ŚniegTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Kar

Copyright © Iletisim Yayincilik A.S., 2002

All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006

ISBN 978-83-08-05796-4

Redaktor serii

Anita Kasperek

Konsultacje

prof. dr hab. Tadeusz Majda

dr Marzanna Pomorska

Redakcja

Paweł Ciemniewski

Korekta

Renata Bubrowiecka, Henryka Salawa, Urszula Srokosz-Martiuk

Opracowanie graficzne

Rafał Kucharczuk

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2012

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

  Strona redakcyjna

  Dedykacja

  Motta

  1. Milczenie śniegu Droga do Karsu

  2. Nasze miasto to spokojne miejsce Odległe dzielnice

  3. Oddajcie głos na partię Boga Historia i nędza

  4. Naprawdę przyjechałeś, żeby napisać o wyborach i samobójstwach? Ipek i Ka w cukierni Yeni Hayat

  5. Profesorze, czy mogę zadać pytanie? Pierwsza i zarazem ostatnia rozmowa zabójcy z ofiarą

  6. Miłość, religia i poezja Smutna opowieść Muhtara

  7. „Rozpolitykowany islamista” to etykietka, jaką przylepiła nam prozachodnia laicka prasa W centrali partii, na policji i znów na ulicach

  8. Samobójstwo jest grzechem Historia Granatowego i Rüstema

  9. Przepraszam, czy jest pan ateistą? Niewierny, który nie chce się zabić

  10. Dlaczego ten wiersz jest piękny? Śnieg i szczęście

  11. Czy w Europie jest jakiś inny Bóg? Ka u szejcha

  12. Jeśli Bóg nie istnieje, jaki jest sens tak ogromnego cierpienia tylu nieszczęśników? Smutna historia Necipa i Hicran

  13. O mojej religii nie będę dyskutować z niewierzącym Spacer z Kadife w śniegu

  14. Jak pan pisze wiersze? Przy kolacji o miłości, chustach i samobójstwie

  15. Wszyscy pragniemy jakiejś jednej, najważniejszej rzeczy W Teatrze Narodowym

  16. Miejsce, w którym nie ma Boga Wizja Necipa i wiersz Ka

  17. Ojczyzna albo chusta Sztuka o dziewczynie, która spaliła swój czarczaf

  18. Nie strzelać, broń jest nabita! Rewolucja na scenie

  19. Jak pięknie padał śnieg! Noc rewolucji

  20. Niech żyje naród i ojczyzna! Przespana noc i ranek

  21. Nie znam żadnego z nich Ka w zimnych salach grozy

  22. Człowiek stworzony, by zagrać Atatürka Wojskowa i teatralna kariera Sunaya Zaima

  23. Bóg jest na tyle sprawiedliwy, by wiedzieć, że problem nie dotyczy rozumu i wiary, ale całego życia Z Sunayem w kwaterze głównej

  24. Ja, Ka Sześcioramienny płatek śniegu

  25. Jedyna chwila wolności w Karsie Ka i Kadife w hotelowym pokoju

  26. To nie przez biedę jesteśmy tak przywiązani do Boga Oświadczenie Granatowego dla całego Zachodu

  27. Wytrzymaj, dziecko, z Karsu nadciąga pomoc! Ka przekonuje pana Turguta, by podpisał oświadczenie

  28. Różnica między miłością a udręką oczekiwania Ka i Ipek w hotelowym pokoju

  29. To, czego mi brak We Frankfurcie

  30. Kiedy znów się spotkamy? Krótka chwila szczęścia

  31. Nie jesteśmy głupi! Jesteśmy tylko biedni! Sekretne spotkanie w hotelu Asya

  32. Nie mogę być sobą, kiedy tkwią we mnie dwie dusze O miłości, byciu nikim i zaginięciu Granatowego

  33. Bezbożnik w Karsie Strach przed postrzeleniem

  34. Kadife i tak się nie zgodzi Mediator

  35. Nie jestem niczyim agentem Ka i Granatowy w celi

  36. Chyba nie umrze pan naprawdę, szanowny panie? Targi między życiem i grą, sztuką i polityką

  37. Tego wieczoru przemawiać będą wyłącznie włosy Kadife Przygotowania do ostatniego spektaklu

  38. Nie mamy zamiaru sprawić panu przykrości Przymusowa gościna

  39. Wspólne łzy Ka i Ipek w hotelu

  40. Rola podwójnego agenta musi być trudna Niedokończony rozdział

  41. Każdy ma swój płatek śniegu Zaginiony zielony zeszyt

  42. Zacznę się pakować Oczami Ipek

  43. Kobiety zabijają się z dumy Ostatnia odsłona

  44. Dziś nikt już nie lubi tu Ka Cztery lata później w Karsie

  Przypisy

Dla Rüyi

Uwaga nasza skupia się na niebezpiecznym krańcu rzeczy.

Prawym złodzieju, delikatnym zabójcy,

Przesądnym ateiście.

Robert Browning, Pochwała Biskupa Blougrama

Polityka w utworze literackim — to wystrzał z pistoletu w czasie koncertu; coś brutalnego, czego wszelako niepodobna pominąć. Będziemy mówili o bardzo brzydkich rzeczach…

Stendhal, Pustelnia parmeńska,

tłum. Tadeusz Żeleński (Boy)

Zniszczcie lud, zgniećcie, sprawcie, by umilkł na dobre. Bowiem europejskie oświecenie ważniejsze jest od ludu.

Fiodor Dostojewski,

notatki do Braci Karamazow

 

Jako człowiek Zachodu, zaniepokoiłem się.

Joseph Conrad, W oczach Zachodu,

tłum. Wit Tarnawski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Milczenie śniegu Droga do Karsu

Milczenie śniegu, pomyślał mężczyzna siedzący tuż za kierowcą. Jeśli miałby to być początek wiersza, tak właśnie określiłby swój obecny stan ducha: milczeniem śniegu.

W ostatniej chwili wsiadł do autobusu, który miał go zawieźć z Erzurumu do Karsu. Na dworzec w Erzurumie dotarł po dwudniowej, utrudnionej burzami śnieżnymi podróży ze Stambułu. Gdy tak błądził z torbą w ręku po brudnych, zimnych dworcowych korytarzach, próbując się dowiedzieć, skąd wyruszają autobusy do Karsu, przypadkowy przechodzień powiedział mu, że jeden z nich jest gotowy do odjazdu. Kierowca starego magirusa właśnie zamknął luk bagażowy, a ponieważ nie chciało mu się go ponownie otwierać, wyburczał, że nie ma czasu. Podróżny musiał zatem zabrać dużą torbę marki Bally w kolorze wiśni do środka i z braku miejsca wcisnąć ją między nogi. Ubrany był w grube popielate palto, kupione przed pięcioma laty w jednym z frankfurckich Kaufhofów. Dodajmy, że to eleganckie i miękkie okrycie w ciągu najbliższych dni spędzonych w Karsie miało mu przysporzyć wiele wstydu i trosk, ale wzmacniało też jego poczucie bezpieczeństwa.

Gdy tylko autobus ruszył, mężczyzna przykleił twarz do szyby. Z zaciekawieniem obserwował mijane przedmieścia Erzurumu, biedne sklepiki, piekarnie i podupadłe kafejki, które teraz zaczął pokrywać śnieg. Padał jeszcze intensywniej niż po drodze ze Stambułu. Gdyby nie zmęczenie podróżą, mężczyzna może uważniej przyjrzałby się ciężkim płatkom lecącym z nieba, podobnym do ptasich piór. Może przeczułby nadejście zamieci i zawrócił na początku z drogi, która miała odmienić całe jego życie.

Ale taka myśl w ogóle nie przyszła mu do głowy. Wpatrzony w niebo, które w zapadającym zmierzchu było jaśniejsze od ziemi, obserwował wirujące na wietrze coraz większe płatki śniegu. Nie dostrzegał w nich zapowiedzi katastrofy, lecz znaki przywołujące wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa, dzieciństwa czystego i niewinnego.

Nasz podróżnik swe najmłodsze lata spędził w Stambule. Tydzień temu wrócił tu po dwunastu latach nieobecności, wezwany na pogrzeb matki. Po czterech dniach wyruszył jednak niespodziewanie do Karsu. Teraz czuł, że ten niezwykły, baśniowy śnieg daje mu więcej radości niż ujrzane po latach rodzinne miasto. Był poetą, a w jednym z wczesnych wierszy, ciągle jeszcze nie znanym tureckim czytelnikom, napisał, że choć raz w życiu śnieg prószy również w naszych snach.

I jak we śnie płatki śniegu wciąż padały, bezszelestnie, a mężczyzna siedzący przy oknie, zapatrzony w ich baśniowe kształty, poczuł oczyszczającą moc niewinności, ulgę i wolność, których szukał od lat. Uwierzył, że może być w tym świecie bezpieczny jak w domu. Później nastąpiło coś, czego nie zaznał od wielu lat i czego wcale nie planował: nagle zasnął.

Wykorzystajmy więc drzemkę bohatera i powiedzmy o nim jeszcze kilka słów. Choć nigdy zbytnio nie interesował się polityką, od dwunastu lat wiódł w Niemczech żywot politycznego uchodźcy. Prawdziwą zaś namiętność i sedno wszystkich jego myśli stanowiła poezja. Miał czterdzieści dwa lata, lecz nigdy się nie ożenił. Był wysoki jak na Turka, choć trudno było to dostrzec, gdy tak drzemał skulony w fotelu. Miał jasną cerę, a jej bladość podkreślało teraz zmęczenie podróżą i ciemne włosy. Był samotnikiem, towarzystwo szybko go nużyło. Zawstydziłby się, gdyby wiedział, że zaraz po tym, jak zasnął, głowa opadła mu na ramię, a potem na pierś sąsiada. Podróżnik ów był uczciwym i dobrodusznym człowiekiem, przez co jego życie osobiste — niczym u bohaterów Czechowa — było nieudane i smutne. Do owej melancholii jeszcze nieraz będziemy wracać. Dodajmy na koniec szybko, nim mężczyzna się obudzi, bo nie wytrzyma długo w tak niewygodnej pozycji, że nazywa się Kerim Alakuşoğlu i bardzo nie lubi swego nazwiska. Woli, by mówić na niego „Ka”, od jego inicjałów. Tak właśnie zrobię. Już w latach szkolnych nasz bohater z uporem podpisywał tym skrótem prace domowe, sprawdziany, a na studiach — listę obecności. Zawsze gotów był wykłócać się o to z nauczycielami i urzędnikami, do Ka przekonał także matkę, rodzinę i przyjaciół. Jego poezja była poezją Ka. W Turcji i dla Turków mieszkających w Niemczech imię to wydawało się równie krótkie co tajemnicze. To na razie tyle. Niech wolno mi będzie dodać jeszcze tylko: „Szerokiej drogi, kochany Ka”. Nie chcę was oszukiwać — jestem jego starym przyjacielem. Zaczynając opowiadać całą tę historię, wiem już o wszystkim, co wydarzy się podczas jego pobytu w Karsie.

Za Horasanem autobus skręcił na północ, w kierunku Karsu. Na jednym ze zboczy, po którym droga wiła się serpentynami, nagle pojawiła się furmanka — kierowca gwałtownie wcisnął hamulec, autobusem szarpnęło i Ka natychmiast się przebudził. Pasażerowie zaczęli okazywać zaniepokojenie, widząc, z jakim trudem pojazd pokonuje ostre zakręty i strome zjazdy nad urwistymi zboczami. Ka, który siedział tuż za kierowcą, zachowywał się dokładnie tak samo jak pozostali podróżni: gdy tylko autobus zwalniał na zakrętach, nad skalistymi brzegami przepaści, Ka wstawał, żeby lepiej widzieć drogę. A kiedy jeden z pasażerów przecierał zabrudzoną szybę, Ka wskazywał palcem kolejne miejsca, które wciąż wymagały oczyszczenia (nikt owego gestu zresztą nie zauważył). Gdy śnieżyca stała się tak gwałtowna, że wycieraczki zupełnie nie radziły sobie z odgarnianiem śniegu, Ka tak jak kierowca odgadywał, w którą stronę powinni jechać.

Ośnieżone znaki wkrótce stały się prawie zupełnie niewidoczne. Śnieżyca rozszalała się na dobre, więc kierowca wyłączył długie światła z nadzieją, że w półmroku łatwiej będzie zobaczyć zarys drogi. Przestraszeni podróżni w milczeniu patrzyli na zasypane śniegiem ulice biednych miasteczek, blade światełka w oknach rozpadających się piętrowych domów, nieprzejezdne teraz drogi prowadzące do odległych wiosek i przepaście ledwo rysujące się w blasku ulicznych latarni. Gdy chcieli coś powiedzieć, szeptali.

Sąsiad Ka cicho zapytał go o cel podróży do Karsu. Było bowiem oczywiste, że Ka nie pochodził z tych stron.

— Jestem dziennikarzem — odszepnął Ka, co było kłamstwem. — Jadę w sprawie wyborów na burmistrza i kobiet samobójczyń. — To była prawda.

— Wszystkie gazety w Stambule pisały o tych samobójstwach i śmierci burmistrza — wymruczał sąsiad.

Ka nie wiedział, czy pobrzmiewająca w jego głosie emocja była dumą, czy wstydem.

Do końca podróży gawędził z tym szczupłym, przystojnym mężczyzną, którego spotkać miał ponownie trzy dni później w Karsie, kiedy z oczyma pełnymi łez szedł zaśnieżoną aleją Halita Paszy. Tymczasem dowiedział się, że tamten zawiózł matkę do Erzurumu, bo szpital w Karsie nie był odpowiedni, że mieszkał w jednej z okolicznych wsi, gdzie zajmował się hodowlą bydła, że choć z trudem wiązał koniec z końcem, nie narzekał, i że z tajemniczych dla Ka przyczyn nie troszczył się o siebie, lecz myślał przede wszystkim o kraju. Był dumny, że ktoś tak wykształcony jak Ka fatygował się aż ze Stambułu, by napisać o problemach Karsu. W jego słowach wyczuwało się szlachetną prostotę, a także dumę, która budziła szacunek.

Już samo towarzystwo współpasażera przyniosło Ka spokój, którego nie zaznał w Niemczech przez dwanaście lat. Dawno już nie miał przyjemności pogadania z kimś, kto był od niego bardziej bezsilny. Przypomniał sobie, jak to jest patrzeć na świat oczyma człowieka zdolnego do miłości i współczucia. Nagle strach przed niezmordowaną wszechobecną śnieżycą zniknął, bo Ka nabrał pewności, że ich przeznaczeniem nie jest stoczenie się w przepaść i że autobus, choć spóźniony, dotrze w końcu do celu.

Kiedy o dziesiątej, z trzygodzinnym opóźnieniem, wjechali na zasypane śniegiem ulice Karsu, Ka nie rozpoznał miasta. Nie dostrzegał stacji kolejowej, na której wysiadł z pociągu po raz pierwszy dwadzieścia lat temu. Nigdzie nie widział ani śladu hotelu Cumhuriyet1, do którego woźnica przywiózł go wówczas, okrążywszy przedtem całe miasto — hotelu, gdzie „w każdym pokoju znajdował się telefon”. Wyglądało to tak, jakby ktoś zmiótł dawny Kars z powierzchni ziemi albo jak gdyby zasypał go śnieg. Kilka zaprzęgów konnych stojących tu i tam przywoływało wprawdzie wspomnienia, ale miasto wyglądało na bardziej smutne i biedniejsze niż to, które Ka zapamiętał. Za oszronionymi szybami autobusu majaczyły betonowe bloki podobne do tych, jakie wyrosły w ostatnim dziesięcioleciu w każdym zakątku Turcji, tablice z pleksiglasu, sprawiające, że wszystkie miejsca wyglądały jednakowo, i plakaty wyborcze, rozwieszone na rozciągniętych w poprzek ulic sznurach.

Wysiadł z autobusu. Kiedy tylko jego stopy zagłębiły się w miękkim śniegu, poczuł ostre zimno wdzierające się przez nogawki. Zapytał pomocnika kierowcy o hotel Karpalas, w którym jeszcze w Stambule zarezerwował telefonicznie pokój. Wydawało mu się, że wśród podróżnych czekających na swe pakunki dostrzega znajome twarze, ale śnieg sypał tak gęsto, że Ka nie był w stanie ich rozpoznać. Ponownie zobaczył tych ludzi zaraz po rozpakowaniu walizek, gdy udał się do restauracji Yeşilyurt. Rozpoznał wyniszczonego, zmęczonego, lecz wciąż pociągającego mężczyznę i jego otyłą, ruchliwą partnerkę. Mężczyzna nazywał się Sunay Zaim. Przypomniał sobie ich naszpikowane politycznymi hasłami spektakle wystawiane w Stambule w latach siedemdziesiątych. Obserwując oboje w zadumie, Ka pomyślał, że kobieta jest podobna do jego koleżanki ze szkoły podstawowej. Pozostali mężczyźni siedzący przy stole podobnie jak Zaim mieli rozlane twarze i przywiędłą cerę. Czego szukała ta niewielka trupa w tym zapomnianym mieście w śnieżną lutową noc? Opuszczając restaurację, którą jeszcze dwadzieścia lat temu wypełniali po brzegi ubrani w garnitury i krawaty urzędnicy, Ka odniósł wrażenie, że mężczyzna siedzący przy jednym ze stolików jest uzbrojonym bojówkarzem lewicy z lat siedemdziesiątych. Wspomnienia raz odżywały w pamięci Ka, raz zacierały się, tłumione białą pierzyną padającego śniegu.

Zasypane ulice świeciły pustkami. Czy to z powodu zamieci, a może dlatego, że nikt nigdy nie spacerował po tych zamarzniętych chodnikach? Ka z uwagą czytał niedawno rozwieszone na murach przez władze wojewódzkie afisze wyborcze, reklamy restauracji, kursów dokształcających i piętnujące samobójstwa plakaty. Na tych ostatnich napisano: „Człowiek jest arcydziełem Bożym, a samobójstwo bluźnierstwem”. W którejś z çayhane2 przez oszronione szyby zobaczył tłumek mężczyzn oglądających telewizję. Widok wciąż stojących na swoim miejscu starych kamiennych domów, wzniesionych przez Rosjan, przyniósł mu ulgę. Dzięki nim Kars był dla niego miejscem wyjątkowym.

Hotel Karpalas był właśnie taką elegancką budowlą w stylu rosyjskim i przypominał architekturę znad Bałtyku. Wejście do dwupiętrowego gmachu o wysokich oknach znajdowało się pod łukowym sklepieniem. Przechodząc pod przestronną arkadą, pod którą sto dziesięć lat temu z łatwością wjeżdżały na hotelowy dziedziniec zaprzęgi konne, Ka poczuł dreszcz podniecenia, ale był zbyt zmęczony, by to uczucie przeanalizować. Poprzestańmy więc na tym, że dziwne uniesienie wiązało się z jedną z przyczyn jego podróży do Karsu. Trzy dni wcześniej bowiem Ka wybrał się z wizytą do redakcji gazety „Cumhuriyet”3, gdzie spotkał Tanera, kolegę z czasów szkolnych. I to właśnie Taner powiedział mu o zbliżających się wyborach w Karsie i tajemniczych samobójstwach popełnianych przez młode kobiety. Sytuacja bardzo przypominała tę z Batmanu4. Powiedział też, że jeśli Ka chce coś o tym napisać i przekonać się, jak wygląda Turcja po dwunastu latach jego nieobecności, powinien wybrać się do Karsu. Jako że nikt inny nie był tym zainteresowany, Ka mógłby otrzymać okresową akredytację dziennikarską… No i na dodatek, w Karsie przebywała piękna Ipek, ich wspólna koleżanka ze studiów. Niedawno rozstała się ze swym mężem Muhtarem, ale pozostała w mieście i mieszkała teraz podobno w hotelu Karpalas z ojcem i młodszą siostrą. Słuchając Tanera, który komentował dla „Cumhuriyetu” wydarzenia polityczne, Ka rozmyślał o Ipek…

Wszedł do pokoju 203 na drugim piętrze. Klucze dostał od wpatrzonego w telewizor recepcjonisty Cavita. Odetchnął, zamknąwszy za sobą drzwi. Uważnie wsłuchał się w siebie, ale w końcu doszedł do wniosku, że jeśli nawet w hotelu znajduje się Ipek, fakt ten nie zaprząta już ani jego myśli, ani jego serca. Śmiertelnie bał się zakochać — był to strach człowieka pamiętającego swoje nieliczne zauroczenia jako pasmo cierpienia i wstydu.

 

W środku nocy, w ciemnościach, zanim położył się do łóżka, Ka ubrany w piżamę, odchylił nieco zasłony. Patrzył na ogromne płatki śniegu, spadające nieprzerwanie z czarnego nieba.

2. Nasze miasto to spokojne miejsce Odległe dzielnice

Śnieg, pokrywający miejskie ciemności, brud i błoto, zawsze był dla Ka symbolem nieskazitelnej czystości, ale pierwszego dnia spędzonego w Karsie przestał się kojarzyć poecie z poczuciem bezpieczeństwa. Tutaj śnieg męczył, nużył i przytłaczał. Padał całą noc. Nie przestawał, gdy rankiem Ka spacerował po ulicach ani gdy siedział w wypełnionych bezrobotnymi Kurdami çayhane. Sypał się z nieba, gdy Ka, niczym zapalony dziennikarz, uzbrojony w długopis i kartkę rozmawiał z wyborcami i gdy wspinał się po oblodzonych ścieżkach ubogich dzielnic. Padał też, kiedy Ka spotkał się z byłym burmistrzem, wicewojewodą i krewnymi samobójczyń. Widok ośnieżonych ulic nie prowokował już jednak wspomnień z dzieciństwa podobnych tym, gdy Ka, stojąc w oknie rodzinnego domu w Nişantaşı5, patrzył na świat w ten sposób, jakby po drugiej stronie szyby rozciągała się baśniowa rzeczywistość. Śnieg nie zabierał go już w podróż do czasów, gdy mógł się cieszyć życiem członka klasy średniej, życiem, do którego tęsknił tak bardzo, że nawet nie był w stanie o nim śnić. Nie, teraz śnieg przemawiał do niego językiem ubóstwa i beznadziei.

Nad ranem, gdy miasto zaczęło się budzić ze snu, Ka, nie zważając na padający śnieg, ruszył aleją Atatürka6 w dół, ku dzielnicom gecekondu7 w najbiedniejszej części miasta — dzielnicy Kaleiçi. Maszerował szybko pod ośnieżonymi gałęziami oliwników i platanów, patrzył na zniszczone rosyjskie budynki z rurami piecyków sterczącymi z okien, na śnieg padający do środka zrujnowanej tysiącletniej ormiańskiej świątyni, wciśniętej między magazyny drewna i transformator. Widział bezpańskie psy ujadające na każdego przechodnia z pięćsetletniego kamiennego mostu nad zamarzniętą rzeką i strużki dymu unoszące się nad małymi gecekondu Kaleiçi, która pod śniegiem wyglądała na zupełnie opustoszałą. Tak bardzo się zasmucił, że oczy zaszły mu łzami. Ale chwilę później zauważył dwoje dzieci, idących po chleb do piekarni na przeciwległym brzegu — dokazywały z taką radością, że mimo wszystko Ka się uśmiechnął. To nie bieda ani powszechne zwątpienie najbardziej nim wstrząsnęły. Przygnębiało go obecne w każdym zakątku miasta niepojęte, przemożne osamotnienie, odbijające się w pustych witrynach sklepów fotograficznych, w oszronionych szybach çayhane zapełnionych grającymi w karty bezrobotnymi, na okrytych śniegiem pustych placach. Tak jakby Bóg i ludzie zapomnieli o tym miejscu, a śnieg miał tu padać bezszelestnie aż do końca świata…

Od rana wszystko szło po jego myśli. Powitano go ciepło, jak słynnego dziennikarza ze Stambułu, którego dłoń każdy chciał uścisnąć. Wszyscy otwierali przed nim drzwi i pragnęli z nim porozmawiać. Człowiekiem, który przedstawił Ka mieszkańcom Karsu, był pan Serdar, wydawca drukowanej w trzystu dwudziestu egzemplarzach „Gazety Przygranicznego Miasta”, swego czasu przesyłający też wiadomości z Karsu do „Cumhuriyetu”, choć większości z nich nigdy nie opublikowano. Czekał na Ka przed drzwiami redakcji. Poeta natychmiast zrozumiał, że człowiek, którego w Stambule nazywano „naszym lokalnym korespondentem”, znał doskonale całe miasteczko. Pan Serdar pierwszy zadał pytanie, które w ciągu trzech dni pobytu w Karsie Ka miał usłyszeć setki razy:

— Witam w naszym przygranicznym mieście, mistrzu. Co pana do nas sprowadza?

Ka wyznał, że przyjechał obserwować wybory i być może napisać coś o samobójczyniach.

— Podobnie jak było w Batmanie, wieści o tych nieszczęsnych dziewczynach są mocno przesadzone — stwierdził dziennikarz. — Chodźmy do zastępcy komendanta. Niech wie, że pan tu jest. Tak na wszelki wypadek.

Przedstawianie przyjezdnych policji — nawet jeśli byli dziennikarzami — stało się prowincjonalnym zwyczajem, zakorzenionym tu w latach czterdziestych. Bądź co bądź Ka był powracającym po latach do kraju politycznym emigrantem, a tutaj czuło się — choć nie do końca namacalną — obecność partyzantów z PKK8. Nie protestował.

W piętnaście minut przeszli przez miasto aleją Kazıma Karabekira, przy której ciągnęły się: zaśnieżony targ warzywny, zakłady kowalskie i sklepiki z częściami zamiennymi. Mijali çayhane, gdzie smutni, bezczynni ludzie gapili się w telewizory i padający śnieg oraz sklepy z nabiałem, gdzie w witrynach królowały gigantyczne kręgi żółtego sera.

W pewnym momencie pan Serdar przystanął i pokazał Ka miejsce, w którym zginął poprzedni burmistrz. Mówiono, że zastrzelono go z powodu błahostki: decyzji o rozbiórce nielegalnie wybudowanego balkonu. Sprawcę zabójstwa złapano trzy dni później w jakiejś wiosce, gdzie ukrywał się w stodole. Gdy go zatrzymano, nadal miał przy sobie pistolet. Lecz przez te trzy dni plotka w mieście urosła do takich rozmiarów, że nikt nie uwierzył już w winę owego człowieka. Ludziom nie mieściło się w głowie, że można zabić z tak błahej przyczyny.

Komenda Główna Policji w Karsie mieściła się w dużym, trzypiętrowym budynku, stojącym przy alei Faika Beja, wzdłuż której ciągnęły się stare, należące kiedyś do Rosjan i bogatych Ormian, kamienne budowle. W większości miały tu siedziby urzędy państwowe. Gdy czekali na zastępcę komendanta, pan Serdar, pokazując na wysokie, zdobione sufity, opowiadał historię budynku, który między rokiem 1877 a 1918, podczas okupacji rosyjskiej, był czterdziestopokojową rezydencją możnego Ormianina, a później został przekształcony w rosyjski szpital.

Na korytarzu pojawił się otyły zastępca komendanta policji pan Kasım i zaprosił ich do siebie. Ka od razu domyślił się, że człowiek ten nie czytywał „Cumhuriyetu”, uznając go za zbyt lewicową gazetę, a pochlebne słowa pana Serdara o wierszach Ka chyba nie wywarły na policjancie większego wrażenia. Widocznie jednak czuł respekt przed właścicielem najpoczytniejszej gazety w mieście i kiedy Serdar skończył, pan Kasım zwrócił się do Ka z pytaniem, czy życzy sobie ochrony.

— Słucham?

— Mogę przydzielić panu człowieka w cywilu. Będzie się pan czuł pewniej.

— Czy to konieczne? — zapytał Ka z niepokojem pacjenta, któremu lekarz właśnie nakazał chodzenie o lasce.

— Nasze miasto to spokojne miejsce. Terrorystów separatystów przegoniliśmy. Na wszelki wypadek jednak…

— Jeśli w Karsie panuje spokój, nie ma takiej potrzeby — przerwał Ka, marząc, by zastępca komendanta potwierdził, że nic mu nie grozi.

Pan Kasım jednak milczał.

Po tym spotkaniu wybrali się najpierw do najuboższych dzielnic, położonych w północnej części miasta, do Kaleiçi i Bayrampaşy. Przemierzając ulice, pan Serdar pukał do kolejnych drzwi gecekondu, skleconych z kamienia, brykietu i dykty, i pokrywanych coraz grubszą warstwą wciąż padającego śniegu. Jeśli drzwi otwierała kobieta, pytał o gospodarza domu. Tonem skłaniającym do zwierzeń wyjaśniał, że ten tu oto znany kolega dziennikarz przyjechał do Karsu z samego Stambułu, i to nie tylko, by relacjonować przebieg wyborów, ale też opisać problemy miasta i zbadać przyczyny samobójstw, więc jeśli powiedzą, co im leży na sercu, będzie to z niewątpliwą korzyścią dla Karsu… Niektórzy zachowywali się bardzo przyjaźnie, biorąc ich widocznie za kandydatów na burmistrza, przybywających zazwyczaj z prezentami w postaci puszek oleju słonecznikowego, pudeł pełnych mydła czy herbatników i makaronu. Ci, którzy z ciekawości lub zwykłej gościnności decydowali się wpuścić ich do środka, od razu dodawali, by Ka nie bał się ujadających psów. Inni otwierali drzwi ze strachem, w przekonaniu, że to kolejne przeszukanie lub kolejny z policyjnych nalotów. Okazywali niechęć nawet mimo zapewnień, że przybysze nie mają nic wspólnego z władzą.

Jeśli chodzi o krewnych samobójczyń (w krótkim czasie Ka poznał sześć przypadków), wszyscy podkreślali, że dziewczęta nigdy na nic się nie skarżyły, i dlatego byli w szoku po tym, co się wydarzyło.

Ka i pan Serdar — skuleni na starych sofach i wykrzywionych krzesłach w mikroskopijnych wyziębionych pokojach ze sztucznymi dywanami lub zwykłym klepiskiem zamiast podłogi, przed elektrycznymi grzejnikami zasilanymi kradzionym prądem, piecykami i bezgłośnymi, choć stale włączonymi telewizorami, wśród dzieciarni wyszarpującej sobie z rąk butelki, puste pudełka po lekarstwach lub herbacie oraz zniszczone plastikowe samochody i jednorękie lalki — słuchali opowieści o nie kończących się troskach i biedzie Karsu. Słuchali o rosnącym bezrobociu i epidemii samobójstw. Matki lamentowały nad bezrobotnymi dziećmi i opłakiwały synów, którzy trafili za kratki. Łaziebni zapracowywali się na śmierć, by jakimś cudem utrzymać rodziny, a bezrobotni, w rozterce i bez grosza przy duszy, patrzyli na uliczne çayhane. Wszyscy ci ludzie narzekali, rozpaczali, snuli ponure historie o rządzie, radzie miasta, pechu, jakby każdy ich problem był kwestią narodową lub polityczną. W pewnym momencie Ka odniósł wrażenie, że mimo śnieżnej bieli za oknami w domach, które odwiedzał, panował dziwny półmrok. Ledwo odróżniał kształty przedmiotów, jakby tiulowa zasłona opadła mu na oczy, jakby pochłaniało go milczenie śniegu, byle tylko mógł stawić opór tym opowieściom o żalu i biedzie.

Ale to właśnie historie o samobójczyniach miały go nawiedzać już do końca życia. I wcale nie uderzyła go w nich najbardziej bieda, bezradność, brak wrażliwości na cudze cierpienie. Nie zszokowały go wieści o tym, że dziewczęta były bite. Nie przejął się, że były nieludzko traktowane przez swoich ojców, którzy nie pozwalali im nawet wyściubić nosa z domu. Nie zaskoczyły go też zazdrość mężów ani nieustanny brak pieniędzy. Tym, co przeraziło Ka najbardziej, był sposób, w jaki dziewczęta odbierały sobie życie: nagle, bez ostrzeżenia, bez komentarza, w czasie zwykłych, codziennych obowiązków. Jedna na przykład, która wbrew własnej woli miała się wkrótce zaręczyć ze starym właścicielem çayhane, jak co wieczór zjadła kolację w towarzystwie matki, ojca, trójki rodzeństwa i starej babki, jak zwykle sprzątnęła naczynia, dokazując z siostrami, a potem poszła do kuchni po deser, skąd wymknęła się do ogrodu, przez okno weszła do pokoju rodziców i zabiła się z myśliwskiej broni ojca. Rodzice usłyszeli wystrzał. W sypialni znaleźli konającą córkę. Nie mogli zrozumieć, ani jak przedostała się z kuchni do ich sypialni, ani czemu targnęła się na własne życie.

Inna samobójczyni, szesnastolatka, posprzeczała się z dwójką rodzeństwa o wybór programu w telewizji i prawo do pilota. Dostała dwa ciężkie razy od ojca, który postanowił zaprowadzić porządek, po czym poszła do swojego pokoju i jednym haustem, jakby piła oranżadę, opróżniła butelkę środka owadobójczego Mortalin. Jeszcze inna, doprowadzona do ostateczności przez brutalnego męża — bezrobotnego, stłamszonego przez życie mężczyznę, za którego wyszła z miłości jako piętnastolatka i któremu przed pół rokiem urodziła dziecko — po kolejnej awanturze zamknęła się w kuchni. Nie zważając na krzyki męża, który domyślił się, co chce zrobić, i usiłował wyłamać drzwi, powiesiła się na wcześniej przygotowanym haku.

Ka był poruszony desperacją tych kobiet, gwałtownością, z jaką podejmowały decyzję o przekroczeniu granicy między życiem i śmiercią. Haki wbijane w sufity, strzelby nabite zawczasu i butelki z trucizną w sypialniach były dowodem na to, że ofiary długo nosiły się z myślą o samobójstwie.