Droga na Północ

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Paweł Urbanik, Agnieszka Knyt, Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

© by Ośrodek KARTA, 2016

© for the Polish translations by Karolina Breś, Bogna K. Danilczuk, Maria Gołębiewska-Bijak, Paulina Horbowicz, Agata Łazor, Katarzyna Mosek, Marta Petryk, Dorota Polska, Katarzyna Tunkiel, Paweł Urbanik, 2016

Dziękujemy za pomoc w opracowaniu przypisów tłumaczom, a szczególnie Marii Gołębiewskiej-Bijak

REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt

KOREKTA Hanna Antos

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII rzeczyobrazkowe.pl

SKŁAD KOMPUTEROWY TANDEM STUDIO

KWERENDA ZDJĘCIOWA Agata Bujnowska

ZDJĘCIE NA OKŁADCE

Masyw górski Jotunheimen, przełom XIX i XX wieku.

Fot. Severin Worm-Petersen/Norsk Teknisk Museum


KSIĄŻKA POD HONOROWYM PATRONATEM

Ambasady Królestwa Norwegii w Polsce


PARTNER PROJEKTU

NORLA Norwegian Literature Abroad


Publikacja dofinansowana z funduszy EOG, pochodzących z Islandii, Liechtensteinu i Norwegii, oraz środków krajowych eeagrants.org



Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12, faks (48) 22 646-65-11

e-mail: kolportaz@karta.org.pl, www.karta.org.pl

Wydanie I

Warszawa 2016

ISBN 978-83-64476-47-1

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

W serii

Od Ambasadora Karsten Klepsvik

Od Redaktorów Agnieszka Knyt, Paweł Urbanik

Nowe państwo 1900–1905

Migawki z dzieciństwa Einar Gerhardsen

Norweski Norweg Arne Garborg

Ponad unią Francis Hagerup

Mąż stanu Fridtjof Nansen

Trudne lata 1905–1940

Listy do Ameryki

Radykał John Lyng

Trudne lata trzydzieste Einar Gerhardsen

Wiarołomstwo Knut Hamsun

Wojna 1940–1945

Niemi świadkowie Sigrid Undset

Okupacja Greta Dahl

Dziennik rozpaczy Petter Moen

Fałszerz banknotów Moritz Nachtstern

Przyzwoity człowiek Odd Nansen

Rozliczenia 1945–1959

Norweska jedność Maria Quisling

Dziecko NS Eystein Eggen

Szwabskie dziwki Sigurd Senje

Dzieci wojny

Szwabski bękart Karl Arvid Mortensen

Walka o siły zbrojne Haakon Lie

Ku dobrobytowi 1960–1979

Jacy jesteśmy Sigurd Evensmo

Socjalista Tom Rønnow

„Nie” dla wspólnoty

Głosowanie John Lyng

Referendum Einar Gerhardsen

Zapiski wiejskiej gospodyni Ingar Kaldal Astrid Karlsmoen

Równouprawnienie

Ekofilozofia Finn Alnæs

Obrona Alty

Spotkanie z Sautso Georg Parmann

Samowie Gunnar Gjengset

Gorączka naftowa Einar Grønlie Olsen

Dramat na Morzu Północnym Gro Harlem Brundtland

Nowe wyzwania 1980–2000

Pani premier Gro Harlem Brundtland

Sprawa o szpiegostwo Arne Treholt

Cyganie Britt Karin Larsen

Integracja Kjell Arild Pollestad

Dziennik jednego dnia Bi Five Magnus

Seria ŚWIADECTWA XX WIEK

– polska i europejska literatura faktu XX wieku. Głosy uczestników i świadków najważniejszych wydarzeń i procesów społecznych ubiegłego stulecia. Opowieści, które pozwalają zrozumieć najnowszą historię Polski oraz jej bliskich i dalszych sąsiadów.

W serii także:

– Edward Herzbaum, Między światami. Dziennik andersowca 1939–1945

– Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939–1942

– Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich. Zapiski lekarza z lat 1945–1947

– Wolfgang Leonhard, Dzieci rewolucji

– Anja Lundholm, Wrota piekieł. Ravensbrück

– Jerzy Konrad Maciejewski, Zawadiaka. Dzienniki frontowe 1914–1920

– Anatolij Marczenko, Moje zeznania

OD AMBASADORA

Szanowni Państwo,

Droga na Północ to kompleksowa antologia tekstów norweskiej literatury faktu. Jest ona ułożonym chronologicznie i tematycznie zbiorem najważniejszych tekstów powstałych w języku norweskim: wspomnień, dzienników, wywiadów i listów.

Jest to bez wątpienia niezwykła książka, gdyż jeszcze nigdy dotąd nie wydano w Polsce tak wyjątkowego zestawienia materiałów i tak pełnego źródła wiedzy o Norwegii, choć można przecież znaleźć wcześniejsze opracowania w tej tematyce. Publikacja ta nie ogranicza się jedynie do przedstawienia faktów, bardzo zresztą ciekawych samych w sobie, ale prezentuje równolegle żywe świadectwa i poglądy wyrażone przez świadków przełomowych momentów, począwszy od 1905 roku, a skończywszy na czasach współczesnych – tych najważniejszych wydarzeń, historii i przemian, które ukształtowały współczesną norweską tożsamość.

 

Jestem pewien, że dzięki tej publikacji Polacy wzbogacą swą wiedzę na temat historii Norwegii o wiele ciekawych aspektów. Zważywszy na to, iż historia Polski jest tak bogata i złożona, Polacy bez wątpienia docenią tę książkę, gdyż mają szczególną wrażliwość na dramatyczne losy narodów. Myślę, że polscy czytelnicy – a dla niektórych będzie to prawdziwą niespodzianką – znajdą wiele podobieństw w poplątanych losach naszych dwóch narodów.

Na końcu pragnę, jako Norweg, gorąco podziękować autorom nie tylko za imponujący rzetelnością opis historii mojego kraju, ale również za wgląd w prawdziwe emocje i uczucia moich rodaków na przestrzeni dekad.


Karsten Klepsvik

Ambasador Królestwa Norwegii w Polsce

OD REDAKTORÓW

O Norwegii (której nazwa pochodzi od staronordyckiego nord vegen – droga na północ) jeszcze niedawno w Polsce niewiele się słyszało, a nierzadko mylono ją ze Szwecją. Oszałamiające krajobrazy, bogactwo, wysokie ceny, państwo opiekuńcze, dobrze płatna praca to tylko niektóre ze skojarzeń, jakie jej najczęściej przypisujemy.

Tę krainę fiordów mamy dziś na wyciągnięcie ręki i dowiadujemy się o niej ostatnimi laty więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie bez znaczenia jest fakt, że Polacy stali się w ostatniej dekadzie największą grupą imigrantów w Norwegii i mogą bezpośrednio poznać jej realia. Rozwój nowych mediów również umożliwił znacznie szerszy dostęp do wiedzy o norweskim społeczeństwie i jego kulturze. Jednocześnie wiele z tych informacji powiela stereotypy, które, owszem, przemycają część prawdy, ale robią to w sposób jednostronny i powierzchowny.

Dotąd Norwegia była poza obszarem zainteresowań KARTY, jako należąca do innego kręgu geopolitycznego i kulturowego. Postanowiliśmy jednak wykroczyć poza granice Europy Środkowo-Wschodniej, by spojrzeć na Europę z innego punktu i zobaczyć, jak odmiennie można interpretować te same zdarzenia, porównać – co ukonstytuowało Polaków, a co Norwegów. Źródeł na temat historii Norwegii jest w Polsce niewiele, natomiast całościowych, polskojęzycznych opracowań o jej losie w XX wieku próżno szukać. Dlatego metodą KARTY – przez świadectwa indywidualne – postanowiliśmy zapełnić tę lukę i oddaliśmy głos Norwegom.

Antologia Droga na Północ jest książką wyjątkową z kilku powodów. Teksty zostały w niej dobrane i opatrzone komentarzami w taki sposób, by stworzyć reprezentatywną oraz różnorodną gatunkowo całość, która jednak składa się w jedną opowieść o Norwegii i Norwegach. Jej narratorami są zaś wybitni literaci (w tym nobliści), politycy, dziennikarze i społecznicy oraz zwykli ludzie, którzy potrafili ująć otaczającą ich rzeczywistość w słowa. Są tu fragmenty ich wspomnień, dzienników, listów, a także artykułów, wywiadów i reportaży. W Polsce to pierwsza o takiej formie i treści publikacja, która obejmuje całą – od momentu tuż przed rozwiązaniem unii ze Szwecją w 1905 roku do końca lat 90. – norweską historię w XX wieku.

A ta nie jest jednowymiarowa. Jak zauważyła kulturoznawczyni z Uniwersytetu w Oslo Nina Witoszek, w tym spokojnym, harmonijnym społeczeństwie, które stało się spełnionym marzeniem europejskiej lewicy o wolności, równości i bogactwie, wszystko byłoby w porządku, gdyby od czasu do czasu nagle nie pojawiał się jakiś jednooki troll.

Drogę na Północ zaczynamy od ulic Oslo u progu XX wieku, gdzie dorasta przyszły budowniczy norweskiego państwa dobrobytu Einar Gerhardsen. Od domów wybitnych osobistości tamtych lat – męża stanu Fridtjofa Nansena, premiera Francisa Hagerupa i pisarza Arnego Garborga – w czasie, w którym ważą się losy państwa i rodzi się nowa Norwegia. Kolejne spojrzenie na pierwsze ciężkie lata w pełni wolnego kraju w korespondencji zwykłych Norwegów – piszących listy do swoich krewnych w Stanach Zjednoczonych – zestawiamy ze wspomnieniami polityków. Dzięki nim odkrywamy burzliwe lata 20. mijające pod znakiem starcia klas, a także kryzysowe lata 30., które dla wielu Norwegów stały się walką o przetrwanie. Porównując zapisy wielkich postaci norweskiej literatury – przedwojenne listy Knuta Hamsuna ze wspomnieniami Sigrid Undset z czasu okupacji niemieckiej – dowiemy się na przykładzie tej dwójki noblistów, jak skrajne postawy przybierali Norwegowie wobec nazizmu. Doświadczenie II wojny światowej w Norwegii zasadniczo różni się od polskiego, co sprawia, że możemy się przyjrzeć temu europejskiemu dramatowi w szerszym kontekście. Również okres tużpowojenny to czas rozliczeń, z jakimi nie musieli się konfrontować Polacy. Jak choćby rząd kolaboracyjny Vidkuna Quislinga – norweskiego symbolu zdrady narodowej, którego postać przybliża jego żona Maria, czy problem „szwabskich bękartów” – dzieci Niemców i Norweżek, określanych jako „szwabskie dziwki”. Z kolei od lat 50. obserwujemy państwo, które wyciąga wnioski z przeszłości i świadomie konstruuje swoją przyszłość (nie unikając też błędów), by stworzyć przede wszystkim warunki dobrobytu dla swoich obywateli.

Historia XX stulecia w Norwegii pokazana jest tu z konieczności na pojedynczych przykładach. Przy ich wyborze kierowaliśmy się różnorodnością punktów widzenia, by oddać głos ludziom o odmiennych światopoglądach, rodowodach politycznych, wykształceniu, pochodzeniu społecznym. Bohaterowie i świadkowie zdarzeń opowiadają o transformacji tego „półdzikiego kraiku” (jak określił Norwegię w 1905 roku Arne Garborg) w nowoczesne państwo. Ma w tym udział zarówno gospodyni domowa z Narwiku opisująca okupację niemiecką na dalekiej Północy, entuzjasta socjalizmu – ideologii, która na dobre zadomowiła się w norweskiej świadomości, feministki, ekolodzy walczący o czystość środowiska, pracownik platformy wiertniczej, sprawca największego skandalu szpiegowskiego i przedstawiciele norweskich mniejszości. Zbiorowy dziennik jednego dnia podsumowuje, co o życiu w Norwegii u schyłku XX wieku – uszczypliwie nazwanej przez historyka Terjego Tvedta „reżimem dobroci” – mają do powiedzenia jej zwyczajni obywatele.

Płynie z tych norweskich doświadczeń wiele nieoczywistych na pierwszy rzut oka spostrzeżeń. O narodzie norweskim jeszcze na początku XX stulecia pisał Garborg, że „nie jest żadnym narodem. To czterysta oddzielnych diecezji. Dlatego nigdy nie wyda przywódców, mimo wszystkich bystrych umysłów”. A jednak jego prognozy się nie sprawdziły. Więcej – „bystre umysły” norweskie potrafiły przeprowadzić Norwegię przez 1905 rok (który dla norweskiej państwowości jest momentem porównywalnym do polskiego 1918) na tyle bezpiecznie, że pisarz mógł później zanotować w swoim dzienniku: „Nigdy w żadnym innym kraju nie miała miejsca spokojniejsza rewolucja”. Dla polskiego czytelnika szczególnie ciekawe mogą być również odniesienia do rewolucji bolszewickiej i jej znaczenia dla polityki norweskiej, wpływy niemieckie i bliskie związki Norwegii z kulturą germańską czy w końcu – „polskie wątki”, które pojawiają się na stronicach antologii w nowych dla nas kontekstach.

*

Praca nad tak wielowymiarowym materiałem rodziła wiele trudności. Próbowaliśmy znaleźć równowagę między racjami historycznymi (by przedstawić rzetelnie całe stulecie i najważniejsze w nim zdarzenia) a edytorskimi (by zapisy były pociągające i pokazywały bogactwo kultury i tradycji norweskiej). Wymagało to opatrzenia tekstów wieloma przypisami, które dopełniają wybór źródeł informacjami o postaciach ważnych dla Norwegów (a u nas często nieznanych) oraz wyjaśniającymi procesy, których – z powodu swej specyfiki świadectwa indywidualnego – nie tłumaczą zapisy źródłowe. Służą temu również komentarze pojawiające się przed tekstami. Każdy z nich przedstawia kolejny etap historii Norwegii i wyjaśnia kontekst, w jakim pojawia się świadectwo i jego autor. Chcieliśmy, by dzięki tym komentarzom czytelnik mógł przejść chronologicznie, krok po kroku przez wszystkie etapy norweskiej historii, ale by mógł także wybrać autorów czy tematy, które uzna za najbardziej dla siebie interesujące.

Powstanie książki nie byłoby możliwe bez twórczej i zarazem mrówczej pracy tłumaczek – Karoliny Breś, Bogny K. Danilczuk, Pauliny Horbowicz, Agaty Łazor, Katarzyny Mosek, Doroty Polskiej, Marty Petryk, Katarzyny Tunkiel oraz Marii Gołębiewskiej-Bijak, której należą się szczególne podziękowania za wsparcie i wskazówki.

*

Wybierając teksty do tej antologii, kierowaliśmy się nie tylko ich wartością historyczną. Staraliśmy się skomponować ją z zapisów szczególnie istotnych i o takiej wartości literackiej, by mogły opowiedzieć w sposób wyjątkowy o tym bliskim-dalekim kraju Północy i pokazać go – wszystkim, którzy chcą go dla siebie odkryć i poczuć – z możliwie najbliższej perspektywy.

Agnieszka Knyt

Paweł Urbanik

NOWE PAŃSTWO 1900–1905

MIGAWKI Z DZIECIŃSTWA EINAR GERHARDSEN

Przełom XIX i XX wieku to dla Norwegii lata trudne, ale też zapowiedź wielkiej zmiany. U progu nowego stulecia kraj od 85 lat jest w unii personalnej ze Szwecją. Jednak stosunki między oboma państwami dawno nie były tak napięte. Na linii Oslo–Sztokholm iskrzy, ponieważ Szwedzi obawiają się rosnącej konkurencyjności sąsiada na rynku międzynarodowym i w efekcie coraz bardziej zdecydowanego dążenia Norwegów do pełnego uniezależnienia się od „starszego brata”. Nie mniejszą rolę odgrywa rosnąca w Norwegii świadomość narodowa stymulowana przez modernizację państwa, odważne reformy instytucjonalne i narodowo-romantyczną twórczość ludzi kultury.

Podczas gdy w zachodniej, mieszczańskiej części Kristianii (ówczesna nazwa Oslo) ważą się losy unii, w jej wschodnich, robotniczych dzielnicach dorasta Einar Gerhardsen (1897–1987) – przyszły „ojciec narodu”, który za kilkadziesiąt lat będzie głównym budowniczym socjaldemokratycznego porządku w kraju. Wybór jego wspomnień z dzieciństwa jako tekstu rozpoczynającego antologię nie jest przypadkowy. Mimo stosunkowo odległej perspektywy (opublikowano je w latach 70.) mają istotną zaletę – niewiele jest zapisków z robotniczego życia w norweskiej stolicy z przełomu wieków. Obrazowe opisy codzienności w dzielnicy rosnących w siłę robotników (w 1903 roku Partia Pracy wprowadza do parlamentu swoich pierwszych przedstawicieli) pokazują ważny wymiar społeczeństwa norweskiego tamtych czasów. Na początek proponujemy więc spojrzeć na Norwegię z perspektywy dziecka z biednej dzielnicy Tøyen w Oslo – przez pryzmat jego doświadczeń i udzielającej mu się ogólnej atmosfery w przeddzień rozwiązania unii ze Szwecją w 1905 roku.

Pierwsze, co pamiętam

Siedziałem na kuchennym blacie na drugim piętrze małego murowańca na Enerhaugen1 i wyglądałem przez okno. Widok musiał być rozległy – na wprost dachy dużych kamienic czynszowych aż na „Wilku”2, a na prawo kawałek parku na Tøyen. Widoku jednak nie pamiętam. Co pamiętam, to niewielkie, otwarte podwórko i to, co się na nim działo. Mogłem to śledzić, mocno przyciskając nos do szyby. Na ulicy zatrzymał się wóz policyjny. Dwóch konstabli weszło na podwórko. Teraz wiem, że mieli na sobie mundury z licznymi błyszczącymi guzikami i hełmy z dużą mosiężną kulą na czubku. O ścianę wygódki opierała się młoda kobieta. Z jakiegoś powodu wyobraziłem sobie, że jest obłąkana. Nie wiem dlaczego. Może była pijana. Konstable wyprowadzili ją siłą z podwórka, podsadzili na wóz i usiedli po obu jej stronach na ławce biegnącej przez całą długość furmanki. Stangret strzelił z bicza i odjechali. A za nimi pobiegła grupka ciekawskich dzieci.

To pierwsza rzecz, którą, jak mi się wydaje, pamiętam. Jedyna, jaką pamiętam z Enerhaugen. Musiałem wtedy mieć jakieś dwa albo trzy lata. W tamtym okresie często się przenosiliśmy. Dlatego mogę to umiejscowić w czasie.

Zamek na Lakkegata

Z Lakkegata3 pamiętam więcej. Mieszkaliśmy tam w wielkiej czteropiętrowej kamienicy na rogu Urtegata. Na parterze były sklepy. Kamienicę zwali Zamkiem. Pozostałe domy na ulicy były stare i niskie, niektóre tylko parterowe. Na nieco podejrzane podwórka prowadziły ciasne i ciemne bramy. Szczególnie ciekawie było po tej stronie ulicy, gdzie podwórka schodziły nad rzekę. My, malcy, nie odważaliśmy się tam chodzić. W jednym z domów po drugiej stronie mieściła się rzeźnia. Stada krów i owiec były pędzone uliczkami przez owianych złą sławą chłopaków z targu bydła. To też było interesujące, choć niebezpieczne. Dlatego trzymaliśmy się na dystans. Zdarzało się, że krowy bądź owce zapędzały się aż do nas i wtedy szukaliśmy schronienia w którejś z klatek schodowych.

 

W kamienicy obok była jatka. Kiedyś chodnik przed nią wysypano warstwą piasku i żwiru. Bawiłem się w tym piasku, bardzo mi się to podobało. Nagle pojawił się potężny, rozgniewany mężczyzna i mnie przegonił. Miał na sobie biały fartuch upstrzony plamami krwi. Pamiętam to, bo tak się przestraszyłem, że się zlałem w majtki.

Nigdy nie ważyliśmy się oddalać za bardzo od miejsca, w którym mieszkaliśmy. Zdarzało się, że szliśmy na plac Vahla, gdzie widzieliśmy wielki dom, który Rudolf Nilsen uwiecznił w swoim ważnym wierszu Nr 134. Trochę dalej na Urtegata był skład żelazny, gdzie leżały ciężkie i długie stalowe profile – nazywają je chyba dwuteownikami. Naszą ulubioną zabawą było bieganie po nich gęsiego – tak ładnie i osobliwie śpiewały pod stopami. Z rzadka mogłem pójść z matką aż na Grønland i na Brugata. Najczęściej, kiedy zamierzała robić zakupy u „Michelsena na moście” – w dużym sklepie kolonialnym z tanimi towarami na moście Vaterland. Te wyprawy były niemałą przygodą.

Mieliśmy dwuizbowe mieszkanie z kuchnią na pierwszym piętrze w głębi podwórza. Naszym zdaniem, było dobre, chociaż nigdy nie zaglądało tam słońce ani porządne światło dzienne. W mniejszym pokoju w głębi spali matka i ojciec. W drugim nasza trójka – na podłodze. Czwarty z rodzeństwa, Rolf, urodził się na Lakkegata i sypiał w pokoju z rodzicami – w kołysce.

Zanim pojawił się Rolf, matka powiedziała nam, że aniołek przyniesie nowe dziecko. Pamiętam, że bardzo mnie ciekawiło, którędy ten aniołek przyjdzie. Trudno mi było uwierzyć, że zastuka i wejdzie przez drzwi, i zastanawiałem się, czy czasem nie dostanie się przez sufit. W swojej książce Einar Gerhardsen oczami brata5 Rolf pisze tak: „Matka powiedziała jeszcze więcej. Poród zaczął się gdzieś przed południem. Ojciec był w robocie, a ona z Einarem sama w domu. Nagle zawołała w desperacji: «Jezus, już idzie!». Pięcioletni Einar zadziałał błyskawicznie. Skoczył do sąsiadki naprzeciwko z następującą nowiną: «Niech pani idzie do mamy, bo zaraz przyjdzie Jezus». Ponoć są tacy, co uważają, że wieść była nieco przesadzona”.

W dniach po narodzinach dziecka pojawiali się sąsiedzi z kaszą6. Ten zwyczaj przynieśli do miasta ze swoich rodzinnych wsi. Przez pierwsze dni po porodzie matka nie powinna przygotowywać obiadu. Ładny zwyczaj w czasach, gdy porody odbywały się w domu. My, dzieci, uważaliśmy, że kasza na mleku to jedna z najlepszych rzeczy na świecie, więc zajadaliśmy ją z radością dzień w dzień. Ojciec już nie był tak nią zachwycony.

W tamtych czasach robotnicy dostawali wynagrodzenie w soboty. Tego dnia przed południem bywało skąpo z jedzeniem. Zdarzało się, że w tygodniu podprowadzałem trochę chleba z margaryną i chowałem pod kanapą, a w sobotę rano wyciągałem i miałem dodatkowy posiłek.

Przed Bożym Narodzeniem pod kanapą stawiano duże czworokątne blaszane puszki po herbatnikach, które matka dostała od sklepowego. W puszkach były faworki, pierniczki na syropie i inne drobne ciastka, które należało zachować do świąt. Zdarzało się jednak, że my, dzieciaki, podkradaliśmy się, żeby ich „posmakować”.

Z Lakkegata pochodzi moje pierwsze zamglone wspomnienie 17 maja7. Nie samego dnia, z tego nie pamiętam nic, ale z poprzedzającego święto wieczoru. Matka zajmowała się szyciem ubrań dla dzieci. Na 17 maja zawsze musieliśmy mieć coś nowego. Najważniejszy był chyba najstarszy, Thorleif, który wtedy zaczął chodzić do szkoły na Lakkegata. Miał dostać, zgodnie z ówczesnym zwyczajem (przynajmniej w naszej części świata), białą koszulę i krótkie spodenki. Potem powtarzało się to co roku. Nie wiem, skąd się to brało, ale ubrania na 17 maja zawsze były szyte w poprzedzający wieczór i noc. Do wspomnień z dzieciństwa należy widok matki z igłą, nitką i nożyczkami w pośpiechu szykującej ubranka dla dzieci na ten wielki dzień. Upłynęło sporo lat, nim doczekała się maszyny do szycia.

Ojciec dostał teraz zatrudnienie w Zarządzie Dróg Miejskich w Kristianii, był tam brygadzistą i miał stałą pracę przez cały rok. Nie wszystkim było to dane. Większość pracowała dorywczo, co oznaczało, że mieli robotę tylko latem.

Od razu ojciec zapisał się do Związku Robotników Drogowych. Wieczorami chodził po domach na Lakkegata i namawiał ludzi do abonowania „Social-Demokraten”8. Nie wiem, jak mu to szło, bo praktycznie wszyscy, którzy tam mieszkali, byli biedni.

Dawna Vika

Także w dawnej Vice9, dokąd się przenieśliśmy [około 1902 roku], mieszkali biedni. […] W jej sercu stały najczęściej parterowe albo jednopiętrowe drewniaki. Takie były Bakkegata, Skolegata, Vinkelgata, Filosofgangen i jak się tam nazywało to mrowie ciasnych, dziwnych zaułków, gdzie teraz stoi ratusz i potężne biurowce.

Kiedy kilka lat temu wybieraliśmy się z Werną10 do Włoch, dostała list od Henrika Sørensena11, niemal czystą „instrukcję obsługi” od wielkiego artysty, kochającego Włochy i Włochów. „Nie bierz ze sobą swojego sumienia społecznicy – pisał między innymi. – Jeżeli spotkasz przeciętnego Włocha, nie patrz na jego łachmany, zobacz, jak je nosi.”

Kiedy wspominam dawnych „chłopaków z Viki” – w każdym wieku – te słowa pasują także do nich. Nie trzeba było patrzeć na ich łachy, lecz na to, jak je nosili. Nie da się ukryć, elementu było sporo. Niebezpieczne środowisko, twarde życie. Nie cofali się przed ostrą bójką. Natomiast na swój sposób byli uczciwi. I dumni, że są „chłopakami z Viki”. Wielu starszych było w młodych latach marynarzami, toteż podobało się im mieszkanie w pobliżu morza i nabrzeży. Nam, malcom, też się podobało na nabrzeżach, intrygowały nas liczne małe statki na fiordzie, a jeszcze bardziej wielkie parowce przy Akershuskaia i dalej aż do Vippetangen. Jednak po zapadnięciu zmroku nie odważaliśmy się wchodzić do dawnej Viki.

Żałoba zapanowała na Vice, kiedy tę charakterystyczną część miasta postanowiono zburzyć, by dać miejsce pod nowy ratusz.12 Większość zabudowań była stara i rozpadała się, lecz wielu ludzi przemieszkało tu całe swoje życie – a przed nimi ich rodzice i dziadkowie. To był ich świat. Oferta nowych mieszkań w dobrych budynkach komunalnych na Torshov ich nie nęciła. Na Vice mieli swoją gwarę, swój ton, byli wśród swojaków. Wiedzieli, że stracą to na zawsze.

Teatrzyki rewiowe i pisma humorystyczne także pogrążyły się w żałobie. Od lat czerpały z Viki soczyste „kawałki” – do piosenek czy skeczy. Ka’l Olsen z Viki w piśmie satyrycznym „Vikingen” był postacią znaną i lubianą. „Chłopak z Viki”, który od pokoleń budził lęk i uwielbienie, przestał istnieć.

W naszym domu każde mieszkanie składało się z pokoju z kuchnią. Bez korytarza, z klatki schodowej wchodziło się prosto do kuchni. Jak zwykle w tamtych czasach, ubikacja była na dole w podwórzu. Jedna na klatkę z ośmioma mieszkaniami, na 50–60 ludzi. Gdy dzieci bawiące się na podwórku musiały z niej skorzystać, często wołały z dołu do matki, żeby zrzuciła im klucz do wygódki. Myślę jednak, że każdy bez wyjątku robił też siku do zlewu w kuchni.

Cała nasza szóstka spała w pokoju. Matka z ojcem w łóżku, dzieci na podłodze. Na dzień naszą pościel kładło się na łóżko. Zdarzało się, że ojca odwiedzali przyjaciele. Wtedy leżeliśmy w łóżku, póki goście nie wyszli. Szczególnie zaprzyjaźniliśmy się z jednym, Carlem Jørgensenem. Czasami przynosił nam ciastka, takie, jak je ochrzciliśmy, za 7 øre. Dziś te ciastka z kremem kosztują 2,5 korony. Jørgensen był przewodniczącym Związku Robotników Drogowych, a ojciec był tam sekretarzem. Zagorzały socjalista, wprowadził związek zawodowy do Partii Pracy, jeszcze zanim ten dołączył do Norweskiego Związku Robotników13. Obaj z ojcem byli też członkami Stowarzyszenia Śpiewaczego Związków Zawodowych. Lubili śpiewać, robili to także u nas w domu. Piosenki biesiadne typu „Joachim hen, w Babilonie, miał żonę Zuzannę” albo o Jonaszu w brzuchu wieloryba. Śpiewali też pieśni robotnicze: „Wnet, bracia, dzień wstanie, na wschodzie już świt”14 oraz „Wstańcie, socjaliści, równajcie do szeregu”. Tu obaj zrywali się z miejsc i uroczyście poważnieli. Wydawało nam się to dziwne. Któregoś razu ojciec powiedział: „Nam nie będzie dane zobaczyć społeczeństwa socjalistycznego, może naszym dzieciom, może dopiero naszym wnukom”. […] Zasypialiśmy, ukołysani śpiewem i dyskusjami o związkach zawodowych i socjalizmie.

W latach, kiedy ojciec był sekretarzem w związku, posługiwał się dziwnym przedmiotem, który nas, dzieci, bardzo zajmował. Było to jakieś urządzenie do kopiowania, którego używał, gdy miał przygotować ogłoszenia w miejscach pracy. Miało wymiary zwykłego arkusza papieru listowego i postać pudełka z jakąś gumową masą w środku. Najpierw ojciec pisał zawiadomienie ołówkiem kopiowym na zwykłym papierze, odbijał to na gumowej płycie, potem nawilżał tę płytę wodą i robił kopie, przesuwając pod naciskiem gąbką po arkuszu. Wydaje mi się, że potrafił tak sporządzić 25–30 odbitek. Kiedy skończył, musiał zmyć pismo z płyty, co trwało dość długo. Zawsze z zainteresowaniem śledziliśmy ten proces, a owo techniczne cudo bardzo nam imponowało.

W tamtych czasach ulice w centrum czyszczono nocami. Działka ze sprzętem Zarządu Dróg leżała na placu Corta Adelera, toteż drużyna zamiataczy zaczynała od Ruseløkkveien i posuwała się ku Stortingsgata. Mogliśmy obserwować, jak nadchodzą, z ojcem na czele. Dwóch z miotłami na każdym chodniku, dwie mechaniczne zamiatarki na ulicy i dwóch ludzi zgarniających na kupę śmieci w rynsztokach. Na końcu woźnica, który te sterty zbierał na wóz. Tempo było szybkie, a przyglądanie się sprawiało nam dużą frajdę.

Kwartałowi budynków odpowiedzialnemu za utrzymanie w porządku dróg szefował niejaki Jensen.15 Nosił zarost à la Wiktor Emanuel16 i wydawał się nam bardzo elegancki. Należał do kierownictwa Towarzystwa Abstynenckiego na Vice, bardzo aktywnego zrzeszenia z własnym domem na Engensgate w naszym kwartale. Domek stał tam przez wiele lat i podczas części kampanii wyborczych znajdowało się w nim biuro wyborcze Partii Pracy.

Sądząc z tego, co słyszałem przez lata, Jensen robił wszystko, co mógł, by przyciągnąć swoich ludzi do zrzeszenia abstynentów. Wiem, że ojciec i paru jego kolegów kiedyś się tam zapisali na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem. W celu zaoszczędzenia pieniędzy na świąteczną wódeczkę, jak to żartobliwie ujął. W takim razie musiały to być te same święta, kiedy wraz z kumplami kupił coś, co nazwali „antałkiem”17 wódki. Pewnie tak było taniej. Podzielili to między siebie u nas w kuchni. Każdy przyszedł z kilkoma pustymi flaszkami. Na odchodnym już nie były puste. Ojciec nigdy nie pił, gdy był sam, ale chętnie częstował przyjaciół, kiedy przychodzili w gościnę, zwłaszcza w święta.

Chyba w to samo Boże Narodzenie, prawdopodobnie w 1903 roku, matka ubierała choinkę, a ojciec ucinał sobie poobiednią drzemkę na kanapie. Kupiła wówczas do dekoracji, niewiele się zastanawiając, kilka papierowych flag ze znakiem unijnym18. Kiedy ojciec się ocknął i zobaczył te flagi, poderwał się z kanapy, zerwał je z drzewka i wrzucił do pieca. My niczego nie rozumieliśmy, ale widać było, że ojciec jest zły.

Poza tym w święta było miło. Ojciec w Wigilię wracał wcześniej z roboty, chyba około dwunastej. Dostawał wtedy mølje19 z podpłomykiem rozmoczonym w wywarze z tłuszczem i dużą ilością soli i pieprzu. My, dzieci, dostawaliśmy trochę do posmakowania, ale nie uważaliśmy tego za smakołyk. Obiad około szóstej wieczorem był za to punktem kulminacyjnym dnia. Dostawaliśmy wtedy risengrynsgrøt z cukrem i cynamonem. […] Potem były ciastka, orzechy i dla każdego po całej pomarańczy. A dla ojca cygaro. W pokoju robiło się niemal uroczyście, gdy je zapalał. Kiedy ogryzek cygara był już tak mały, że ojciec nie mógł go utrzymać w palcach, przebijał go zapałką i raczył się jego ostatkami. Ojciec miał wąsy i musiał przechylać głowę, żeby ich sobie nie opalić. Resztki ogryzka zabierała matka i następnego dnia kładła je na piecu. Pięknie wtedy pachniało. Zdarzało się też, że matka kupowała na święta trociczki20, które również cudownie pachniały, kiedy się je położyło na płycie pieca.

Kiedy mieszkaliśmy na Munkedamsveien, ruszyła spółdzielnia Vika Kooperative Selskap, która w naszym domu miała sklep kolonialny. Na szybach wystawy namalowano dwie silne dłonie zwarte w mocnym uścisku. Chyba nie bardzo wiedzieliśmy, co by to miało znaczyć, jednak widok tych dwóch dłoni spotykających się w przyjaznym geście dawał wrażenie spokoju i bezpieczeństwa.