Elżbieta II. Portret królowejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Własny pokój

Lilibet budzi się wcześnie. Podekscytowana nową przygodą, przygotowuje konie, mimo że woli jeździć na Peggy. Z użyciem swojego tajnego kodu żegna się ze starym pokojem. W oczekiwaniu na przeprowadzkę oporządza zabawkowe konie, głaska je, poprawia im siodła i popręgi, przypina etykietki. Dookie i Jane skaczą zaciekawione pomiędzy stosami starannie poustawianych pudeł.

Od domów w stylu brownstone na Piccadilly do bramy pałacu Buckingham, gdzie od wielu godzin gromadzą się londyńczycy, aby powitać nadjeżdżającą rodzinę królewską, samochód jedzie ledwie kilka minut.

Dziewczynki doskonale znają wnętrza, na jakie mogą sobie pozwolić tylko ci, którzy mają wielkie posiadłości. Labirynty salonów z ciężkimi zasłonami, bogato zdobione klatki schodowe, pokryte gęstymi dywanami, długie, mroczne korytarze. Mimo wszelkich ulepszeń, które wprowadziła nowa królowa, i przemiany na salę szkolną pomieszczenia, w którym przyjmowali ją dziadkowie, ze swoimi pięćdziesięcioma dwoma sypialniami, dziewięćdziesięcioma dwoma gabinetami i siedemdziesięcioma ośmioma łazienkami, pałac Buckingham pozostaje ponurym miejscem. Ma przestarzałą instalację elektryczną, wilgotne pokoje, a w jej piwnicach jest pełno szczurów. Kominki są niedostosowane do ogrzewania tak dużych pomieszczeń. Wszystko wydaje się pozbawione oryginalnego koloru. W najbardziej ponurej siedzibie królewskiej, jaka istnieje w Europie, którą Edward VIII nazywał „grobowcem”, jest zimno. Zawsze jest zimno, nawet latem.

Ten pałac, który został wybudowany w 1703 roku jako letnia rezydencja Johna Sheffilda, księcia Buckingham i Normanby, dla Jerzego VI i jego małżonki ma stać się „domem”.

To Jerzy II zakupił go za sumę dwudziestu ośmiu tysięcy funtów, nazywając go Buckingham Palace, i podarował swojej żonie Charlotte. Jego syn, Jerzy IV, marząc o Londynie w stylu neoklasycystycznym, powierzył jego rozbudowę słynnemu architektowi, Johnowi Nashowi, który po tym, jak w 1830 roku wydał pół miliona funtów, niedługo po śmierci króla zostanie zwolniony w trybie pilnym z powodu poważnego przekroczenia budżetu. Następca Jerzego IV, Wilhelm IV, zupełnie się pałacem nie interesował, i dopiero osiemnastoletnia Wiktoria w 1837 roku przekształciła go w oficjalną rezydencję rodziny królewskiej. Nie ma tam łazienek ani ogrzewania, a dym z kominków może okazać się niebezpieczny, ale dla młodziutkiej królowej jest idealny na przyjęcia i bale. W 1845 roku powierza ona architektowi Edwardowi Blore’owi budowę nowego skrzydła i słynnego balkonu, na którym może pojawiać się podczas ważnych wydarzeń (do dzisiaj balkon jest sceną, z której ogłasza się narodziny, trumfy, rocznice urodzin i ślubów).

Teraz nowa królowa chce wyplenić z pałacu libertyńskiego ducha, pozostałego po krótkim panowaniu Edwarda VIII. Narzuca wstrzemięźliwość, popołudniowe herbatki i niedzielne wizyty w kościele, starając się zapewnić mężowi i córeczkom życie jak najbardziej zbliżone do dawnych zwyczajów. Każe odmalować pokoje dziecięce na pastelowe kolory, tam zamieszka Allah z Małgorzatą, Bobo zaś zajmie pokój obok. Lilibet po raz pierwszy ma swój własny pokój, ale ponieważ aby przywitać się z ojcem, musi przemierzać niekończące się korytarze, przy swoim zamiłowaniu do praktycznych rozwiązań, „sugeruje, by zakupić dla wszystkich nowe rowery”18.

Siostry żyją w izolacji i z pewnością tęsknią za zabawami z rówieśnikami w parku. I tu znów przychodzi z pomocą Marion Crawford, która za aprobatą króla i królowej znajduje rozwiązanie umożliwiające im kontakty społeczne. W pałacu Buckingham rodzi się Girl Guides (żeńska grupa skautowska). W kompletnym umundurowaniu, z kapeluszami i chustami, dziewczęta spotykają się we wtorkowe popołudnia i przeżywają przygody pośród parkowych drzew i w tajemniczych podziemiach. Szlachta i dworzanie odprowadzają córki do pałacu, ubrane w rękawiczki i koronki. Dopiero kiedy dowiadują się, że celem Guides jest trekking i gry zespołowe pod gołym niebem, dziewczęta zaczynają się zachowywać swobodnie i przebierają w mundurki. Lilibet uczy się gramatyki, arytmetyki, geografii, poezji i rysunku. Babcia zabiera ją do Tower of London, do Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew i do British Museum, zaczynając jej edukację dotyczącą historii rodziny i przybliżając jej kulturę i sztukę. Nie wyobrażając sobie jeszcze nawet roli, która ją czeka, dwa razy w tygodniu księżniczka jest zawożona do Eton przez samego rektora, słynnego historyka, Henriego Martina, na cenne lekcje historii konstytucji.

Uczy się szybko i zachłannie. Pyta. Odpowiada.

„Wychowywana na możliwą przyszłą królową, musi okazać się rozsądna i zdystansowana wobec innych ludzi, za to Małgorzata ma prawo być sobą”19.

Przedsiębiorcza Crawfie stara się uczynić życie dziewczynek jak najbardziej „normalnym” i o ile to możliwe, zapewnić im kontakt z rzeczywistością. Pozwala im na szaloną podróż londyńskim metrem (na jakiś czas udaje się zachować anonimowość księżniczek), aż do momentu, kiedy zostają rozpoznane przez przechodniów. Wtedy wzywa na pomoc samochód, który uwolni je od rozentuzjazmowanego tłumu i obiektywu fotografa, który z jedynej wycieczki Elżbiety w ubraniu zwykłej obywatelki pozostawi wspaniałe zdjęcia.

Król wbrew sobie

Jerzy VI przykłada się sumiennie do swojej nowej roli i chce dowiedzieć się wszystkiego na temat konstytucji, bardzo blisko współpracuje z premierem, lecz pozostaje człowiekiem delikatnym i nieszczęśliwym. „Nieożywiony monarcha”, tak określa go Harold Nicolson w swoich dziennikach.

Elżbieta często na paluszkach wchodzi do oazy ciszy, gdzie przesiaduje jej ojciec, z nosem w dokumentach, i siada obok niego. Jako mądra nastolatka stara się zrozumieć jego pracę. Szczególnie fascynują ją tajemnicze pudełka z czerwonej skóry, które zawierają dokumenty wagi państwowej.

Kiedy jego marne doświadczenie wychodzi na jaw, Jerzy VI potrafi krzyczeć z wściekłości, uspokaja go tylko odwaga i spokój żony. Jako kochająca i silna kobieta to właśnie ona bierze ster królestwa w swoje ręce z obawy, że krnąbrny Bertie nie będzie w stanie unieść emocjonalnego ciężaru koronacji bez jej wsparcia. Z siłą zwalcza tych z rządu, którzy sugerują skrócenie czasu ceremonii.

Lionel Logue jest coraz częściej obecny przy swoim znamienitym pacjencie. Tygodniami ćwiczy z nim mowę, którą ten będzie musiał wygłosić przez radio 12 maja 1937 roku. Sugeruje mu, żeby nie myślał o milionach poddanych, którzy go słuchają, ale żeby mówił do niego i tylko do niego. Kiedy ojciec ćwiczy, chodząc w tę i z powrotem po swoim gabinecie i wciąż od nowa skandując słowa na głos, Lilibet, pierwsza kobieta w historii współczesnej, która uczestniczy w koronacji swojego poprzednika, słucha go, drżąc na całym ciele, w salonie obok.

„Mówię dziś do was prosto z serca. Nigdy wcześniej żaden król tuż po koronacji nie mógł przemówić do swoich poddanych w ich własnych domach. Królowa i ja życzymy zdrowia i szczęścia wam wszystkim. Nie umiem znaleźć słów, żeby podziękować za miłość i lojalność w stosunku do królowej i mojej osoby. Powiem wam tylko, że przez najbliższe lata dam wam dowód mojej wdzięczności, służąc wam, bo taki będzie mój wybór. Królowa i ja zachowamy na zawsze w naszych sercach natchnienie płynące z tego dnia. Obyśmy zawsze byli godni przychylności, która, jak z dumą wierzę, otacza nas od początku mojego panowania. Dziękuję wam z serca i niech Bóg was błogosławi”.

12 maja 1937 roku. Data wybrana na koronację pozostaje w mocy.

Tylko król się zmienił.

I ten sam Logue w swoim dzienniku opisuje fragmenty tego niezapomnianego dnia. Pobudka o trzeciej nad ranem, strój ceremonialny z przypinką Orderu Królewskiego Wiktorii, który król przyznał mu kilka godzin wcześniej, dziecinny lęk, że potknie się o szpadę, Chelsea Bridge, który jest otwarty dopiero od kilku dni, zarezerwowane dla niego miejsce w opactwie westminsterskim, książęta i księżniczki wychodzący z nawy bocznej, Elżbieta i Małgorzata na królewskim podium i dwie królowe, Elżbieta i Maria, idące w otoczeniu dam dworu.

A potem on.

„Poprzedzany fanfarami, oto on, człowiek, któremu służę od dziesięciu lat całym sercem i duszą, idzie w naszym kierunku. Jest bardzo blady, ale królewski w każdym calu”20.

Tego samego wieczoru samochód zawiezie Logue’a do pałacu, gdzie król odczyta swoje pierwsze radiofoniczne przemówienie w roli władcy. Ćwiczyli je wiele razy. Logue jest pewien, że król wypowie je bezbłędnie.

Na zewnątrz wrze jak w ulu.

Młody francuski fotograf Henri Cartier-Bresson błąka się ulicami, zafascynowany uwielbieniem Anglików dla rodziny królewskiej, dla niego zupełnie niepojętym.

Przepłynął kanał La Manche na zlecenie komunizującego dziennika „Ce Soir”, miał zrobić reportaż z koronacji Jerzego VI. Nie należy do wziętych fotografów, nie robi zdjęć, które się oprawia czy wiesza na ścianach.

Bresson chce odczytać prawdę o wydarzeniu z twarzy zwykłych ludzi.

Twarze! To na nich, na tych naturalnych nośnikach emocji, według człowieka, który stanie się jednym z największych fotografów XX wieku, widać prawdę o koronacji. Dokonuje rewolucyjnego posunięcia, odwraca się plecami od okazałych procesji, arystokracji i złoconych karet, i jak przesłona zamknięta do minimum, by powiększyć głębię ostrości obrazu, szuka odbicia tego wydarzenia w spojrzeniach londyńczyków. Stawić czoła tłumowi, idąc pod prąd, to jest wyzwanie. Mimo tysięcy ludzi na ulicach Bresson balansuje między nimi ze zręcznością linoskoczka, skrywa się za soczewkami leiki, nie przejmując się tym, co czują jego anonimowi modele, osieroceni przez króla, który zrezygnował z tronu. Stali się dziećmi innego władcy, którego muszą poznać, uszanować i być może kiedyś pokochać.

 

Z wygodną w obsłudze i lekką leiką Bresson, jak czarownik, tańczy wokół grupek zmęczonych kobiet, kadruje starców śpiących na dywanach z gazet i dzieci trzymane za rękę, grzebie w bibelotach wyprodukowanych z okazji święta, wystawionych w witrynach sklepów, śledzi osoby, które odwróciwszy się od parady, z lusterkami zamontowanymi na drewnianych kijkach czekają na przejazd królewskiej karocy.

Bresson nie szuka, on znajduje.

Każde ujęcie jest uchwyconą w lot opowieścią, wydartą miastu, pałacom, marzeniom i snom. I z tego niekończącego się katalogu bezosobowych obrazów on pozostawi tylko niektóre, unikalne.

Ale kiedy Francuz wybiera rewolucję, rodzina królewska zamawia oficjalne zdjęcie koronacyjne u Dorothy Wilding, fotografki gwiazd kina i teatru, kobiety o otwartym umyśle, pierwszej, której przyznano oficjalny tytuł fotografa królewskiego. Tak ona sama wspomina pierwsze spotkanie z Elżbietą: „Delikatny głosik powiedział do mnie «Och, panno Wilding, jestem taka szczęśliwa, że mogę panią wreszcie spotkać!» i maleńka ciepła rączka uścisnęła moją tak mocno i tak długo, że na chwilę straciłam poczucie samej siebie”21. Lilibet wraca do Buckingham, dumna ze swojej pierwszej długiej sukni, gronostajowej peleryny, srebrnych sandałków i diademu. Idzie na spotkanie z Wilding, po tym, jak pojawiła się na balkonie obok króla, królowej i zniecierpliwionej siostrzyczki, by pozdrowić tłum, który od wielu godzin koczował pod pałacem. Wraca do sali tronowej i, zdyscyplinowana, ustawia się, ukazując najbardziej fotogeniczny ze swoich uśmiechów.

Można dostąpić chwały dzięki odrzuceniu

Jest rok 1893, kiedy rodzi się Dorothy Frances Edith Wilding, niepożądana dziesiąta córka w biednej rodzinie. Wraz z nastaniem nowego stulecia zostaje przyjęta przez hojne wujostwo z Cheltenham, uzdrowiskowej mieściny niedaleko Gloucester. Od dziecka pragnie zostać artystką, ale wujek kategorycznie przeciwstawia się jej ambicjom. Dorothy nie daje się złamać. Oszczędzając na kieszonkowym i bożonarodzeniowych prezentach, w wieku siedemnastu lat kupuje swój pierwszy aparat fotograficzny, oświadczając rodzinie, że skoro nie pozwalają jej zostać aktorką ani malować, i tak będzie to robić dzięki temu „przyrządowi”.

Jak powiedziała, tak zrobiła.

Tęga i pozbawiona wdzięku, ale sprytna, Dorothy, jako samouk, poznaje podstawy zawodu fotografa, aż do momentu, kiedy uzbrojona w to, co potrafi robić dzięki „przyrządowi”, przekonuje w końcu wujostwo, by pozwolili jej pojechać do Londynu. W kilka tygodni znajduje zajęcie jako uczennica Marion Neilson w studiu fotograficznym Henry’ego Waltera Barnetta, który pośród swoich modeli ma boską Sarę Bernhardt i Marka Twaina. To właśnie Neilson wyjawi jej tajemnice retuszu, „wzniosłego kłamstwa”, poprzednika dzisiejszego Photoshopa. W 1915 roku dorosła już Wilding ma odłożonych dość pieniędzy (dokładnie 60 funtów), aby pójść na swoje i otworzyć własne studio na Portman Square. Projektuje i zamawia system szyn umocowanych do sufitu, do których podczepia ogromne lampy z błękitnymi reflektorami, otrzymując w ten sposób fotografie o unikalnym naświetleniu. Pracuje bez przerwy, dniami i nocami, aby jej zdjęcia osiągnęły doskonałą gładkość.

Robiąc zdjęcia ciężkim aparatem wielkości lodówki, tworzy modę na „dziewczyny z perłami” — pozy młodych kobiet są bardzo formalne, ale ich twarze nie. Zdjęcia te będą publikowane w „Country Life” i innych gazetach.

Dzięki mistrzostwu w stosowaniu światła tworzy tak zwany wilding look, styl oparty na blasku i półcieniach, który stanie się myślą przewodnią jej dzieł. Kobieta jest tak pewna swojego talentu, że wiele lat później, kiedy przybyły do niej Antony Armstrong-Jones stwierdza, że woli światło naturalne od tego sztucznego w studio, odpowiada urażona: „Panie Jones, w moim studio mogę umieścić słońce, gdzie tylko zechcę”22.

W 1929 roku ma już siedmiu asystentów, jest tak sławna jak jej modele, poeci i gwiazdy kina, takie jak: Noël Coward, George Bernard Shaw, Aldous Huxley, Jessie Matthews, Maurice Chevalier, Douglas Fairbanks Jr. czy Barbara Hutton.

W nowym studiu na Bond Street modę na królewskie zdjęcia zapoczątkowuje książę Kentu, młodszy brat Jerzego VI. Wilding zrobi mu zdjęcie, które doprowadzi ją na dwór w 1937 roku. Wtedy to zostanie wybrana, by sfotografować młodziutką królową Elżbietę. W czasie gdy robi jej zdjęcie, król wchodzi do pokoju w admiralskim mundurze. Wilding nie może przepuścić takiej okazji i bez najmniejszego wstydu prosi Jego Wysokość, by ustawił się obok żony do zdjęcia małżeńskiego.

— Może się czuć samotna bez Waszej Wysokości — sugeruje przebiegle. To właśnie to zdjęcie, niezgodne z protokołem, będzie w przyszłości zdobiło znaczki, monety i banknoty.

Od tego momentu jej kontakty z pałacem będą regularne. Od pierwszego uścisku ręki Lilibet 12 maja przy wszystkich ważnych okazjach Wilding zawsze będzie na miejscu, nawet wtedy, gdy — już znana i sławna — otworzy studio w Nowym Jorku, gdzie będzie miała do dyspozycji trzydziestu siedmiu asystentów i dwunastu retuszerów.

Urok kadeta

Aukcje bywają opatrznościowe.

„Pierwszy raz, kiedy spotkałam Filipa, to, pamiętam, było w Royal Navy College w Dartmouth w lipcu 1939 roku, tuż przed samą wojną. Miałam trzynaście lat, on osiemnaście. Był kadetem”23.

To zdanie w 1947 roku, starannym okrągłym pismem na białym papierze ozdobionym herbem królewskim, napisała Elżbieta do Betty Spencer Shew do książki o królewskich ślubach. Zostało sprzedane za czternaście tysięcy funtów na Chippenham Auction Rooms w Wiltshire 23 kwietnia 2016 roku. W rzeczywistości Elżbieta i Filip spotkali się już wcześniej na ślubie jej wuja George’a, księcia Kentu, z jego kuzynką Maryną, kiedy Lilibet miała osiem lat. Wpadli na siebie trzy lata później na ceremonii koronacyjnej, ale pierwszy rozdział, który zaważy na życiu ich obojga, zostanie zapisany dokładnie 22 lipca 1939 roku.

Trzynastoletnia Lilibet składa wraz z mamą, tatą i siostrą wizytę w Britannia Royal Naval College w Dartmouth. Pewien chudy kadet z piękną grzywą zostaje przydzielony do opieki nad dziewczętami podczas wizyty króla. Ten wielkolud „piękny jak wikiński bóg o wyrazistej twarzy i błękitnych przeszywających oczach”24 ma odpowiedni rodowód, by móc spotykać się z księżniczkami pod czujnym okiem Marion Crawford. To Filip von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg, urodzony na kuchennym stole na Korfu 10 czerwca 1921 roku. Jest księciem spokrewnionym z rodami panującymi w Danii, Grecji, Rosji. Lilibet mogłaby mówić do niego „cher cousin”25, bo są kuzynostwem trzeciego stopnia i oboje mają za prababkę królową Wiktorię.

On jest synem zubożałego księcia Grecji i Danii, czwartego dziecka króla Jerzego I Greckiego i pochodzącej ze znamienitego rodu szlacheckiego Alicji Battenberg. W 1922 roku uratowany wraz z trzema siostrami i rodzicami przez brytyjski statek przed Turkami, którzy grozili zajęciem wyspy Korfu. Kiedy był jeszcze małym dzieckiem, rozpadło się małżeństwo jego rodziców. Ojciec przeprowadził się na Lazurowe Wybrzeże, gdzie żył pośród kochanek i alkoholu, matka, która bardzo przeżyła separację, skończyła w szpitalu psychiatrycznym z poważną manią religijną i początkami psychozy schizofrenicznej. Piękny kadet wychowuje się bez rodziców pod kuratelą wuja ze strony matki, lorda Louisa „Dickiego” Mountbattena (który zanglizował własne nazwisko Battenberg) i pod opieką babki, Wiktorii z Hesji-Darmstadt, w Kensington Palace. Kiedy z marnym wynikiem kończy naukę w Schule Schloss Salem w Niemczech i w Gordonstoun w Szkocji, wstępuje do Royal Navy i robi dyplom w Britannia Royal Naval College w Dartmouth.

Jest najlepszym kadetem na swoim roku.

Silny, ambitny i bez grosza.

Jednak tego dnia pośród imbirowych ciasteczek i dziecięcych zgadywanek syn wariatki i kobieciarza skradnie serce Elżbiety. Kiedy namawia ją, by przeskoczyli siatkę kortu tenisowego i „zabawili się na serio”26, Lilibet jest jak zahipnotyzowana i powtarza: „jaki on jest dzielny, Crawfie” i „jak wysoko skacze”, nie odrywając od niego oczu.

I nagle jest tak, jakby świat przestał istnieć.

Dla niej te pięć lat, które ich dzielą, to naprawdę niewiele.

Pod koniec dnia królewski jacht „Victoria and Albert” na pełnych żaglach wypływa z Dartmouth. Kadeci na łodziach mogą popłynąć za nim we wspólnym hołdzie dla rodziny królewskiej. Na wodę spuszczono około sto łodzi — gdy oddalają się zbytnio od brzegu, król sugeruje, żeby zawróciły. Wszyscy są mu posłuszni, tylko nie Filip, który nadal wiosłuje w kierunku jachtu.

— Ten młodzieniec jest szalony — krzyczy król — powinien zawrócić.

Dopiero kiedy oficerowie rozkazują mu powrót, ten poddaje się, pozdrawiając króla uniesionymi wiosłami.

Elżbieta jest na najwyższym pokładzie, jej łagodne niebieskie oczy wpatrują się przez lornetkę w łódkę, która oddala się, aż staje się jedynie maleńkim punkcikiem na morzu. Powstrzymuje oddech, odkrywa w sobie nowe uczucie, które zaczyna dopiero kiełkować, jest pewna, że gdzieś na świecie, kiedyś, jakoś, znów uda się jej go spotkać.

A Filip? Być może tego dnia chwyta okazję, by odzyskać szczęście, którego mu zawsze brakowało. O to, aby w ogóle mog-ło dojść do tego spotkania za kulisami, zatroszczył się sprytny lord Mountbatten. Kupidyn pragnący połączyć swoje nazwisko z nazwiskiem Windsorów. To on pociąga za sznurki, jest przebiegły, dąży do tego, by właśnie jego siostrzeniec dostał polecenie zaopiekowania się księżniczkami. Lilibet, nieśmiała i ostrożna nastolatka, niemająca wielu okazji, by spotykać chłopców, może być mu za to tylko wdzięczna.

Białe róże Cecila Beatona

Podążając za trendami wyznaczonymi przez królową Wiktorię, która w swoim skrajnym narcyzmie zalewała królestwo i kolonie swoimi portretami, nowa królowa wyczuła, że po katastrofie z 1936 roku rodzinie królewskiej potrzebny jest nowy wizerunek. A kto lepiej niż sławny fotograf, Cecil Beaton, mógłby zaspokoić jej głód splendoru?

Urodzony w rodzinie handlarzy drewnem w 1904 roku, Cecil Walter Hardy Beaton nie pragnie niczego więcej. Tylko rodziny królewskiej brakuje mu w jego portfolio. Od kiedy jako dziecko dostał od ojca swojego pierwszego mieszkowego kodaka, wciąż tylko rysował, robił zdjęcia, marząc o wejściu na dwór królewski głównym wejściem. Zresztą już w 1926 roku, kiedy na świat przyszła Lilibet, przepowiedziała mu to pewna wróżka, ale jej nie uwierzył.

A jednak.

„Dzwoni telefon: «Mówi dama dworu. Królowa pragnie wiedzieć, czy mógłby ją pan sfotografować jutro po południu».

Początkowo pomyślałem, że to jakiś żart, ale to nie był żart. Obezwładniło mnie podniecenie i uczucie szczęścia. Wybierając mnie, bym zrobił zdjęcia, królowa pokazała, że jest odważna… zważywszy że moje prace były uważane za rewolucyjne i niekonwencjonalne”27.

Jest 13 lipca 1939 roku.

Ten wybór albo jest genialny, albo ukrywa (tłumioną) rywalizację z tą „Amerykanką” Simpson i sześcioma stronami zdjęć zrobionych przez Beatona w zamku Candé i opublikowanych w numerze „Vogue” w czerwcu 1937? Albo chodzi o te z jej ślubu z księciem Windsoru, na które miał całkowitą wyłączność? Mimo że Beaton ze snobizmem opisuje ją jako „odpychającą, wulgarną, prymitywną Amerykankę pośledniej kategorii”, na jego fotografiach ta zimna manipulantka, która usidliła byłego króla, wydajesię inna niż ta, którą zapamiętali czytelnicy. Za pomocą swoich genialnych sztuczek Beaton ją uszlachetnia, dodaje jej twarzy zaabsorbowanego wyrazu, a jej samej miękkości i łagodności.

Jerzy VI pragnie, by jego żona była przeciwieństwem — podążającej za najnowszymi trendami mody — Wallis Simpson. Przedsięwzięciu mającemu świadczyć o estetycznej odmienności obu pań przysłuży się Norman Hartnell, krawiec, który zaprojektował suknie dla księżniczek na królewską koronację, geniusz, który w zaledwie trzy tygodnie stworzył sławną „białą garderobę”28. Te suknie kilka lat później zainspirują par excellence Francuza, Christiana Diora.

Hartnell to zdolny krawiec, któremu z pewnością nie sprawiłoby kłopotu wymyślenie ponadczasowego królewskiego looku, ale żeby dać mu bardziej precyzyjny pogląd na temat swojego gustu, Jerzy VI prowadzi go do galerii portretów Franza Xavera Winterhaltera, sugerując mu powrót do krynolin, do kobiecych sylwetek przypominających bukiety — są to symbole przeszłości, która według króla powinna powrócić. Para Hartnell-Beaton wciela w życie jego koncepcję powrotu do tradycji.

 

„Kiedy po raz pierwszy przekroczyłem bramy pałacu Buckingham, byłem zdeterminowany: moje fotografie miały pokazać płomienną naturę, oczy błyszczące jak konwalie pośród pól, promienny uśmiech, zdumiewający efekt, jaki tworzy sama obecność królowej. Chciałem, żeby były zupełnie inne od oficjalnego stylu często anonimowych zdjęć królewskich”29.

Kiedy ustawił aparat na trójnogu, nie trzeba było już niczego tłumaczyć, wystarczyło zaledwie kilka słów.

Tych dwoje zakochuje się w sobie od pierwszego wejrzenia.

Beaton dostał zaledwie dwadzieścia minut. Trzy godziny później był tam nadal. Zrobił setki zdjęć: królowa w ogrodach pałacu dzierżąca parasolkę, w apartamentach królewskich na tle kwiatów, z tiarą we włosach poskręcanych na czole, stojąca tyłem w oknie ozdobionym liśćmi i pąkami białych róż. Tego popołudnia chemia, która tworzy się pomiędzy nim a królową, przekształca Beatona w fotografa, który jako nostalgiczny piktorialista30 ofiaruje monarchii atmosferę, jaka stanie się jej znakiem firmowym na następne trzydzieści lat. Opublikowana dwa miesiące po wybuchu wojny sekwencja zdjęć pokazuje ludziom obraz niepokonanej pary.

A pomyśleć, że pierwszymi modelkami Cecila były matka, siostry, Nancy i Baba, i niania zakochana w tej nowej sztuce. Beaton zmuszał je do pozowania, używając jako tła prześcieradeł, tiulu, parawanów i eksperymentując z elementarnymi metodami odbijania światła za pomocą luster i folii.

Ukończywszy liceum, młody, utalentowany chłopak uczy się historii, sztuki i architektury w Cambridge, ale nie uzyskuje dyplomu, i ojciec zmusza go do pracy w rodzinnej firmie. Zostaje urzędnikiem. Dla Cecila, który pragnie dostać się do towarzystwa, to prawdziwe cierpienie, zabawia się więc, uczęszczając na wszelkie możliwe przyjęcia i uwieczniając wszystkich napotkanych na swojej drodze arystokratów. Wysyła zdjęcia do największych gazet modowych, niestety bezskutecznie. W końcu pewne maleńkie i nic nieznaczące zdjęcie księżnej Amalfi zostaje kupione przez „Vogue” do rubryki poświęconej sławom. Fotografie Cecila, przedstawiające pięknych, młodych i sławnych ludzi, którzy ustawiają się w kolejce do jego maleńkiego studia, zostają wystawione w mało znanej galerii w Londynie. Wystawa odnosi tak niespodziewany sukces, że próżny Cecil porzuca pracę u ojca i zimą 1928 roku ląduje w Nowym Jorku ze swoim delikatnym statywem, kodakiem, zapasami tiulu i kawałkami tkanin. Podekscytowany splendorem Manhattanu, Beaton wreszcie kieruje swoje kroki — i obiektyw — do środowisk glamour, które przyciągają go jak światło ćmę. Rysuje i robi zdjęcia dla „Vanity Fair”, „Harper’s Bazaar” i najpopularniejszego pisma modowego „Vogue”. Do jego surrealistycznych i zamglonych zdjęć pozują Gary Cooper, Katharine Hepburn, Marlena Dietrich i Greta Garbo, z którą, jak się mówi, fotograf przeżywa skomplikowany romans. Beaton jest ekstrawaganckim i skłonnym do melancholii, eleganckim homoseksualistą. Co wieczór sporządza notatki w ramach maniakalnych wręcz przygotowań, niezbędnych, by uzyskać zdjęcie idealne. Notatki te zawierają także sarkastyczne i przezabawne opisy (Jean Cocteau nazywa Beatona Malice in Wonderland31) na temat niektórych sław, które mimo wszystko pieją hymny na jego cześć.

W 1939 roku Beaton niespodziewanie opuszcza „Vogue”. Z powodu pewnego nieszczęśliwego zdania na jednym z jego szkiców pracodawca zwalnia Cecila, zarzucając mu antysemityzm. Wraca do Londynu, zgorzkniały i skruszony, ale nie na tyle, żeby mu wybaczono. Odcina się od świata w swoim mieszkaniu na Pelham Place 8.

Kilka miesięcy później odbierze telefon, który zmieni jego życie.

Jedynie na czas wojny Beaton oddala się od tego kolorowego świata. Pracuje dla brytyjskiego Ministerstwa Informacji, dokumentując działalność Royal Air Force.

Portrecista gwiazd staje się fotografem ludzi bez głosu. Za pomocą obiektywu ukazuje zniszczenie i grozę. To właśnie on zrobi jedną z najbardziej reprezentatywnych fotografii pokazujących cierpienie Brytyjczyków w okresie wojennym — wbite w ziemię oczy Eileen Dunne, trzyletniej dziewczynki, ściskającej w ręku szmacianą lalkę. Zdjęcie pojawi się na okładce „Life” i przyczyni się do uświadomienia amerykańskiej opinii publicznej konieczności włączenia się Stanów Zjednoczonych do wojny.