Polski esej literacki. Antologia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szalejąca w sercach burza romantyczna zostawiała nieraz pustkę w sercach i zapędzała ludzi romantyzmu na odludzie samotności. Samotnikiem i starym kawalerem został do śmierci Seweryn Goszczyński[146], samotnie szedł przez życie generał Chłopicki[147], samotnie przewalczył swój żywot do burzy podobny Maurycy Mochnacki[148], który zawsze najprzykładniejsze prowadził życie. „Polska niepodległa była jedynym romansem jego młodości, a myśl, że zapędzi Moskwę[149] w stepy azjatyckie – najwyższą poezją życia!”

*

Ukochani przez bogów umierają młodo[150], ale ukochane przez poetów żyją zazwyczaj długo. Mają wiele synów, córek i wnuków. Śpiewaczka operowa p. Konstancja, którą kochał Chopin, przeżyła go o lat 40, grała swym wnukom jego mazurki i wcale nie żałowała, że nie poszła za mąż za artystę. Ciocia Załuska, którą zawsze pragnął Krasiński ujrzeć na tamtym świecie, ażeby z dusz ich obojga utworzyć jednego anioła – w 60 lat potem dziwiła się, dlaczego „mężczyźni nie mogą nigdy tego zrozumieć, że my się w nich nie kochamy i nie chcą nam tego darować”. Maryla umarła w r. 1863, Karolina Jänisch w 81 wiośnie życia, tłumaczyła na niemiecki Trzech Budrysów Mickiewicza, a wspominając uczucie młodości, pisała: „Dla mnie Mickiewicz żyć nie przestał. Jest moim, jak był kiedyś. Kocham go!”. Ewunia Ankwiczówna i pani Bobrowa, choć żyły długo, kochały swoich poetów do końca. A oni? Nosili wszyscy w sercach wizerunki swych pierwszych miłości, takie żywe, wiosenne i świeże, jak nosił Konstanty Gaszyński[151]. Zgnębiony życiem wygnaniec, przytulił się schorzały[152] gdzieś na francuskiej prowincji i lecząc chory stos pacierzowy przypiekaniem grzbietu rozpalonymi pręcikami żelaza, wspominał swą chłopięcą miłość we wsi nad Pilicą[153] i pisał najsłoneczniejsze dzieło romantyzmu, Sielankę młodości: „Panna była prześliczna. Z błękitnych jej oczek zaledwie że piętnasty uśmiechał się roczek!”[154].

WACŁAW BOROWY

(1890–1950)

Urodzony w Tuszynku pod Łodzią, po ukończeniu warszawskiego gimnazjum studiował filologię polską i angielską – z początku na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, następnie na Uniwersytecie Jagiellońskim. W roku 1920 wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej, po demobilizacji pracował jako archiwista i bibliotekarz, urzędnik ministerialny, a także redaktor czasopism warszawskich. W latach 1930–1935 był wykładowcą języka i literatury polskiej na uniwersytecie w Londynie. Po powrocie do kraju sprawował funkcję dyrektora Uniwersytetu Warszawskiego (1936–1938). W roku 1938 objął Katedrę Historii Literatury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. W przypadku Wacława Borowego pracy pedagogicznej i naukowej nie przerwały nawet wojna ani okupacja: uczył na tajnych kompletach, w rozmaity sposób współpracował z władzami państwa podziemnego, publikował w prasie konspiracyjnej. Do działalności akademickiej powrócił w 1945, wkrótce został mianowany profesorem zwyczajnym. Wszedł w skład redakcji miesięcznika „Teatr” oraz kwartalnika „Pamiętnik Literacki”, przygotowywał liczne przedsięwzięcia edytorskie związane z wydaniem pism Mickiewicza, Norwida i Żeromskiego. Zmarł w Warszawie, niepogodzony z nadciągającymi zapowiedziami stalinizmu, atakowany i – zdaniem niektórych – wręcz „zaszczuty” przez zwolenników totalitarnej ideologii.

Na ceniony przez specjalistów dorobek uczonego składa się kilka obszernych tomów, należących od dawna do kanonu polonistyki, wydanych jednak w większości po śmierci autora. Za życia Borowego wiele jego artykułów i rozpraw ukazało się wyłącznie w niskonakładowych broszurach. Rozległą skalę zainteresowań autora oraz jego nieprzeciętne możliwości pisarskie ujawnił dopiero zbiór Kamienne rękawiczki, a po nim poświęcony głównie twórcom młodopolskim tom szkiców Dziś i wczoraj. O doskonałej orientacji we wszystkich epokach literackich świadczyła wznawiana kilkakrotnie antologia polskiej liryki Od Kochanowskiego do Staffa, uważana do dziś za jedną z najlepszych publikacji tego typu. Po drugiej wojnie światowej ukazała się monografia O poezji polskiej w wieku XVIII. Pośmiertnie wydano obszerne zbiory rozpraw i szkiców: O poezji Adama Mickiewicza, O Norwidzie, O Żeromskim, Studia i szkice literackie.

Różnorodność zainteresowań Borowego nie pozwala uznać go za typowego badacza akademickiego, świadomie ograniczającego swoje pole działania. Bez wątpienia najbliższy był mu wiek XVIII i twórczość najwybitniejszych pisarzy XIX stulecia: Mickiewicza, Norwida, ale także Niemcewicza, Fredry, Goszczyńskiego, z późniejszych zaś – Żeromskiego i Wyspiańskiego. Zajmował się również literaturami obcymi, szczególnie angielską. Opublikował – już w 1929 roku – obszerną monografię twórczości Chestertona, a ponadto napisał pierwsze w Polsce, cenne szkice o poezji Eliota, w okresie międzywojennym stanowiącej jeszcze nowość. Omawiał zagadnienia teorii przekładu (m.in. analizując tłumaczenia Boya), jako bibliotekarz i bibliotekoznawca wypowiadał się na temat organizacji księgozbiorów.

Esej trudno zaliczyć do gatunków najczęściej uprawianych przez Wacława Borowego, jednak kilka pozycji jego autorstwa, w tym dotyczące Kochanowskiego Kamienne rękawiczki, uznać należy za wybitne osiągnięcia literackie.

.

Kamienne rękawiczki[*]

Istnieje jeden tylko mający jakie takie prawdopodobieństwo autentyczności wizerunek Kochanowskiego[1]. Jest nim wypukłorzeźba na nagrobku w Zwoleniu[2]. I oto w odwzorach[3] i opisach tego jedynego ile tyle wiarogodnego portretu poety istnieją dwie wersje. Wedle jednej Kochanowski trzyma w prawej ręce zwój papieru, wedle drugiej – rękawiczki[*]. Drobiazg to oczywiście, ale w owej dwoistości dosyć dla naszego stosunku do Kochanowskiego znamienny. Człowiek ze zwojem papieru i człowiek z rękawiczkami – to dwaj ludzie odmienni. Człowieka ze zwojem papieru widujemy przeważnie na starych nagrobkach, człowieka trzymającego rękawiczki możemy zobaczyć każdej chwili, wyszedłszy w ciepły dzień na ulicę. Prawdziwa jest wersja druga, ale obydwie te wersje mają swoją symboliczną wymowę. Kochanowski jest czymś wybitnie historycznym, jak stary dokument, który się uroczyście piastuje, i zarazem czymś zupełnie współczesnym, jak rękawiczki w ręce człowieka wychodzącego na przechadzkę. Dwojakie więc możliwości wykładu upozowania portretowego mogą dla nas być symbolami dwojakiego sposobu patrzenia na poetę.

W naszych czasach najczęściej jest tak, że zwój papieru dominuje nad rękawiczką. Kiedy się myśli i mówi o Kochanowskim, myśli się i mówi przede wszystkim o jego roli historycznej: o tym, jak wielkim i jak niezwykłym był zjawiskiem w swojej epoce, jak tę epokę uświetnił, jak podniósł literaturę polską, jak ją pomnożył o nieimaginowane[4] przedtem formy i pomysły, jak nagiął do poezji surowy i oporny dotąd język polski. Albo myśli się o nim i mówi jako o źródle podniet artystycznych dla czasów następnych, jako o wzorze, wedle którego przez tyle lat i dziesięcioleci miała się kształtować stylistyka i instrumentacja wierszowa późniejszej poezji polskiej. Istotnie, z jednego i z drugiego z tych względów rozważany, jest Kochanowski wielkim zjawiskiem. Dystans pomiędzy jego dziełami a tym, co zastał w literaturze polskiej, jest ogromny. Nie mniej ogromny jest jego wpływ na współczesność i potomność. Blask jego sławy był przecie uznany tak powszechnie jak niewielu poetów polskich po nim. Niepodobna oprzeć się szczególnemu wzruszeniu, kiedy się pomyśli, że na Kochanowskim jako na początkującym ledwo pisarzu już poznał się patriarcha ówczesnej literatury polskiej – Rej[5], a potem serdecznie oglądali się na niego i z tradycją stworzoną przez jego dzieła liczyli się zarówno Sarmaci siedemnastowieczni – Kochowski[6] czy Potocki[7], jak wykwintniś klasyczny Krasicki[8], jak potem Mickiewicz[9], Norwid[10] i tylu innych. A był on przecie nie tylko rozkoszą artystów, ale i radością publiczności, obfitej i najrozmaitszej. Jego dicta[11] gnomiczne[12], jego żarty, jego motywy pieśniowe rozeszły się arcyszeroko; niektóre z nich stały się własnością powszechną, prawie zmieszały się z folklorem. Od tej strony oglądane, stanowią pisma Kochanowskiego zabytek dziejowy, na którym narosła szacowna patyna wieków.

I w innym jeszcze sensie stanowią one cenny zabytek. Są one zwierciadłem życia swojej epoki: widzimy w nich sylwety ludzi, zarysy ich trosk, ambicyj i zabaw. Pobrzmiewają w nich głośne konflikty i zagadnienia owego czasu. Nabieramy z nich pojęcia o tamtoczesnych[13] gustach, o świecie pojęć i wzruszeń, o dowcipie i wdzięku owej ery, która dla Polski była rozkwitem renesansu.

O tym wszystkim wiele i wymownie pisano. Jeśli chodzi o historyczno-kulturalne znaczenie i historyczno-kulturalną charakterystyczność Kochanowskiego, można powiedzieć, że jest on w całej rozciągłości swego dzieła pisarskiego uznany i należycie oceniony.

Nieco inaczej jest, jeśli chodzi o bezpośrednie zbliżenie się do niego jako do człowieka.

Niepodobna zaprzeczyć, że są rzeczy, które to zbliżenie utrudniają, i to pomimo całej historyczności, której w traktowaniu dawnych zjawisk nauczył nas wiek XIX. Rysem w Kochanowskim najtrudniejszym do zrozumienia jest bodaj jego różnolitość. Wśród klasycznych motywów i klasycystycznych elementów stylu tego poety odczuwamy brak tego, cośmy przywykli uważać za główną zasadę klasycystycznej estetyki: brak jednorodności. Brak jej tu naprawdę bardziej aniżeli w marzeniach romantyków. Zapewne lubimy Fraszki[14], możemy nawet polubić Foricoenia[15], ale trochę trudno pojąć, że poeta, który te zbiory wydawał, w 54 roku życia, po tylu już deklaracjach katolicyzmu, zostawił w nich zabawne, ale przecie z tymi deklaracjami wybitnie nie licujące koncepty o męczennicach kolońskich[16] i o procesji św. Marka[17]. Dziwną też dla nas rzeczą jest, że frywolna fraszka Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa mieści się na jednej karcie z wierszem nagrobkowym, a w zbiorze łacińskim znowu wiersz nagrobkowy sąsiaduje z epigramatem[18] o taniej kochance Korynnie. Ba, w tym samym zbiorze przecież mieszczą się także pokrewne Trenom[19] wiersze o śmierci córek poety! Nie mniej dziwnie nas uderza, mimo wszystko, co się z tego zakresu wie o renesansie, elegia łacińska na małżeństwo biskupa-apostaty Andrzeja Dudycza[20]: nie tyle może, że ją Kochanowski w r. 1567, jako proboszcz, poznański i zwoleński, napisał, ile że w r. 1584, jako już autor Trenów, sławny tłumacz Psałterza[21] i wybitna osobistość z obozu katolickiego, ogłosił ją w zbiorowym wydaniu.

 

Takich rzeczy jest więcej. Trudno było chyba oczekiwać, że autor, który w Satyrze[22] krytykował tak ostro gospodarczy i handlowy rozpęd szlachty, w elegii Patria rura colo[23], napisanej w niedługi czas potem, wychwali budowę statków i spław zboża, a dawniejszy swój utwór wyraźną aluzją zlekceważy: „Rolniku! (...) zwoź z lasów drzewo do budowy statków, choćby na to Satyr z gniewu zgrzytał zębami” (w przekładzie Krasnosielskiego[24]). Zabawne też jest trochę, że ten, który tyle razy głosił beztroskliwość o dobra materialne, uznał przecież za temat godny poetyckiego ujęcia (w Foricoeniach, 63) obronę swoich interesów finansowych przy jakichś rozrachunkach i do walczącego Ulissesa[25] przy tej okazji się porównał. Zdawałoby się również, że on, który tyle i tak pięknie pisał o rozkoszach wina, i to niekoniecznie pod miarę pitego, nie będzie szczególnie predestynowany do pisania satyr przeciwko nieumiarkowanemu piciu; a jednak właśnie je pisał.

Jeszcze dziwniejszą rzeczą jest, że ten, który głosił sławę Warneńczyka[26], Jana Tarnowskiego[27] i Batorego[28], wyrzucał współczesnym swoim zanik ducha rycerskiego, piętnował wielkimi słowami opieszałość w obronie granic, a w zakończeniu Odprawy posłów greckich umieścił znane wezwanie do decyzji ofensywnej, że ten sam w elegii do Patrycego (Bella instant, Patrici) wystąpił z pochwałą pokoju bez zastrzeżeń i wprowadził do niej rażące swoją płaskością słowa:

Ci niech się w wojnach lubują, których dręczy gwałtowna żądza złota wszechwładnego i drogich kamieni; lecz mnie, com przywykł do mała, niech wolno będzie z dala od surm, z dala od oręża, w rodzinnej zestarzeć się zagrodzie...

Dalej. Podniosłe zwracanie się poety do Boga w przepięknej Modlitwie o deszcz albo w kolędzie Tobie bądź chwała, Panie wszego świata nie bardzo się godzi z tym, co gdzie indziej u niego czytamy o Bogu śmiejącym się z nieba na widok trosk i zapobiegliwości ludzkiej.

Część tych (i innych) sprzeczności wyjaśnia odmienny w czasach Kochanowskiego niż dziś stosunek do słowa poetyckiego. Współczesnych niewątpliwie mniej one dziwiły. Że jednak i dla nich pewne rzeczy bywały zagadkowe, o tym zdaje się świadczyć fraszka przestrzegająca tych, co by sobie „frasowali głowy”, aby z wierszy poety odtworzyć jego całkowity wizerunek moralny. Tym bardziej mogą te rzeczy być zagadkowe dla nas.

Kto wie jednak, czy to, co stanowi największą trudność, nie wskazuje zarazem drogi największego zbliżenia. Jest tak, jak gdyby sama niezrozumiałość stawała się w pewnej chwili zrozumiała. Poszczególnych faktów nie pojmujemy, ale jakże dziś dobrze wiemy o „zasadzie”, która je wszystkie może objąć: o dwoistości i wewnętrznej kontrastowości natury ludzkiej! Czasom naszym było przecież dane poznać ją bardziej drobiazgowo i wielostronnie niż jakimkolwiek dawniejszym. Kochanowski w swoich sprzecznościach może się też nam wydać niezmiernie współczesny.

Był on sam świadom tego, że jest „ze dwojej złożony natury”[29], w jednym też już ze swoich wcześniejszych pism (w Satyrze) mówił o tym, że „w człowieku są mocarki dziwne, nie tylko sobie różne, ale i przeciwne”, a w elegii do Firleja[30] (Quae vaga, curricula) wywodził, że dwukształtne potwory mitologiczne, takie jak Sfinks[31], Scylla[32] lub Centaury[33], są wyobrażeniami dwojakości wewnętrznej człowieka. W wielu też wypadkach przedstawia w poezji swojej tę dwojakość z całym rozmysłem, co więcej – czyni z niej szczególny przedmiot obserwacji. Ileż razy mówi o sprzecznościach uczuć! Słodycz kochania zamienia się w gorycz (Ad Torquatum); hiperbolika uwielbienia przechodzi w hiperbolikę nienawiści (Ad Lesbiam); miłość jest niewolą, ale poeta nie chce powrotu do wolności, bo nie wie, czyby w niej żyć już umiał (Do boginiej); kiedy indziej znowu przeciwnie: nie chce podsycać w sobie nadziei, bo woli „pewną wolność niż rozkosz wątpliwą” (Do Wenery), itd., itd. Podobnież jest z tzw. pokrzepiającymi refleksjami filozoficznymi. Poeta wygłasza ich dużo, ale też wiele razy daje wyraz przeświadczeniu o ich słabości wobec próby prawdziwego nieszczęścia.

Czyż nie wyda się rzeczą naturalną, że wiele takich przeciwieństw i nieumyślnie wyraziło się w jego pismach?

Poeta nie racjonalizuje. Raz więc czuje się jako artysta w polszczyźnie spadkobiercą i kontynuatorem tylko swoich poprzedników, i powie wtedy (w elegii Musa, relinquamus ripas Anienis amoenas):

Nie pierwszy (...) wdzieram się na te skały: przede mną już Rej tą samą szedł drogą, nie bez łaski Boga, i chwałę sobie wysłużył (...). Trzycieski[34] (...) śpiewał hymny (...). Nie ujmę też sławy Górnickiemu[35]...

W innym momencie inne wrażenie przeważy i wtedy (w dedykacji Psałterza) da Kochanowski wyraz przeświadczeniu, że wszedł na wysokości, jakich przed nim stopa polska nie dotknęła. Raz wyda mu się, że jest osamotnionym poetą, który „słuchaczów próżny, gra za płotem”[36] i tylko na uznanie u potomnych może liczyć; kiedy indziej upoi go radość z osiągniętej sławy i wtedy zwróci się do swojej lutni w słowach: „Niemowna przed tym ani uchybiona, dziś na wszytek świat wielce zalecona...”[37]. O wierszach swoich wyraża się wiele razy z wielką skromnością i krytyczną deprecjacją: „podłe rymy”[38], „rymy głupie, rymy nieobaczne”[39]; Odprawę posłów greckich nazywa „błazeństwem” i wspomina o przewidywanej możliwości zużycia jej na „trąbki do apteki”[40]. Są jednak chwile, w których z dumą mówi: „wierszem ozdobnym i rymy gładkiemi, / Mam nadzieję, że z mistrzmi porównam dobremi”[41].

Dwoistość wypowiedzeń ma źródło czasem w zawiłości samego przedmiotu. Tak jest np. z owymi deklaracjami Kochanowskiego o wojnie i pokoju. Miles intrepidus[42], jak Jan Tarnowski, jest dla niego zawsze postacią piękną; sprawa obrony państwa jest też sprawą nie podlegającą wątpliwości. Jego diatryba[43] poetycka przeciwko wojnie wypłynęła z rozważań o naturze człowieka, o początku nienawiści i krwawej walki orężnej między ludźmi, i z marzeń o bohaterze, który by „wszystkie wojny przytłumił na ziemi i pokój między ludami przez niewzruszone uświęcił umowy”[44]. Pokój bowiem jest dla Kochanowskiego dobrem. Złożoność samego zagadnienia sprawia, że nigdy nie zostaje ono sformułowane w sposób, który by wszystkie jego strony obejmował. Będzie ono się wyrażało różnie: raz doprowadzi do biadań nad tym, że w pokoju ludzie łatwo gnuśnieją (w pieśni O piękna nocy nad zwyczaj tych czasów), innym znowu razem do owego ujęcia wojny z punktu widzenia ciasno osobistego.

Kiedy tak widzimy Kochanowskiego borykającego się ze sprawami, które i nas dzisiaj przejmują i dręczą, odczuć możemy, jak nam jest bliski. A wystarczy odczytać Treny, aby sobie uprzytomnić, że znane mu były i innego porządku rozdarcia duchowe, przez nasze także czasy przeżywane: straszliwe wątpliwości moralne i religijne, oscylacje od wiary do niewiary, od krzepiącego modlitewnego zaufania aż do rebelii przeciwko porządkowi świata i do skamieniałej sceptycznej apatii.

Zapoznanie się znowu z jego życiorysem uprzytamnia nam, że były mu znane i sprzeczności życia politycznego, także dosyć podobne do naszych. On, który witał uroczyście Henryka Walezego[45], a potem popierał kandydaturę Maksymiliana[46], na obydwóch nich miał się srodze zawieść i przeciwko obydwu w sposób poetycko-publicystyczny musiał później występować.

Wielkie wahania widzimy i w jego decyzjach najbardziej osobistych, o czym sam on, z dobrą świadomością własnej natury, przepięknie napisał w żartobliwej fraszce Do gór i lasów.

Mając zdrowy rozsądek i umiejętność rzetelnego uznawania ostatecznej słuszności, choćby wbrew dawnym swoim słowom, w wielu ważnych sprawach życiowych przechodził Kochanowski, jak widać, duże zmiany stanowisk i przebywał długie nad nimi rozmysły i rozterki wewnętrzne. Miał też daleko idącą wyrozumiałość i sympatię dla różnych zapatrywań. Nie przechodziło to w oportunizm, ale nieraz wyrażało się w chwiejnych i zmiennych grawitacjach. Nie powie mu się, zaiste, w tych słowach komplementu, ale naprawdę zdaje się, że można by go nazwać pierwszym w literaturze „inteligentem polskim” w naszym rozumieniu.

Pod iluż to jeszcze względami, prócz tych, o których była już mowa, ten brodaty człowiek w renesansowym płaszczu i z rękawiczkami jest nam bliski! Jakże współczesne akcenty miewa jego poczucie równości ludzi (oczywiście nie w dzisiejszym głębszym sensie społecznym, ale w każdym razie w sensie jednakowo ludzkiego ze wszystkimi obejścia: „Przywileje powieśmy na kołku, / a ty wedla pana siądź, pachołku!”[47]). Jak współczesna jest jego potrzeba niezależności osobistej i antypatia do wszelkiej nadętości i napuszoności (Ferre superbos non possum[48])! Najczęściej przez niego formułowany ideał „ludzkości” jakże bardzo też mógłby być naszym!

Jego warsztat pisarski podobny już jest do warsztatu pisarskiego dzisiejszego. Sam mówi o sobie (w trenie XIX), że lata „niemal wszystkie strawił nad księgami”. I zarazem wypowiada przekonanie, że nie wystarcza, „żeby tylko rymy poetowie tworzyli”[49], i poczuwa się do obowiązku uczestnictwa w życiu publicznym.

Będąc głównie poetą uczuć osobistych, dał przecież kilka razy dowód zrozumienia poezji pracy cywilizacyjnej. Że jest to zrozumienie prawdziwe i przejęcie szczere, o tym świadczyć może siła tych wierszy z Proporca:

Miecze na niezrobione lemiesze skowano,

Szable na krzywe kosy i na sierpy dano;

Morza i drogi bystrych rzek uspokojone,

Miasta z rumów upadłych znowu wyniesione;

Nieprzyjaciele w łaskę przyjęci...

O nie mniej żywym odczuwaniu piękna cywilizacji świadczy łacińska oda Ad concordiam[50]. W opisie zaś budowy statku w elegii Patria rura colo mamy coś, co nam może przypomnieć i kwitnącą w naszych czasach poezję techniki.

Swoją edukację humanistyczną ceni sobie Kochanowski ogromnie, jest też przywiązany do humanistycznego wykwintu (w łacińskich przynajmniej poezjach lubi wspominać o „namaszczaniu włosów syryjskim balsamem” itp.), umie wszelako mimo to cenić przodków, którzy (słowa Wróżek[51]) „w piekarniach siadali, a przedsię nieprzyjaciołom swym srodzy byli”. Zapewne, że idzie w tym w pewnej mierze za moralistami klasycznymi, którzy zawsze dawne czasy wychwalali, ale w pewnej mierze okazuje już jakby zmysł historyczny.

Ileż jeszcze innych rysów, które go robią współczesnym! On pierwszy w poezji polskiej użalił się (w ostatnim trenie) nad losami kobiet nieszczęśliwych w źle dobranym małżeństwie. On pierwszy, dalej, miał zupełnie nowoczesną potrzebę sztuki, i to szeroko pojmowanej, nie tylko jako sama literatura. Wprawdzie mówi w jednym z wierszy (Co by ty, urodziwa Hanno, na to dała), że się nie rozumie ani na farbach, ani na marmurze, ale przecież kazał się portretować (jak wynika z epigramatu In imaginem suam[52]), przyglądał się (jak z innych utworów widać) zarówno rzeźbom starożytnym, jak nowoczesnym obrazom, wiedział nawet (okazują to Wróżki), że malowidło „prze starość nieco zeszłe” trzeba odnawiać tymi samymi farbami, którymi było wykonane, dbając o „wizerunk jego a zwierzchnie linije”. Miał też wysokie pojęcie o muzyce i z zapałem (naiwnym zresztą i przesadnym) mówił o jej znaczeniu cywilizacyjnym (w tychże Wróżkach). W literaturze miał gust nie byle jaki. Dzieła jego świadczą o odczuwaniu Homera[53] i Eurypidesa[54], Lukrecjusza[55] i Wergiliusza[56], Katulla[57] i Horacego[58], Owidiusza[59] i Propercjusza[60], a z nowożytnych Petrarki[61] i Ronsarda[62].

 

A przecież, mimo tak klasycznych smaków, interesował się piosenkami popularnymi. Stanisław Dobrzycki[63] w pracy poświęconej jego liryce polskiej zauważył, że z pięciu w ogóle znanych urywków dawnych pieśni towarzyskich lub miłosnych cztery przekazał nam właśnie Kochanowski. A jego Sobótka[64] jest już poniekąd czymś w typie współczesnego regionalizmu.

Dalej. Kochanowski odczuwał piękno podań o tzw. bajecznych dziejach Polski (jak świadczy łacińska elegia o Wandzie[65]), równocześnie jednak zdawał sobie sprawę z ich bajeczności, i z krytycyzmem, którego by się i późniejsze czasy nie powstydziły, analizował je w artykule (napisanym w zupełnie taki sam sposób, jak dziś artykuły się pisze) O Czechu i Lechu[66].

Dalej. Dość dużo, nawet na naszą miarę, jeździł po świecie. Miał też już coś z zacięcia nowoczesnego turysty. Zawdzięczamy mu pierwsze polskie, aczkolwiek zwięzłe, notatki poetyckie, na autopsji oparte, o Wenecji („wpośrzód morza sławne miasto”[67]), o Rzymie („gdzie pod dawny mur bystry Tyber bieży”[68]), o Neapolu. Pierwszy też z poetów po polsku piszących żeglował po morzu i często w utworach swoich (w porównaniach zwłaszcza) obrazami morskimi się posługiwał. Zupełnie ściśle da się o nim powiedzieć, że był pierwszym w literaturze polskiej poetą morza.

Ma rysy współczesne i jego miłość. Z jego wyznaniami uczuciowymi łączą się wprawdzie konwencjonalne pochwały piękności, i dalecy tu jesteśmy od la faillite de la beauté[69], wszelako sławetna deklaracja: „Mnie sama twarz nie uwiedzie”[70] mimo całej swej rudymentarności[71] jest przecież znacząca. Rysy szczególnej świeżości ma też małżeńska liryka Kochanowskiego, ujawniająca jego prawdziwą tkliwość dla „niewiasty smutnej”, „tęskliwej żony” i coś trochę nawet jakby właściwą na ogół późniejszym dopiero czasom świadomą uległość wobec kobiety.

Jako poeta odczuwa on w sposób, który byśmy znowu mogli nazwać wysoce współczesnym, poezję rzeczy pospolitych: zwyczajnych zjawisk przyrody, zwyczajnych prac, trosk i radości życia wiejskiego. Może ktoś myśli, że dopiero Mickiewicz nadał rangę poetyczności serom i wędlinom? Myli się. Jakże bo pięknie brzmi w trzynastozgłoskowcu już menu wieczerzy czarnoleskiej:

Będzie ser, będzie szołdra, będą wonne śliwy![72]

A jak świeża jest ironia Kochanowskiego! Zwłaszcza gdy ją poeta zwraca przeciwko samemu sobie. Tak jest np. we wczesnej elegii pisanej w r. 1556 (Ab Jove Maeonides), gdy (wówczas dwudziestosześcioletni!) mieni się weteranem miłości i zastanawia się, czyby nie... abdykować, jak cesarz Karol V[73]. Tak jest, kiedy pod kątem platońskiej koncepcji idei pisze o... swojej brodzie; albo kiedy u gościa pod lipą czarnoleską przewiduje pytanie: „Co lipie do wierszów?”[74]. Zresztą objawia się to i w wyraźniejszy jeszcze sposób. Tak w Marszałku ironizuje Kochanowski sielską manierę swoich pieśni; w jednej z fraszek krytykuje styl swoich erotyków („Równałem często jej płeć ku rumianej zarzy, / a ona kramną barwę nosiła na twarzy”[75]), itd. Wysoce też charakterystyczne dla Kochanowskiego jest wydobycie ze swej duszy (w Muzach) czegoś jakby odrębnej osobowości: jest nią zazdrość przerywająca monolog poety słowami: „Wiem, o co idzie, pisorymie!”. A kiedy w liście do Fogelwedra[76] Kochanowski cytuje w humorystyczny sposób swój własny dwuwiersz z Sobótki: „Tak my sam na wsi: kiedy już zasiejemy, komin wkoło obsiędziemy, a lada co mówimy i piszemy” – ma się przez chwilę wrażenie, że list ten został wysłany wczoraj, przez kogoś z najbardziej w humor wyposażonych współczesnych.

I wreszcie jeszcze jedno, może najważniejsze. Mimo chwil obowiązującego klasycznego wynoszenia się ponad swych słuchaczy i czytelników, ma Kochanowski nowożytne zrozumienie tej prawdy, że sztuka jest powszechną potrzebą uczucia i wyobraźni i że wielkie znaczenie poety wyrasta właśnie z jej powszechności. Słowa Sobótki, które o tym mówią, mogą nam przywieść na pamięć Promethidiona[77] Norwida. Może też w tych słowach najlepiej mogłoby być wyrażone znaczenie Kochanowskiego i jego dla nas bliskość:

Śpiewa więzień okowany,

Tając na czas wnętrznej rany.

Śpiewa żeglarz, w cudze strony

Nagłym wiatrem zaniesiony,

I oracz ubogi śpiewa,

Choć od pracej aż omdlewa...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?