BezkrwawyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  SPIS TREŚCI

  BEZKRWAWY

  DEDYKACJA

  SPIS TREŚCI

  Kontakt z autorem:

  1 KŁOPOT PANA LEE

  2 DYLEMAT RODZINY LEE

  3 PEE POB HENG

  4 DROGA KU OZDROWIENIU

  5 CZY TO CZŁOWIEK? CZY TO PTAK? NIE! TO HENG

  6 HENG WRACA DO PRACY

  7 HENG POSZERZA SWOJĄ DIETĘ

  8 EKSPERYMENTY HENGA

  9 GOŚCIE

  10 NOWY BIZNES RODZINNY

  11 HIPISOWSKI SZLAK

  12 PRZERWA

  13 CZŁOWIEK NIETOPERZ I DZIEWCZYNA NIETOPERZ

  14 ROZWÓJ SPOŁECZNOŚCI NIETOPERZY

  15 PIERWSZA RADA NIETOPERZY

  GLOSARIUSZ

  O AUTORZE

  TYGRYSIA LILIA Z BANGKOKU

1 BEZKRWAWY

Humorystyczna opowieść o rodzinie współczesnych wampirów

1 Owen Jones

Tłumacz:

1 Michał Cierniak

Copyright Owen Jones 21 stycznia 2021 r.

Prawo Owena Jonesa do tytułu autora niniejszego dzieła zostało ustanowione zgodnie z rozdziałami 77 i 78 amerykańskiej ustawy o prawach autorskich i patentach z 1988 r. Ustanawia się niniejszym moralne prawo autora.

Niniejsze dzieło jest fikcją literacką. Wszystkie postaci i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora lub są całkowicie fikcyjne. Niektóre z przedstawionych miejsc mogą istnieć, lecz przedstawione wydarzenia są całkowicie fikcyjne.

Opublikowano przez

Megan Publishing Services

http://meganthemisconception.com

1 DEDYKACJA

Dedykuję tę książkę moim przyjaciołom, lordowi Davidowi Prosserowi oraz Murrayowi Bromley, za ich pomoc, a także mojej Tajskiej Rodzinie, za więcej rzeczy, niż mogą sobie wyobrazić.

Karma odpłaca każdemu proporcjonalnie do jego czynów.

1 SPIS TREŚCI

1 Kłopot pana Lee

2 Dylemat rodziny Lee

3 Pee Bob Heng

4 Droga ku ozdrowieniu

5 Czy to człowiek? Czy to ptak?

6 Heng wraca do pracy

7 Heng poszerza swoją dietę

8 Eksperymenty Henga

9 Goście

10 Nowy biznes rodzinny

11 Hipisowski szlak

12 Przerwa

13 Człowiek nietoperz i dziewczyna nietoperz

14 Rozwój społeczności nietoperzy

15 Pierwsza rada nietoperzy

Glosariusz

Tygrysia Lilia z Bangkoku

O autorze

Kontakt z autorem:

http://facebook.com/angunjones

http://twitter.com/lekwilliams

owen@behind-the-smile.org

http://owencerijones.com

Zapraszam do subskrypcji biuletynu w celu uzyskiwania poufnych informacji o książkach i twórczości Owena Jonesa.

Prosimy po podanie swojego adresu e-mail w poniższym linku:

http://meganthemisconception.com

1 1 KŁOPOT PANA LEE

Od kilku tygodni pan Lee, lub dla miejscowych „Staruszek Lee”, czuł się dziwnie. Wiedzieli o tym wszyscy w zamieszkiwanej przez niego społeczności, gdyż była ona bardzo mała i wyizolowana od reszty świata. Mężczyzna udał się więc zasięgnąć porady u miejscowego lekarza. A właściwie lekarki. I nie tyle lekarki, we współczesnym znaczeniu tego słowa – bardziej znachorki. Kobieta powiedziała mu, że poziom temperatury jego ciała wariuje, a wszystko przez wpływ „czegoś” na krew pana Lee.

Owa miejscowa szamanka, prywatnie ciotka pana Lee, nie była w stanie określić, co odpowiada za jego stan. Obiecała jednak, że w ciągu dwudziestu czterech godzin pozna odpowiedź. Mężczyzna musiał jednak zostawić próbki do zbadania i powrócić na wezwanie znachorki. Podała mu kępkę mchu i kamień.

Ten zestaw nie zdziwił pana Lee – miał już z nim wcześniej do czynienia. Oddał więc mocz na mech i napluł na kamień, mocno ściągając plwociny. Z namaszczeniem oddał przedmioty kobiecie. Znachorka owinęła je osobno w bananowe liście, aby jak najdłużej zachować ich wilgoć, a także by nie dotykać ich gołymi dłońmi. To mogło je skazić.

- Potrzeba dnia, żeby zgniły i wyschły. Potem będę mogła im się przyjrzeć i dowiem się, co ci dolega.

- Dziękuję, ciotuniu Da… To znaczy, szamanko Da. Będę wypatrywał wieści od ciebie i przybędę na wezwanie natychmiast.

- A ty dokąd, młodzieńcze? Jeszcze z tobą nie skończyłam.

Da sięgnęła za siebie po ceramiczny słoik, stojący na półce. Otworzyła go i dwukrotnie nabrała jego zawartości do ust. Tą drugą splunęła na pana Lee. Gdy szamanka odprawiała modły do jej bogów, mężczyzna przeklinał fakt, że przypomniała sobie o „oczyszczeniu”. Nie znosił, gdy ktoś na niego pluł. Tyczyło się to szczególnie starych kobiet ze szkorbutem.

- Dzięki temu spryskaniu alkoholem i modlitwie, pozostaniesz czysty, aż odpowiednio nie zdiagnozujemy twojego stanu - zapewniła go.

Szamanka Da podniosła się. Podeszła do bratanka, objęła go ramieniem i odprowadziła do wyjścia. Jednocześnie skręcała papierosa.

Gdy byli na zewnątrz, zapaliła skręta. Zaciągnęła się nim głęboko, czując jak dym wypełnia jej płuca.

- A jak tam twoja żoneczka i wasze cudowne dzieci?

- Wszyscy zdrowi, ciotuniu Da. Martwią się jednak o mnie. Od jakiegoś czasu czuję się jakiś taki rozklekotany, a doskonale wiesz, że nigdy w życiu nie byłem chory.

- My, Lee, zawsze byliśmy silną zgrają. Twój ojciec, a mój kochany brat, wciąż byłby w pełni sił, gdyby nie zszedł na grypę. Silny był jak wół. Jesteś do niego podobny, ale jego nigdy nie postrzelono. Moim zdaniem to cię załatwiło – ten jankeski nabój.

Pan Lee odbywał podobną rozmowę już setki razy. Nigdy jednak nie udało mu się wyjść z niej obronną ręką, więc po prostu przytaknął, wręczył ciotce 50-batowy banknot i udał się z powrotem na swoją farmę, która znajdowała się kilkaset metrów od wioski.

Od razu poczuł się lepiej. Dlatego też postanowił to udowodnić wszystkim dookoła, idąc zawadiackim krokiem.

Staruszek Lee bezwzględnie ufał ciotce Da, podobnie jak wszyscy w jego społeczności, będącej małą wioską o około 500 domostwach i kilku tuzinach przylegających do niej farm. Kobieta objęła stanowisko wiejskiej szamanki, kiedy był on jeszcze dzieckiem. Spośród osób pamiętających jej poprzednika, zostało nie więcej niż tuzin. Pewnym było, że społeczność ta nigdy nie miała lekarza z prawdziwego zdarzenia, który miałby kwalifikacje i wykształcenie medyczne.

Nie było też tak, że wioskowi nie mieli dostępu do służby zdrowia. Lekarzy było jednak niewielu, a najbliższy przyjmował „w mieście”, czyli 75 kilometrów dalej. Wioska natomiast nie miała połączeń autobusowych, kolejowych, a nawet taksówek. Leżała ona bowiem w górach, na północno-wschodnim krańcu Tajlandii. Jakby tego było mało, lekarze brali za swoje usługi dużo pieniędzy, a przepisywane przez nich lekarstwa były drogie (wieść gminna niosła, że medycy pobierali od nich prowizje). Kilka wiosek dalej znajdowała się też przychodnia, jednak pracowali w niej wyłącznie jedna pielęgniarka i dojeżdżający lekarz, który pojawiał się tam raz na dwa tygodnie.

Pan Lee i jego ziomkowie sądzili, że wykształceni medycy byli pewnie potrzebni bogatym mieszczuchom, ale im już niespecjalnie. No bo jak rolnik ma wziąć sobie dzień wolny na wizytę u lekarza, a dodatkowo wynająć kogoś z samochodem, kto wykona za niego pracę? Oczywiście, o ile udałoby się znaleźć kogoś zmotoryzowanego – w promieniu dziesięciu kilometrów było zaledwie kilka starych traktorów.

 

Staruszek wychodził z założenia, że usługi jego ciotki mu wystarczyły, podobnie jak każdemu innemu. W końcu nie umarł jeszcze żaden z jej pacjentów, chyba że akurat wybiła jego godzina. Ponadto nikogo nie zabiła, za co poświadczyłby każdy.

Każdy.

Pan Lee był bardzo dumny z ciotki. Poza tym, w promieniu kilometrów nie było nikogo, kto dorównałby jej doświadczeniem. Co prawda nikt nie wiedział, ile kobieta ma lat, włącznie z samą zainteresowaną. Prawdopodobnie przekroczyła już dziewięćdziesiątkę.

Te myśli towarzyszyły panu Lee, gdy dochodził do swoich włości. Chciał przedyskutować całą sprawę z żoną. Być może i całemu światu wydawało się, że to mężczyzna jest głową tej rodziny, ale to było tylko na pokaz. W rzeczywistości bowiem, każda decyzja była podejmowana przez wszystkich jej członków, a przynajmniej przez dorosłych.

To miał być wiekopomny dzień, ponieważ państwo Lee nigdy nie przeżywali kryzysu. Z kolei ich dzieci, które już zresztą dziećmi nie były, miały również wypowiedzieć się w tej sprawie. W ten sposób miała stworzyć się historia, czego pan Lee był w pełni świadomy.

- Mat! - odezwał się do żony swoim pieszczotliwym określeniem. Powstało ono, gdy ich pierworodne dziecko nie umiało wypowiedzieć słowa „matka”.

- Mat, jesteś tam?

- Tak, za domem.

Lee postanowił poczeka

trochę na kobietę w domu. Wewnątrz było jednak gorąco i duszno, więc wyszedł na podwórze i usiadł przy dużym rodzinnym stole, który skrywał się pod trzcinowym dachem. To tam wspólnie spożywali posiłki i spędzali wolny czas.

Pani Lee miała na imię Wan, aczkolwiek jej mąż nazywał ją pieszczotliwie „Mat”. Nazywało ją tak również ich najstarsze dziecko, kiedy nie umiało jeszcze wymawiać „matka”. To określenie przyjęło się wyłącznie w przypadku pana Lee, gdyż żadne z dzieci go już nie używało. Kobieta pochodziła z wioski BaanNoi, podobnie jak jej mąż. Jej rodzina zamieszkiwała to miejsce niemal od zawsze, natomiast ród Lee pochodził z Chin, gdzie żyli jeszcze dwa pokolenia wcześniej.

Wan miała cechy względnie typowe dla kobiet z tej okolicy. Za młodu była bardzo śliczną dziewczyną, lecz wtedy przedstawicielkom jej płci nie dawano zbyt wielu okazji do wykazania się i rozwoju. Nikt nie zachęcał ich do bycia ambitnymi. Niestety, niewiele zmieniło się w tej kwestii również dwadzieścia lat później, co odczuwała także jej córka. Celem pani Lee było znalezienie sobie męża od razu po ukończeniu szkoły. Dlatego też, gdy pojawił się Heng Lee, który oświadczył się i pokazał jej rodzicom przechowywany w banku posag, wzięła go za najlepszą partię w okolicy. Nawet nie przyszło jej do głowy, by zostawić swoich znajomych i poszerzać horyzonty w dużym mieście.

Na swój sposób nawet pokochała Henga Lee. Uczucie jednak szybko wygasło i kobieta stała się bardziej wspólnikiem niż żoną. Razem prowadzili firmę zwaną rodziną, a ich zadaniem było zapewnienie sobie wspólnego bytu.

Wan nigdy nie szukała kochanka. Miała takie propozycje, zarówno przed ślubem, jak i po nim. Gdy je składano, była oburzona. Teraz jednak wracała myślami do tych chwil z pewnym sentymentem. Lee był jej pierwszym i jedynym. Wszystko wskazywało na to, że będzie również ostatnim. Kobieta jednak tego nie żałowała.

Marzyła wyłącznie o wnukach. Była pewna, że dzieci zechcą mieć kiedyś swoje potomstwo. Jednocześnie nie chciała wymuszać na nich małżeństwa, jak było to w jej przypadku. W szczególności nie chciała, by spotkało to jej córkę. Nie miała jednak wątpliwości, że wnuki będą, gdyż to była dla ich dzieci jedyna metoda na zapewnienie sobie zabezpieczenia finansowego na starość. Ponadto wpłynęłoby to pozytywnie na pozycję całej rodziny.

Ta kwestia była bardzo ważna dla pani Lee, podobnie jak rodzinny honor. Nie chciała z kolei więcej materialnych rzeczy, niż udało jej się już zdobyć. Nauczyła się bez nich radzić, aż w końcu zupełnie przestały się dla niej liczyć.

Miała już telefon komórkowy i telewizor. Zasięg antenowy był jednak, delikatnie mówiąc słaby, ale nie była to kwestia zależna od niej. Nie pozostawało więc nic innego, jak tylko czekać, aż rząd postawi w okolicy lepsze nadajniki. Zdaniem kobiety na pewno nastąpi to któregoś dnia. Nie chciała samochodu, bo nie miała ochoty nigdzie jeździć. Ponadto okoliczne drogi były w kiepskim stanie.

To jednak nie były jedyne powody. Dla osób w jej wieku i o jej pozycji, samochód był czymś zdecydowanie poza zasięgiem. Dlatego też zaniechała marzeń o nim dekady temu. Innymi słowy, wystarczał jej rower i stary motocykl, które stanowiły rodzinną flotę transportową.

Pani Lee nie wzdychała również na myśl o złocie, czy eleganckich ubraniach. Marzenia te wybiła jej z głowy wiele lat temu rzeczywistość, wiążąca się z wychowywaniem i utrzymywaniem dwójki dzieci za pensję rolnika. Pomimo tych wszystkich rzeczy, pani Lee była szczęśliwą kobietą. Kochała swoją rodzinę, a także chciała zostać kim jest i gdzie jest, dopóki pewnego dnia Budda nie przywoła jej do domu.

Pan Lee przyglądał się żonie, gdy ta szła w jego kierunku. Kobieta poprawiała coś pod swoim sarongiem. Usiadła na brzegu stołu i podwinęła nogi. Siedziała niczym syrena na skale.

- No dobrze, co ta stara prukwa miała do powiedzenia?

- No przestań, Mat! Przecież ona nie jest taka zła. Może i nie potraficie się dogadać, ale czasami tak bywa, prawda? Nigdy nie powiedziała o tobie złego słowa. Ba, pytała nawet o twoje zdrowie… i o dzieci.

- Czasami bywasz strasznie głupi, Heng. Wyraża się o mnie dobrze i jest dla mnie miła tylko wtedy, gdy dookoła są ludzie. Gdy jednak jesteśmy same, traktuje mnie jak śmiecia i zawsze tak było. Nienawidzi mnie, ale jest zbyt przebiegła, byś się zorientował. Wie bowiem, że stanąłbyś po mojej stronie. Wy mężczyźni wiecie niby wszystko o całym świecie, a nie dostrzegacie rzeczy pod własnym nosem.

- Przez te lata oskarżała mnie o mnóstwo rzeczy… Że niby jestem flejtuchem, nie dbam o dzieci, a raz nawet powiedziała, że moje potrawy śmierdzą, jakbym przyprawiała je kozimi bobkami! Ech, nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Nie wierzysz nawet własnej żonie, prawda? Tak, uśmiechaj się, ale powiem ci, że przez ostatnie trzydzieści lat nie było mi do śmiechu. No, ale dobrze już – co ci powiedziała?

- Właściwie to nic. Tylko mnie zbadała swoją starą metodą. Wiesz – sikanie na mech, plucie na kamień, a potem danie się spryskać alkoholem z tej jej szczerbatej gęby. Na samą myśl mną wzdryga. Obiecała odezwać się jutro, kiedy będzie znała wyniki.

Pan Lee rozejrzał się dookoła.

- Gdzie są dzieci? Nie powinny uczestniczyć w tej rodzinnej dyskusji? – zapytał żonę.

- Nie wydaje mi się. W końcu dalej nic nie wiemy, prawda? A może masz jakieś pomysły?

- Nie bardzo. Pomyślałem, że może pójdę na masaż do tej młodej Chinki… To może pomóc, jeśli nie będzie mnie za mocno tarmosić. Pobierała nauki w północnej Tajlandii i potrafi być dość brutalna… a przynajmniej tak mówią. Wiesz w jakim stanie są moje wnętrzności. Może jednak delikatny masaż zdziała dla nich cuda? Co o tym myślisz, najdroższa?

- Wiem, co masz na myśli przez delikatny masaż. Jeśli o niego ci chodzi, to dlaczego nie poprosisz swojego wuja? Musisz iść do jakiejś młódki?

- Przecież wiesz, że nie lubię, jak dotykają mnie męskie łapy. Tłumaczyłem ci to wielokrotnie, ale dobrze – jeśli masz być zła, to nie pójdę na masaż.

- Ja wcale nie zabroniłam ci iść! Na litość boską, przecież i tak nie mogłabym cię zatrzymać. Jednak masz rację – powiadają, że ona jest dość brutalna, a przez to może ci to przynieść więcej szkód niż korzyści. Uważam po prostu, że lepiej się wstrzymać z taką decyzją, dopóki nie dostaniemy wieści od twojej ciotuni.

- No tak, pewnie masz rację. Nie odpowiedziałaś mi jednak, gdzie są dzieci.

- Bo sama nie wiem. Wydawało mi się, że do tej pory wrócą… Wyszły razem w weekend na jakąś imprezę urodzinową, czy coś innego.

Lee mieli dwójkę dzieci – syna i córkę. Były one dla nich prawdziwym szczęściem, bowiem starali się o potomstwo przez dziesięć lat, aż w końcu urodził się im chłopiec. Dzieciaki miały po dwadzieścia i szesnaście lat, więc państwo Lee przestali starać się o więcej pociech.

Stało się to zresztą dawno temu.

Ich dzieci były dobre, grzeczne i posłuszne. Rodzice byli z nich dumni, a przynajmniej z rzeczy, które o nich wiedzieli. Były to bowiem normalne dzieciaki, o skłonnościach do występków, a także sekretach, których ich rodzice na pewno by nie pochwalili.

Panicz Lee miał na imię Den, ale wołano na niego też Młody Lee. Skończył właśnie dwadzieścia lat, a dwa lata wcześniej ukończył szkołę. Wraz z siostrą mieli szczęśliwe dzieciństwo. Chłopak zaczynał jednak rozumieć, że ojciec zaplanował dla niego bardzo ciężkie życie. Co prawda przez całe życie pracował przed szkołą i po niej, ale był wtedy też czas na piłkę nożną, ping-ponga, a także dziewczyny na szkolnych potańcówkach.

To wszystko jednak minęło, podobnie jak jego szanse na życie seksualne. I tak nie było za bardzo czym się pochwalić w tej kwestii – od czasu do czasu zdarzało się całowanie, a jeszcze rzadziej nieporadne macanki. Jednak od niemal dwóch lat nie zaznał niczego. Den uciekłby do miasta w mgnieniu oka, gdyby tylko wiedział, co miałby tam ze sobą zrobić. Chłopak nie miał jednak wielkich ambicji – kierowała nim tylko chęć częstego uprawiania seksu.

Hormony buzowały w nim do tego stopnia, że pewnego razu nawet koza wydała mu się atrakcyjna. Bardzo go to gryzło przez długi czas.

Zdawał sobie sprawę, że będzie musiał się ożenić. To był konieczny warunek regularnych stosunków z kobietą.

Małżeństwo zaczęło wyglądać zdecydowanie atrakcyjniej. Nawet jeśli jego ceną miałyby być dzieci.

Panienka Lee miała na imię Din. Była bardzo ładną szesnastolatką, która opuściła szkołę latem. W ich okolicy bowiem dziewczyny uczyły się zwykle dwa lata krócej od chłopców. Nie było tak dlatego, że były mniej bystre. Po prostu ich rodzice, a także same zainteresowane, wychodzili z założenia, że im szybciej założą one rodziny, tym lepiej. Ponadto, dziewczynom poniżej dwudziestki, łatwiej było znaleźć męża. Din zaakceptowała tę tradycyjną „mądrość” bez żadnej dyskusji, aczkolwiek jej matka nie była do końca przekonana do tego pomysłu.

Dziewczyna również pracowała przez całe życie – przed szkołą, jak i po niej. Być może nawet ciężej od swojego brata, który i tak nie byłby w stanie tego dostrzec. Praca dziewczyn była bowiem niemal niewolnicza, lecz nie rzucała się mocno w oczy.

Din miała swoje marzenia, a największym był chyba romans. Bardzo chciała poznać mężczyznę, który porwałby ją do Bangkoku. On zostałby lekarzem, a ona spędzała całe dni na zakupach z przyjaciółkami. Dziewczyna także miała problemy z opanowaniem swoich hormonów, ale ich kultura zabraniała jej przyznawania się do nich, nawet przed samą sobą. Gdyby jej ojciec, brat, a nawet matka, nakryli ją na zwykłym uśmiechaniu się do chłopców spoza rodziny, z pewnością zamknęliby ją w ukryciu.

Doskonale o tym wiedziała i bezkrytycznie pogodziła się z takim losem.

Planowała rozpocząć poszukiwania męża jak najszybciej. Matka zdążyła zaoferować jej swoją pomoc w tej kwestii. Obie wiedziały bowiem, że najlepiej nie zwlekać z ustatkowaniem się. Zapobiegało to jakiemukolwiek ryzyku zhańbienia rodu.

Krótko mówiąc, Lee byli typową dla tej społeczności rodziną i sprawiało im to radość. Wiedli życie zgodnie z miejscowymi obyczajami, co uznawali za właściwe, pomimo wywrotowych marzeń dzieci o ucieczce do wielkiego miasta. Problem młodzieży polegał jednak na tym, że ludziom gór od stuleci był wpajany brak ambicji. Dla rządu była to świetna rzecz, bo w przeciwnym wypadku młodzi już dawno uciekliby ze wsi do Bangkoku, a stamtąd do obcych krajów, jak np. Tajwan lub Oman, gdzie pensje były lepsze, a ponadto nie istniała w nich tak mocna presja środowiskowa.

Pomimo tego, wiele młodych dziewczyn udawało się do stolicy Tajlandii. Niektórym udało się znaleźć przyzwoitą pracę. Większość skończyła jednak w seks-branży. Przenosiły się potem do większych miast, a także za granicę, nawet poza Azję. Krążyło wiele okropnych historii na temat takich dziewczyn. Miały one na celu odwieść ich rówieśnice od pójścia tą samą drogą. W wypadku Din i jej matki, metoda ta okazała się skuteczna.

Pan Lee był zadowolony ze swojego życia. Kochał swoją rodzinę, chociaż nieszczególnie przyznawał się do tego poza domem. Był natomiast pewien, że nie chce ich stracić przez jakąś chorobę, która zaczęła w nim narastać jeszcze w młodym wieku.

 

Pan Lee, znany lepiej jako Staruszek Lee (chociaż wiedział, że niektórzy z mniej kulturalnych młodzieńców z wioski nazywali go Starym Capem), był w młodości idealistą. Po ukończeniu szkoły zgłosił się na ochotnika do walk w północnym Wietnamie. Nie miał tam daleko, gdyż mieszkał z rodziną przy granicy z Laosem. Amerykanie bombardowali też jego okolice, dlatego chciał mieć swój udział w powstrzymaniu tych działań.

Dołączył zatem do komunistów i wybrał się do Wietnamu na szkolenie wojskowe. Uczestniczyło w nim wielu podobnych do niego mężczyzn – mieli oni chińskie korzenie i serdecznie dość mieszania się obcych mocarstw w przyszłość ich rodaków. Amerykanie mieszkali tysiące kilometrów dalej, więc co im do tego, kto ma władzę w tej malutkiej części świata? Pan Lee nie był w stanie tego zrozumieć. Jego przecież nigdy nie obchodziło, kogo oni wybierają sobie na prezydenta.

Los jednak chciał, że mężczyzna nie mógł wystrzelać swojego gniewu. Pierwszego dnia po obozie szkoleniowym, został przetransportowany na pole bitwy, gdzie od razu oberwał odłamkiem szrapnela z amerykańskiej bomby. Rana nie zagrażała życiu, lecz była bardzo bolesna. To wystarczyło, żeby wykluczyć go z armii. Największy odłamek pocisku trafił go w górną część lewej nogi, a kilka mniejszych podziurawiło jego podbrzusze. Podejrzewał, że właśnie ta rana stała się źródłem jego obecnego dyskomfortu. Na pewno była ona źródłem plotek, że pan Lee został postrzelony.

Wrócił do domu z chromą nogą oraz odszkodowaniem, wystarczającym na zakup małej farmy. Jednak ze względu na uraz, mężczyzna postanowił nabyć stado kóz, hodować je, a następnie sprzedawać. Noga wydobrzała po roku od jego powrotu. Pan Lee wziął ślub ze śliczną miejscową dziewczyną, którą znał i miłował przez całe życie. Ona również była farmerką i razem wiedli szczęśliwe, lecz skromne życie.

Od tamtego czasu, każdego dnia tygodnia, z wyjątkiem niedziel, pan Lee brał swoje stado w góry na wypas. Latem natomiast zdarzało mu się tam często biwakować, czego nauczył się w wojsku. Wracał do tamtych czasów z nostalgią. Odbierał je jako szczęśliwe, chociaż wtedy z pewnością tak by ich nie nazwał.

W górach nie było już drapieżników, poza ludźmi. Wszystkie tygrysy zostały wybite dawno temu przez Chińczyków, na potrzeby ich branży medycznej. Pan Lee miał na ten temat mieszane uczucia. Z jednej strony wiedział, że była to zła rzecz. Z drugiej natomiast, nie musiał każdej nocy bronić kóz przed atakami dzikich kotów. Zanim kilka tygodni wcześniej dotknęła go choroba, pasał kozy od niemal czterdziestu lat. Znał zatem góry tak dobrze, jak większość ludzi znało swój miejscowy park.

Wiedział doskonale, których miejsc unikać, gdyż w latach 70. Amerykanie pozostawiali tam miny i paczki ze strychniną, których nie usunięto do tej pory. Wiedział też, skąd usunięto już nieprzyjazne materiały, aczkolwiek miesiąc temu jedna z jego kóz przekonała się, że saperzy nie znaleźli wszystkich. Oczywiście szkoda było zwierzęcia, chociaż jej śmierć przyszła szybko, gdy odbity kamień uruchomił minę. Ponadto była w jakimś sensie pożyteczna.

Wszystko to wydarzyło się za daleko od domu, żeby odnieść truchło z powrotem na farmę. Dlatego też pan Lee spędził w górach kilka dni opychając się kozim mięsem, podczas gdy jego rodzina odchodziła od zmysłów, zamartwiając się nad losem mężczyzny.

Staruszek Lee był zadowolonym z życia człowiekiem. Lubił swoją pracę i spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Zdążył pogodzić się z faktem, że nigdy nie będzie bogaty, ani nie wyjedzie więcej za granicę. Z tego powodu byli wraz z żoną szczęśliwi, że mają tylko dwoje dzieci. Kochał oboje po równo i chciał dla nich jak najlepiej. Cieszył się jednak, że skończyły już szkołę i będą mogły poświęcić się pracy na farmie, na której jego żona sadziła zioła i warzywa, a także hodowali trzy świnie i kilka tuzinów kur.

Pan Lee myślał sobie, jak bardzo mógłby rozwinąć swoją farmę, gdyby miał pomocników. Być może udałoby się zdobyć jeszcze tuzin kur, może kilka świń, a także stworzyć pole kukurydzy.

Mężczyzna wybudził się z zadumy.

- A jeśli to coś poważnego, Mat? Nie mówiłem o tym wcześniej, ale w tym tygodniu dwa razy zdarzyło mi się zemdleć, a dwa lub trzy razy niewiele brakowało.

- Dlaczego nic mi o tym nie powiedziałeś?

- No wiesz… Nie chciałem, żebyś się martwiła, a i tak nie mogłabyś mi pomóc, prawda?

- No…Nie osobiście, ale kazałabym ci iść wcześniej do ciotuni. Może nawet wysłałabym cię do lekarza.

- Oj, znasz mnie, Mat. Powiedziałbym wtedy: „zanim wydamy tyle pieniędzy, skonsultujmy się z ciotunią”. Muszę jednak przyznać, że czasami czuję się strasznie dziwnie i trochę się boję jutrzejszych wieści od ciotki.

- Ja też. Naprawdę tak źle się czujesz?

- Czasami. Po prostu nie mam wcale siły. Kiedyś mogłem biegać i skakać razem z kozami, ale teraz męczę się od samego patrzenia na nie! Coś się święci. Jestem tego pewien.

- Patrz, To - to było jej zdrobnienie dla niego, które oznaczało ‘tatę’. - Dzieci przyszły. Chcesz je wprowadzić w temat?

- Nie. Masz chyba rację i nie warto zawracać im teraz głowy. Wydaje mi się, że ciotka pośle po mnie jutro późnym popołudniem, więc na razie powiedz im, że będziemy mieli rodzinne spotkanie przy herbacie i mają na nie przyjść.

Mężczyzna wstał.

- A teraz pójdę się chyba położyć. Znowu czuję zmęczenie. Plwociny ciotuni ożywiły mnie na chwilę, ale już przestały działać. Powiedz im, że nic mi nie jest, ale poproś Dena, żeby jutro wyprowadził za mnie kozy, dobrze? Nie musi łazić z nimi nie wiadomo jak daleko. Wystarczy, że przejdzie się do strumyka, żeby poskubały trochę wodorostów i napiły wody… Przez dzień lub dwa nic im nie będzie. A gdy znajdziesz chwilę, mogłabyś zrobić mi tej swojej specjalnej herbaty? Tej z imbirem, anyżem, itd. To powinno mnie trochę ożywić. Aaa, może jeszcze trochę pestek melona lub słonecznika…I poprosisz Din, żeby je dla mnie wyłuskała?

- A może półmisek zupy? To twoja ulubiona… - spytała żona.

- No dobrze, ale jeśli zasnę, to postaw ją na stole. Zjem później zimną.

W tym momencie w domu pojawili się Din i Den.

- Dzień dobry, dzieci – przywitał je ojciec. - Położę się dziś wcześniej, ale nie martwcie się. Nic mi nie jest. Matka powie wam więcej. To chyba tylko jakaś infekcja. Dobranoc wszystkim.

- Dobranoc, To - odpowiedzieli wszyscy.

Din wyglądała na szczególnie zatroskaną, gdy niespokojnie patrzyli na oddalającego się pana Lee, a następnie na siebie nawzajem.

Mężczyzna leżał sobie cicho w ciemności. Czuł, że coraz mocniej rwało go w bokach. To prawie jak ze spróchniałym zębem, który przysparza najwięcej kłopotów po ułożeniu się w łóżku. Pan Lee był jednak tak zmęczony, że zasnął jeszcze zanim przyniesiono mu herbatę, zupę i pestki.

Reszta rodziny siedziała w półmroku przy dużym stole na zewnątrz. Rozmawiali o kłopocie pana Lee ściszonymi głosami, chociaż i tak nikt by ich nie usłyszał.

- Mamo, czy To umrze? - spytała Din, niemal szlochając.

- Nie, skarbie. Nie umrze - odparła kobieta. - Przynajmniej tak mi się wydaje.