Miłość, wolność, samotność

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość, wolność, samotność
Miłość, wolność, samotność
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,98  51,98 
Miłość, wolność, samotność
Audio
Miłość, wolność, samotność
Audiobook
Czyta Iwona Milerska
34,99  25,54 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

CZĘŚĆ I

Miłość

1. Czułostki

2. Rzeczywistość i fikcja – krok pierwszy

3. Dobre strony bycia samolubnym

4. Całkowity brak przywiązania

Pytania

CZĘŚĆ II

Od związku do współodczuwania

5. Niekończący się miodowy miesiąc

6. Od pożądania – przez miłość – do stania się kochającym

7. Niech będzie przestrzeń

8. Koan związku

Pytania

CZĘŚĆ III

Wolność

9. Tabula rasa

10. Fundamentalne niewolnictwo

11. Uważaj na papieży

12. Czy istnieje życie po seksie?

13. Potrzebna jest wioska

Pytania

CZĘŚĆ IV

Samotność

14. Samotność to twoja natura

15. Sami sobie obcy

16. Samotni i wybrani

17. Lew i owca

Pytania

UWAGA

ZAKOŃCZENIE

O autorze

Ośrodek Medytacji OSHO

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału

LOVE, FREEDOM, ALONENESS

The Koan of Relationships

Redakcja

Krystyna Podhajska

Projekt okładki

Magda Kuc

Zdjęcie na okładce

Evgeniya Uvarova/Shutterstock

Korekta

Dorota Castricum, Agata Rękawek

Copyright © 2004 Osho International Foundation, Switzerland, www.osho.com

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, 2007

Materiał zawarty w tej książce pochodzi z różnych wystąpień publicznych Osho z okresu ponad 30 lat. Wszystkie wykłady Osho zostały wydane w całości w formie książkowej i są również dostępne w postaci oryginalnych nagrań. Nagrania dźwiękowe i pełny zbiór tekstów można znaleźć w internecie: OSHO Library, www.osho.com

OSHO jest zarejestrowanym znakiem handlowym, którego używanie wymaga zgody lub licencji.

Wydanie III

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-111-6


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie #Zecer#.

Przedmowa

W Uczcie Platona Sokrates wypowiada takie słowa:

Człowiek, który doświadcza tajemnicy miłości, będzie miał do czynienia nie z obrazem prawdy, ale z jej istotą. Kto jest świadomy tego błogosławieństwa ludzkiej natury, nigdzie nie znajdzie większego wsparcia niż w miłości.

Przez całe życie mówiłem o miłości, na tysiąc różnych sposobów, ale przesłanie zawsze pozostawało takie samo. Wystarczy pamiętać o jednej podstawowej rzeczy: to, co ty uważasz za miłość, nie jest miłością. Zarówno Sokrates, jak i ja mamy na myśli inną miłość.

Miłość, którą znasz, jest tylko potrzebą biologiczną; zależy wyłącznie od reakcji chemicznych i hormonów, może się bardzo łatwo odmienić. Wystarczy mała zmiana w chemii twojego organizmu, a miłość, którą uważałeś za najwyższą prawdę, zwyczajnie zniknie. Pożądanie nazwałeś miłością. Powinieneś pamiętać o tym, że one się różnią.

Sokrates mówi: „Człowiek, który doświadcza tajemnicy miłości…”. Pożądanie nie ma żadnych tajemnic. Jest prostą biologiczną grą; wie o tym każde zwierzę, każdy ptak, każde drzewo. I z pewnością miłość kryjąca w sobie tajemnice będzie zupełnie różna od tej, której zwykle doświadczasz.

Człowiek, który doświadcza tajemnicy miłości, będzie miał do czynienia nie z obrazem prawdy, ale z jej istotą.

Miłość, która da ci kontakt z prawdą, może się zrodzić wyłącznie w twojej świadomości – nie w twoim ciele, ale w samej istocie ciebie. Pożądanie rodzi się w twoim ciele, miłość – w świadomości. Ludzie nie znają swojej świadomości i stąd wynikają nieporozumienia – cielesne pożądanie biorą za miłość.

Bardzo niewielu ludzi poznało miłość. Ci ludzie stali się tacy cisi, tacy spokojni… Poprzez tę ciszę i ten spokój weszli w kontakt z własną istotą, z własną duszą. Gdy raz nawiążesz kontakt ze swoją duszą, miłość przestaje być dla ciebie związkiem, staje się twoim cieniem. Dokądkolwiek się udajesz, z kimkolwiek jesteś, masz podejście pełne miłości.

To, co obecnie nazywasz miłością, jest skierowane do kogoś, ograniczone do jego osoby. A miłość nie jest czymś, co można ograniczać. Możesz ją trzymać w otwartych dłoniach, lecz nie w garści. Gdy zamkniesz dłonie, okaże się, że są one puste; gdy je otworzysz, cała egzystencja stanie do twojej dyspozycji.

Sokrates ma rację: ten, kto zna miłość, zna również prawdę. Są to bowiem dwa słowa nazywające jedno doświadczenie. I wiedz, że jeśli nie poznałeś prawdy, nie poznałeś również miłości.

Kto jest świadomy tego błogosławieństwa ludzkiej natury, nigdzie nie znajdzie większego wsparcia niż w miłości.

CZĘŚĆ I
Miłość

Zapewne zdziwi cię fakt, że angielskie słowo love (miłość) pochodzi od sanskryckiego słowa lobha, oznaczającego żądzę. Być może to tylko przypadek, ale mam wrażenie, że jednak nie. Musi się za tym coś kryć, jakaś alchemia. I rzeczywiście: zawoalowana żądza nazywana jest miłością.

Miłość to dzielenie się; pożądanie to gromadzenie. Pożądanie zawsze chce, ale nigdy nie daje, a miłość zna jedynie dawanie i nigdy nie prosi o nic w zamian; jest bezwarunkowym dzieleniem się. Musi istnieć jakiś powód, dla którego lobha w języku angielskim stała się miłością. Lobha dzięki wewnętrznej alchemii staje się miłością.

 

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1. Czułostki

Nie jest miłością to, co bierzemy za miłość. To, co bierzemy za miłość, jest tylko przebraniem; kryje się za nią coś innego. To, co bierzemy za miłość, jest potrzebą; prawdziwa miłość nie zna żądań, jedynie radość dawania.

Zwyczajna miłość zbyt często udaje. Ta prawdziwa jest bezpretensjonalna; po prostu jest. Zwyczajna miłość wywołuje niemal mdłości, to przesłodzone, błahe czułostki. Mdlące i obrzydliwe. Prawdziwa miłość jest pokarmem, wzmacnia twoją duszę. Zwyczajna miłość karmi jedynie twoje ego – nie to, kim naprawdę jesteś, ale twoje fałszywe ja. Pamiętaj: fałsz zawsze karmi fałsz, a prawda – prawdę.

Stań się sługą prawdziwej miłości, a mam tu na myśli miłość w jej najczystszej postaci. Dawaj, dziel się wszystkim, co masz, dziel się tym i ciesz. Nie traktuj tego jak obowiązku, bo zniknie cała radość. I nawet przez moment nie wyobrażaj sobie, że możesz drugiego człowieka do czegoś zobowiązać. Miłość nigdy nie zobowiązuje. W rzeczywistości jest odwrotnie – to ty, dając miłość, odczuwasz zobowiązanie.

Miłość nigdy nie czeka na nagrodę, nawet na podziękowanie. Jeśli druga strona okazuje wdzięczność, miłość zawsze jest zaskoczona – przyjemnie zaskoczona, ponieważ niczego w zamian nie oczekiwała.

Prawdziwej miłości nie da się zasmucić, ponieważ nie ma ona żadnych wymagań. W nieprawdziwej nigdy nie znajdziesz spełnienia, gdyż stawia ona tak wiele żądań, że cokolwiek uczynisz, nigdy nie będzie dość. Oczekiwania są tak ogromne, że nikt nie może im sprostać. Toteż nieprawdziwa miłość zawsze wywołuje frustrację, a prawdziwa daje spełnienie.

Kiedy mówię: „Stań się sługą miłości”, nie mam na myśli stawania się sługą osoby, którą kochasz. Nie mówię, byś się stał sługą ukochanej osoby. Chcę, byś się stał sługą miłości. Powinieneś uwielbiać czystą ideę miłości. Osoba, którą kochasz, jest tylko jednym z ucieleśnień tej idei, a cała egzystencja zawiera w sobie miliony form, w których przejawia się miłość. Kwiat jest jedną z jej form, księżyc kolejną, kochanek jeszcze inną… Twoje dziecko, twoja matka, twój ojciec, oni wszyscy są formami, falami na oceanie miłości. Nigdy jednak nie stawaj się niewolnikiem tego, kogo kochasz. Nie zapomnij, że to tylko jedna, mała część miłości.

Służ miłości za pośrednictwem ukochanej osoby, ale nigdy się nie przywiązuj. Kiedy nie czujesz przywiązania, miłość wznosi się na wyżyny. Z chwilą, gdy się przywiążesz, zaczynasz lecieć w dół. Przywiązanie jest rodzajem grawitacji – brak przywiązania to łaska. Nieprawdziwa miłość jest właśnie przywiązaniem, prawdziwa jest niezależna.

Nieprawdziwa miłość pełna jest troski, ciągle zaniepokojona. Prawdziwa miłość jest uprzejma, lecz spokojna. Jeśli naprawdę kogoś kochasz, będziesz miał na względzie jego potrzeby, ale nie będziesz się przejmował jego głupimi fanaberiami. Będziesz się troszczył o jego potrzeby, ale nie będziesz zaspokajał jego wydumanych żądz. Nie zrobisz niczego, co mogłoby go skrzywdzić. Na przykład nie będziesz karmił jego ego, mimo że będzie się ono tego domagać. Osoba troszcząca się zanadto i przywiązana będzie wypełniać żądania ego – czyli zatruwać ukochanego. Rozwaga pozwoli ci dostrzec, że coś nie jest prawdziwą potrzebą, a jedynie potrzebą ego; nie będziesz się nią przejmował.

Miłość zna współczucie, ale nie zna obaw. Bywa trudna, bo czasem musi taka być. Bywa pełna rezerwy. Jeśli to potrzebne – nabiera dystansu. Czasem jest lodowata; jeśli lepiej, by była zimna – staje się zimna. Bez względu na to, jaka jest potrzeba, miłość będzie współodczuwająca, ale spokojna. Nie będzie zaspokajać żadnych nierzeczywistych potrzeb; nie będzie realizować niczyich niegodziwych pomysłów.

Poszukuj w miłości, medytuj nad nią, eksperymentuj. Jest ona najwspanialszym życiowym eksperymentem, a ci, którzy żyją, nie eksperymentując z energią miłosną, nie dowiedzą się, czym jest życie. Będą się poruszać po jego powierzchni, ale nigdy nie wejdą w nie głębiej.

Moje nauki nastawione są na miłość. Bez problemu mogę odrzucić słowo „Bóg” – ale nie odrzucę słowa „miłość”. Jeśli miałbym wybierać między słowem „miłość” a słowem „Bóg”, wybrałbym miłość; zapomniałbym o Bogu, ponieważ ci, którzy znają miłość, i tak poznają Boga. Nie działa to jednak w drugą stronę: ci, którzy myślą i filozofują o Bogu, być może nigdy nie poznają miłości; zresztą Boga też nie.

2. Rzeczywistość i fikcja – krok pierwszy

Kochaj siebie i obserwuj – dzisiaj, jutro, zawsze.

Zacznijmy od jednej z najważniejszych nauk Gautamy Buddy:

Kochaj siebie.

Wszystkie tradycje świata, cywilizacje, kultury, kościoły nauczają czegoś zupełnie przeciwnego. Mówią: „Kochaj innych, nie siebie”. Za tą nauką kryje się pewna przebiegła strategia.

Miłość jest pokarmem dla duszy. Miłość jest dla duszy tym, czym jedzenie dla ciała. Bez jedzenia ciało jest słabe; bez miłości dusza jest słaba. Żadne państwo, żaden kościół, żaden kapitalista nie chce, by ludzie mieli silne dusze, gdyż człowiek przepełniony energią duchową jest potencjalnym buntownikiem.

Miłość zmienia cię w buntownika, rewolucjonistę.Miłość daje ci skrzydła, byś mógł szybować wysoko. Miłość pozwala ci wniknąć w istotę rzeczy, tak że nikt nie może cię zwieść, wykorzystać ani zniewolić. A księża i politycy funkcjonują dlatego, że mogą żerować na tobie, że mogą wykorzystywać innych.

Wszyscy księża i politycy to pasożyty. Znaleźli niezawodną, w stu procentach skuteczną metodę, by cię osłabić duchowo. Wpajają ci, byś przestał kochać siebie. Jeśli bowiem człowiek nie potrafi pokochać siebie, nie potrafi również pokochać nikogo innego. Ich nauka jest bardzo podstępna. Mówią: „Kochaj innych”, ponieważ wiedzą, że jeśli nie kochasz siebie, nie jesteś w stanie kochać w ogóle. Po wielokroć powtarzają: „Kochaj innych, kochaj ludzkość, kochaj Boga. Kochaj naturę, kochaj swoją żonę, swojego męża, kochaj swoje dzieci, rodziców”. Ale nie kochaj siebie – ponieważ ich zdaniem jest to egoistyczne. Potępiają miłość do samego siebie bardziej niż cokolwiek innego.

Dołożyli wszelkich starań, by ich nauki wyglądały logicznie. Mówią: „Jeśli kochasz siebie, staniesz się egoistą, staniesz się narcyzem”. To nieprawda.

Człowiek kochający siebie odkrywa, że nie ma w nim ego. To przez kochanie innych bez kochania siebie, przez usiłowanie kochania innych, ego wzrasta. Misjonarze, reformatorzy społeczeństwa i działacze społeczni mają najbardziej rozbudowane ego. To oczywiste, bo wydaje im się, że są nadludźmi. Nie są zwyczajni – zwyczajni ludzie kochają samych siebie. Oni kochają innych, kochają ideały, kochają Boga.

Cała ich miłość jest fałszywa, ponieważ nie ma solidnej bazy.

Człowiek, który kocha siebie, stawia pierwszy krok w stronę prawdziwej miłości. To jak wrzucenie kamienia do spokojnego jeziora: najpierw wokół tego kamienia, w jego pobliżu, pojawią się kręgi – to oczywiste, gdzież indziej mogłyby się pojawić? Następnie kręgi zaczną się rozchodzić, aż dotrą do najodleglejszych brzegów. Jeśli powstrzymasz powstawanie kręgów na wodzie w pobliżu kamienia, te dalsze w ogóle się nie pojawią. Nie ma nadziei, że utworzą się takie, które mogłyby dotrzeć do brzegu; to niemożliwe.

Księża i politycy uświadomili sobie ten fenomen: powstrzymaj ludzi od kochania samych siebie, a zniszczysz ich zdolność kochania w ogóle. Cokolwiek uznają za miłość, będzie jedynie pseudomiłością. To może być obowiązek, ale nie miłość – a obowiązek to brzydki dziewięcioliterowy wyraz. Rodzice wypełniają obowiązki wobec swoich dzieci, dzieci w zamian wypełniają obowiązki wobec rodziców. Żona ma wiele zobowiązań wobec męża, mąż wobec żony. Gdzie tu jest miłość?

Miłość nie zna pojęcia obowiązku. Obowiązek to brzemię, formalność. Miłość jest radością, dzieleniem się, miłość nie jest formalna. Kochając, nie odczuwasz nigdy, że zrobiłeś już wystarczająco dużo; czujesz, że zawsze możesz zrobić więcej. Kochanek nigdy nie myśli: „Zobowiązałem kogoś”. Wręcz przeciwnie – myśli: „Jestem wdzięczny za to, że moja miłość została przyjęta. Druga osoba wyświadczyła mi uprzejmość, przyjmując mój dar, nie odrzucając go”.

Człowiek obowiązkowy myśli: „Jestem lepszy, uduchowiony, wyjątkowy. Spójrzcie, jak służę innym ludziom!”. Ci słudzy ludzkości są najbardziej fałszywymi i przebiegłymi ludźmi na świecie. Jeśli pozbylibyśmy się ich, ludzkość zrzuciłaby brzemię, znów poczułaby się lekka, roztańczona i rozśpiewana.

Tymczasem przez wieki wasze korzenie były odcinane i zatruwane. Doprowadzono do tego, że boicie się nawet kochać samych siebie – a jest to pierwszy krok do miłości, jej pierwsze doświadczenie. Człowiek, który kocha siebie, szanuje siebie. A człowiek, który kocha i szanuje siebie, szanuje również innych, ponieważ wie: „Inni są tacy jak ja. I podobnie jak ja zasługują na miłość, szacunek, respekt”. Zaczyna być świadomy tego, że w najważniejszych sprawach nie ma między nami różnic. Jesteśmy jednością. Podlegamy tym samym prawom. Budda mówi, że podlegamy temu samemu wiecznemu prawu – aes dhammo sanantano. Możemy być odmienni w szczegółach – jest to piękne i wprowadza różnorodność – ale w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy częścią tej samej natury.

Człowiek, który kocha siebie, odnajduje w tej miłości radość, czuje taką błogość, że wkrótce miłość zaczyna go przepełniać, przenosić się na innych. Musi się przenosić! Jeśli żyjesz miłością, potrzebujesz się nią podzielić. Nie będziesz w nieskończoność kochać jedynie siebie, gdyż bardzo szybko zdasz sobie sprawę z tego, że jeśli miłość do jednej osoby, do samego siebie, jest tak niesamowicie ekstatyczna i piękna, to podzielenie się nią z innymi wywoła o wiele większą ekstazę!

Kręgi na wodzie będą się rozchodzić dalej i dalej. Kochasz innych ludzi, następnie zaczynasz kochać zwierzęta, ptaki, drzewa, skały. Możesz wypełnić cały wszechświat swoją miłością. Wystarczy jeden człowiek, aby wypełnić cały wszechświat miłością, tak jak pojedynczy kamień wypełni całe jezioro rozchodzącymi się kręgami; niewielki kamyk.

Tylko Budda może powiedzieć: „Kochaj siebie”. Żaden ksiądz, żaden polityk się z tym nie zgodzi, ponieważ zburzyłoby to wzniesiony przez nich gmach, całą strukturę wyzysku. Jeśli człowiekowi nie wolno kochać siebie, jego duch, jego dusza stają się z każdym dniem słabsze i słabsze. Jego ciało może się rozwijać, ale nie rozwinie się jego wnętrze, ponieważ brak mu pokarmu. Pozostanie on ciałem prawie bez duszy lub jedynie z potencjałem, możliwością powstania duszy. Dusza jest jak nasionko – i pozostanie nim, jeśli nie znajdzie odpowiedniej gleby miłości, by mogła wzrastać. A nie znajdzie jej, jeśli podporządkujesz się temu głupiemu poleceniu: „Nie kochaj siebie”.

Ja także nauczam, byś w pierwszej kolejności kochał siebie. Nie ma to żadnego związku z ego. W rzeczywistości miłość jest tak silnym światłem, że nie mogą przy nim istnieć mroki ego. Jeśli kochasz innych, jeśli skupiasz swą miłość na innych, to sam będziesz żył w ciemności. Skieruj światło najpierw na siebie, stań się przede wszystkim światłem dla samego siebie. Pozwól światłu rozproszyć twój wewnętrzny mrok, twoją wewnętrzną słabość. Pozwól miłości wytworzyć w tobie ogromną moc, siłę duchową.

Gdy twoja dusza stanie się silna, będziesz wiedział, że nie umrzesz, że jesteś nieśmiertelny, że jesteś wieczny. Miłość daje ci pierwszy wgląd w nieskończoność. Miłość jest jedynym doświadczeniem, które pokonuje czas – dlatego ci, którzy kochają, nie boją się śmierci. Miłość nie zna śmierci. Jedna chwila miłości znaczy więcej niż cała wieczność.

Ale miłość musi się zacząć od początku, od tego pierwszego kroku:

„Kochaj siebie”.

Nie potępiaj siebie. Potępiano cię tak często i ty to zaakceptowałeś. Teraz wymierzasz sobie karę. Nie doceniasz siebie, nie uważasz, że jesteś cudownym dziełem Boga; nie czujesz się potrzebny. Te toksyczne myśli biorą się stąd, że zostałeś zatruty. Wyssałeś truciznę z mlekiem matki – i to stanowi całą twoją przeszłość. Ludzkość żyła w gęstym mroku samopotępienia. Jakże mógłbyś się rozwijać, jeśli potępiasz siebie? Jak mógłbyś dojrzeć? A ponadto – jeśli potępiasz siebie, jak mógłbyś szanować egzystencję? Jeśli nie możesz docenić wartości własnej egzystencji, nie docenisz także wartości egzystencji innych; to niemożliwe.

 

Możesz się stać częścią całości, tylko jeśli szanujesz Boga mieszkającego w tobie. Jesteś gospodarzem, Bóg jest twoim gościem. Kochając siebie, będziesz wiedział: Bóg cię wybrał, byś nosił go w sobie. Wybierając ciebie, obdarzył cię szacunkiem, pokochał cię. Stworzył cię, okazując w ten sposób miłość do ciebie. Nie stworzył cię przez przypadek; stworzył cię w pewnym konkretnym celu, z konkretnymi możliwościami; chce, byś dostąpił konkretnej chwały. Tak, Bóg stworzył człowieka na własne podobieństwo. Człowiek musi się stać Bogiem. Dopóki tego nie zrobi, nie poczuje spełnienia, satysfakcji.

Ale jak stać się Bogiem? Twoi księża mówią, że jesteś grzesznikiem. Mówią, że jesteś przeklęty, skazany na pójście do piekła. Sprawiają, że bardzo się boisz pokochać siebie. Ich sztuczki polegają na podcinaniu korzeni miłości. To bardzo sprytni ludzie, a ich zawód wymaga ogromnej przebiegłości. Nawołują: „Kochaj innych”, ale to wszystko jest jakby z plastiku, sztuczne; to jedynie poza, gra.

Mówią: „Kochaj ludzkość, kraj, z którego pochodzisz, ziemię ojczystą, życie, egzystencję, Boga”. Są to wielkie słowa, ale całkowicie pozbawione znaczenia. Czy spotkałeś się kiedyś z ludzkością? Spotykasz jedynie istoty ludzkie – i potępiłeś pierwszego człowieka, którego spotkałeś, czyli samego siebie.

Nie szanowałeś i nie kochałeś siebie. A teraz zamierzasz zmarnować swoje życie, potępiając innych. Właśnie dlatego ludziom tak łatwo przychodzi wytykanie cudzych błędów. Znajdują w sobie wiele wad – więc jak mogliby uniknąć dostrzegania tych samych wad u innych? Oczywiście, że je znajdą i wyolbrzymią do monstrualnych rozmiarów. Wydaje im się, że to jedyne wyjście; muszą to robić, aby zachować twarz. Dlatego tak dużo jest wszędzie krytyki, a tak mało miłości.

Uważam, że to jedna z najznakomitszych sutr Buddy i jedynie osoba oświecona może ci dać tak mądrą wskazówkę.

Budda mówi: „Kochaj siebie…”. Może się to stać podstawą radykalnej przemiany. Nie bój się kochać siebie. Kochaj bezgranicznie, a będziesz zaskoczony: dzień, kiedy przestaniesz potępiać i lekceważyć siebie, kiedy odrzucisz ideę grzechu pierworodnego, kiedy zaczniesz myśleć o sobie, jak o kimś wartościowym i kochanym przez egzystencję – ten właśnie dzień przyniesie ci poczucie błogosławieństwa. Od tego dnia zaczniesz dostrzegać ludzi rozpromienionych prawdziwym światłem, zaczniesz współodczuwać. I nie będzie to współczucie wyuczone, ale naturalne i spontaniczne.

Osoba, która kocha siebie, bardzo łatwo może wejść w stan medytacji, ponieważ medytowanie oznacza po prostu przebywanie z samym sobą. Jeśli nienawidzisz siebie – a tak właśnie jest, tak ci kazano i ty się na to godzisz – jeśli więc nienawidzisz siebie, jak mógłbyś przebywać ze sobą? A medytacja to nic więcej, jak czerpanie radości z bycia samemu. Czczenie siebie jest esencją medytacji.

Medytacja nie jest relacją pomiędzy dwiema osobami; jesteś samowystarczalny. Jesteś skąpany we własnej chwale, we własnym blasku. Cieszysz się, ponieważ żyjesz, ponieważ jesteś.

Największym cudem świata jest to, że istniejesz ty, że istnieję ja. Istnienie jest najwspanialszym cudem – a medytacja otwiera do niego drzwi. Lecz jedynie człowiek, który kocha siebie, może medytować; bez tej miłości zawsze uciekasz od siebie, unikasz samego siebie. Kto chciałby patrzeć na brzydką twarz i kto chciałby poznać bliżej brzydką istotę? Kto chciałby pogrążyć się we własnym błocie, własnym mroku? Kto chciałby wstąpić do piekła, którym jest? Chcesz trzymać siebie pod przykryciem z pięknych kwiatów i robić uniki.

Dlatego ludzie zawsze szukają towarzystwa. Nie mogą być sami; chcą się otaczać innymi. Szukają każdego rodzaju towarzystwa; wszystko jest dla nich lepsze niż samotność. Spędzą trzy godziny w kinie na oglądaniu czegoś głupiego. Będą czytać godzinami powieści detektywistyczne, tracąc czas. Będą czytać w kółko tę samą gazetę, byleby tylko się czymś zająć. Będą grać w karty i w szachy tylko po to, aby zabić czas – tak, jakby mieli go zbyt dużo!

Nie mamy zbyt dużo czasu. Nie mamy go wystarczająco dużo, by rosnąć, by być i by się wszystkim nacieszyć.

Jest to jeden z podstawowych problemów wykreowanych przez niewłaściwe wychowanie: unikasz siebie. Ludzie siedzą przed telewizorami, przyklejeni do krzeseł przez cztery, pięć, a nawet sześć godzin. Przeciętny Amerykanin ogląda telewizję przez pięć godzin dziennie, a choroba ta rozprzestrzeni się w końcu na cały świat. A co można tam zobaczyć? Co stamtąd otrzymać? Można jedynie popsuć sobie wzrok…

Zawsze tak się działo; nawet wtedy, gdy nie było jeszcze telewizji, były inne rzeczy. Problem jest ten sam: jak unikać siebie z powodu własnej brzydoty? A kto cię tak oszpecił? – twoi tak zwani religijni ludzie, papieże, shankaracharjasini. Oni są odpowiedzialni za niszczenie waszych twarzy – i odnieśli sukces; sprawili, że każdy uważa się za brzydkiego.

Każde dziecko rodzi się piękne, ale zaraz potem zaczynamy zniekształcać jego piękno, okaleczając je na różne sposoby, paraliżując, zakłócając jego proporcje, pozbawiając je równowagi. Prędzej czy później zaczyna ono odczuwać do siebie taki wstręt, że gotowe jest związać się z każdym. Może nawet iść do prostytutki, aby tylko uniknąć siebie.

Budda mówi: „Kochaj siebie”. To może zmienić świat. Może zniszczyć całą okropną przeszłość. Może zapoczątkować nadejście nowego wieku, może być początkiem dla nowej ludzkości.

Dlatego tak wielki nacisk kładę na miłość – lecz miłość zaczyna się w tobie, dopiero później może się rozprzestrzeniać. A robi to sama z siebie; ty nie musisz jej w żaden sposób pomagać.

Budda mówi: „Kochaj siebie” i dodaje: „A także obserwuj”. Tym jest medytacja – oto, jak Budda określa medytację. Ale pierwszym warunkiem jest kochać siebie, a dopiero później obserwować. Jeśli nie kochasz siebie, a zaczynasz obserwować, możesz poczuć się tak, jakbyś popełniał samobójstwo! Wielu buddystów tak się czuło, ponieważ nie zwracało uwagi na pierwszą część sutry. Od razu przechodzili do drugiej: obserwowania siebie. Tak naprawdę nigdy nie natknąłem się na żaden komentarz do Dhammapady, który omawiałby znaczenie słów: „Kochaj siebie”.

Sokrates mówi: „Poznaj siebie”, a Budda: „Pokochaj siebie”. I to on jest dużo bliższy prawdy, ponieważ dopóki nie pokochasz siebie, nie będziesz mógł siebie poznać – poznanie przychodzi później. Miłość przygotowuje grunt. Stwarza możliwość poznania siebie i pomaga ci w tym.

Zatrzymałem się kiedyś u buddyjskiego mnicha Jagdisha Kashyapa; niestety już nieżyjącego. Był dobrym człowiekiem. Rozmawialiśmy o Dhammapadzie i natknęliśmy się na tę sutrę, a on zaczął mówić o obserwowaniu siebie, tak jakby nie zauważył pierwszej części. Żaden tradycjonalistyczny buddysta nigdy nie zwraca uwagi na pierwszą część tej sutry; po prostu ją omija.

Powiedziałem do niego: „Poczekaj! Przeoczyłeś coś bardzo istotnego. Obserwowanie jest drugim krokiem, a ty robisz z niego krok pierwszy. Ono nie może być pierwszym krokiem”.

Przeczytał sutrę jeszcze raz i zmieszany powiedział: „Przez całe życie czytałem Dhammapadę i przeczytałem ją zapewne z milion razy. Jest ona moją codzienną poranną modlitwą, znam ją niemal na pamięć, ale nigdy do głowy mi nie przyszło, że »Kochaj siebie« to pierwsza część medytacji, a obserwowanie to druga”.

Dotyczy to miliona buddystów na całym świecie – dotyczy również neobuddystów, ponieważ obecnie buddyzm rozwija się na Zachodzie. Nadszedł tam czas na Buddę – teraz Zachód jest gotowy, aby zrozumieć jego nauki, i popełnia ten sam błąd. Nikomu do głowy nie przyjdzie, że kochanie siebie musi być podstawą poznania siebie, obserwowania siebie… Ponieważ dopóki nie pokochasz siebie, nie poznasz prawdy o sobie. Będziesz tego unikał. Obserwowanie może być twoim sposobem unikania siebie.

Po pierwsze: „Kochaj siebie i obserwuj – dziś, jutro, zawsze”.

Wytwórz dokoła siebie miłosną energię. Kochaj swoje ciało, kochaj swój umysł. Kochaj cały swój organizm. „Kochaj” oznacza „akceptuj takim, jakie jest”. Nie staraj się niczego tłumić. Tłumisz to, czego nienawidzisz, czemu jesteś przeciwny. Nie tłum, ponieważ jeśli stłumisz, nie będziesz w stanie obserwować. Nie można spojrzeć głęboko w oczy wrogowi. Można patrzeć w oczy jedynie ukochanej osobie. Jeśli nie kochasz siebie, nie będziesz mógł spojrzeć sobie w oczy, spojrzeć na swoją twarz, na swoją rzeczywistość.

Obserwowanie jest medytacją; tak ją określa Budda. „Obserwuj” jest hasłem przewodnim Buddy. Mówi on: Bądź świadomy, uważny; nie bądź nieświadomy. Nie zachowuj się jak większość ludzi, jakbyś spał. Nie zachowuj się jak maszyna, jak robot.

Mike właśnie wprowadził się do nowego mieszkania i postanowił zapoznać się z sąsiadem z naprzeciwka. Gdy otworzyły się drzwi, ku jego przyjemnemu zaskoczeniu ukazała się w nich piękna, młoda blondynka ubrana w przeźroczysty peniuar.

Mike spojrzał jej w oczy i wypalił:

– Cześć! Jestem twoim nowym cukrem z naprzeciwka, czy mogę pożyczyć szklankę sąsiada?

Ludzie żyją nieświadomie. Nie zdają sobie sprawy z tego, co mówią, z tego, co robią – nie obserwują. Zgadują, zamiast patrzeć, brak im wglądu, nie mogą go mieć. Tworzy się on jedynie poprzez obserwację; i wtedy jesteś w stanie widzieć nawet z zamkniętymi oczami. W tej chwili nie widzisz nawet z otwartymi. Zgadujesz, wnioskujesz, narzucasz, planujesz.

Grace leży na kozetce u psychiatry.

– Zamknij oczy i odpręż się – mówi terapeuta – a ja przeprowadzę eksperyment.

Wyjmuje z kieszeni skórzany pokrowiec z kluczami, otwiera go i potrząsa nim.

– Co przypomina ci ten dźwięk? – pyta.

– Seks – odpowiada Grace.

Terapeuta zamyka pokrowiec i dotyka nim skierowanej wnętrzem do góry dłoni dziewczyny. Jej ciało sztywnieje.

– A to? – pyta psychiatra.

– Seks – nerwowo odpowiada Grace.

– Teraz otwórz oczy – mówi lekarz – i powiedz mi, dlaczego to, co robiłem, pobudziło cię seksualnie.

Grace z wielkim trudem otwiera oczy. Widzi pokrowiec na klucze w ręku psychiatry i na jej twarzy pojawia się rumieniec.

– Cóż… hm, od czego by tu zacząć – mamrocze. – Wydawało mi się, że pierwszy dźwięk, który usłyszałam, to był dźwięk rozsuwania pańskiego suwaka…

Twój umysł stale coś tworzy – tworzy siebie. Nieustannie ingeruje w rzeczywistość, ubarwia ją i wyostrza, nadaje jej zupełnie inny kształt. Umysł nigdy nie pozwala ci zobaczyć tego, co istnieje w rzeczywistości; pozwala ci zobaczyć jedynie to, co chce, żebyś zobaczył.

Naukowcom kiedyś wydawało się, że oczy, uszy, nos, zmysły, umysł to wstęp do rzeczywistości, jak mosty prowadzące do niej. Jednak ich poglądy się zmieniły. Teraz mówią, że nasze zmysły i umysł nie są mostami wiodącymi ku rzeczywistości, lecz strażnikami uniemożliwiającymi dostęp do niej. Przepuszczają one tylko dwa procent tego, co rzeczywiste, a dziewięćdziesiąt osiem zatrzymują. Te dwa procenty, które przenikają do ciebie, do twojej istoty, ulegają zniekształceniu. Muszą przejść przez wiele barier, dostosować się do wymagań umysłu i kiedy docierają do ciebie, nie są już takie same.

Medytacja oznacza wyłączenie umysłu tak, by dłużej nie zakłócał rzeczywistości, byś mógł zobaczyć wszystko takie, jakie jest naprawdę.

Dlaczego umysł zniekształca? Ponieważ stworzyło go społeczeństwo. Jest jego agentem w tobie; nie podlega twojej kontroli, pamiętaj! Jest twój, ale nie pod twoją kontrolą; spiskuje przeciw tobie. Został uwarunkowany przez społeczeństwo; to ono wszczepiło mu większość jego obecnych cech. Jest twój, ale nie służy tobie, służy społeczeństwu. Jeśli jesteś chrześcijaninem, twój umysł funkcjonuje jako agent Kościoła chrześcijańskiego; jeśli jesteś hinduistą, jest nim również twój umysł; jeśli jesteś buddystą, buddystą jest twój umysł. A rzeczywistość nie jest ani chrześcijańska, ani hinduistyczna, ani buddyjska; rzeczywistość po prostu jest, jaka jest.