Polski esej literacki. Antologia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdyby nie ona, nie moglibyśmy wysiedzieć na żadnym teatralnym widowisku. W stanie ciągłej świadomości nie widzielibyśmy w aktorze bohatera, lecz aktora; w jego słowach słyszelibyśmy cudzą mowę. Z daleka na scenie sprawia on nam iluzję całkiem różną i wyższą od rzeczywistości. Idźcie za kulisy i przypatrzcie mu się z bliska, zobaczycie przyprawione wąsy, zamiast naturalnych rysów twarzy poprzyklejane sztuczne płaty, zamiast naturalnej cery pokost farb. Z krzeseł, z loży tego nie widać. Kto winić będzie aktora za to, że inaczej wygląda z daleka, a inaczej z bliska? Jeżeli zaś czasem który wystąpi bez żadnego przebrania i teatralnej doprawy, czy to zmieni regułę w aktorach? Podobnie z ludźmi. Gdyby naturze można było przypisać świadomość w ich stworzeniu, powiedziałbym, że w nich wszystko rozmierzyła na teatralną miarę. Z rozkoszą możemy na siebie patrzeć tylko w warunkach scenicznej perspektywy. Zauważono, że nikt nie jest wielkim w obecności swego lokaja. To rzecz mniejsza; ważniejsza, że nikt nie jest wielkim w obecności tych, którzy go dokładnie widzą. Wtedy bowiem zobaczą w nim wszechmocne, wszystko ogarniające samolubstwo. Jest to jedyna wielkość człowieka – w zbliżeniu. Gdyby ono tylko nie w nas podobać się nam mogło, padalibyśmy na twarz w adoracji przed każdą ludzką postacią. Tymczasem nienawidzimy go we wszystkich, oprócz siebie. Natura uorganizowała ludzi tak przerażająco, że każdy z osobna pragnie najczęściej tyle, ile wszyscy razem, bo chce nieograniczenie zawładnąć ich wolą. Czy są tacy, którzy by jeden dzień przeżyli bez tysiąca pożądań zakazanych i którzy by nie przyjęli cudzego poświęcenia? Wątpię, a co najmniej wątpię w ich przewagę między nami. Gdybyś, czytelniku, mógł podsłuchać tajemne szepty serc twych życzliwych przyjaciół, przekonałbyś się niezawodnie, że każdy nie wahałby się ofiarować cię dla swego ratunku. Gdyby człowiekowi – powiada Schopenhauer[22] – dano do wyboru jego lub całego świata zniszczenie, nie potrzebuję mówić, na co by się zdecydował. Jeśli to przesada, to chyba tylko dlatego, że nasze samolubstwo karmi się zarówno cudzym istnieniem, jak zagładą. Przestańmy dziś być dla siebie potrzebni, a jutro schopenhauerowska wróżba się spełni. Gdybyśmy samotnie żyć mogli i pragnęli, kto wie, czybyśmy, podrażnieni względem siebie, nie zagryźli się wzajemnie i czyby w rezultacie walki nie został jeden – najmocniejszy. Na szczęście całej ludzkości, oprócz tego jednego, służymy sobą samolubstwu innych, dostarczamy im przyjemności.

Ta jedynie siła kojarzy i utrzymuje społeczeństwa, ona jest rodzicielką całego w nich moralnego uporządkowania. Każdy chroni swoją odzież, sprzęty, zasoby, bo mu są użyteczne, dlaczegóż by nie miał chronić ludzi, kiedy mu są bardziej niż wszystko potrzebni? Z samolubstwa więc – jeśli tak rzec można – ich kocha, toleruje i nienawidzi. Człowieka z człowiekiem rozdziela wieczne współzawodnictwo jednakowych pożądań. Rzućmy w zgłodniałą gromadę kawałek chleba i wezwijmy wszystkich, ażeby sobie wzajemnie ustąpili: czy chleb pozostanie nietknięty? Bynajmniej. Zjedzony przez najsilniejszego, który innych pokonał. To jest życie – ludzkie.

Człowiek zatem w zbliżeniu dlatego tak szpetnie wygląda, że odsłania swe samolubstwo, którego z oddali nie widzimy, a które nas głównie razi, bo niczego nam nie daje, a wszystko odebrać może. Ażeby ludzie po dokładnym nawet zbadaniu podobali się sobie, muszą albo nie mieć samolubstwa, co jest niemożliwym, albo je zakryć, co zdarza się ciągle. Jeśli więc chcesz ich pokochać, uwierz, że w całej przestrzeni tylko ty jesteś egoistą, a wszyscy inni poświęcili się twemu egoizmowi lub co najmniej większością w potrzebie się poświęcą. Jeśli zaś uwierzyć w to nie możesz, omijaj zadowolonych i przypatruj się tylko nieszczęśliwym. Bo cudze nieszczęście jest niezaspokojonym i pognębionym samolubstwem, niczego więc nas nie pozbawia, a ponieważ przy tym uprzytomnia nam nasze rzeczywiste lub prawdopodobne cierpienia, więc z konieczności staje się przedmiotem naszej sympatii. Zbrodniarz w chwili morderstwa jest potworem, ale w więzieniu, w kajdanach, przy taczkach kopalni rozbudza w nas litość. Tam był samolubem niepohamowanym, tu obezwładnionym. Nie ma tak wielkiego złoczyńcy, który by, kładąc głowę na szafocie, nie wywołał żalu w uczciwej piersi; bo nie ma dla nas w przestrzeni bardziej przykrego widoku nad człowieka bez praw. Gdy ludzie zrzekną się ich sami, chętnie wyciągniemy własną rękę, ażeby z nich skorzystać, i nie doznamy żadnego współczucia wobec największej ich tortury. Będziemy z przyjemnością posługiwać się ochotnikami poddaństwa i obojętnie patrzeć na dobrowolne męczarnie poświęcającego się bóstwu fakira. Ale gdy ktoś straci swobodę, której używać pragnął, gdy stanie się ofiarą z przymusu, zlewamy na niego uczucia najgorętszej sympatii. A w tym jedynie wypadku nieszczęście jest rzeczywiste. Indyjski pokutnik wiszący na wbitych pod żebra hakach jest nieporównanie szczęśliwszy od ateusza zmuszonego zdjąć czapkę przed uliczną procesją lub wyspowiadać się przy konfesjonale dla możności zawarcia małżeństwa. Słowem więc, nieszczęście, bez względu na swe źródło, jest czymś posiadającym tak liczne warunki piękna, że trudno pojąć, ażeby mogło być dla nas obojętnym. Nie wiem, czy kto umiałby wskazać sympatyczniejszy rys w naturze człowieka. Wiedza i talent budzą w nas tylko podziw, cnoty zachwycają nas tylko z daleka, jedno cierpienie im bliżej, tym silniej nas pociąga. Gdyby wszyscy ludzie przez chwilę szczęśliwymi być mogli, przez całą tę chwilę temperatura ich uczuć zniżyłaby się do lodowatości. Jeżeli więc dbają o wzajemną dla siebie miłość, powinni by dziękować losowi, że ich nieszczęśliwymi uczynił. Pominąwszy wnioski świadome, bezwiednie nawet czujemy pewną niechęć do istot zadowolonych. Bo zadowolenie nie jest charakterystyczną cechą ludzką i należy bardziej do świata zwierząt, roślin i tworów nieorganicznych. Nigdy człowiek nie może być tak zadowolonym jak rubin, jesion lub kogut. Wolno więc prostym domysłem powiedzieć, że szczęśliwi są w swym ludzkim charakterze podejrzani. Rzeczywiście, trudno sobie w tym stanie ich wyobrazić inaczej jak tylko z własnościami roślin lub zwierząt. Co tylko cywilizacja posiada wzniosłego i cennego, to wszystko zawdzięcza niezadowolonym. Wypasione, uśmiechnięte ciała przeszły, położyły się w grobach, nie pozostawiwszy po sobie żadnego śladu. Tylko umysły dręczone niepewnością, tylko serca szarpane rozpaczą zapracowały nam to, z czego żyjemy i jesteśmy dumni. Siła jest geniuszem wyjątków, cierpienie jest geniuszem zwykłych ludzi; jeżeli więc za co kochać ich warto, to przede wszystkim i może jedynie za to, że są nieszczęśliwi. Z innej strony płynąca miłość jednostki dla całego rodzaju jest kłamstwem lub złudzeniem cielęcego mózgu, który nie wie, jak daleko własne jego uczucia sięgają. Zresztą zastrzegłem, że wszystkich tajemnic duszy człowieka nie znam; być więc może, iż on umie czuć szczerą i głęboką miłość nawet do tego, czego wcale nie zna. Spytam więc tylko: Kochacie całą ludzkość? Kochacie jakiś cały naród bez względu na jego moralną wartość? Jam do tego zdolny jedynie wtedy, gdy – jak powiedział Krasiński[23] – „nieszczęście jest wielkością człowieka na ziemi...”

ZENON PRZESMYCKI (MIRIAM)

(1861–1944)

Urodzony w Radzyniu Podlaskim, ukończył gimnazjum państwowe w Warszawie, a następnie prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1881 roku jako poeta. Niebawem współpracował już z kilkunastoma redakcjami, umieszczając artykuły, recenzje, noty informacyjne i tłumaczenia. Szybko zrezygnował z kariery prawniczej i poświęcił się pracy literackiej.

Na początku 1887 roku został redaktorem wydawanego w Warszawie tygodnika „Życie”, zapowiadającego nadciąganie nowych prądów artystycznych. Po rozstaniu z redakcją odbył służbę wojskową, a następnie wyjechał za granicę. Przebywał głównie we Francji, studiował w Wiedniu, zwiedził również Włochy, Szwajcarię, Anglię i Czechy. W tym czasie nie tracił kontaktu z krajem: wygłaszał odczyty, nadsyłał korespondencje do prasy, nadal wiele tłumaczył. Od niezbyt udanych, choć czasem przecenianych, bez porównania ważniejsze były dwa obszerne teksty zamieszczone w 1891 roku przez krakowski dwutygodnik „Świat”: Maurycy Maeterlinck i jego stanowisko we współczesnej poezji belgijskiej oraz Harmonie i dysonanse. Należały one do pierwszych manifestów sztuki modernistycznej w Polsce.

Pobyt za granicą stworzył okazję do zawarcia nowych znajomości i przyjaźni w międzynarodowym środowisku literackim, a także do poszerzenia zainteresowań tłumacza. Miriam przekładał m.in. takich autorów, jak: Victor Hugo, Charles Baudelaire, José María de Heredia, Paul Verlaine, Stéphane Mallarmé, Maurice Maeterlinck. Za arcydzieło uznano przekład poematu Jeana Arthura Rimbauda – Statek pijany.

W latach 1901–1907, już po powrocie do kraju, Miriam wydawał „Chimerę”, do dziś uważaną za najpiękniejsze polskie czasopismo. Łącząc obowiązki redaktora naczelnego, krytyka literackiego i artystycznego, ale też korektora, mecenasa, głównego organizatora i redaktora technicznego, Przesmycki zdołał rozwinąć niezwykle ambitny projekt kultury, obejmujący fundamenty estetyki życia codziennego, pionierską analizę znaczenia sztuki stosowanej, walkę z przejawami kiczu i tandety. Atakowany zwłaszcza przez krytykę lewicową (m.in. Stanisława Brzozowskiego), cieszył się jednak wielkim prestiżem.

W Polsce niepodległej aktywność pisarska Miriama uległa osłabieniu, choć w życiu publicznym i literackim odgrywał on wciąż znaczącą rolę. W roku 1919 został ministrem sztuki i kultury w rządzie Ignacego Jana Paderewskiego; stanowisko to piastował przez rok. W 1933 powołano go do składu Polskiej Akademii Literatury.

Okres międzywojenny wypełniła Przesmyckiemu głównie działalność kolekcjonerska i edytorska, której początki sięgają lat paryskich. Miriam podjął wówczas trud zebrania rozproszonych rękopisów i pamiątek po dwóch wybitnych, choć niedocenionych przedstawicielach polskiej kultury. Jakkolwiek nie zdołał doprowadzić do wydania pism Józefa Hoene-Wrońskiego, filozofa i matematyka, ani nie opracował zamierzonej monografii tego myśliciela, mimo wszystko obudził zainteresowanie jego osobą i dziełem. Lepiej powiodło się Przesmyckiemu w badaniach nad twórczością Cypriana Norwida. Nie zakończyły się one wprawdzie pełnym sukcesem, ale stworzyły grunt dla późniejszych edytorów.

 

Zasługą pisarza, a po części także pomyślnego zbiegu okoliczności, wydaje się ponadto ocalenie zgromadzonych w domu przy Mazowieckiej 4 licznych rękopisów, w tym najcenniejszego – manuskryptu Vade-mecum. Był on bezpiecznie ukryty w piwnicy, gdy Zenon Przesmycki umierał w powstańczym szpitalu przy Żurawiej 31.

.

Sztuka stosowana[*]

Wrażliwość estetyczna nie jest rzeczą wrodzoną jedynie. Można ją rozwinąć w człowieku, który jej nie miał, można ją zabić w osobniku jako tako nią obdarzonym. Obie te funkcje spełnia otoczenie i życie. Jeżeli w najdrobniejszych okolicznościach, w najbardziej codziennych życia szczegółach pozostawać będziemy pod nieustannym wpływem brzydoty, możemy z czasem stać się zupełnie niezdolnymi do odczuwania piękna. Jest to snadź proste prawo nawyknienia.

Wzrastająca stale atrofia[1] wrażliwości estetycznej w szerokich warstwach społeczeństw w tym właśnie znajduje swe wytłumaczenie. Życie codzienne otacza nas samymi brzydotami, samymi szablonami fabrycznymi, samymi trywialnościami. Żyjemy w miastach, kędy banalnie geometryczne kwadraty ulic zacierają wszelkie poczucie linij, oddaleń, szerokich horyzontów. Mieszkamy w ohydnych szufladach pudełek zwanych domami, w pokojach wyklejonych wstrętnie banalnymi obiciami i wysłanych takimiż kobiercami. Wszystkie sprzęty domowe, w pogoni fabryk za taniością, wyzbyły się z wolna szlachetniejszych kształtów, acz zdaje się ludziom tylko, że stały się przez to praktyczniejszymi. Po ulicach zacierają w nas do reszty poczucie piękna potworne szyldy i jaskrawo kłótliwe afisze. Weźmy książkę do ręki, jest to łachman psujący nam oczy niedołęstwem swych znaków drukarskich. Chcemy książkę oprawić, robi się to fabrycznie, według jednego, zazwyczaj możebnie[2] najbanalniejszego modelu, bez względu na rodzaj, charakter i znaczenie książki. Zatraciły się pod wpływem drukowanych perkalików[3] wszelkie szlachetniejsze wzory i desenie. Wszelki ślad smaku, zręczności zaginął w wyrobach z gliny, drzewa i metalu. Nawet, pełna ongi finezji, sztuka jubilerska kładzie dziś większy nacisk na wagę metalu oraz ilość drogich kamieni aniżeli na wyrób szlachetny, artystyczny.

Jest to kolosalny, niesłychany, zabijający zalew brzydoty we wszystkich sferach, warstwach, dziedzinach, okolicznościach i postaciach. W takim otoczeniu muszą wyrastać pokolenia zupełnych anestetyków[4], którzy tak już zrośli się z brzydotą okólną[5], że nie podejrzewają nawet całej jej ohydy.

Że zaś, kto nie czuje brzydoty, ten nie może odczuć i ocenić należycie piękna, więc nadeszła epoka zupełnej obojętności, a nawet nienawiści ślepej dla wszelkiej twórczości, dla wszelkiego artyzmu, dla wszelkiej oryginalności.

Sztuka przestała wpływać na ludzi i brakowi jej uszlachetniającego oddziaływania przypisać należy, obok innych przyczyn, to barbarzyństwo, tę surową brutalność, tę bezduszność, jakich objawy w społeczeństwach dzisiejszych co chwila stwierdzać się dają.

Z drugiej strony, praca, skutkiem usunięcia z niej wszelkiej indywidualnej inicjatywy, stała się dla pracownika ciężarem jedynie, zrobiła go ogniwkiem tylko w wielkiej maszynie, odebrała mu całą satysfakcję z dokonanego dzieła i całą zasługę.

Została jeno[6] gorycz i zazdrość względem tych, którzy tak mechanicznie pracować nie potrzebują, którzy jakimś bardziej indywidualnym cieszą się istnieniem. W pracy takiej człowiek zwierzęceje i wybuchy jego nienawiści do niesłychanej dojść mogą dzikości.

Wszystkie te fakta mieli na uwadze pierwsi, naprzód angielscy, a potem belgijscy i francuscy wskrzesiciele sztuki stosowanej do wszystkich szczegółów i okoliczności życia codziennego, i William Morris[7] np., zakładając swoje fabryki obić czy dywanów, albo swoją kelmskocką[8] drukarnię, miał na celu z jednej strony rozbudzenie indywidualnej twórczości w robotnikach, z drugiej zaś, przez otoczenie człowieka samymi smacznymi, wytwornymi, pięknymi rzeczami, pragnął powoli uczynić sztukę i piękno integralną częścią życia, czymś, bez czego równie niepodobna się obejść jak bez światła i wody. Cele oba, nie ma mowy, trudne do urzeczywistnienia, ale niewątpliwie bardzo podniosłe i dziś zwłaszcza wprost nieodzowne.

Z czasem jednak, propagatorzy sztuki stosowanej, snadź przez rozmiłowanie się w przedmiocie, który ich wyłącznie zajmował, jęli przypisywać jej zupełnie inne, samoistne znaczenie, twierdząc, iż nie ma różnicy pomiędzy nią a sztuką czystą i że artystycznie wykonany kobierzec czy wazon cynowy, czy oprawa do książki jest takim samym dziełem sztuki jak Gioconda da Vinciego[9], symfonia Beethovenowska[10] lub poemat Danta[11].

Bałamutność tego twierdzenia sama rzuca się w oczy.

Sztuka czysta zajmuje się wiekuistymi, nieprzemijającymi pierwiastkami w człowieku; sztuka stosowana ma za przedmiot ziemską stronę jego życia, działaniem swoim uszlachetnia i wysubtelnia ją, budzi tęsknotę ku temu, co daje sztuka czysta, i podnosząc w człowieku wrażliwość estetyczną, umożebnia[12] mu odczucie i zrozumienie dzieł tamtej.

Jest ona zatem nieodzowna, jest pierwszym i koniecznym stopniem, ale znaczenie jej jest poniekąd przygotowawcze, lub raczej wychowawcze. Musi ona przyzwyczaić na nowo ludzi do piękna, przejąć ich wstrętem do wszelkiej brzydoty, jednym słowem, uwrażliwić ich estetycznie.

Dla spełnienia tego zadania musi ona rozszerzyć się na cały obszar życia, ogarnąć wszystkie jego dziedziny, zająć całą przestrzeń, od najprostszych przedmiotów codziennego użytku aż do rzeczy leżących już na rubieży sztuki czystej, w metafizyczne, duchowe sięgającej dziedziny.

Co do istoty swej, musi ona przede wszystkim być twórczą i oryginalną, bezpośrednim przekształceniem życia na piękno, bezpośrednim wystylizowaniem i zharmonizowaniem tego, co mamy naokoło siebie.

Wszelkie zapożyczania jej wytworów skądś z daleka mogą wywołać rozdźwięk zamiast harmonii, wnosząc obce szczegóły w nie odpowiadającą im całość.

Zgodność, harmonia szczegółów z całością jest drugim nieodzownym jej warunkiem.

Trzecim jest celowość rzeczy ozdobnej, nie mają to bowiem być zapychające jeno mieszkania zabawki, które prędko mogłyby znudzić się i wyjść z mody, lecz przedmioty użytku, przez to w pożądany na człowieka oddziaływające sposób, iż są piękne. Sama ozdobność powinna być bezpośrednim wykwitem i skutkiem ich zadania.

Społeczeństwo nasze, bardziej niż które bądź inne, potrzebuje takiego przygotowania przez sztukę stosowaną. Niestety, dotąd nie mieliśmy jej prawie wcale, tej własnej, tej twórczej, oryginalnej, a echa reform Morrisowskich czy francuskich[13] dochodziły nas drogą wcale nie pożądaną, w postaci handlarskich produktów zastępujących piękno niezwykłością i obliczonych na snobizm ludzki, w postaci ohydnych modernizmów, wytworzonych przez kawiarnie wiedeńskie.

W ostatnich czasach dopiero ruch jakiś samodzielniejszy w tym kierunku zaczął się budzić. W Warszawie p. E. Niewiadomski[14], w broszurze poświęconej krytyce Tow. Zach. Sztuk Pięknych, ujął się gorąco za tym pogardzonym kopciuszkiem[15]. We Lwowie zawiązało się stowarzyszenie udziałowe artystów i miłośników sztuki stosowanej pod nazwą „Złoty Róg”[16]. W Krakowie powstało towarzystwo „Polska Sztuka Stosowana”[17], mające na celu szerzenie zamiłowania w tym kierunku. Wszystko to są usiłowania nader interesujące, gwałtownie potrzebne i zasługujące na najgorętsze poparcie.

Ale zwrócić musimy uwagę na różne błędne wyobrażenia, lęgnące się w dziedzinie tej nowej sztuki i mogące zaprowadzić ją na manowce.

We wszystkich u nas rozprawach o sztuce stosowanej słyszy się co chwila słowo „swojskość”, a względnie bardzo rzadko – słowa: piękno, twórczość, artyzm. Jest w tym pewne niebezpieczeństwo, bo w taki sposób sztuka stosowana, która, podobnie jak sztuka czysta, musi być p r z e d e w s z y s t k i m twórczą, oryginalną, indywidualną, może łatwo wyrodzić się w niewolnicze naśladowanie sztuki ludowej, w uwydatnianie par force[18] zewnętrznych pierwiastków etnograficznych, co nie jest bynajmniej jej zadaniem.

Czy nie lepiej byłoby zastąpić s w o j s k o ś ć słowem t a l e n t? Pierwsza bowiem jest nieodzowną częścią składową ostatniego. Człowiek tak jest mimowolnie i mimowiednie związany całą cielesnością z własnym zakątem[19], że jeżeli ma talent, to nie może nie być swojskim. Człowiek z talentem, tworząc nawet wśród zupełnie obcego otoczenia, nada dziełom swym pewne cechy, które bezpośrednio zwrócą uwagę jego rodaków, a natomiast będą w pierwszej chwili niedostępne dla otaczających go obcych.

Talent jest zawsze swojski; przeciwnie, można być swojskim, a nie mieć talentu. Przy ciągłym mówieniu o swojskości, a rzadkim wspominaniu talentu, obawiać się można, aby wystaw sztuki stosowanej nie zalały różne naśladownictwa sztuki ludowej, różne zlepki swojskich motywów, bez cienia twórczości indywidualnej.

STANISŁAW BRZOZOWSKI

(1878–1911)

Urodzony w Maziarni koło Wojsławic (Chełmskie). Po ukończeniu gimnazjum w 1896 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Warszawskim. W 1898 został aresztowany przez władze carskie i – szantażowany – złożył zeznania obciążające kolegów. Walcząc z biedą, przebywał głównie w Warszawie. Chorował na gruźlicę, leczył się najpierw w Otwocku, a następnie w Zakopanem. Od roku 1907 mieszkał we Florencji. W 1908 jego nazwisko znalazło się na liście konfidentów związanych z ruchem rewolucyjnym, dostarczonej przez Michała Bakaja, byłego agenta Ochrany, i opublikowanej w prasie socjalistycznej. Ten fakt dał początek ciągnącej się latami tzw. sprawie Brzozowskiego. Nie rozstrzygnął jej ostatecznie powołany w 1909 roku sąd obywatelski, choć wiele wskazywało, że pisarz padł ofiarą prowokacji. O jego niewinności przekonani byli m.in. Stefan Żeromski, Karol Irzykowski i Zofia Nałkowska. Brzozowski był najwybitniejszym krytykiem literackim okresu Młodej Polski, współpracował z licznymi pismami (m.in. z „Przeglądem Tygodniowym”, miesięcznikiem „Krytyka”, tygodnikiem „Głos”) jako recenzent i publicysta. Bojowy i agresywny, budził kontrowersyjne opinie, podejmując w 1903 roku kampanię wymierzoną przeciwko Sienkiewiczowi, którą można traktować jako spór pokoleniowy i polityczny. W roku 1904 wystąpił przeciwko Miriamowi, a dość brutalny charakter tego ataku spowodował niechętne reakcje w środowisku pisarskim. Swoją ocenę najnowszej literatury polskiej przedstawił w książkach Współczesna powieść polska i Współczesna krytyka literacka w Polsce. Odcinając się stanowczo od tradycji szlacheckiej, konserwatywnej, narodowo-klerykalnej, atakował jednocześnie modernizm. W obszernym studium Legenda Młodej Polski, błyskotliwym, ale nie zawsze obiektywnym, zarzucił pisarzom modernistycznym zniekształcenie dziedzictwa romantycznego, jałowy estetyzm, ucieczkę od historii, niezdolność do wnikliwej oceny rzeczywistości.

Jego najważniejszą powieścią są Płomienie, których akcja rozgrywa się w środowisku rosyjskich rewolucjonistów. Powieść ta, pełna partii eseistycznych i publicystycznych, ukazuje genezę ruchu socjalistycznego, przynosi też konfrontację postaw, doktryn i światopoglądów na przełomie XIX i XX wieku. Podobna problematyka występuje w Książce o starej kobiecie i Dębinie (cz. 1: Sam wśród ludzi).

Jako filozof kultury Brzozowski czerpał inspiracje z marksizmu, nietzscheanizmu, klasycznej filozofii niemieckiej, bergsonizmu, syndykalizmu w ujęciu Sorela, a pod koniec życia także z filozofii katolickiej Newmana. Jako sympatyk ruchu socjalistycznego odrzucał teorię walki klas i dyktaturę proletariatu, formułował program filozofii pracy, za którego realizację odpowiedzialna miała być twórcza jednostka, działająca w obrębie i dla społeczeństwa. Swoje poglądy wyłożył w książkach: Kultura i życie, Idee, Głosy wśród nocy. Wydany pośmiertnie Pamiętnik jest w rzeczywistości eseistycznym dziennikiem lektur. Twórczość zmarłego we Florencji pisarza przeżywała apogeum popularności w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, gdy odwoływali się do niej m.in. przedstawiciele niekomunistycznej lewicy.

 

.

Smutek współczesny[*]

Smutek, melancholia, niezdolność do czynu, beznadziejność, zwątpienie – wszystko to są skutki nowoczesnej, przez pesymizm zatrutej i zatruwającej literatury i sztuki.

Tak brzmi aż nazbyt dobrze znany akt oskarżenia.

Nie dajmy się unieść pewnej siebie surowości. Z lękliwym wybiegiem, z usiłowaniem wmówienia w siebie, że wszystkie grozy, niebezpieczeństwa, zagubą[1] ziejące otchłanie bajką tylko są i zmyśleniem nieopatrznych piastunek-artystów – mamy tu do czynienia.

Och! Gdyby smutek współczesny – cichy anioł o sczerniałych od łez skrzydłach i bezgniewnie druzgocącym spojrzeniu – był tylko wizją artystyczną, urojeniem literackim.

O! W takim razie spalić pośpiesznie te złe, podstępnie trujące książki, zniszczyć szarpiące dusze obrazy, pozamykać teatry!

Nie ma już sztuki! Teraz już będzie wszystkim ciepło i wesoło.

Tylko powiedzcie, co pędzi was ku sztuce, twórczości, myśli – wy, promienni, szczęśliwi, weseli ludzie. I jeżeli wszystko prócz sztuki nowoczesnej jest weselem, jeżeli jest ona jedyną groźną zjawą mącącą pogodę i spokój biesiadników, to jakim cudem, jakim niepodobnym do pojęcia zrządzeniem urodziła się ona z powszechnego szczęścia, skąd zjawiła się – niewinny miejsca urodzenia sierota – w promiennym obywatelskim Olimpie.

Czy nie było jej w was, zanimeście ją poznali, i czy nie jest ona odbiciem tylko, wydobyciem na jaśnię[2] waszej istoty?

Ona to – powiadacie – ona, ta zła wieszczka, w dusze wnosi pustkę, rozczarowanie, zwęgla i spopiela serca.

Ona tylko? Doprawdy?

Zaryglujcież szczelnie domostwa wasze, dostępu wzbrońcie niebezpiecznemu gościowi!

Ciepło! Spokojnie! Zacisznie!

Tylko wśród nocy bezsennej, o jakiejś głuchej, odciętej od życia godzinie – roztwiera się nagle w głąb własnej duszy zatopione spojrzenie, na próżno szuka czegoś, na czym oprzeć by się można – blada, zimna pustka pochłonęła wszystko, wszystkie z takim trudem wznoszone przegródki i podmurówki. Coś dziwnego kładzie zimna dłoń na piersiach: strach życia, strach śmierci. Nieposzlakowany obywatel, regularnie opłacający komorne lokator, zacny mąż, czci najgodniejszy ojciec, łysawy, okrąglutki człowieczek, który jutro, przybrany w szlafrok i haftowane pantofle, czytał będzie „Kuriera”[3], staje się nagle czymś bezkształtnym, zbłąkanym i szukającym, na jedną chwilę staje się duszą i myślą, otchłannym przerażeniem głuchnącym w nicości, zanim z krtani wyrwać się zdoła – wyciem bólu. To przychodzi całkiem niespodzianie – ot, zakłuje, zaboli coś w boku; tysiące widm o zielonych, szpitalnych twarzach, niezrozumiałych łacińskich nazwach, zebrało się już koło łóżka, szepczą, czają się, rają coś – niby sabat czarownic w Makbecie[4]... Cisną się roztkliwiające obrazy: karawan, płacz żony, mowy na pogrzebie... Wszyscy mnie tak kochają! Dlaczegóż mnie tu nie ma? Tak by było przyjemnie popłakać z przyjaciółmi, idąc za własną trumną, napawając się niezwykłym, po raz pierwszy pozyskanym majestatem. Lecz gdzież ja jestem? Coś strasznego, na co nie ma imienia w języku ludzkim, rozpościera się w klatce piersiowej, czaszce – głucha, czarna, bezgwiezdna, dławiąca pustka. Na próżno rwie się krzyk. To nie człowiek już krzyczy. To już to potworne – rozwartą paszczą w nicość własną zieje. Nic! Żona, dzieci, przyjaciele – wszystko to tak samo zniknie. I oto nie ma już pana Piotra, radcy i akcjonariusza, nie ma ciepłej, watowanej kołdry; jest tylko szalejąca próżnia, głuchy i ciemny krzyk nicości.

Pavor nocturnus[5]!

I ani cienia przeczucia, wspomnienia, że są gwiazdy, które nie gasną w tej pustce, że byli, są i będą ludzie tak zatopieni duszą w ich świetle, że dla nich nie jest już groźny straszliwy władca samotnych nocy, chwil przedzgonnej rozpaczy – oślepły i oślepiający Mrok. Bo i w tej dziedzinie – w krainie duszy – rodzą się z mgławic światy i znów w nich toną, rozżarzają się i gasną słońca, krwawe komety roztrącają bezpieczne i pewne siedziby, pustkę i perzynę czyniąc[6] z zaludnionych przez czucia „jędrne i serdeczne” globów. Ale o tym wszystkim nie wie p. Piotr ani cały legion w ogóle różnoimiennych panów Piotrów, nie wie, że w nim samym przebywa a t m a n[7], pan i władca, twórca dziwów, gróz, cudów, szczytów promiennych i otchłani, który wszystko stwarza, wszystkiemu nadaje cel, wartość i znaczenie i nie może być zatracony. Ale dla pana Piotra realnością jest kołdra atłasowa, wint[8], „Kurier”, książka do nabożeństwa żony, ksiądz święcący dary Boże w Wielką Sobotę i posypujący głowy popiołem w Środę Popielcową – a wszystko to niknie w czarnej pustce, nie pozostawiając za sobą nawet bruzdy, jaką znaczy po wodzie drogę swą łódka, która płynie; nawet koliska fal, jak po rzuconym w głębie kamieniu. Nic! Nic! O tej jednej rzeczy zaś, która jest i nie przemija – o sobie jako twórcy i władcy swego przeznaczenia, o sobie jako duszy – pan Piotr nic nie wie i nie jest w stanie uwierzyć, aby coś tak dziwnego i z przepisami kamienicznego rozsądku zgoła nie licującego w nim przebywać mogło.

Bo to jest rzecz pewna.

Wiara w duszę, a raczej przekonanie o tym, że jest ona czymś równie realnym, od urojeń myśli niezawisłym, jak świat elektryczności, chemicznych powinowactw i ciążenia, świat Faradaya[9] i Newtona[10], jest czymś absolutnie nieobecnym w świadomości współczesnej. Cały postęp ludzkości związany jest z opanowaniem sił przyrody, lecz żadne z tych przekształceń ani przewrotów, jakie były skutkami wzrastającej władzy naszej nad światem fizycznym, porównywane być nie mogą nawet z tą gwałtowną zmianą, jaka w losie ludzkości nastąpi, gdy opanowana zostanie, opanowana przez samą siebie, a więc wyzwolona właściwie, prasiła[11] wszystkich sił – dusza. Dziś jesteśmy wobec niej w takim położeniu jak Buszmen[12] wobec elektryczności. Coś nieznanego druzgoce nas, łamie, niweczy, a my nie umiemy nawet zdać sobie sprawy z istoty, pochodzenia i znaczenia tych przemożnych potęg.

Ot... siedzi staruszka matka, wypełzłymi[13] od trosk, łez i pracy oczami zatapia się w najukochańsze swoje – twarz jedynaka syna, bezsilnymi, trwożnymi oczyma usiłuje wniknąć w nią, śledzi i bada.

Dlaczego się tak zmienił? Jest tak małomówny, pobladł, zmizerniał, mówi rzeczy, których ona zrozumieć nie jest w stanie. Co mu jest? Co mu zagraża? Przebiega myślą możliwe kombinacje zdarzeń, każdego ze znajomych poddaje z osobna czujnej analizie, na jaką tylko kochające matczyne serce zdobyć się może. Nic. Nic. A przecież czuje jakieś niebezpieczeństwo, choć czując go, dojrzeć, zrozumieć nie może.

Jest tu, tuż obok ciebie, biedna staruszko, siwowłose dziecię, zabłąkane na wybrzeżu morskim w dzień wylewu. Jest tu, poza tą ukochaną czaszką, tu huczy orkan, martwy wir, z którego nie ma ratunku. W jakąś cichą noc pada samotny strzał, i z tego, co było wypiastowanym, krwią serdeczną wykarmionym ukochaniem – czyni rzecz zimną, sztywną, obojętną, straszliwy ślad przejścia władczyni – Duszy.

To wszystko literatura, sztuka – samotne nocne wystrzały, głowy ojców chylące się w bólu, z obłąkaną rozpaczą w zamknięte z tajemnicą swą na wieki oczy – zatopione spojrzenia matek.

Raz przecież zrozumieć potrzeba, że dusza jest czymś rzeczywistym, że dokonują się w niej nieustannie przewroty, powstają groźne wiry chłonące wszystko, co się im oprzeć nie zdoła, wichry palące, które czynią z kwietnych kobierców nadziei zwęglone, piaszczyste pustynie.

Przesądy psychofizjologii[14] i przeżytki animizmu[15] zlały się w jedno we współczesnych tzw. poglądach na duszę. Z jednej strony jest ona czymś oderwanym od życia, przynależnym do innego świata, z drugiej – ekranem, na który rzuca ciało niknące obrazy swych czuć, odczuć, fizjologicznych przetworzeń. To tylko i nic innego.