Magia szacunku do siebieTekst

Z serii: Prawdziwe życie #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

O serii „PRAWDZIWE ŻYCIE”

Przedmowa

Niewinność jest siłą

Jezus – jedyny zapomniany syn Boga

Księża są agentami diabła

Religia to bunt

Oświecona organizacja to czysta harmonia

Osobowość – rozkruszanie węgla

Oczyszczanie buntowniczych dusz

Sumienie – trumna dla świadomości

Naśladownictwo to twoja śmierć

Jezus – jedyny zbawca, który prawie ocalił siebie

Obserwacja, świadomość, uważność – prawdziwa trójca

Świadomość jest nagrodą samą w sobie

Nauka plus religia – dynamiczna recepta na przyszłość

Pozytywne nastawienie – filozofia dla oszustów

Magia szacunku do samego siebie

Nota o Autorze

Międzynarodowy Ośrodek Medytacji OSHO

Tytuł oryginału: The Magic of Self-Respect

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Korekta: Adam Osiński

Projekt okładki: Pola Rusiłowicz Kav Studio

Zdjęcie na okładce: © ViSnezh / Shutterstock.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniej zgody właściciela praw.

Copyright © 1984, 2011 OSHO International Foundation, www.osho.com/copyrights

Copyright © for Polish translation by Bogusława Jurkevich, 2020

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Książka jest zapisem serii oryginalnych przemówień Osho wygłoszonych na żywo przed publicznością. Rozmowy w tym wydaniu były wcześniej publikowane jako From Ignorance to Innocence, chapters #16-30. Wszystkie przemówienia Osho zostały opublikowane w całości jako książki i są również dostępne jako oryginalne nagrania audio. Kompletne archiwum tekstów OSHO i nagrań audio można znaleźć w Internetowej Bibliotece OSHO www.osho.com/Library.

OSHO® jest zarejestrowanym znakiem handlowym Osho International Foundation,

www.osho.com/trademarks.

Wydanie I

ISBN 9788381432191


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

O serii „PRAWDZIWE ŻYCIE”

Seria książek Osho „PRAWDZIWE ŻYCIE” bazuje na odpowiedziach na pytania zadane Osho przez uczestników spotkań medytacyjnych, którzy przybyli z całego świata.

Osho tak się wyraził na temat zadawania pytań:

Jak zadawać pytania, które mają znaczenie? Nie pytania intelektualne, lecz egzystencjalne. Nie takie, które pozwolą pozyskać nową wiedzę, ale takie, które pomogą prawdziwie żyć. Trzeba zapamiętać kilka wskazówek.

Bez względu na to, o co pytasz, nigdy nie zadawaj stereotypowych pytań. Pytaj o to, co aktualnie dotyczy ciebie, co ma dla ciebie znaczenie, co ma szansę cię zmienić. Zadawaj pytania, od których zależy twoje życie.

Nie stawiaj książkowych, zapożyczonych pytań. Nie przypominaj sobie pytań zadawanych w przeszłości, bo zada je twoja pamięć, nie ty sam. Nie istnieje prawdziwa odpowiedź na zapożyczone pytanie. Nawet jeśli ją otrzymasz – ani ona nie dotrze do ciebie, ani ty nie dotrzesz do jej sedna. Zapożyczone pytania są bez znaczenia. Zadawaj pytania, które ty chcesz zadać naprawdę. A mówiąc „ty”, mam na myśli ciebie w tej konkretnej chwili, tu i teraz. Pytając o coś, co nurtuje cię w danej chwili, zadajesz pytanie egzystencjalne, które pochodzi nie z twojej pamięci, ale z twojej istoty.

Nie zadawaj pytań o to, co po usłyszeniu odpowiedzi nie spowoduje w tobie żadnej zmiany. Ktoś może na przykład zapytać o Boga: „Czy Bóg istnieje?”. Postaw to pytanie tylko wtedy, kiedy odpowiedź może cię zmienić. Jeśli dowiesz się, że Bóg istnieje, spowoduje to w tobie zmiany idące w jakimś kierunku, a jeśli okaże się, że nie istnieje – zmiany pójdą w inną stronę. Jeśli jednak udzielona ci odpowiedź nie spowoduje w tobie żadnych zmian, to okaże się, że pytanie nie miało żadnego znaczenia. Wynikało z ciekawości, nie z potrzeby poszukiwania.

Pamiętaj więc, żebyś pytał tylko o to, co jest dla ciebie ważne. Wtedy odpowiedź będzie miała dla ciebie wartość.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przedmowa

„Szacunek” to jedno z najpiękniejszych słów. Jednak nie ma ono nic wspólnego z uhonorowaniem, a takie właśnie znaczenie zwykle mu nadajemy. Szacunek oznacza, że patrzysz dokładniej, przyglądasz się, szacujesz. Takie jest dosłowne znaczenie i nie ma tam mowy o uhonorowaniu. Chodzi o to, by przyjrzeć się czemuś dokładnie, głęboko.

Kiedyś znałeś swoje prawdziwe ja. Znałeś je, zanim stałeś się częścią społeczeństwa, kultury, cywilizacji. Nieprzypadkowo ludzie wspominają swoje dzieciństwo jako najpiękniejszy okres życia. Jest to jednak pamięć przyćmiona; wielu dni z czasów wczesnego dzieciństwa nie pamiętasz – posiadasz jedynie ich mgliste wspomnienie, pewien szczególny aromat, jakiś cień.

Jeśli masz w sobie szacunek, jeśli ponownie się przyjrzysz i wejdziesz głęboko w swoją egzystencję, odnajdziesz moment, w którym zacząłeś zatracać swoje ja na korzyść budowania ego. Ten moment wszystko rozjaśni, bo kiedy dostrzeżesz, czym jest ego, cała wcześniejsza gra się skończy.

Osho, Magia szacunku do siebie

Poszukiwania trudno uchwytnej wartości, jaką jest szacunek do siebie samego czy też docenienie siebie, wydają się podstawą, dzięki której odnajdujemy się w świecie autentycznym, ugruntowanym i prawdziwym. Ale czy wiemy, co w ogóle oznacza „bycie sobą”?

W tej książce Osho opowiada nam, kim jesteśmy, czym jest nasze ja, analizując, czym ono nie jest. Ta analiza rozpoczyna się od zaskakującego spojrzenia na najpotężniejsze źródło naszych wyobrażeń co do tego, czym jest bycie samym sobą – na odebrane przez nas nauki religijne. Większość z nas styka się z tymi naukami moralnymi i religijnymi we wczesnym dzieciństwie, kiedy dopiero zaczynamy chodzić; kształtują one i definiują nasze ludzkie zachowania w świecie innych ludzkich istot. Osho twierdzi, że nie będziemy w stanie podjąć uczciwych poszukiwań tego, kim naprawdę jesteśmy, dopóki dźwigamy na sobie ciężar tych narzuconych wierzeń i przesądów. Dopóki nie dowiemy się, kim jesteśmy, jakikolwiek nasz szacunek do samych siebie stoi na niepewnym gruncie i może być w każdej chwili obalony, jeśli tylko którekolwiek z naszych wierzeń podane zostanie w wątpliwość.

Odpowiadając na pytania swoich słuchaczy, Osho wyjaśnia, jak wiele naszych codziennych doświadczeń kształtowanych jest poprzez religijne czy społeczne uwarunkowania, z czego nawet nie zdajemy sobie sprawy. Twierdzi, że na każdym kroku jesteśmy odciągani od unikalnej natury, z jaką przyszliśmy na ten świat. Nasze oryginalne, unikalne ja zostaje zamienione na budowane każdego dnia fałszywe ja, które nazywamy ego. I w końcu to fałszywe ja zyskuje kontrolę nad naszą kreatywnością, nad naszymi wyobrażeniami o tym, czym jest sukces, nad naszymi związkami i doświadczaniem tego, kim naprawdę jesteśmy. Jednocześnie zbiór ego, zwany społeczeństwem, kształtuje wszystkie nasze polityczne, edukacyjne i religijne instytucje, które wykonują swoją pracę polegającą na wdrażaniu tych samych starych wzorców w nowej generacji niewinnych ludzkich istot.

Odrzucając stare trójce, które wszyscy znamy z przeszłości, Osho przedstawia czytelnikowi nową, na którą składają się obserwowanie, świadomość i uważność. Ta nowa trójca jest kluczem do ponownego odkrycia naszej unikalnej natury, prawdziwego ja, które leży w nas. Kiedy dokonamy tego odkrycia, cały ciążący nam fałsz zniknie bezpowrotnie.

Seria tych piętnastu wykładów odbyła się w wyjątkowej społeczności osób medytujących, żyjących i pracujących razem; społeczności, która stanowi eksperyment polegający na wprowadzeniu medytacji do życia codziennego. Wskazują one, każdy z tych piętnastu, drogę ku prawdziwemu życiu w równowadze – pomiędzy potrzebą wyrażania siebie i kreatywności a potrzebą, by całość działała harmonijnie.

 

Te wyjątkowe okoliczności miały miejsce w Radżniszpuramie, miasteczku zbudowanym na Wielkim Błotnistym Ranczu w Oregonie, w Stanach Zjednoczonych. Większość jego populacji stanowili sannjasini, a Osho przebywał tam w charakterze gościa. Osho opisuje sannjasinów jako poszukiwaczy prawdy i często stosuje wobec nich sformułowania „moi ludzie” albo „moi sannjasini”, wyjaśniając jednocześnie, że „sannjasin nie może być mój, ale ja, oczywiście, jestem jednym z nich…”. W czasach jego pobytu w Oregonie ukuto nawet termin „radżniszanin”, który odnosi się do sannjasina.

W tle życia na Ranczu powstawały i zakorzeniały się często bardzo trudne relacje z mieszkańcami Oregonu. W swoich wykładach Osho wcale nierzadko robi przytyki Oregończykom, którzy raz po raz stają się także przedmiotem jego dowcipów. Szczególnie zwraca uwagę na grupę o nazwie 1000 Przyjaciół Oregonu, która nadała sobie funkcję strażnika oregońskiej ziemi, pilnującego, by właściwie z niej korzystać.

Nagranie z rozdziału piątego tej książki zostało określone przez sekretarkę Osho jako niedostępne z powodów technicznych, a jego oryginał nigdy nie został przekazany redaktorom. Transkrypcja pojawiła się kilka dni później z wieloma brakami i różnicami w stosunku do tego, co zapamiętali słuchacze. Dla przykładu: „Możecie na zawsze zapamiętać moją obietnicę: nie zostawię was w tym faszystowskim reżimie” zostało zamienione na: „Możecie na zawsze zapamiętać moją obietnicę: nie zostawię was w tym chaosie”. Manipulowanie rzeczywistością okazało się zapowiedzią tego, co stało się później… (Proszę tylko zajrzeć do innych tomów tej serii). Dlatego nie możemy być stuprocentowo pewni, czy ten rozdział został zapisany wiernie, bez żadnych zmian w stosunku do zarejestrowanego nagrania.

Rozdział 1

Niewinność jest siłą

Osho,

czy hipotezy o istnieniu Boga nie da się jakoś wykorzystać? Na samą myśl, że całkiem odrzucę ideę Boga, zaczynam się bać.

Jest już za późno! Gdy ktoś zaczyna nazywać Boga hipotezą, znaczy to, że cała idea dotycząca Boga już padła.

Te tak zwane religie nigdy nie nazwą Boga hipotezą. Dla nich Bóg nie jest naszą hipotezą; to raczej my jesteśmy jego dziełem. Jest on najczystszym źródłem egzystencji, jest najbardziej egzystencjalną istotą. Nazywając Boga hipotezą, umieszczasz go w tej samej kategorii, w której funkcjonuje hipoteza geometrii Euklidesa czy inne hipotezy, które są oparte na założeniach i mogą okazać się prawdziwe lub fałszywe. Rozstrzygające są w tej kwestii eksperymenty, doświadczenia, choć i one nie będą stanowiły ostatecznych wyników, gdyż przyszłe eksperymenty mogą je obalić.

Hipoteza jest założeniem, które chwilowo zostaje zaakceptowane jako prawda; jednak tylko chwilowo – nikt nie może stwierdzić, czy jutro także będzie prawdą. Można to prześledzić przez trzysta lat rozwoju nauki. Coś, co było prawdą dla Newtona, nie jest prawdą dla Rutherforda. Coś, co było prawdą dla Rutherforda, nie jest prawdą dla Alberta Einsteina… Lepiej przeprowadzone doświadczenia, lepsze przyrządy – wszystko to ma wpływ na zmiany hipotez.

Żaden teolog nie nazwie Boga hipotezą, ponieważ dla niego Bóg jest samą prawdą i nie zależy od jakichkolwiek eksperymentów. Jeśli nie możesz go odnaleźć – twój błąd, ale nie jest to dowód, że Bóg nie istnieje. Jeśli odniesiesz sukces, to oczywiście potwierdzisz, że Bóg istnieje; jeśli zaś odniesiesz porażkę, to będzie to znaczyć jedynie, że… poniosłeś porażkę – Bóg i tak będzie istniał.

Hypothesis to termin naukowy, nie koncepcja teologiczna. A nauka jest bardzo uczciwa. Z teologią jest całkiem inaczej – brak jej uczciwości. Już samo słowo theology wskazuje na nieuczciwość, nieszczerość; theo znaczy „Bóg”, logy to „logika”, a przecież nikt do tej pory nie wskazał żadnego logicznego argumentu w związku z Bogiem. Każdy argument przeczy istnieniu Boga i żaden, przynajmniej do tej pory, nie udowodnił jego istnienia. A oni ciągle nazywają to teologią – „logiką Boga”.

Uczciwiej byłoby, gdyby teolodzy nazywali Boga hipotezą, ale przecież nie można zbudować kultu wokół hipotezy, prawda? Wiedzą, że to jedynie hipoteza – może słuszna, może błędna, ale hipoteza… Kult nie jest możliwy, jeśli nie ma pewności; kult wymaga ślepej wiary. Nawet jeśli przemawiają przeciwko niemu wszystkie dowody, to i tak nie są one brane pod uwagę. Takie właśnie jest znaczenie słowa „wiara”. Wiara nie jest logiką – jest całkowicie nielogiczna. Nazwanie idei Boga hipotezą oznaczałoby zniszczenie wszystkich kościołów, świątyń, synagog…

Słowo hypothesis jest bardzo znaczące: wolno ci wątpić, ponieważ możesz eksperymentować, poszukiwać i znajdować. Jest to jedynie czasowe stwierdzenie, od którego można zacząć. Bo od czegoś zawsze trzeba zacząć. Zaczynamy więc od hipotezy. Jednak budować wokół niej kult? Dlaczego ksiądz ma cię wykorzystywać? Używanie słowa „hipoteza” jest niedozwolone w kręgach ludzi religijnych. Nigdy nie zgodzą się nawet na to, aby Boga nazwać ideą, ponieważ idea istnieje tylko w twoim umyśle, jest twoją projekcją. Dla nich Bóg nie jest ideą, ale jedyną prawdą.

W Indiach, gdzie religia przybrała bardzo subtelne formy, mówi się, że ty jesteś ideą w umyśle Boga – nie na odwrót. Bóg nie jest ideą w twoim umyśle, ponieważ masz w nim mnóstwo śmieci: są tam twoje koszmary, twoje marzenia, wszelkie pragnienia. I Bóg miałby stanowić jedną z tych kategorii? Twoje idee zmieniają się co chwila. Są jak chmury, które wciąż zmieniają kształt.

Kiedy byłeś dzieckiem, miałeś zupełnie inne niż teraz idee. Kiedy dorastałeś, byłeś młodym człowiekiem, miałeś inne idee, a i one się zmienią, kiedy się zestarzejesz. Doświadczenie zmienia wszystko. Pozostanie przy tej samej idei przez całe życie byłoby niemożliwe – jedynie wyjątkowy idiota może tego dokonać. Jeśli posiadasz chociaż odrobinę inteligencji, to twoje idee z wiekiem będą się zmieniać.

Dla religijnych ludzi nazywanie Boga ideą byłoby niemożliwe do zaakceptowania; tym bardziej niemożliwe jest nazywanie go hipotezą. Dlatego właśnie twierdzę, że jest za późno.

Nazywasz Boga ideą, a przecież medytacja polega na tym, aby pozostawać w takim stanie umysłu, w którym nie ma żadnych idei, nawet idei Boga.

Gautama Budda mówi: „Jeśli spotkasz mnie na ścieżce, natychmiast obetnij mi głowę. Po co ja tam? Przeszkadzałbym ci. Myślenie o mnie byłoby przeszkodą”. To jak rzucanie kamienia do spokojnego jeziora – powstaje tyle fal, miliony fal. Najprostsza myśl wrzucona do cichego jeziora twojego umysłu wytwarza miliony fal i może zabrać cię daleko od ciebie samego.

Każda idea oddala cię od samego siebie. Dlatego medytację definiuje się jako świadomość bez żadnych myśli. W medytacji nie ma możliwości oddalenia się od siebie samego. Jesteś po prostu ześrodkowany w swojej własnej istocie. Nie ma żadnego obiektu, który mógłbyś zobaczyć. Jesteś pozostawiony sam ze sobą. Twoja świadomość zaczyna zajmować się sobą.

Świadomość jest jak światło. Światło jest tutaj, my wszyscy jesteśmy tutaj; światło pada na nas, na ściany, na zasłony, na wszystko, co się tu znajduje. To wszystko są obiekty. Teraz pomyśl przez chwilę: jeśli wszystkie obiekty zostaną stąd usunięte, pozostanie jedynie światło, które na nic nie pada. Światło jest nieświadome, ale ty jesteś świadomy. Kiedy więc usuniesz wszystkie obiekty, twoja świadomość pada sama na siebie, zwraca się ku samej sobie. Wchodzi do środka, ponieważ nic jej nie przeszkadza.

To właśnie jest znaczenie słowa „obiekt” – to coś, co przeszkadza, wzbudza obiekcje, powstrzymuje, hamuje. Dokąd możesz się udać, kiedy nie ma żadnego obiektu? Musisz zwrócić się ku samemu sobie; świadomość nabiera świadomości samej siebie. Nie ma tu żadnej idei Boga.

W normalnych stanach umysłu idee to po prostu śmieci. W tym niezwykłym stanie, w którym umysł nie istnieje, idee także nie istnieją. Możesz więc wrzucić Boga do kategorii śmieci albo włożyć go tam, gdzie żadne obiekty nie są dozwolone.

Ludzie po prostu nie mogą używać terminu „idea” na określenie Boga. To termin używany przez filozofów, tak samo jak termin „hipoteza” używany jest przez naukowców. Dla ludzi religijnych Bóg jest jedyną rzeczywistością. Używając wobec niego określenia „idea”, posuwasz się za daleko – oddalasz się od tak zwanej rzeczywistości Boga.

Twoje pytanie jest jednak ważne z kilku powodów. Pytasz, czy hipoteza jest w jakikolwiek sposób użyteczna. Jest użyteczna, ale nie dla ciebie, lecz dla tych, którzy chcą cię wykorzystywać: dla księdza, rabina, papieża, dla całej armii takich ludzi na świecie. Jakie znaczenie miałby papież bez hipotezy dotyczącej Boga? Kim byłby śankaracharja? Po prostu nikim! Kim byłby Jezus? Nie można przecież być synem hipotezy – bardzo dziwnie by to wyglądało… Nie można być mesjaszem hipotezy. Byłby to naprawdę cudaczny świat, gdyby hipotezy zaczęły przysyłać nam mesjaszów…

Dla wszystkich tych, którzy was wykorzystują, a robią to od tysiącleci, Bóg musi być rzeczywisty. Wykorzystywali was i będą wykorzystywać nadal z prostego powodu – boicie się odrzucić tę ideę. To zaś wskazuje na bardzo ważny element waszej istoty. Dlaczego boicie się porzucić ideę Boga? Zapewne ta idea w jakiś sposób chroni was przed lękiem i kiedy ją odrzucicie, zaczniecie się bać. To pewien rodzaj psychologicznej ochrony.

Dziecku zwykle towarzyszy lęk. A przecież w łonie matki nie bało się niczego. Nie słyszałem, żeby jakiekolwiek dziecko w łonie matki myślało o chodzeniu do synagogi, do kościoła, o czytaniu Biblii, Koranu albo Gity… Tym bardziej nie przejmowałoby się tym, czy Bóg istnieje, czy nie. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby dziecko w łonie matki było choćby trochę zainteresowane Bogiem, diabłem, niebem, piekłem. Po co? Ono już jest w niebie. Nie może być mu lepiej. Jego schronieniem jest ciepłe, przytulne łono. Pływa w życiodajnych wodach. Może będziecie się dziwić, ale przez tych dziewięć miesięcy dziecko rośnie szybciej niż przez całą resztę swojego życia, przez kolejnych dziewięćdziesiąt lat. W ciągu dziewięciu miesięcy przebywa ono długą podróż – od bycia niemalże niczym, drobinką, do stania się istotą. Przez dziewięć miesięcy przechodzi ono przez miliony lat ewolucji: od pierwszej żyjącej istoty aż do teraz. Przechodzi przez wszystkie fazy. Jego życie jest absolutnie bezpieczne. Nie ma potrzeby pracy, lęku przed głodem; wszystko jest dostarczane przez ciało matki. Życie przez dziewięć miesięcy w łonie matki, w tej pełni bezpieczeństwa, jest przyczyną problemu, który tworzą wasze tak zwane religie. Kiedy bowiem dziecko opuszcza łono matki, od razu zaczyna się bać. A powód jest oczywisty. Straciło dom, straciło poczucie bezpieczeństwa. To ciepłe otoczenie, które było jego całym światem, nagle przestało istnieć, a ono znalazło się w dziwnym świecie, o którym nic nie wie. I na dodatek musi zacząć samodzielnie oddychać… Tak, po kilku sekundach dziecko zdaje sobie sprawę, że musi zacząć oddychać samodzielnie, że oddech matki już mu nie pomoże. Aby dać dziecku dowód, że musi sobie radzić samo, lekarz obraca je do góry nogami i daje klapsa w pośladki. Co za początek! Jakież powitanie! Dzięki takiemu klapsowi dziecko zaczyna oddychać.

Czy zwróciłeś uwagę na to, że kiedy zaczynasz się bać, zmienia się twój oddech? Jeśli wcześniej tego nie zaobserwowałeś, możesz to zrobić teraz. Kiedy tylko zaczynasz się czegoś obawiać, twój oddech natychmiast się zmienia. Zawsze. Kiedy zaś jesteś spokojny, w domu, niczego się nie boisz, możesz poczuć, jak twój oddech staje się harmonijny, głęboki i coraz bardziej miarowy. Podczas głębokiej medytacji zdarza się czasem, że czujesz, jakby się zatrzymał. Nie zatrzymuje się, oczywiście, ale ty czujesz, jakbyś prawie nie oddychał.

Początkowo dziecko boi się wszystkiego. Przez dziewięć miesięcy przebywało w ciemności, a w nowoczesnym szpitalu, w którym przyszło na świat, pełno jest jarzących się jasnych świateł. Dla jego oczu, jego źrenic, które nigdy nie widziały światła – nawet płomyka świecy – to zbyt wiele. To światło stanowi szok dla jego oczu.

Lekarz nie zwleka ani chwili: przecina pępowinę, która łączyła dziecko z matką – jego ostatnią nadzieję na poczucie bezpieczeństwa. Dobrze wiemy, że młode żadnego innego gatunku nie jest tak bezbronne jak dziecko ludzkie.

Dlatego to nie konie wymyśliły hipotezę Boga. Słonie także nigdy nie rozpatrywały idei Boga – nie mają takiej potrzeby. Dziecko słonia natychmiast zaczyna chodzić, rozglądać się dookoła i poznawać świat. Nie jest tak bezbronne jak dziecko ludzkie. I to dzięki tej bezbronności mogą funkcjonować rodziny, społeczeństwa, kultury, religie, filozofie.

Zwierzęta nie zakładają rodzin z jednej prostej przyczyny – dziecko nie potrzebuje rodziców. Tymczasem człowiek musiał wymyślić pewien system. Matka i ojciec muszą być razem, aby troszczyć się o dziecko. Jest ono owocem ich miłości, jest ich dziełem. Jeśli dziecko ludzkie będzie pozostawione samo sobie, tak jak to jest w przypadku wielu zwierząt, nie ma żadnej szansy na przetrwanie! Gdzie znajdzie jedzenie? Kogo o nie poprosi? I o co będzie prosić?

 

Może pojawiło się zbyt wcześnie? Jest kilku biologów, którzy twierdzą, że ludzkie dziecko rodzi się przedwcześnie – dziewięć miesięcy ciąży mu nie wystarcza, dlatego na świecie pojawia się całkowicie bezbronne. Jednak ciało matki jest nieprzystosowane do tego, by nosić dziecko dłużej niż dziewięć miesięcy – kobieta by umarła, a jej śmierć oznacza także śmierć dziecka.

Obliczono, że jeżeli dziecko mogłoby żyć w łonie matki przez co najmniej trzy lata, to być może nie byłaby wcale potrzebna rodzina – ojciec, matka, społeczeństwo, kultura, Bóg ani ksiądz… Ale dziecko nie może żyć przez trzy lata w łonie matki! Ta dziwna sytuacja biologiczna wywarła wpływ na ludzkie zachowania, myślenie, strukturę rodziny, społeczeństwa i to ona jest przyczyną tego lęku.

Kiedy dziecko przychodzi na świat, od razu doświadcza strachu. Doświadcza go także człowiek przed śmiercią. Bo narodziny to pewien rodzaj śmierci. Powinniście o tym pamiętać. Popatrzcie na to z perspektywy dziecka. Żyło ono w pewnym określonym świecie, w którym było mu wspaniale. Nie miało żadnej potrzeby, niczego nie pragnęło. Po prostu cieszyło się istnieniem, cieszyło się swoim rozwojem i nagle zostało wyrzucone. Dla dziecka takie przeżycia to jak doświadczanie śmierci – śmierci jego dotychczasowego świata, jego bezpieczeństwa; to jak strata jego przytulnego domu.

Naukowcy mówią, że jeszcze nie udało się stworzyć tak przytulnego domu jak łono matki. Wszyscy próbują – nawet nasze domy powstają w wyniku prób stworzenia tak przytulnego domu. Próbowaliśmy produkować łóżka wodne, aby odtworzyć podobne warunki.

Mamy wanny z gorącą wodą – leżąc w nich, możesz mieć namiastkę tego, co czułeś jako embrion. Jeśli wiesz, jak przygotować naprawdę wspaniałą gorącą kąpiel, to na pewno dodajesz do wody sól – bo wody płodowe są słone; zawierają taką samą ilość soli jak woda morska. Tylko jak długo można leżeć w wannie?

Mamy też redukujące bodźce komory deprywacyjne, w których próbuje się odtworzyć takie same warunki, jakie panowały w utraconym matczynym łonie.

Zygmunt Freud nie był człowiekiem oświeconym; właściwie był trochę szalony, ale czasem nawet szaleńcy śpiewają piękne pieśni… Niekiedy i on miewał ciekawe pomysły. Uważał, na przykład, że pomysł współżycia mężczyzny z kobietą jest niczym innym jak tylko próbą powrotu do kobiecego łona… Może coś w tym jest… Ten człowiek był szalony, jego idea naciągana, a jednak nawet takiego człowieka trzeba uważnie wysłuchać.

Czuję, że w tych jego pomysłach jest trochę racji: człowiek poszukuje łona, tego samego przejścia, którym przybył na ten świat. Nie dotarł do łona – tak, to prawda. Ale stworzył wiele innych rzeczy: adaptował jaskinie, budował domy, skonstruował samolot. Kiedy patrzysz na wnętrze samolotu, bez trudu możesz sobie wyobrazić, że pewnego dnia ludzie będą latać samolotami zanurzeni w rurach z ciepłą, słoną wodą… Samolot już teraz daje ci tego namiastkę, chociaż może nie jest ona zbytnio zadowalająca.

Dziecko w łonie matki nie zna niczego innego. My próbujemy odtworzyć podobne warunki. Naciśnij guzik w samolocie, a zaraz pojawi się stewardesa. Chcemy, żeby było jak najwygodniej, ale nie jesteśmy w stanie odtworzyć tak komfortowych warunków, jakie panują w łonie. Tam nie musisz nawet naciskać guzika: zanim jeszcze poczujesz głód, już jesteś karmiony; kiedy tylko potrzebujesz tlenu, natychmiast go dostajesz. Nie musisz za nic odpowiadać.

Jeżeli dziecko wychodzące z łona matki cokolwiek czuje, to zapewne jest to poczucie, że doświadcza śmierci. Nie czuje, że się rodzi – to niemożliwe. To tylko my tak myślimy, ponieważ stoimy na zewnątrz, i to tylko nam się wydaje, że są to narodziny.

A pewnego dnia, po raz drugi, po wszystkich tych trudach życia… Tak, człowiek czegoś dokonał: posiada mały dom, ma rodzinę, grono przyjaciół, trochę ciepła, jakiś zakątek w pięknym miejscu na świecie, w którym może odpocząć, być sobą, gdzie jest akceptowany. To trudne – całe życie o coś walczył, a potem nagle, pewnego dnia, czuje, że znowu zostaje z tego swojego świata wyrzucony. Ponownie przychodzi lekarz – ten, który dał mu klapsa w pośladek! Wtedy miało to sprawić, że zacznie oddychać, ale tym razem, o ile wiem…

Teraz wszyscy jesteśmy po tej stronie, a drugiej strony nikt z nas nie zna. Druga strona pozostaje w sferze naszej wyobraźni. Dlatego mamy niesamowite fantazje na temat nieba i piekła. My jesteśmy po tej stronie, a obok nas umiera człowiek. Dla nas on umiera, ale być może dla niego są to narodziny. Tylko on to wie, choć nie może odwrócić się i powiedzieć nam: „Nie martwcie się, nie jestem martwy. Jestem żywy”. Nie mógł odwrócić się, wychodząc z łona matki, aby raz jeszcze popatrzeć i powiedzieć każdemu: „Do widzenia”. I teraz także nie może powiedzieć nam wszystkim: „Do widzenia” ani poprosić: „Nie martwcie się. Ja nie umieram. Ja się odradzam”.

Hinduska idea reinkarnacji jest po prostu projekcją zwykłych narodzin. Dla łona – jeśli mogłoby ono myśleć – dziecko jest martwe. Dziecku wydaje się, że umiera. A jednak ono się rodzi – nie była to śmierć, lecz narodziny. Hindusi nałożyli taki sam schemat na śmierć. Z tej strony wygląda to na śmierć, ale z drugiej… Tyle że druga strona jest wytworem naszej wyobraźni – możemy uczynić ją taką, jaką tylko chcemy.

Każda religia przedstawia drugą stronę w inny sposób, ponieważ w każdej kulturze są inne warunki geograficzne, inna historia. Tybetańczyk, na przykład, nie myśli o drugiej stronie jako o miejscu chłodnym – to, co chłodne, budzi w nim lęk, a zimne jest wręcz nieakceptowalne. Tybetańczyk myśli, że człowiek umarły jest ciepły, w nowym świecie, w którym zawsze jest ciepło. Tymczasem Hindus nie może wyobrażać sobie, że zawsze miałoby tam być ciepło – po czterech miesiącach upałów rocznie w Indiach ma tego dość! Jeśli więc przez całą wieczność ma być tak gorąco, to on się chyba tam ugotuje! Religia hinduistyczna nie wspomina o klimatyzacji, ale w opisach raju istnieje coś w tym rodzaju – powietrze jest zawsze chłodne, nigdy gorące, nigdy zimne, ale chłodne. I zawsze panuje wiosna, indyjska wiosna, bo na świecie są różne rodzaje wiosen, ta jednak jest właśnie indyjska. Kwitną wszystkie kwiaty, wiatr niesie piękne zapachy, ptaki śpiewają, wszystko wokół jest ożywione i… nie jest gorąco, ale chłodno. O tym zawsze mówią: przepływa chłodne powietrze.

Te idee wymyśla twój umysł. Gdyby tak nie było, raj byłby taki sam dla Tybetańczyków, dla Hindusów, dla muzułmanów. Nie byłoby żadnej różnicy. Muzułmanie nie wyobrażają sobie, że ten ich inny świat mógłby być pustynią; tak wiele wycierpieli na arabskich pustyniach… Na tamtym świecie wszędzie muszą być oazy; żadnych pustyń, same oazy. Nie tak jak tu na Ziemi – jedna oaza co setki kilometrów.

My snujemy domysły, ale dla człowieka, który umiera, jest to ten sam proces, którego już raz doświadczył. Jest to znany fakt, że w godzinie śmierci, jeśli człowiek nie jest nieprzytomny, nie pozostaje w śpiączce, zaczyna przypominać sobie całe swoje życie. Wraca wtedy do początku – do chwili narodzin. To wydaje się bardzo ważne, że opuszczając ten świat, patrzy na wszystko, co mu się przytrafiło. Cały kalendarz przesuwa się w ciągu paru sekund, jakby oglądał film. A w czasie tego dwugodzinnego filmu muszą pokazać wiele lat… Gdyby film toczył się w czasie rzeczywistym, przesiedziałbyś w kinie całe lata, a przecież nikt nie może sobie na to pozwolić. Dlatego daty zmieniają się szybko.

W chwili śmierci dzieje się to bardzo szybko. W mgnieniu oka przepływa całe życie i zatrzymuje się na momencie urodzin. Ten sam proces następuje ponownie – życie zatoczyło pełne koło.

Dlaczego chcę, żebyś o tym pamiętał? Ponieważ twój Bóg jest niczym innym jak tylko strachem, który powstał pierwszego dnia i z każdym dniem stawał się coraz większy. Dlatego człowiek w młodych latach może być ateistą – może sobie na to pozwolić – ale z wiekiem staje się to coraz trudniejsze. Kiedy przed śmiercią zapytasz go, czy nadal jest ateistą, odpowie, że się waha. Boi się, ponieważ nie wie, co się stanie potem. Cały jego świat znika.

Mój dziadek nie był człowiekiem religijnym. Było mu bliżej do Greka Zorby: jedz, pij i raduj się, bo nie ma innego świata, a wszystko wokół to jeden wielki nonsens… Tymczasem mój ojciec był bardzo religijny – zapewne z powodu dziadka, taka reakcja na jego niereligijność. W mojej rodzinie wszystko stało na głowie. Mój dziadek był ateistą, a przez to mój ojciec stał się teistą. Więc kiedy mój ojciec szedł do świątyni, dziadek zawsze się z niego śmiał i mówił: „Znowu? No idź, idź marnować życie przed tymi głupimi posągami!”.

Uwielbiam Zorbę z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że odnalazłem w nim swojego dziadka. Tak bardzo lubił jeść, że nie miał zaufania do nikogo – sam przygotowywał swoje posiłki. Byłem gościem w tysiącach domów w Indiach, ale nigdy nie jadłem niczego tak smacznego jak potrawy przygotowywane przez mojego dziadka. Tak bardzo to kochał, że co tydzień przygotowywał ucztę dla wszystkich swoich przyjaciół; wtedy gotował przez cały dzień.

Moją matkę i moje ciotki, a także służących i kucharzy – wszystkich wyrzucał z kuchni, bo kiedy gotował, nikt nie miał prawa mu przeszkadzać. Wyjątek robił dla mnie i pozwalał mi patrzeć. Mawiał: „Ucz się, nie polegaj na innych ludziach. Tylko ty wiesz, co ci smakuje. Któż inny mógłby to wiedzieć?”.

Odpowiadałem mu, że to mnie całkowicie przerasta. Że jestem zbyt leniwy, ale chętnie będę obserwował. Cały dzień gotować? Nie, nie byłbym w stanie tego robić. Toteż niczego się nie nauczyłem, ale patrzenie sprawiało mi ogromną radość. Dziadek pracował, jakby był rzeźbiarzem czy muzykiem, a może malarzem; gotowanie nie było jedynie gotowaniem – dla niego było sztuką. A jeśli cokolwiek mu się nie udało, nawet odrobinę, natychmiast to wyrzucał i wszystko zaczynał od nowa, aż przyznał, że danie jest doskonałe.