Elżbieta II. Portret królowejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oświadczam wobec was wszystkich

„Myśleliśmy o tym, żeby się pobrać, ale nie mogliśmy i nie zrobiliśmy nic w tym względzie aż do momentu powrotu z Afryki Południowej — częściowo dlatego, że jechałam za granicę, częściowo dlatego, że nie miałam jeszcze ukończonych dwudziestu jeden lat”.

Kwiecień 1949 roku. W Wielkiej Brytanii lodowato zimna wiosna, bezlitosna jak najgorsza z zim. Kolejki zubożałych obywateli przed sklepami formują się już od najwcześniejszych godzin porannych. Chleb, ziemniaki, mięso, boczek, szynka, ubrania i benzyna są racjonowane. Trudno ignorować to, co dzieje się w sparaliżowanym kraju. Ale kiedy Jerzy VI w trakcie podróży do Afryki Południowej pyta rządu, czy nie lepiej byłoby, żeby przerwał wakacje i wrócił do ojczyzny, by być przy swoich poddanych, rząd zaleca, by tego nie robił. Nigdy bardziej niż teraz Wielka Brytania nie potrzebowała symboli chwały i potęgi, a królewska podróż do jednego z najważniejszych krajów Wspólnoty Narodów jest dla korony ważniejsza od jakiejkolwiek przemowy. Dla Elżbiety to pierwsza podróż zagraniczna, czas wolności i radości po izolacji w Windsorze. „Bawiłabyś się setnie, gdybyś była z nami”42, pisze do Marion Crawford.

Jest 21 kwietnia 1947 roku. Kapsztad.

W dzień swoich dwudziestych pierwszych urodzin Elżbieta siedzi przy niewielkim stoliku, trzymając mikrofon. Za jej plecami widać cień wielkiego drzewa. Kamera telewizji BBC najeżdża na nią, aż w końcu pokazuje zbliżenie jej twarzy. Delikatny tembr głosu księżniczki płynie poprzez całe królestwo, kiedy wygłasza swoje przemówienie, pieczętując je przysięgą, której będzie wierna do końca swoich dni:

„Oświadczam wobec was wszystkich, iż poświęcę całe moje życie, jakiekolwiek będzie, długie czy krótkie, służbie wam i wielkiej imperialnej Wspólnocie, której członkami jesteśmy my wszyscy”.

Po powrocie z tej triumfalnej podróży, w środę 9 lipca 1947 roku, zostają oficjalnie ogłoszone zaręczyny Elżbiety i Filipa, przyjęte przez Churchilla jak „Kolorowy blask na trudnej drodze, którą będziemy musieli przejść”43. Blisko czterdzieści procent Anglików, z którymi przeprowadzono wywiad, deklaruje się przeciwnikami tego małżeństwa, potwierdzając niepokój królowej. Na oficjalnym zdjęciu narzeczeni spacerują pod rękę w parku pałacu Buckingham. Ona, zmieszana i wyraźnie wzruszona, wznosi do niego oczy i uśmiecha się niepewnym, wręcz zaskoczonym uśmiechem. On, z ostrym podbródkiem i złośliwymi zielonkawobłękitnymi oczyma, patrzy jej w oczy, wygląda na kogoś, kto w pośpiechu stara się nauczyć, jak najlepiej odegrać swoją rolę.

Następnego dnia król i królowa wydają na cześć córki i przyszłego zięcia garden party w pałacu Buckingham.

Filip musi zdobyć pierścionek zaręczynowy godny przyszłej królowej. Ponieważ żyje z pensji oficera marynarki, nie ma dość pieniędzy, by taki kupić. Prosi więc matkę, od lat zamkniętą w greckim klasztorze, żeby dała mu swój stary diadem z brylantami, z którego jubiler Philip Antrobus wykona pierścionek z trzykaratowym diamentem i bransoletkę w stylu art déco. W ceremonii, której przewodził arcybiskup Canterbury, Geoffrey Fisher, Filip przechodzi z prawosławia na anglikanizm, rezygnuje z praw do greckiego tronu i definitywnie porzuca dotychczasowe nazwisko, które za bardzo przywodzi na myśl niemieckie pochodzenie. W dniu ślubu Jerzy VI nada zięciowi tytuł barona Greenwich, hrabiego Merioneth i księcia Edynburga. Małżonkowie zostaną również odznaczeni Orderem Podwiązki, najpierw Elżbieta, a siedem dni później Filip. To detal, ale pozwala zauważyć „hierarchię”, jaka ustali się pomiędzy małżonkami.

Ślub zostaje zapowiedziany na 20 listopada.

W kraju wyniszczonym wojną deputowani z Partii Pracy proponują ceremonię prywatną. Aby nie zakłócać prac nad odbudową, rząd decyduje się nie ogłaszać dnia 20 listopada świętem narodowym. Setki angielskich kobiet wysyłają Elżbiecie kupony ze swoich kartek żywnościowych, aby mogła kupić sukienkę, ale odstępowanie własnych kartek jest uważane za działania czarnorynkowe, toteż kupony zostają zwrócone z grzecznymi podziękowaniami. Jednak królowa pragnie wielkiej ceremonii, która symbolizowałaby odrodzenie narodu. Krawiecki luksus w Londynie kojarzy się tylko z jednym nazwiskiem. Norman Hartnell.

Na Bruton Street, na wprost domu, w którym urodziła się Elżbieta, jest jeszcze tablica pamiątkowa jego pracowni otwartej w 1923 roku dzięki pomocy finansowej ojca i siostry Phyllis. Od 1935 roku Hartnell niejednokrotnie gościł w pałacu, szyjąc kreacje dla rodziny królewskiej. To on uszył suknię ślubną dla lady Alice Montagu Douglas Scott, córki księcia Buccleuch, która wzięła ślub z księciem Gloucester, trzecim synem Jerzego V i bratem przyszłego króla. Dziełem Hartnella są także sukienki dla druhen Elżbiety i Małgorzaty z Yorków. Jego styl do perfekcji odzwierciedla sztywny protokół dworu — szyje suknie pełne, o prostych liniach, pod kolano — na dzień, żadnych garsonek ani koszulek wkładanych do spódnic. Styl Hartnella charakteryzuje bogactwo haftów sukien wieczorowych i ceremonialnych. Krawiec przekształca Londyn w miasto, które może zagrozić supremacji Paryża, gdzie karierę robi Christian Dior. Tak jak i on, Hartnell odczuwa pogardę dla stylu Chanel, stworzonego dla kobiet współczesnych, które, „co straszne”, pracują. On ubiera elitę: Marlenę Dietrich, Barbarę Cartland i aktorkę Vivien Leigh, choć znają go także francuskie gwiazdy jak Alice Delysia i Mistinguette oraz uwielbiana Evita Peron.

Bukiet z mirtu i konwalii

Jest 20 listopada 1947.

Miliony ludzi zaopatrzonych w koce koczują w strategicznych punktach miasta, pomiędzy kiśćmi wielokolorowych baloników, które wzlatują nad ich głowami. Ci, którzy mają najwięcej szczęścia, stoją na balkonach, lecz ceny takich miejsc rosną wraz z upływem czasu. Jeżeli jeszcze wczoraj za okno z widokiem na orszak płaciło się trzydzieści pięć funtów, teraz trzeba zapłacić sto.

Wszyscy czekają.

Wszyscy poza jednym mężczyzną, który — ubrany w czarną marynarkę, białą koszulę i krawat — biegnie zdyszany, przepychając się pomiędzy błyszczącymi rolls-royce’ami i demokratycznymi taksówkami, jadącymi w powolnej procesji w kierunku opactwa westminsterskiego.

Zanim ruszył piechotą przez ulice Londynu, John Rupert Colville — bo tak właśnie się nazywa — próbował pojechać daimlerem króla Norwegii, Haakona VII, zaparkowanym na podwórku, ale kiedy tylko samochód wyjechał na drogę, został zablokowany przez tłum ludzi. On jednak musi jak najszybciej dostać się do St. James’s Palace, gdzie wśród 2583 wystawionych prezentów weselnych brakuje — należącego do panny młodej — podwójnego sznura pereł. Elżbieta nie może zrezygnować ze swoich pereł! Są darem od Jerzego VI, są w rodzinie od pokoleń, krótszy sznur należał do Anne, ostatniej królowej ze Stewartów, ten dłuższy — do Karoliny Ansbach, żony Jerzego II. Po długich tłumaczeniach podejrzliwym agentom służb bezpieczeństwa, którzy zaczynają mu wierzyć dopiero po przejrzeniu długiej listy pracowników zatrudnionych przez dom królewski, Colville, który jest sekretarzem księżniczki Elżbiety, zabiera naszyjnik i przybywa do pałacu dokładnie na czas, by oddać go w ręce jednej z dam dworu.

O ile dla większości młodych mężatek wpadki w dzień ślubu są złym znakiem, Elżbieta nie stresuje się i daje pokaz nerwów ze stali. Nawet wtedy, gdy otrzymawszy perły, staje przed lustrem, aby nałożyć na głowę pierwszą tiarę w swoim życiu (od czasu ślubu Elżbiety panuje moda na noszenie tiary we włosach). Fringe Tiara, należąca do królowej Wiktorii, potem do babci, królowej Marii, przeszła na jej synową w 1936 roku, a teraz została pożyczona córce. Kiedy jednak zostaje położona na głowie księżniczki, upada na ziemię i metalowa opaska pęka.

Brakuje tylko pięćdziesięciu sześciu minut do ceremonii. Wezwany pilnie, dworski jubiler musi zabrać tiarę do swojego warsztatu, żeby zespawać pękniętą część. Kiedy perły zostaną już odzyskane, tiara zespawana, kolczyki w kształcie kiści pereł i brylantów włożone, w pałacu wybucha panika. Nie ma bukietu. Rośnie zaniepokojenie wśród dam dworu, odpowiedzialnych za ubieranie i usługiwanie królowej. Na szczęście niedługo potem tajemnica zostaje rozwiązana. Jeden z bardziej przykładnych służących zabrał go do kuchni, by tam włożyć go do lodu, żeby pozostał świeży.

Po dość „burzliwym” pożegnaniu z celibatem i z dużym stężeniem alkoholu we krwi, Filip spędził ostatnią kawalerską noc w apartamencie swojej babki w Kensington. Zanim wsiadł do samochodu w żakiecie pożyczonym mu przez przyjaciela i odjechał do Westminsteru, zachwycił się słodkawym zapachem ostatniego papierosa, bo z miłości do Elżbiety obiecał rzucić palenie. W towarzystwie świadka, kuzyna Davida, markiza Milford Haven, przybywa do nawy Poets’ Corner w Westminsterze. W opactwie czeka 2250 zaproszonych gości. Poza matką, ubraną w religijne szaty zakonu, który sama założyła, nie ma ani jednego członka rodziny Filipa. Obecność jego sióstr Margarity, Teodory i Sophie (czwarta siostra Cecilie zginęła dziesięć lat wcześniej w wypadku samolotowym) byłaby zbyt skandaliczna — są żonami nazistowskich hierarchów. Nie ma także wuja Davida i Wallis Simpson oraz ciotki Mary (oficjalnie jest nieobecna z powodu problemów zdrowotnych, a nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że jest bardzo mocno związana z bratem).

Daleko we mgle Big Ben wybija godzinę jedenastą.

Orkiestra strzelców marynarki intonuje Lili Marlene, śpiewaną chórem jak kantyk. W dwóch samochodach „procesja królowej Marii” przejeżdża powoli przez Mall, za nimi jedzie samochód księżniczki Giuliany i Bernarda, księcia holenderskiego, następnie następcy tronu Szwecji i jego żony, i w końcu księcia i księżnej Gloucester. Aplauz tłumów nie gaśnie, kiedy pojawiają się cztery kolejne samochody z Małgorzatą, ubraną w suknię z satyny i tiulu w kolorze kości słoniowej, i — otoczoną druhnami — królową z błękitną wstęgą Orderu Podwiązki przypiętego do sukni ze złoto-beżową lamówką.

 

Potem nadjeżdża „procesja księżniczki”, eskortowana przez pluton Household Cavalry, który po raz pierwszy po 1939 roku jest ubrany w czerwone mundury.

Wszyscy z drżeniem czekają, by zobaczyć pannę młodą.

I rzucić okiem na jej suknię.

Aby ją uszyć, za zasłoniętymi czarnym płótnem oknami pracowni Hartnella, przez siedem tygodni w absolutnej tajemnicy przed resztą świata pracowało trzysta pięćdziesiąt krawcowych. Inspirowana Wiosną Botticellego i cudownym jedwabiem w kolorze kości słoniowej, wyprodukowanym przez chińskie jedwabniki (chińskie, a nie japońskie czy włoskie, z Japonią i Włochami Anglia jeszcze niedawno walczyła), suknia udekorowana jest ponad dziesięcioma tysiącami perełek, dopieszczona kryształami i kwietnymi haftami oraz niesamowicie długim tiulowym welonem z jednego ponadpięćdziesięciometrowego kawałka. By mieć na sobie coś niebieskiego (co miałoby sprawić, by pierwszy narodził się syn), zamiast wstążki wszytej w gorset, albo przyczepionej do spodu spódnicy, Elżbieta wkłada wstęgę Orderu Podwiązki.

Dźwięki Marsza weselnego Mendelssohna ogłaszają pojawienie się króla i panny młodej. Za nią idzie osiem druhen — księżniczka Małgorzata, księżniczka Aleksandra z Kentu, lady Caroline Montagu Douglas Scott, lady Mary Cambridge, Pamela Mountbatten, Margaret Elphinstone i Diana Bowes-Lyon — idą też dwaj paziowie — książę William z Gloucester i książę Michael z Kentu. Elżbieta idzie do ołtarza, wsparta na ramieniu ojca.

W rękach trzyma bukiet, do którego florysta Martin Longman wybrał konwalie, trzy rodzaje białych orchidei i gałązkę mirtu z krzewu królowej Wiktorii, przywiezionego z Osborne House na wyspie Wight.

Elżbieta uroczyście przysięga Filipowi, że będzie go kochać, szanować i przede wszystkim będzie mu posłuszną.

O godzinie trzynastej osiem na dźwięk pierwszych nut God Save the King, Elżbieta, księżna Edynburga, i Filip zostają mężem i żoną. Małżonkowie podpisują w kaplicy St. Edward dokumenty, które poświadczają ich związek, potem procesja udaje się do wyjścia przy akompaniamencie Marsza weselnego. Państwo młodzi zajmują miejsca w karecie, która pod eskortą królewską rusza w kierunku pałacu Buckingham. Elżbieta nie ukrywa swojego szczęścia, uśmiecha się i pozdrawia oklaskujące ją tłumy, nieprzebrane morze głów, blisko dwieście milionów słuchaczy śledziło to wydarzenie w radio. Tylko sto pięćdziesięcioro zaproszonych gości ma zaszczyt uczestniczyć w weselnym przyjęciu, na którym podaje się filet z soli, zapiekane kuropatwy, lody, homary z Nowej Szkocji i tort weselny. Wysoki na dwa metry i siedemdziesiąt cztery centymetry, czteropiętrowy tort został upieczony przez cukiernię McVitie & Price w Edynburgu z produktów, które zostały sprowadzone z całego Zjednoczonego Królestwa: masło z Nowej Zelandii, mąka z Kanady, rum z Jamajki, cukier i karmelizowane owoce z Australii.

Teraz jest odpowiedni moment, by zrobić zdjęcia.

Stirling Henry Nahum, znany jako Baron, czeka na małżonków razem z kolegą z „Timesa”.

Wobec fotografów Filip często traci cierpliwość, ale Baron jest jego przyjacielem i odkąd się poznali wiele miesięcy wcześniej w domu Dickiego i Edwiny Mountbattenów, zrobił mu już kilka nieformalnych fotografii. „Filipa interesowała fotografia i używał swojego aparatu z dużą zręcznością. Kiedy się poznaliśmy, krążyły plotki o jego zaręczynach z księżniczką Elżbietą, ale on o tym nigdy nie wspominał. Był absolutnie dyskretny, ja — a przecież się z nim widywałem częściej niż inni — dowiedziałem się o zaręczynach z gazet!”44.

Kiedy za obiektywem aparatu stoi Baron, nawet Elżbieta jest zaskakująco dowcipna i uśmiecha się bez cienia nieśmiałości.

W sali tronowej przygotowano podest. Elżbieta i Filip są szczęśliwi, radośni i zrelaksowani. Głosy tłumu dochodzą falami z placu, ale gwar wkrótce zamienia się w entuzjastyczne chóralne okrzyki. Londyńczycy żądają, aby para wyszła na balkon.

— Panna młoda, chcemy panny młodej! — krzyczą.

Baron jest gotowy ze swoim wiernym kodakiem century, który — jak mówi — przypomina „starą wyżymaczkę”. To jego najlepszy aparat i z nim czuje się pewnie, szczególnie przy takiej okazji jak ta, kiedy do dyspozycji ma niewiele czasu, bo państwo młodzi mają napięty grafik, a on może zrobić ledwie dziesięć zdjęć. Nie jest natomiast gotów na jeden z najcięższych kryzysów zawodowych, jaki go właśnie czeka.

„Ledwie zeszli z loży, kiedy, na moment, który wydał mi się wiecznością, zdałem sobie sprawę, że nie sprawdziłem ustawienia ostrości. Mijała historyczna chwila i z całym prawdopodobieństwem właśnie zacząłem pisać słowo «koniec» pod całą moją karierą”.

Baron błaga o możliwość zrobienia kilku dodatkowych zdjęć, ale nie ma na to czasu. Młodzi są już na balkonie, przed rozentuzjazmowanym tłumem. Zrozpaczony, nie pożegnawszy nawet swoich modeli, wychodzi z pałacu, z duszą na ramieniu, przekonany, że stracił wszystko. Biegnie do studia, powierza rolki asystentowi i, zdesperowany, kładzie się na kanapie, zaczynając pić. „Najokropniejsze pół godziny mojego życia zawodowego przerywa widok zachwyconej twarzy szefa moich operatorów. «Panie Baron! Jakim cudem udało się panu zrobić tak wspaniałe zdjęcia?»”.

Udało się, młodzi małżonkowie wyszli ostro, kariera uratowana. Zdjęcia wchodzą natychmiast do historii korony.

Jednak inni fotografowie (i brak powściągliwości księcia Edynburga) rujnują miesiąc miodowy młodej pary. Po południu małżonkowie opuszczają pałac Buckingham w odkrytym powozie, zaopatrzonym w całe mnóstwo butelek z gorącą wodą, by było im cieplej. Przejeżdżają przez miasto na stację Victoria, gdzie czeka na nich królewski pociąg, który ma ich zabrać w podroż poślubną. Jadą do Broadlands, wspaniałej posiadłości lorda Mountbattena, w Hampshire. Elżbieta ubrana jest w suknię i płaszcz w kolorze pudrowego błękitu od Hartnella. Zabrała ze sobą psa corgi Susan i piętnaście walizek. Filip ma dwie torby podróżne. W pociągu Elżbieta czyta list, który dał jej ojciec przed odjazdem, aby uniknąć wzruszenia (i jąkania się?) w czasie pożegnalnej przemowy.

„Byłem z ciebie taki dumny, podekscytowany, że kroczysz obok mnie po tej długiej drodze w Westminsterze, ale kiedy oddałem twoją dłoń arcybiskupowi, poczułem, jakbym tracił coś bardzo cennego, a ty byłaś taka spokojna i skupiona w trakcie ceremonii i wypowiedziałaś swoje słowa w sposób tak przekonujący, że pomyślałem, że wszystko będzie dobrze”.

W Broadlands problem stanowili fotografowie.

Spokój, z jakim pozuje przed obiektywami, pokazuje wyraźnie, że Elżbieta ma do nich bardzo dobry stosunek, wyuczony w pałacu i traktowany jako powinność. W związku ze ślubem jednak wydaje się, że pękły jakieś tamy, fotografów widać wszędzie, przykucniętych za rosnącymi obok rezydencji krzakami, czających się pośród gałęzi drzew, gotowych zaglądać zza ogrodzenia. Filip, mniej przyzwyczajony do ich obecności, nienawidzi ich z całego serca, na próżno ich obraża i grozi im, w końcu dochodzi do wniosku, że lepiej po prostu uciekać.

„Filip jest jak baranek, taki miły i taktowny…”, pisze w ekstazie Elżbieta do matki, omijając temat walk z paparazzi, którzy wciąż zatruwają im życie.

Aby kontynuować miesiąc miodowy w większym spokoju, małżonkowie przenoszą się do Birkhall, do królewskiej posiadłości w Szkocji, Balmoral, zdecydowanie bardziej bezpiecznej od domu wujka Dickiego.

Powróciwszy do Londynu, nie mogą jeszcze zamieszkać w swojej nowej rezydencji Clarence House, która wymaga renowacji, więc zamieszkują w pałacu Buckingham, skąd Filip ma ledwie kilka kroków do St. James’ Park, gdzie mieści się siedziba admiralicji.

Na weekendy natomiast jeżdżą do rezydencji w Surrey, którą wynajmują.

Są szczęśliwą parą.

Żona marynarza

Ze swojej oficjalnej wizyty w Paryżu w kwietniu 1948 roku Elżbieta nie przywozi dobrych wrażeń. Cierpi na mdłości. Jest w ciąży, ale nikt nie może się o tym dowiedzieć, bo protokół królewski wymaga, żeby nic nie mówić na ten temat, zanim nie minie pierwszy trymestr. Dyskusje o ciąży w rodzinie królewskiej uważane są za niestosowne i jedyne, co zostaje powiedziane, to tylko tyle, że pałac informuje, iż „księżniczka Elżbieta od sierpnia nie będzie pełniła funkcji publicznych”.

Kiedy 14 listopada 1948 roku odchodzą księżnej wody, Filip gra w squasha z Michaelem Parkerem, swoim prywatnym sekretarzem i wielkim przyjacielem. Wraca do pałacu Buckingham dokładnie na czas, by świętować narodziny następcy tronu. Jest ubrany w szorty i sweter, jak donosi prasa: „Król we fraku, królowa w sukni wieczorowej, Filip w swetrze i prababcia, królowa Maria, czekali w pokoju obok, pijąc szampana”. Szukają pospiesznie prywatnego sekretarza króla, mającego za zadanie zredagować notkę, która ogłosi narodziny dziecka. Lecz sekretarza nie ma w pałacu, gdyż dziecko urodziło się kilka godzin przed czasem, jaki obliczył dworski ginekolog. Następnego ranka paź w liberii przechodzi przez korytarze, szepcze coś policjantowi będącemu na nocnej zmianie przy bramie (prawdopodobnie mówi: „wszystko w porządku, jest dziecko”) i podaje pierwszą informację na temat stanu zdrowia matki i nowo narodzonego dziecka. „Jej Królewska Wysokość księżniczka Elżbieta odpoczęła kilka godzin w nocy. Jej stan i stan małego są zadowalające”. Wtedy następuje czterdzieści jeden wystrzałów armatnich z Hyde Park i z Tower of London. Dzwony z Westminsteru i Świętego Pawła biją przez trzy godziny. Po południu w drugiej wiadomości zostaje podana waga dziecka, trzy i pół kilograma. W tym samym czasie corgi Susan także wypełnia swoje matczyne zadanie i wydaje na świat dwa szczeniaczki, Sugar i Honey, które dadzą początek królewskiej dynastii.

Dnia 13 grudnia Elżbietę w nowej roli, w roli matki, pierwszy sfotografuje Cecil Beaton, w sali muzycznej w pałacu Buckingham. Ale wraz z nim śledzić postępy syna następczyni tronu, przyszłego króla Anglii, i regularnie dostarczać materiały wciąż głodnym niedyskrecji i zdjęć pismom, mogą też „inni” (jak nazywa ich Beaton), a są to: Baron, Marcus Adams i Lisa Sheridan.

Elżbieta jest matką, ale również zakochaną żoną. Filip, awansowany na drugiego kapitana kontrtorpedowca „Chequers”, chce kontynuować karierę w marynarce, toteż pod koniec 1949 roku Elżbieta nie waha się zostawić Karola w Londynie z dziadkami i niańkami, aby udać się na Maltę wraz z mężem.

Willa Guardamangia w Valletcie staje się jej tajemnym szczęściem, miejscem, gdzie żyje jak zwykła żona oficera marynarki i gdzie naprawdę pragnie być. Nie ma tam dyscypliny, w której żyła przez całe swoje nastoletnie życie, tu wolno jej pływać i opalać się na plaży, prowadzić samochód albo raz w tygodniu iść do fryzjera na mycie i układanie włosów za sześć szylingów, może chodzić na wieczorki taneczne w sobotnie wieczory do Hotelu Phoenicia, iść na kawę z przyjaciółkami i kręcić amatorskie filmy (tę pasję wraz z upodobaniem do robienia zdjęć Elżbieta zaczęła rozwijać, kiedy dostała swój pierwszy aparat Kodaka).

Na Malcie jest morze, ale przede wszystkim jest jej marynarz, „a bycie żoną marynarza było najszczęśliwszym okresem w jej życiu”, jak opowie Margaret Rhodes, kuzynka Elżbiety i jej bliska przyjaciółka.

Na Malcie jest też wujek Dickie, który cieszy się spokojem dowódcy. Na Malcie Elżbieta zachodzi w ciążę z Anną Elżbietą Alicją Luizą (która urodzi się 15 sierpnia 1950 roku w Clarence House). Na sławnym zdjęciu, na którym trzyma na rękach dopiero co urodzoną córeczkę, Filip zdaje się chronić ją spojrzeniem, a szczęście pary wydaje się w tym momencie nieskończone.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?