Weszli po schodach, Gregorius przytrzymał przed nią drzwi, a potem stanęli w holu, który po rozpoczęciu lekcji wydawał się wyjątkowo pusty i cichy. Ich płaszcze ociekały wodą.

– Proszę tu zaczekać – powiedział Gregorius i poszedł do toalety, by przynieść ręcznik.

Przed lustrem wytarł okulary i osuszył twarz. Cyfry na czole nadal były widoczne. Przytrzymał róg ręcznika pod strumieniem ciepłej wody i właśnie miał potrzeć skórę, gdy zatrzymał się w połowie ruchu. To była chwila, która zdecydowała o wszystkim, pomyślał, gdy kilka godzin później wspominał całe wydarzenie. Nagle bowiem uświadomił sobie, że wcale nie chce zetrzeć śladu spotkania z zagadkową kobietą.

Wyobraził sobie, jak wejdzie do klasy z numerem telefonu na czole, on, Mundus, najbardziej przewidywalny i obliczalny człowiek w tym budynku, a prawdopodobnie w całej historii szkoły, pracujący tu od ponad trzydziestu lat, który nigdy nie dopuścił się żadnych uchybień, podpora całej instytucji, może nieco nudny, ale poważany i szanowany nawet na uniwersytecie z powodu zdumiewającej znajomości języków klasycznych, obiekt serdecznych żartów uczniów, którzy co roku na nowo wystawiali go na próbę, dzwoniąc w środku nocy i pytając o koniekturę mało znanego fragmentu starożytnego tekstu tylko po to, by za każdym razem otrzymać natychmiast suchą i wyczerpującą odpowiedź, zawierającą również krytyczny komentarz do innych teorii na ten temat, wszystko w jednym potoku słów i wypowiedziane spokojnie, bez śladu zagniewania z powodu zakłócania mu odpoczynku – po prostu Mundus, człowiek o niemożliwie staromodnym, niemal starożytnym imieniu, które wręcz musiano skracać i nie można było skrócić go inaczej niż w ten sposób, przezwisko jak żadne inne słowo rzucało światło na jego istotę, gdyż jako filolog nosił w sobie rzeczywiście nie mniej, tylko cały świat, lub raczej wiele całych światów, ponieważ oprócz wszystkich fragmentów tekstów łacińskich i greckich znał na pamięć także hebrajskie, czym zadziwił już kilku profesorów specjalizujących się w Starym Testamencie. Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwego uczonego, zwykł mawiać rektor, gdy przedstawiał go nowej klasie, oto on.

 

I ten uczony, myślał teraz Gregorius, ten rzeczowy człowiek, który wydawał się składać wyłącznie z martwych słów i który był przezywany Papirusem przez kolegów zazdroszczących mu popularności – ów uczony wejdzie do klasy z numerem telefonu na czole, zapisanym przez zrozpaczoną, najwyraźniej wahającą się między wściekłością a miłością kobietę, kobietę w czerwonym skórzanym płaszczu, mówiącą z czarownie miękkim, południowym akcentem, brzmiącym niczym przeciągnięty w nieskończoność szept, który ze słuchającego czynił jej wspólnika.

Gdy Gregorius przyniósł ręcznik, kobieta wsunęła grzebień między zęby i wytarła długie, czarne włosy leżące na kołnierzu płaszcza niczym w misie. W holu pojawił się dozorca, który dostrzegłszy Gregoriusa, rzucił zdumione spojrzenie na zegar nad wejściem, a potem na zegarek na ręce. Gregorius skinął mu głową jak zawsze. Mijająca ich pospiesznie uczennica dwukrotnie obróciła się w biegu, po czym pobiegła dalej.

– Nauczam tam – powiedział Gregorius do kobiety i wskazał przez okno na drugą część budynku. Mijały sekundy. Poczuł bicie serca. – Chce pani iść ze mną?

Gregorius nie mógł później uwierzyć, że naprawdę to powiedział, musiał jednak tak zrobić, ponieważ poszli razem do klasy. Słyszał pisk swoich gumowych podeszew na linoleum i stukanie obcasów kroczącej obok kobiety.

– Jaki jest pani ojczysty język? – zapytał.

– Português – odparła.

O, które ku jego zaskoczeniu wymawiała jak u, wznoszące się, dziwnie ściśnięte, czyste ê oraz miękkie sz na końcu słowa złożyły się w uszach Gregoriusa w melodię, która rozbrzmiewała znacznie dłużej niż w rzeczywistości i której najchętniej słuchałby cały dzień.

– Proszę zaczekać – powiedział, wyjął z marynarki notatnik i wyrwał kartkę. – Do zapisania numeru.

Trzymał już dłoń na klamce, gdy poprosił ją, by jeszcze raz wypowiedziała to słowo. Powtórzyła je i po raz pierwszy zobaczył, jak się uśmiecha.

Gdy weszli do klasy, natychmiast urwały się rozmowy. Pomieszczenie wypełniła cisza wyrażająca całkowite zdumienie. Później Gregorius przypominał sobie dokładnie, że cieszyła go ta pełna zaskoczenia cisza, to milczące niedowierzanie przebijające z każdej twarzy, i cieszyła go własna radość, że jest zdolny do odczuć, o jakie siebie nie podejrzewał.

Co się dzieje? To pytanie kryło się w każdym z ponad dwudziestu spojrzeń skierowanych na niezwykłą parę w drzwiach, na Mundusa, który z mokrą łysiną i w ciemnym od deszczu płaszczu stał obok pospiesznie uczesanej kobiety z pobladłą twarzą.

– Może tam? – powiedział Gregorius i wskazał jej puste krzesło w rogu z tyłu sali. Potem stanął z przodu, przywitał się jak zwykle z uczniami i usiadł za biurkiem. Nie miał pojęcia, jak powinien się wytłumaczyć, zadał więc po prostu dalszą pracę nad tekstem, który właśnie omawiali. Ćwiczenie posuwało się powoli, a Gregorius co chwila napotykał zaciekawione spojrzenie. Zdarzały się też spojrzenia zdezorientowane, ponieważ on – on, Mundus, który nawet we śnie wychwytywał każdy błąd – przymykał oczy na liczne usterki, niedokładności i nieporadne sformułowania.

Udało mu się utrzymać wrażenie, że nie zerka na kobietę. A jednak widział ją w każdej chwili, widział mokre pasma włosów, które odgarniała z twarzy, zaciśnięte białe dłonie i nieobecne, zagubione spojrzenie skierowane w stronę okna. W pewnym momencie kobieta wyjęła kartkę i zanotowała numer telefonu. Potem na powrót oparła się na krześle i wyglądała tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie się znajduje.

Sytuacja była nieznośna i Gregorius spoglądał na zegarek – jeszcze dziesięć minut do przerwy. Wtedy kobieta wstała i cicho podeszła do drzwi. Na progu odwróciła się do niego i przyłożyła palec do ust. Skinął głową, a ona z uśmiechem powtórzyła gest. Potem drzwi zamknęły się z lekkim trzaskiem.

Od tej chwili Gregorius przestał słyszeć, co mówią uczniowie. Miał wrażenie, jakby został całkiem sam, otoczony ogłuszającą ciszą. Znalazł się przy oknie i podążał wzrokiem za czerwoną kobiecą sylwetką, aż zniknęła za rogiem budynku. Poczuł w sobie echo wysiłku, na który musiał się zdobyć, by za nią nie pobiec. Wciąż widział przyłożony do ust palec, który mógł znaczyć tak wiele: Nie chcę przeszkadzać i To będzie nasza tajemnica, ale także Niech mi pan pozwoli odejść, dalszego ciągu nie będzie.

Gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę, Gregorius nadal stał przy oknie. Za jego plecami uczniowie niezwykle cicho wychodzili z sali. Później i on wyszedł, tylnymi drzwiami opuścił szkolny budynek i usiadł po drugiej stronie ulicy w bibliotece, gdzie nikt nie mógł go szukać.

Na drugiej lekcji zjawił się punktualnie jak zawsze. Wcześniej starł cyfry z czoła, po chwili wahania zapisał je w notatniku i osuszył wąskie pasmo siwych włosów. Jedynie wilgotne plamy na marynarce i spodniach zdradzały jeszcze, że zdarzyło się coś niezwykłego. Wyjął z teczki stos przemoczonych zeszytów.

– Przykry wypadek – powiedział po prostu. – Potknąłem się i wypadły na deszcz. Poprawki powinny być jednak czytelne, w przeciwnym razie musicie popracować z koniekturami.

Takiego go znali i po klasie przeszła słyszalna fala ulgi. Od czasu do czasu chwytał jeszcze zaciekawione spojrzenie, a w głosach niektórych uczniów pobrzmiewały resztki onieśmielenia. Poza tym wszystko było jak dawniej. Wypisał najczęstsze błędy na tablicy. Potem polecił uczniom pracować w ciszy.

Czy to, co zaszło w nim w ciągu następnego kwadransa, można nazwać podjęciem decyzji? Później Gregorius często zadawał sobie to pytanie i nigdy nie miał pewności. Lecz jeśli nie była to decyzja, to co?

Zaczęło się od tego, że nagle spojrzał na pochylonych nad zeszytami uczniów, jakby widział ich po raz pierwszy.

Lucien von Graffenried, który podczas dorocznego turnieju szachowego w auli, kiedy to Gregorius grał jednocześnie przeciw dwunastu uczniom, po kryjomu przesunął figurę. Po wykonaniu ruchów na pozostałych szachownicach Gregorius stanął ponownie przed nim. Natychmiast zauważył zmianę. Spojrzał spokojnie na Luciena. Płonąca czerwień pokryła policzki chłopaka. „Nie musisz tego robić”, powiedział Gregorius i postarał się, by partia zakończyła się remisem.

Sarah Winter, która o drugiej nad ranem stanęła przed drzwiami jego mieszkania, bo nie wiedziała, co począć z niechcianą ciążą. Zaparzył herbatę i słuchał, tylko tyle. „Tak się cieszę, że poszłam za pańską radą – powiedziała tydzień później. – Było dla mnie o wiele za wcześnie na dziecko”.

Beatrice Lüscher, o równomiernym, kanciastym charakterze pisma, która pod ciężarem niezmiennie najlepszych stopni starzała się przerażająco szybko. Rene Zingg, nieustannie zagrożony oblaniem.

I oczywiście Natalie Rubin. Dziewczyna, która rzadko okazywała komuś względy i zachowywała się nieco jak dworska panna z minionych stuleci, zdystansowana, czarująca i budząca lęk z powodu ciętego języka. W zeszłym tygodniu, gdy rozległ się dzwonek na przerwę, wstała, przeciągnęła się jak ktoś, kto dobrze czuje się w swoim ciele, i wyjęła z kieszeni spódnicy cukierka. Idąc do drzwi, zdjęła papierek, by włożyć cukierek do buzi. Ledwo jednak dotknęła nim ust, zatrzymała się, obróciła, wysunęła w stronę Gregoriusa jaskrawoczerwony cukierek i spytała: „Chce pan?”. Ubawiona jego zdumieniem roześmiała się swym wyjątkowym, jasnym śmiechem i celowo przesunęła dłonią po jego dłoni.

Gregorius myślał o wszystkich po kolei. Początkowo sądził, że podsumowuje tylko swoje odczucia wobec nich. Ale gdy doszedł do środkowych ławek, stwierdził, że coraz częściej myśli: Ileż życia mają jeszcze przed sobą, jakże otwarta jest ich przyszłość, jak wiele może się im przydarzyć, jak wiele mogą jeszcze doświadczyć!

Português. Przypomniał sobie melodię tego słowa i twarz kobiety z zamkniętymi oczami, wyłaniającą się zza ręcznika, białą jak alabaster. Po raz ostatni powiódł spojrzeniem ponad głowami uczniów. Potem powoli wstał, podszedł do drzwi, zdjął z wieszaka mokry płaszcz i nie odwracając się, wyszedł z sali.

Teczka z książkami, które towarzyszyły mu przez całe życie, została na biurku. U szczytu schodów Gregorius zatrzymał się i pomyślał o tym, jak raz na kilka lat oddawał książki do ponownego oprawienia, zawsze w tym samym zakładzie, gdzie śmiano się z wytartych, miękkich stron, które w dotyku przypominały już bibułę. Dopóki teczka zostanie na biurku, uczniowie będą myśleć, że Gregorius wróci. Ale nie zostawił książek z tego powodu, a teraz walczył z pokusą, by po nie wrócić. Skoro ma odejść, musi odejść także od tych książek. Czuł to bardzo wyraźnie, nawet jeśli w tej chwili, w drodze do wyjścia, nie miał pojęcia, co właściwie znaczy „odejść”.

W holu jego wzrok padł na małą kałużę, która utworzyła się, gdy kobieta w mokrym płaszczu czekała, aż on przyjdzie z łazienki. Był to ślad przybysza z innego, odległego świata i Gregorius spoglądał na niego z szacunkiem, jaki odczuwał wobec znalezisk archeologicznych. Dopiero gdy usłyszał szuranie dozorcy, otrząsnął się i szybko opuścił budynek.

Nie oglądając się, dotarł aż na róg, skąd niezauważony mógł spojrzeć za siebie. Nagle z wielką mocą, o którą siebie nie podejrzewał, poczuł, jak bardzo kochał ten budynek i wszystko to, co symbolizował, i jak bardzo będzie za nim tęsknił. Policzył, że po raz pierwszy wkroczył do niego przed czterdziestoma dwoma laty jako piętnastoletni gimnazjalista wahający się między radością i niepokojem. Cztery lata później opuścił szkołę ze świadectwem dojrzałości w ręku tylko po to, by po następnych czterech latach wrócić jako zastępca nauczyciela greki, któremu zdarzył się wypadek, a który swego czasu otworzył przed nim bramy antyku. Ze studenta na zastępstwie stał się kontynuującym studia stałym wykładowcą, który miał już trzydzieści trzy lata, gdy wreszcie zdał końcowe egzaminy na uniwersytecie.

Zrobił to wyłącznie dlatego, że Florence, jego żona, naciskała. Nigdy nie rozważał pisania doktoratu, a gdy go o to pytano, tylko się uśmiechał. Na takich rzeczach mu nie zależało. Zależało mu za to na czymś bardzo prostym – by poznać starożytne teksty w każdym szczególe, w każdym gramatycznym i stylistycznym detalu, i aby wiedzieć, jakie jest pochodzenie każdego wyrażenia. Innymi słowy, aby być dobrym. Nie wynikało to ze skromności – wobec samego siebie był bardzo wymagający. Nie chodziło też o dziwactwo czy wypaczoną formę próżności. Był to raczej, jak zdarzało mu się później myśleć, cichy gniew skierowany przeciwko światu ważniaków, niezłomny upór, którym chciał się zemścić na gronie pozerów. Przez takich pozerów cierpiał całe życie jego ojciec, który został tylko muzealnym strażnikiem. To, że inni, umiejący znacznie mniej niż Gregorius – śmiesznie mało, prawdę mówiąc – zdawali egzaminy i otrzymywali stałe posady, stwarzało wrażenie, jakby należeli do odmiennego, nieznośnie powierzchownego świata norm, dla których on żywił jedynie pogardę. W szkole nikomu nie przyszłoby do głowy, by go zwolnić i zastąpić kimś bardziej utytułowanym. Rektor, z wykształcenia także filolog klasyczny, wiedział, jak dobry był Gregorius – znacznie lepszy niż on sam – i wiedział, że uczniowie by protestowali. Egzaminy, gdy je w końcu zdał, wydały się Gregoriusowi śmiesznie łatwe, skończył pisać w połowie przewidzianego czasu. Zawsze miał nieco za złe Florence, że zmusiła go do porzucenia uporu.

Odwrócił się i poszedł powoli w stronę mostu Kirchenfeld. Gdy most znalazł się w zasięgu jego wzroku, Gregoriusa ogarnęło niezwykłe, równie niepokojące co wyzwalające uczucie, że w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat po raz pierwszy naprawdę bierze życie w swoje ręce.

2 Przystanął w miejscu, gdzie wcześniej w ulewnym deszczu kobieta czytała list, i spojrzał w dół. Po raz pierwszy uświadomił sobie, jak głęboko można było stąd spaść. Czy naprawdę chciała skoczyć? A może ogarnął go przedwczesny lęk, związany z tym, że brat Florence również skoczył z mostu? Poza tym, że jej ojczystym językiem był portugalski, nie wiedział o kobiecie nic. Nie znał nawet jej imienia. Oczywiście nie miało sensu wypatrywanie zmiętego listu z tej wysokości. Pomimo to szukał go, aż z wysiłku oczy zaszły mu łzami. Czy ten ciemny punkt to jego parasol? Sięgnął do kieszeni i upewnił się, że ma przy sobie notatnik z numerem telefonu, który zapisała mu na czole bezimienna Portugalka. Potem doszedł do końca mostu, niepewny, dokąd się skierować. Właśnie uciekał od swojego dotychczasowego życia. Czy ktoś, kto zamierzał zrobić coś takiego, mógł po prostu pójść do domu?

 

Spojrzenie Gregoriusa padło na hotel Bellevue, najstarszy i najszacowniejszy hotel w mieście. Mijał go tysiące razy, nie wchodząc do środka. Zawsze jednak czuł, że hotel tam jest i, jak pomyślał teraz, w nieokreślony sposób było to dla niego ważne. Zaniepokoiłby się, gdyby odkrył, że budynek zburzono albo że przestał być hotelem – czy też tym właśnie hotelem. Mimo to nigdy nie przyszło mu do głowy, że on, Mundus, miałby tam czegoś szukać. Teraz z ociąganiem podszedł do wejścia. Przed nim zatrzymał się bentley, z którego wysiadł szofer i wszedł do hotelu. Gdy Gregorius podążył za nim, uczynił to z uczuciem, że robi coś zupełnie rewolucyjnego, i wręcz zakazanego.

Foyer z kopułą z kolorowego szkła było puste, a dywan tłumił wszelkie odgłosy. Gregorius cieszył się, że deszcz ustał i jego płaszcz nie ocieka wodą. Poszedł dalej w swoich ciężkich, wykoślawionych butach i wkroczył do sali jadalnej. Tylko dwa z nakrytych do śniadania stolików były zajęte. Ciche dźwięki divertimento Mozarta sprawiały wrażenie, że goście znajdują się z dala od wszystkiego, co głośne, brzydkie i dokuczliwe. Gregorius zdjął płaszcz i usiadł przy stole pod oknem. Nie, poinformował kelnera w jasnobeżowej marynarce, nie jest hotelowym gościem. Poczuł, jak tamten mierzy go wzrokiem – zwyczajny golf, znoszona marynarka ze skórzanymi łatami na łokciach, wypchane sztruksowe spodnie, wąskie pasmo włosów wokół potężnej łysiny, siwiejąca broda w białe ciapki nadające mu zaniedbany wygląd. Gdy kelner odszedł, przyjąwszy zamówienie, Gregorius niespokojnie sprawdził, czy ma przy sobie dość pieniędzy. Potem oparł łokcie na wykrochmalonym obrusie i popatrzył na most.

Nie miało sensu żywić nadziei, że kobieta pojawi się tam ponownie. Wróciła przez most i zniknęła w jednej z uliczek starego miasta. Widział ją w wyobraźni, jak siedzi z tyłu klasy i nieobecnym spojrzeniem wygląda przez okno. Widział, jak zaciska białe dłonie. I ponownie zobaczył, jak jej alabastrowa twarz wyłania się zza ręcznika, delikatna, ze śladami wyczerpania. Português. Z ociąganiem wyjął notes i spojrzał na numer telefonu. Kelner podał mu śniadanie i kawę w srebrnym dzbanku. Gregorius pozwolił, by wystygła. Nagle wstał i ruszył do telefonu. W połowie drogi zawrócił i skierował się ponownie do stolika. Zapłacił za nietknięte śniadanie, po czym opuścił hotel.

Minęło wiele lat, odkąd Gregorius ostatni raz odwiedził hiszpańską księgarnię przy Hirschengraben. Wcześniej czasami odbierał tam dla Florence książki, których potrzebowała do pracy doktorskiej o San Juanie de la Cruz. Niekiedy przeglądał je w autobusie, ale w domu nigdy ich nie dotykał. Hiszpański – to było jej terytorium. Język przypominał łacinę, a jednak był całkiem inny niż łacina, i to mu przeszkadzało. Gregoriusa irytowało, że słowa, w których tak bardzo przebijała się łacina, wychodziły z ust współczesnych ludzi – na ulicy, w supermarkecie, w kawiarni. Że używano ich, by zamówić colę, targować się i przeklinać. Trudno mu było znieść tę myśl, a gdy się zjawiała, szybko i zdecydowanie odsuwał ją od siebie. Oczywiście Rzymianie także się targowali i przeklinali. Ale to było co innego. Uwielbiał łacińskie zdania, ponieważ miały w sobie spokój przeszłości. Ponieważ nie zmuszały, by na nie odpowiedzieć. Ponieważ stanowiły język niedotyczący rozmów. I ponieważ w swej niewzruszoności były piękne. Martwe języki – ludzie, którzy tak je nazywali, nie mieli o nich pojęcia, naprawdę nie mieli zielonego pojęcia, a Gregorius potrafił być twardy i nieugięty w swej pogardzie wobec takich ludzi. Gdy Florence rozmawiała przez telefon po hiszpańsku, zamykał drzwi. To ją raniło, a on nie potrafił jej tego wytłumaczyć.

W księgarni pachniało cudownie starą skórą i kurzem. Właściciel, starszy mężczyzna, o którego znajomości języków romańskich krążyły legendy, zajmował się czymś na zapleczu. W księgarni było pusto, przebywała w niej tylko młoda kobieta, z wyglądu studentka. Siedziała w rogu przy stole i czytała cienką książkę w pożółkłej oprawie. Gregorius wolałby być sam. Bez świadków łatwiej zniósłby uczucie, że znalazł się tu tylko dlatego, że nie mógł zapomnieć melodii portugalskiego słowa, a może także dlatego, że nie wiedział, dokąd miałby pójść. Przeszedł wzdłuż regału, nie oglądając żadnej z książek. Od czasu do czasu przytrzymywał okulary, by przeczytać tytuł na wyższej półce, ledwo jednak go przeczytał, tytuł zaraz wylatywał mu z głowy. Tak jak już wiele razy, Gregorius został sam ze swoimi myślami, a jego umysł zamknął się na świat zewnętrzny.

Gdy otworzyły się drzwi, obrócił się szybko i rozczarowany, że to tylko listonosz, stwierdził, iż wbrew postanowieniu i wszelkiemu rozsądkowi czekał jednak na Portugalkę. Studentka zamknęła książkę i wstała, ale zamiast odłożyć tom do pozostałych leżących na stole, nadal wpatrywała się w szare okładki, pogłaskała je i dopiero po kilku chwilach odłożyła książkę tak delikatnie i ostrożnie, jakby kartki mogły rozsypać się w pył przy gwałtownym poruszeniu. Dziewczyna stała jeszcze chwilę przy stole i wyglądało na to, że może zmieni zdanie i jednak kupi książkę. Potem wyszła z rękoma w kieszeniach i ze spuszczoną głową. Gregorius wziął książkę w dłonie i przeczytał: AMADEU INÁCIO DE ALMEIDA PRADO, UM OURIVES DAS PALAVRAS, LISBOA 1975.

Nadszedł księgarz, rzucił okiem na tom i przeczytał tytuł. Gregorius usłyszał tylko potok syczących dźwięków, połykane, ledwo słyszalne samogłoski zdawały się wyłącznie pretekstem, by na końcu wyrazów powtarzać szumiące sz.

– Czy zna pan portugalski?

Gregorius pokręcił głową.

– To znaczy Złotnik słów. Czyż to nie piękny tytuł?

– Spokojny i elegancki. Jak matowe srebro. Czy mógłby pan powtórzyć go po portugalsku?

Księgarz ponownie wymówił melodyjne słowa. Można było usłyszeć, że rozkoszuje się ich aksamitnym brzmieniem. Gregorius otworzył książkę i przekartkował do miejsca, gdzie zaczynał się tekst. Podał tom sprzedawcy, który rzucił mu zdumione, ale przyjazne spojrzenie i zaczął czytać. Gregorius, słuchając, zamknął oczy. Po kilku zdaniach księgarz przerwał.

– Czy mam przetłumaczyć?

Gregorius skinął głową. I usłyszał słowa, które wywarły na nim oszałamiające wrażenie, ponieważ brzmiały tak, jakby zostały napisane tylko dla niego, i to nie tylko dla niego, ale dla niego w to właśnie przedpołudnie, które wszystko zmieniło.

Z tysięcy doświadczeń, które zbieramy, najwyżej jedno wyrażamy w słowach, a i to tylko przypadkowo i bez staranności, na którą zasługuje. Wśród wszystkich tych niemych doświadczeń kryją się te, które niezauważenie nadają naszemu życiu formę, barwę i melodię. Gdy zaś jako archeologowie duszy zwracamy się ku tym skarbom, odkrywamy, jak są zagmatwane. Przedmiot obserwacji nie trwa nieruchomo, słowa mijają się z przeżyciami i w rezultacie widzimy na papierze same sprzeczności. Długi czas wierzyłem, że to ułomność, coś, co należy pokonać. Dziś sądzę, że jest inaczej: że zaakceptowanie chaosu to królewski trakt prowadzący do zrozumienia tych znanych, a jednak zagadkowych doświadczeń. Wiem, brzmi to dziwnie, a nawet dziwacznie. Ale odkąd w ten sposób patrzę na tę kwestię, mam wrażenie, że po raz pierwszy jestem prawdziwie skoncentrowany i żyję pełnią życia.

– To wstęp – powiedział księgarz i zaczął przerzucać kartki. – A w kolejnych rozdziałach, jak się zdaje, autor zaczyna sięgać ku owym ukrytym przeżyciom. Jako archeolog odkrywający samego siebie. Niektóre rozdziały mają wiele stron, inne z kolei są bardzo krótkie. Tutaj na przykład jest taki, który składa się z pojedynczego zdania. – Przetłumaczył:

Jeśli naprawdę jest tak, że możemy przeżyć tylko małą część tego, co się w nas znajduje – co dzieje się z resztą?

– Chciałbym kupić tę książkę – powiedział Gregorius.

Księgarz zamknął tom i przejechał dłonią po okładce w taki sam delikatny sposób, jak wcześniej studentka.

– Znalazłem ją w zeszłym roku w pudle z tanią książką w antykwariacie w Lizbonie. I teraz sobie przypominam: wziąłem ją, bo spodobał mi się wstęp. Potem o niej zapomniałem. – Spojrzał na Gregoriusa, który gorączkowo szukał portfela. – Podaruję ją panu.

– To... – zaczął Gregorius zachrypłe i odchrząknął.

– I tak kosztowała tyle co nic – powiedział księgarz i podał mu książkę. – Teraz sobie pana przypominam – San Juan de la Cruz. Zgadza się?

– Czytała go moja żona – powiedział Gregorius.

– A zatem jest pan filologiem klasycznym z Kirchenfeld, wspominała o panu. Potem słyszałem kogoś jeszcze, jak o panu opowiadał. Brzmiało to tak, jakby pan był chodzącą encyklopedią. – Roześmiał się. – Niezwykle lubianą encyklopedią.