Nowe życieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Yeni Hayat

Copyright © 1994, Iletisim Yayincilik A.S.

All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05795-7

Redaktor prowadzący

Anita Kasperek

Konsultacja

prof. dr hab. Tadeusz Majda

Redakcja i korekta

Renata Bubrowiecka, Marianna Cielecka, Paweł Ciemniewski

Projekt okładki i stron tytułowych

Marek Pawłowski

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2008

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 0 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łamanie: Infomarket

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Strona redakcyjna

  Dedykacja

  Motto

  1.

  2.

  3.

  4.

  5.

  6.

  7.

  8.

  9.

  10.

  11.

  12.

  13.

  14.

  15.

  16.

  17.

  Przypisy

Dla Şeküre

Inni nie przeżyli niczego podobnego,

choć wysłuchali tych samych opowieści.

Novalis

1.

Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe moje życie się zmieniło. Już od pierwszej strony tak silnie na mnie podziałała, że miałem wrażenie, jakbym odrywał się od krzesła, na którym siedziałem, i od stołu, na którym leżała książka. Chociaż byłem przekonany, że moje ciało oddala się ode mnie, to tkwiłem na krześle i przy stole całym sobą, całym swoim jestestwem, a książka działała nie tylko na mą duszę, lecz na wszystko, co sprawiało, że jestem sobą. Był to wpływ tak ogromny, że wydawało mi się, iż spomiędzy jej kartek bije światło, które uderza w moją twarz; światło, które mąci mój umysł i jednocześnie go rozjaśnia. Pomyślałem, że dzięki niemu będę mógł stworzyć siebie na nowo i że z nim nie zboczę z drogi; wyczułem w nim zapowiedź życia, do którego wkrótce miałem się zbliżyć i które miałem poznać. Siedziałem przy stole i przewracałem kolejne strony, z pełną świadomością czytając zapisane na nich słowa, a moje życie właśnie się zmieniało. Poczułem się tak bezbronny i niegotowy na to, co mnie czeka, że po jakimś czasie odruchowo odwróciłem twarz od książki, jakbym chciał schronić się przed mocą promieniującą z jej wnętrza. Właśnie wtedy z lękiem uprzytomniłem sobie, że świat, który mnie otaczał, uległ przemianie. Po raz pierwszy poczułem się samotny. Jakbym trafił do kraju, o którego języku, położeniu i zwyczajach nie miałem najmniejszego pojęcia.

Bezbronność jednak, jaką wywoływało poczucie osamotnienia, sprawiła, że jeszcze bardziej lgnąłem do książki. To właśnie ona miała odkryć przede mną wszystko, w co pragnąłem wierzyć i czego mogłem doświadczyć. To ona miała wskazać drogę, jaką obierze moje życie. Przewracałem kartkę po kartce, czytałem książkę, jakby była przewodnikiem, który ma mnie poprowadzić w dziki, nieznany świat. Chciałem powiedzieć: „Pomóż mi! Pomóż bezpiecznie odnaleźć nowe życie!”. Wiedziałem jednak, że na owo życie składały się słowa książki. Czytając je jedno po drugim, usiłowałem odnaleźć swoją drogę, a jednocześnie wyobrażałem sobie po kolei wszystkie rozkosze, które mogły mnie z niej zawrócić.

Książka leżała przede mną na stole, bijąc światłem w moją twarz. Wyglądała jak dobrze znany przedmiot, jeden z wielu znajdujących się w tym pokoju. Z radością i zaskoczeniem odkrywałem istnienie całkiem nowego świata: książka, która miała tak bardzo zmienić moje życie, była w rzeczywistości zwykłym przedmiotem. Kiedy mój umysł z wolna otwierał swoje okna i drzwi na cuda i dziwy nowego świata, jakie obiecywały czytane właśnie słowa, po raz kolejny zastanawiałem się nad przypadkiem, który sprawił, że trafiłem na tę książkę. Ale było to zaledwie mgnienie myśli, unoszące się gdzieś na powierzchni świadomości, niezdolne przeniknąć głębiej. Jakbym wracał do niego z obawy przed czymś: do świata, który książka otworzyła przede mną, przedziwnego i bardzo zaskakującego — poczułem nagłą potrzebę odnalezienia się w teraźniejszości, byle tylko całkiem się w nim nie pogrążyć. Rósł we mnie lęk, że gdy podniosę wzrok i spojrzę na swój pokój, szafę, łóżko albo wyjrzę przez okno, nie zastanę już świata takiego, jaki znałem.

Jedna po drugiej mijały strony i minuty, w oddali przejeżdżały pociągi; słyszałem, jak matka wyszła z domu i po długim czasie wróciła; słyszałem zwykły miejski gwar, dźwięk dzwonka sprzedawcy jogurtu przechodzącego ulicą i warkot samochodów. Wszystkie te znajome głosy wydały mi się nagle obce. Miałem nawet wrażenie, że zaczął padać deszcz, ale po chwili usłyszałem głosy dziewcząt skaczących przez skakankę. A gdy wydawało mi się, że zza chmur wychodzi słońce, usłyszałem dźwięk kropli deszczu uderzających o szybę… Przeczytałem następną stronę, kolejną i kolejną… Zobaczyłem światło przebłyskujące u progu tamtego życia. Zobaczyłem to, o czym do tej pory wiedziałem i o czym nie miałem pojęcia. Zobaczyłem swoje życie, drogę, jaką wydawało mi się, że obierze…

Kiedy powoli przewracałem kartki, jakiś obcy moim myślom i przeczuciom świat, o którego istnieniu nigdy nawet nie marzyłem, przeniknął do mojej duszy i w niej pozostał. Mnóstwo spraw, które do tej pory zaprzątały mój umysł, zmieniło się w mało istotne szczegóły, a nieznane do tej pory rzeczy dawały mi znaki, wychynąwszy ze swoich kryjówek. Gdyby w czasie tej lektury ktokolwiek zapytał mnie, czym tak naprawdę były, nie znalazłbym odpowiedzi. Czytając, byłem świadomy, że powoli wkraczam na drogę, z której nie ma powrotu. Straciłem zainteresowanie wieloma sprawami pozostawionymi za sobą, a jednocześnie czułem tak wielką ekscytację i zaciekawienie światem otwierającym się przede mną, że każdy byt wydawał mi się godny uwagi. Siedziałem, drżąc z podniecenia i machając nogami, kiedy cały ogrom, bogactwo i natłok przyszłych zdarzeń zmieniły się w zgrozę.

Przestraszony, w świetle bijącym z książki zobaczyłem zapuszczone pokoje, szalone autobusy, zmęczonych ludzi, wyblakłe litery, zagubione miasteczka, różne światy i duchy. Zawsze była jakaś podróż, wszystko było podróżą. A podczas tej wędrówki nieustannie towarzyszyło mi czyjeś baczne spojrzenie, które w najbardziej nieoczekiwanym momencie gotowe było mnie dosięgnąć, a potem znikało, sprawiając, że znów chciałem czuć je na sobie. Łagodne spojrzenie, któremu obce były błędy i grzechy… Chciałem móc się nim stać. Chciałem żyć w świecie, który ono obserwuje. Tak bardzo tego pragnąłem, że wkrótce w to uwierzyłem. Nie, nawet nie musiałem uwierzyć, ja naprawdę tam byłem. A skoro istniałem w tamtym świecie, książka musiała opowiadać także o mnie. Ktoś najpierw pomyślał i spisał moje myśli; dlatego to wszystko się wydarzyło.

Zrozumiałem, jak bardzo różnią się od siebie słowa i rzeczy przez nią opisywane. Od pierwszej chwili czułem, że książkę stworzono z myślą o mnie — dlatego każde jej słowo, każda metafora zapadały we mnie tak głęboko. Ale nie dlatego, że słowa te były niezwykłe czy że wyrazy jarzyły się światłem, o nie. Czułem, że książka opowiada moją historię. Nie pamiętałem, skąd się wzięło takie wrażenie. A może przypomniałem to sobie tylko po to, by za chwilę zapomnieć; gdzieś pośród zabójców, nieszczęść, śmierci i utraconych znaków próbowałem odnaleźć własną drogę.

 

I tak z każdą kolejną stroną moje spojrzenie zmieniało się w słowa z książki, a słowa — kształtowały moje spojrzenie. Oślepiony światłem, nie potrafiłem odróżnić książki od świata w niej opisanego. Jakby jedyna rzeczywistość, każde istnienie, a także każdy możliwy kolor i przedmiot były ukryte pomiędzy słowami, w jej wnętrzu, a ja, dzięki własnemu intelektowi, z radością i zadziwieniem sprawiałem, że dokonywało się wszystko, co mogło się dokonać. Czytając, pojmowałem, że od lat gdzieś tam, na dnie mojej duszy, tkwiła myśl, którą wskazywała mi książka — początkowo jakby szeptem, potem przeszywając mnie bólem, na końcu zaś uderzając z nieokiełznaną siłą. To ona odnalazła i wyniosła na powierzchnię skarb ukryty od wieków w głębinie, a ja, widząc to, co odnalazłem między wersami i słowami, miałem ochotę powiedzieć: teraz należy także do mnie. Czytając jedną z ostatnich stron, poczułem, że ktoś spisał to, o czym sam kiedyś myślałem. A potem, kiedy już całkiem zanurzyłem się w tamtym świecie, zobaczyłem śmierć na kształt anioła wyłaniającego się z mroku. Swoją śmierć…

W jednej chwili pojąłem, że moje życie stało się tak bogate, jak nigdy nie śmiałbym przypuszczać. Nie obawiałem się, że patrząc na świat, ulice, przedmioty i własny pokój, nie będę umiał odnaleźć w nich tego, o czym mówiła książka. Prawdziwym lękiem napawała mnie tylko myśl, że mógłbym się od niej oddalić. Trzymałem ją teraz w obu dłoniach, starając się poczuć zapach papieru i farby, tak jak to robiłem w dzieciństwie z komiksami, które właśnie skończyłem czytać. Pachniała tak samo jak one.

Wstałem od stołu i jak przed laty podszedłem do okna i oparłem czoło o zimną szybę. Wyjrzałem na ulicę. Kiedy przed pięcioma godzinami zaczynałem lekturę, którą teraz skończyłem, kładąc książkę na blacie stołu, przy krawężniku po drugiej stronie ulicy stała zaparkowana ciężarówka. Teraz nie było po niej śladu. Wszystkie oszklone szafy, ciężkie stoły, stoliki, pudła i lampy wypakowano, a do pustego mieszkania naprzeciwko wprowadzili się nowi lokatorzy. Przez pozbawione zasłon okna widziałem, jak w silnym świetle nagiej żarówki rodzice w średnim wieku wraz z synem i córką, którzy mogli być moimi rówieśnikami, jedzą kolację, wpatrzeni w telewizor. Włosy dziewczyny były kasztanowe, ekran telewizora — zielony.

Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny. Nie chciałem być świadkiem zmian, jakie zaszły w otaczającym mnie znanym, starym świecie, ale rozumiałem, że ani ulice, ani mój pokój, ani nawet moja matka czy przyjaciele nie będą już tacy jak kiedyś. W każdym z nich musiała tkwić jakaś wrogość, coś mrocznego i zatrważającego, czego nie potrafiłem nazwać. Odsunąłem się od okna, choć nie wróciłem do przywołującej mnie książki. Przedmiot, który wykoleił moje życie, czekał tam, na stole, tuż za moimi plecami. Bez względu na to jednak, z jakim uporem bym się odwracał, wszystko i tak miało swój początek gdzieś między wierszami tej książki — musiałem podążyć jej drogą.

Ale zerwanie z dawnym życiem wydało mi się nagle na tyle przerażające, że zapragnąłem odnaleźć spokój, wyobrażając sobie, że nie zdarzył się żaden wypadek, nieszczęście czy też cokolwiek, czym było to, co mnie spotkało. Tak samo jak ludzie, których życie zmieniło się bezpowrotnie w wyniku jakiejś tragedii. Tak silnie jednak odczuwałem obecność leżącej za moimi plecami otwartej książki, że nie potrafiłem nawet wyobrazić sobie, jak mogłoby się potoczyć dalej moje dawne życie.

Kiedy matka zawołała mnie na kolację, wyszedłem z pokoju i próbowałem z nią rozmawiać, jak nowicjusz, który przyzwyczaja się do nowego świata. Telewizor był włączony, na stole stały ziemniaki z mielonym mięsem, por w oliwie, sałata i jabłka. Matka mówiła coś o sąsiadach, którzy właśnie wprowadzili się do domu naprzeciwko, o tym, że całe popołudnie — jak to pięknie! — pracowałem bez przerwy, o targu, deszczu, wiadomościach telewizyjnych i spikerze, który je prezentował. Kochałem swoją matkę; była piękną, taktowną, delikatną i wyrozumiałą kobietą. Czułem się winny, że przez książkę wszedłem do świata innego niż ten, do którego należała.

Gdyby książka została stworzona dla wszystkich, życie nie mogłoby mijać jak kiedyś, powoli i nieubłaganie — myślałem. Ale przekonanie, że napisano ją wyłącznie dla mnie, nie mogło mieć sensu dla logicznie myślącego studenta inżynierii, którym wciąż przecież byłem. W jaki więc sposób wszystko toczyło się tak jak dotąd? Czułem strach na samą myśl, że książka mogła być zagadką stworzoną specjalnie dla mnie. Później chciałem pomóc matce w zmywaniu naczyń, chciałem jej dotknąć i przenieść w teraźniejszość świat, który miałem w sobie.

— Zostaw, zostaw, sama to zrobię, kochanie — odparła.

Przez jakiś czas wpatrywałem się w telewizor. Może mógłbym przeniknąć w tamten świat, a może rozniósłbym telewizor jednym silnym kopnięciem? Ale przecież miałem przed sobą n a s z telewizor, telewizor z n a s z e g o domu — jakąś formę bożka, jakiś rodzaj lampy. Włożyłem kurtkę i buty.

— Wychodzę — powiedziałem.

— Kiedy wrócisz? — zapytała. — Zaczekać na ciebie?

— Nie czekaj. Potem i tak zasypiasz przed telewizorem.

— Zgasiłeś światło w pokoju?

Wyszedłem na znane od dziecka ulice, jakbym wyruszał na niebezpieczne bezdroża nieznanego kraju. Kiedy poczułem wilgotny grudniowy chłód, muskający niczym wiatr moją twarz, pomyślałem, że może jednak kilka spraw ze starego świata przeniknęło do nowej rzeczywistości. Miałem to stwierdzić właśnie teraz, wędrując ulicami i chodnikami, które układały się w mapę mojego życia. Chciałem biec.

Szedłem szybko ciemnymi trotuarami wzdłuż murów, mijając wielkie kubły na śmieci i jeziora kałuż, patrząc, jak z każdym krokiem otwiera się przede mną nowy świat. Topole i platany mego dzieciństwa na pierwszy rzut oka wyglądały tak samo, ale przepadły gdzieś skojarzenia i wspomnienia, jakie mnie z nimi wiązały. Patrzyłem na zmęczone drzewa, dwupiętrowe domy i brudne kamienice, których życie śledziłem od fundamentów, od chwili, gdy były jeszcze dziurą wypełnioną wapnem — później, gdy domy zostały wybudowane, bawiłem się tu ze swymi nowymi przyjaciółmi, którzy właśnie się wprowadzili. Patrzyłem na owe budynki tak, jakby nie były nieodłącznymi fragmentami mego życia, lecz fotografiami, których moment wykonania wyleciał mi z głowy: rozpoznawałem je po cieniach, rozświetlonych oknach, drzewach w ogrodzie albo literach i znakach wypisanych na drzwiach wejściowych. Ale znajome miejsca nie budziły już we mnie żadnych emocji. Dawny świat czaił się wokół mnie, pośród ulic, w znajomych witrynach sklepowych, w piekarni na stacji Erenköy, gdzie w piecach rumieniły się çöreki1, w skrzyniach z owocami, taczkach, cukierni „Życie”, brudnych ciężarówkach, ceratach, mroku i zmęczonych ludzkich twarzach. Moje serce, w którym skrywałem książkę niczym grzech, zamarło na widok tych wszystkich cieni, leciutko drżących w światłach nocy. Chciałem uciec od znajomych ulic, które sprawiły, że byłem takim, a nie innym człowiekiem, od smutku mokrych drzew, liter neonów odbitych w kałużach, od lamp na stoiskach z warzywami i mięsem. Powiał lekki wiatr, z gałęzi spadły kropelki wody, usłyszałem jakiś stłumiony hałas — wtem zrozumiałem, że książka była tajemnicą, którą mi powierzono. Poczułem strach, zapragnąłem z kimś porozmawiać.

Wszedłem do kawiarni „Gençler” przy placu dworcowym, tej samej, w której moi koledzy z podwórka wciąż jeszcze grywali wieczorami w karty i oglądali mecze piłkarskie albo przesiadywali z nadzieją na spotkanie kogoś znajomego. Przy stoliku w głębi sali, w czarno-białej poświacie z włączonego telewizora znajomy student, na co dzień pracujący w sklepie obuwniczym swego ojca, rozmawiał o czymś z innym moim kolegą, piłkarzem grającym w lidze amatorskiej. Przed nimi zauważyłem papierosy, porozrzucane strony zaczytanych gazet oraz dwie szklanki herbaty; na krześle obok ukryli butelkę kupionego w sklepie piwa. Chciałem dyskutować z którymś z nich długo, może nawet całymi godzinami, ale natychmiast zrozumiałem, że nie będę mógł rozmawiać z żadnym. Poczułem smutek, który nieomal doprowadził mnie do łez, ale otrząsnąłem się z niego z godnością: od tej pory ludzi, przed którymi otworzę swoją duszę, będę wybierać spośród żyjących w świecie książki.

Byłem skłonny uwierzyć, że cała moja przyszłość należy do mnie, lecz tak naprawdę to ja znalazłem się we władaniu książki. Ona nie tylko przeniknęła mnie, niczym jakaś tajemnica czy grzech, ale sprawiła, że wpadłem w dziwny stan, jak ze snu — oniemiałem. Gdzie się podziały bratnie dusze, z którymi mógłbym porozmawiać? Gdzie znajdowała się kraina, w której mogłoby spełnić się marzenie ukryte w mym sercu? Gdzie są ci, którzy jak ja przeczytali tę książkę? No gdzie?

Minąłem tory i depcząc leżące na asfalcie żółte liście, skręciłem w boczną uliczkę. Poczułem nagły przypływ optymizmu: gdybym szedł tak już zawsze — szybko i nie zatrzymując się — gdybym podróżował nieustannie, dotarłbym w końcu do świata opisanego w książce. Nowe życie, które jaśniało w moim wnętrzu, było gdzieś bardzo daleko, może w miejscu dla mnie niedostępnym, ale idąc przed siebie, czułem, że się do niego zbliżam, a przynajmniej mogę zostawić za plecami to, czym do tej pory żyłem.

Kiedy dotarłem na plażę, zadziwiła mnie głęboka czerń morza. Dlaczego wcześniej nie zauważyłem, że nocą morze Marmara staje się tak ciemne, złowrogie i bezlitosne? Zupełnie jakby to, co nas otacza, mówiło własnym językiem, a ja zaczynałem go słyszeć dopiero w ulotnej ciszy, w którą wciągnęła mnie książka. Przez moment czułem siłę delikatnie falującego morza, co przypominało mi uczucie towarzyszące wrażeniu zbliżającej się mojej nieuchronnej śmierci, jakie miałem podczas lektury książki. Ale nie było to wrażenie, że oto nadszedł koniec wszystkiego, które powinna przecież wywołać prawdziwa śmierć; poczułem raczej ciekawość i ekscytację, jak ktoś, kto właśnie rozpoczyna nowe życie.

Chodziłem po plaży tam i z powrotem. Kiedy byłem dzieckiem, często po przejściu sztormu przychodziliśmy tu razem z kolegami z podwórka grzebać pośród puszek po konserwach, plastikowych piłek, butelek, plażowych klapek, żabek do bielizny, żarówek i lalek wyrzuconych przez morze. Szukaliśmy tajemniczego przedmiotu, części skarbu, czegoś całkiem nowego, połyskującego i nieznanego. Przez chwilę zdawało mi się, że gdybym teraz — będąc pod wrażeniem książki — odnalazł wyrzucony na brzeg przedmiot z mojego starego świata, ujrzałbym w nim ową magiczną moc, której zawsze poszukują dzieci. Ale w tej samej chwili uczucie, że książka pozostawiła mnie na tym świecie samego, zawładnęło mną tak mocno, że przez chwilę niemal czułem, jak morska czerń wznosi się, by mnie pochłonąć.

Byłem przerażony; szedłem szybko, nie po to by obserwować, jak z każdym krokiem spełnia się mój nowy świat, ale żeby jak najprędzej znaleźć się w swoim pokoju sam na sam z książką. Prawie biegnąc, zacząłem już nawet widzieć w sobie istotę stworzoną ze światła, które przebłyskiwało spomiędzy kartek. A to sprawiało mi ulgę.

Mój ojciec miał przyjaciela rówieśnika, który również latami pracował w Kolejach Państwowych, a nawet awansował na stanowisko rewidenta; pisywał artykuły do czasopisma „Żelazne Drogi”, przeznaczonego dla miłośników kolei. Poza tym w serii „Cotygodniowe Przygody dla Dzieci” publikował historie, które dodatkowo własnoręcznie ilustrował. Wiele razy pędziłem do domu, by zatopić się w tej lekturze. W tamtych czasach czytywałem też podarowane przez ojca komiksy Pertev i Peter albo Kamer w Ameryce. Ale książki dla dzieci zawsze nieuchronnie się kończyły. Na ostatniej stronie widniało sześć liter, dokładnie tak jak na filmach. „Koniec” — czytając to słowo, miałem przed sobą nie tylko granice krainy, w której chciałem pozostać dłużej, ale z bólem pojmowałem, że cały ten magiczny świat był tylko wymysłem wuja Rıfkıego.

Teraz wiedziałem, że prawdą jest wszystko, co znajduje się w książce, do której tak mi spieszno. Dlatego nosiłem ją w sobie; dlatego mokre ulice, które przemierzałem niemal biegiem, wydawały się nierzeczywiste, jakby były fragmentem nudnej pracy domowej za karę. No tak, bo przecież ta książka odsłaniała — jak mi się zdawało — sens mego życia.

Minąłem tory. Przechodząc koło meczetu, o mało co nie wdepnąłem w kałużę — w ostatniej chwili podskoczyłem i potknąwszy się o własną nogę, upadłem jak długi na zabłocony asfalt. Wstałem natychmiast i już miałem odejść, kiedy jakiś stary człowiek z brodą zapytał:

 

— Ojej, to się mogło źle skończyć, drogi chłopcze! Wszystko w porządku?

— Nie — odparłem. — Wczoraj umarł mi ojciec. Dziś go pochowaliśmy. To był kawał drania, ciągle pił, bił matkę, nie chciał nas tutaj. Przez całe lata mieszkałem w Zrujnowanej Winnicy.

Skąd mi przyszła do głowy ta nazwa? Starzec może i domyślił się, że żadne z moich słów nie jest prawdą, ale ja nagle poczułem w sobie nadzwyczajną mądrość. Nie wiem, czy z powodu tego kłamstwa, czy książki, a może — co byłoby najprostsze — zdumionej twarzy mężczyzny, powiedziałem do siebie: „Nie bój się, idź! Świat z książki jest prawdziwy!”.

A jednak czułem strach… Dlaczego?

Dlatego że słyszałem o ludziach, którym życie zniszczyła jedna książka. Słyszałem opowieści o tych, którzy pochłonąwszy w ciągu jednej nocy Podstawowe zasady filozofii, przyznawali rację każdemu przeczytanemu słowu, następnego dnia dołączali do Nowych Rewolucyjnych Pionierów Proletariatu, a trzy dni później, złapani podczas napadu na bank, trafiali do więzienia na dziesięć lat. Znałem i takich, którzy po przeczytaniu Islamu i nowej moralności albo Szkodliwości westernizacji jeszcze tej samej nocy przenosili się z baru do meczetu i na lodowatych dywanach, spowici zapachem wody różanej, cierpliwie czekali na śmierć. Na koniec wreszcie poznałem ludzi, którzy dali się ponieść książkom takim, jak Wolność miłości czy Odnaleźć siebie. Choć należeli do tych, co bardziej wierzą w siłę znaków zodiaku, także mawiali: „Ta książka w jedną noc zmieniła całe moje życie!”.

Ale nie myślałem o tym, jak żałosne i przerażające były te wszystkie skojarzenia. Bałem się samotności. Bałem się, że głupiec, jakim byłem, najpewniej nie zrozumie tej książki; że będę powierzchowny albo wręcz przeciwnie — nie będę umiał być taki jak wszyscy; że zachłysnę się miłością, będę budził śmiech, usiłując wyjawić poznaną tajemnicę ludziom, którzy wcale nie mają ochoty mnie słuchać; że pójdę do więzienia; że będę podobny do szaleńca i w końcu zrozumiem, iż świat jest bardziej okrutny, niż przypuszczałem, i że nie uda mi się rozkochać w sobie wszystkich pięknych dziewcząt, których zapragnę. Jeśli prawdą było to, co książka mówiła, jeśli życie wyglądało tak, jak je w niej przedstawiono, i jeśli taki świat mógł istnieć, to dlaczego ludzie wciąż chodzili do meczetu, zabijali czas, oddając się kawiarnianym plotkom, i każdego wieczoru siadali przed telewizorami, by nie umrzeć z nudów? To było absolutnie niezrozumiałe. Ci sami ludzie nie zaciągali dokładnie zasłon, z myślą, że na ulicy może się wydarzyć coś interesującego, coś, na co warto popatrzeć choć trochę tak jak patrzy się w telewizor; jakiś samochód może na przykład przemknąć z warkotem, zarży koń albo pijak wrzaśnie na całe gardło.

Nie pamiętam, kiedy zdałem sobie sprawę, że od dłuższego już czasu patrzę w na wpół zasłonięte okna znajdującego się na drugim piętrze mieszkania wuja Rıfkıego. Może instynktownie posyłałem mu pozdrowienie w dniu, w którym pod wpływem książki moje życie całkiem się zmieniło? Chciałem jeszcze raz obejrzeć z bliska przedmioty, które widziałem w jego mieszkaniu podczas ostatnich odwiedzin: kanarki w klatce, barometr na ścianie, starannie oprawione obrazy przedstawiające pociągi, przeszklony kredens z kompletem kieliszków do likieru, miniaturowymi wagonami, srebrną cukiernicą, dziurkaczami konduktorskimi, medalami za służbę kolei po jednej stronie i czterdziestoma pięcioma książkami po drugiej, stojący na nim nieużywany samowar, karty rozłożone na stole… Zza kotar nie dostrzegłem telewizora, widziałem tylko jego światło.

Nagle z zaskakującą dla mnie samego śmiałością wspiąłem się na mur otaczający kamienicę i zobaczyłem telewizor oraz głowę wpatrzonej w niego ciotki Ratibe, wdowy po wuju Rıfkım. Dokładnie tak jak moja matka, siedziała z głową wtuloną w ramiona, patrząc w telewizor, ustawiony pod kątem czterdziestu pięciu stopni do pustego fotela jej męża. W odróżnieniu od matki, zamiast robić na drutach, kopciła papierosa.

Wuj Rıfkı odszedł dwa lata temu, dwanaście miesięcy przed moim ojcem, który umarł na serce, ale śmierć wuja nie była naturalna. Zastrzelono go pewnego wieczoru w drodze do kawiarni. Zabójcy nie schwytano. Pojawiły się plotki o czyjejś zazdrości, ale mój ojciec do końca życia nie dawał im wiary. Wujostwo nie mieli dzieci.

O północy, kiedy moja matka dawno już spała, usiadłem wyprostowany przy biurku i patrząc na książkę ukrytą między łokciami, powoli, z radością i podnieceniem zapominałem o gasnących światłach dzielnicy i całego miasta, o smutku pustych, mokrych ulic, okrzykach sprzedawcy bozy2, paru wronach, kraczących nie w porę, cierpliwym stukocie długich pociągów towarowych, które wyruszały w trasę po ostatniej podmiejskiej kolejce… Pozwoliłem, aby pochłonęła mnie światłość emanująca z książki. Wyleciało mi z głowy wszystko, co do tej pory stanowiło sedno mojego życia i marzeń; w niepamięć poszły obiady, filmy, szkolne przyjaźnie, codzienne gazety, oranżady, mecze piłkarskie, rzędy ławek na kursach doszkalających, statki, piękne dziewczęta, marzenia o szczęściu, moja przyszła ukochana, żona, praca, biurko, poranki i śniadania, bilety autobusowe, drobne smutki, nieodrobione prace domowe ze statystyki, stare spodnie, moja twarz, moje piżamy i noce, magazyny, przy których się masturbowałem, papierosy, a nawet wierne łóżko, czekające tuż za moimi plecami z obietnicą najbezpieczniejszego zapomnienia. Byłem w świecie utkanym ze światła.