Archiwum Ringelbluma

Tekst
Z serii: ŻYDZI POLSCY
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fala okrucieństwa [zalała] całe miasto, jak gdyby na znak dany z góry.

Warszawa, październik–listopad 1940

[1]

Z anonimowego opracowania Ucisk fiskalny Żydów getta:

Utworzenie odrębnej dzielnicy żydowskiej w Warszawie w listopadzie 1940 wprowadziło chaos i dezorganizację w urzędzie skarbowym i całkowicie uzależniło płatników żydowskich od urzędników polskich. [...] Kto nie miał dowodu całkowitego uiszczenia należności podatkowej, ten nie był pewien, czy go nie odwiedzi 3–4 poborców. [...]

Przychodził taki poborca, narobił bałaganu, wrzeszczał wniebogłosy i korzystał przy okazji z pałki gumowej, w którą uzbroiły go władze niemieckie. Czynności swe rozpoczynał zwykle od szukania po kątach, myszkowania; powyrzucał wszystko na ziemię, a nuż się znajdzie jakiś towar lub co innego. Bardzo rzadko zajmował się tym, czym powinien, czyli sporządzeniem protokołu zajęcia ruchomości: stołu, krzesła, szafy... Znalazł towar, dobrze! On nic nie wie, on tylko zawiadomi o tym władze niemieckie, że to i to zastał. Targi trwały tak długo, dopóki nie doszło do porozumienia w sprawie okupu. Do interwencji władz niemieckich prawie nigdy nie dochodziło. [...]

Głośna była sprawa, jaka zaszła na terenie 22 Urzędu Skarbowego. Na ulicę Krochmalną przybył poborca i odkrył nielegalną piekarnię. Zażądał horrendalnej sumy. Właściciel piekarni trzymał się, nic nie pomogło. Poborca dotkliwie go pobił. Obecni tragarze ujęli się za nim i pobili dotkliwie poborcę. Poborca zawiadomił o tym naczelnika Deńcę i zażądał poinformowania władz niemieckich. Deńca odpowiedział: „W żadnym razie nie pozwolę, by się odwoływać do Niemców, załatwię to we własnym zakresie”. Następnego dnia wysłał na to miejsce dwa samochody ze wszystkimi pracownikami Urzędu, którzy pobili każdego, kto im się pod rękę nawinął. [...]

W tym wielkim chaosie, rozgardiaszu, zgniliźnie moralnej, jaka panowała w Urzędzie Skarbowym, znaleźli się jednak nieliczni, którzy współczuli Żydom, nie popełniali nadużyć, chętnie szli na rękę płatnikom żydowskim.

Warszawa

[ II 315]

Z anonimowej relacji Wiadomości zebrane w rozmowie z funkcjonariuszem Służby Porządkowej:

Pierwszym zadaniem [Żydowskiej] Służby Porządkowej [powołanej 29 października 1940] była służba na wylotach zamkniętej dopiero co dzielnicy żydowskiej. [...]

Funkcjonariusze Służby Porządkowej, pełniący służbę na tym wylocie [na rogu Chłodnej i Żelaznej] przypominali Żydom, aby zdejmowali czapki, nawoływali do szybkiego przechodzenia przez [ulicę] [...] oraz regulowali ruch. Służba na wylocie trwała cały dzień, w godzinach od 6.00 do 20.00, bez przerwy. Była ciężka, bo porządkowi stale byli świadkami przykrych scen, jakie żandarmi niemieccy urządzali Żydom.

Pewnego dnia, około godziny 18.30, [...] podszedł nagle do porządkowych żandarm i zapytał, co tu robią. Gdy odpowiedzieli, że pełnią służbę, ten z gniewem odparł, iż wie, że tylko nakazują Żydom zdejmowanie czapek, aby on nie miał powodu do bicia – i nakazał im natychmiast opuścić stanowiska.

Warszawa

[ I 413]

Wojdysławski (mieszkaniec Warszawy) we wspomnieniach:

Samochód ciężarowy. Niemcy. Łapią do pracy. Wóz do połowy zapchany ludźmi. Ale to jeszcze mało. Jeszcze dziesięciu, piętnastu.

Stary człowiek. Siwy. Z laską. Powoli idzie wzdłuż trotuaru. Laską miarowo uderza w bruk. Podszedł bliżej i wreszcie zobaczył. Drżącą ręką z pośpiechem sięga do kapelusza. Siwe włosy rozsypują się w nieładzie. Lecz nie uczynił tego dość szybko. Cienki rzemień szpicruty z rozmachem spada na jego twarz. Czerwona pręga. Drugi Niemiec podbiega, wyrywa mu laskę i uderza nią starca w głowę.

Na ulicy leży ciało. I dwie połowy laski.

[...] Mury w poprzek ulic. Wacha. Na skrzyżowaniu stoi żandarm. Pada śnieg. Na trotuarze tłum ludzi. Głowy odkryte. Oczy ze strachem wpatrują się w żandarma – we władcę życia i śmierci. Czekają na jego ruch, który łaskawie pozwoli im przejść na drugą stronę ulicy. Ręka ze szpicrutą wykonuje dziwny, nieokreślony ruch. Zafalował tłum i biegiem chce się dostać na drugą stronę.

– Halt! Zurück! [Stać! Z powrotem!]

Głowy pochylają się z rezygnacją i ludzie wracają na poprzednie miejsca.

Trzy razy powtórzyło się widowisko, zanim łaskawy dyktator pozwolił dobiec do przeciwległego trotuaru. Pierwsze szeregi już dobiegły i uciekają w głąb ulicy, zwalniając miejsce dla następnych. Już ostatni ludzie dobiegają trotuaru, ale spóźnili się. Huk. Strzał. Na jezdni leżą dwa ciała. Dwóch Żydów mniej na świecie.

Mur. Granica getta. Z okna roztacza się widok na obie strony ulicy. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony getta podchodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Sześcioletni starzec, przez ścieki, przez rynsztok, szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je tam, tam – po żywność...

[...] Cała ulica jest raną. Getto jest cuchnącą, zaropiałą raną. Słońce jest raną. Nie daje o sobie zapomnieć. Potężnym wysiłkiem przezwyciężywszy ten bezwład, rzuca się człowiek w tłum, by zapomnieć, by nie oglądać już tego widoku rany. I tłum pochłania wszystko.

Warszawa

[ I 471]

Menachem Mendel Kon (?) w relacji z Głównego Domu Schronienia Starozakonnych – sierocińca dla dzieci żydowskich przy ulicy Leszno 127 / Wolska 18:

Przechodzimy przez szeroki korytarz. Po obu jego stronach widzimy przez oszklone drzwi leżące na łóżkach chore dzieci.

[...]

Otwieram drzwi, podchodzę do kołyski. Widzę, że dziecko leży skulone jak robaczek, nie ma ciała, tylko wiązkę kości, które bez trudu można by policzyć. Wydaje się, że wystarczy je lekko poruszyć, a tych kilka małych kosteczek się rozsypie. Dziecko leży i dyszy jak postrzelony gołąb...

Takich dzieci mamy tu, niestety, więcej, ale co możemy na to poradzić, kiedy brakuje najbardziej podstawowych rzeczy. [...] Gdyby znalazły się chęci i ciepłe ludzkie współczucie, można by jeszcze teraz w znacznym stopniu złagodzić biedę, ale, niestety, serca wystygły.

Warszawa, listopad 1940

[ II 266; 5] S.A.

Z listu więźniów obozu pracy w Tyszowcach do Rady Żydowskiej w Warszawie:

Grupa warszawska, znajdująca się w obozie pracy w Tyszowcach od 5 listopada 1940, licząca 176 ludzi, zwraca się do Was z gorącym apelem: RATUJCIE NAS.

[...]

Jesteśmy bici i maltretowani, a na domiar złego nosimy żałobę po trzech naszych kolegach, którzy zginęli tragiczną śmiercią przez rozstrzelanie. I nie wiemy, czy to już koniec naszych tragicznych dni, gdyż jest 23 zakładników, którym grozi kara śmierci. Los i życie ich zależy tylko od Was, jeśli natychmiast nie przyjedziecie, krew ich nie da Wam spokoju. Wy będziecie odpowiedzialni, a kara Was nie ominie.

Mrozy dochodzą tu do 10–12 stopni, a my do połowy stoimy w wodzie. Wszy nas już zjadły żywcem, nieunikniona jest epidemia. Przymieramy głodem. Najwyższy czas zakończyć nasze tortury. Grozi nam obóz zimowy, którego na pewno nie przeżyjemy. Wy za to będziecie ponosić odpowiedzialność. Jeśli nas natychmiast stąd nie wyratujecie, przysięgamy Wam uroczyście gorącą zemstę, którą przy pierwszej lepszej okazji wprowadzimy w czyn.

A zatem czekamy na delegację wraz z samochodami lub na ludzi, którzy nas zamienią.

Tyszowce

[ II 376]

Z listu niezidentyfikowanego Saula z obozu pracy do rodziców w getcie warszawskim:

Moi najdrożsi!

Doceniam Wasz wysiłek w przysłaniu mi paczki żywnościowej. Dławiłem się łzami, wiedząc, że żyjecie szczupłą dawką bonowego chleba, a przesyłacie tak dużo. Ciekawe, co Wam zostało jeszcze do wyprzedania z domu... Bardzo proszę, nie wysilajcie się tak. Ja tego i tak nie zjadam. Dzielę się z kolegami, którzy giną z głodu i chłodu.

Nie wiem, jakim cudem jestem przy zupełnym zdrowiu. Stoję podczas pracy do pasa w wodzie. Z odzieży już nic nie mam. Więcej niż połowa chłopców jest chora na czerwonkę. Myślę, że niedługo kolej na pozostałych. [...]

Proszę Was, pamiętajcie, że macie jednego syna. Postarajcie się przez Gminę Żydowską wydostać mnie stąd. [...] Tylko drogą wykupienia mnie widzę wyjście. Inaczej myślą nas przesłać do obozu zimowego. W tym wypadku wątpię, byśmy się kiedyś mogli zobaczyć.

17 grudnia 1940

[ I 1205]

Z memoriału Rady Żydowskiej o powracających z obozów pracy na Lubelszczyźnie:

Wszyscy powracający kierowani byli niezwłocznie do kwarantanny, celem wykąpania i odwszenia. Niektórych trzeba było dezynsekować kilkakrotnie. Znaczną część robotników Rada Żydowska zmuszona była kierować do szpitala na dłuższe leczenie. Stan zdrowotny powracających z obozów był w olbrzymiej większości opłakany: ludzie wracali wyczerpani do ostateczności, z osłabionym sercem, gruźlicą, obrażeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi, ranami i krostami. Od listopada 1940 przybywali robotnicy z odmrożeniami, a z obozów wodno-melioracyjnych z nabytym podczas pracy w wodzie kalectwem na tle reumatycznym.

Stan zdrowia powracających najlepiej uwypukla następujące zestawienie: na około 3300 osób, które wróciły z obozów do 31 grudnia 1940, udzielono 2475 skierowań do lekarzy, w 389 wypadkach skierowano lekarzy do domu, a w 35 wypadkach skierowano chorych z polecenia lekarzy do szpitala.

Warszawa, początek 1941

[ I 1144]

Z odezwy Komitetu Domowego14:

ZIMA. TYFUS.

Ile złowrogiej treści zawierają te dwa słowa.

 

ZIMA bez opału, światła i żywności.

TYFUS srożący się wśród młodych i starych, ubogich i bogatych, zbierający ofiary wśród wszystkich sfer ludności.

Aby zaspokoić potrzeby ubogich mieszkańców naszego domu w związku z nadchodzącą zimą, aby udzielić pomocy lekarskiej chorym na tyfus, aby ich dokarmiać, Komitet Domowy rozpoczyna jednorazową zbiórkę. Zbiórka ta musi dać duże wyniki, gdyż potrzeby są ogromne. Delegaci Komitetu Domowego, inkasujący zbiórkę, odwiedzą Wielmożnych Państwa w dniach najbliższych.

Pamiętajcie, że zostaliście w naszych lokalach, uniknęliście dużych kosztów i wydatków. Za dach nad głową, który Wam został, winniście zadośćuczynienie głodnym i chorym. Deklarujcie więc jak największą sumę, nie ociągajcie się z wpłatą.

Warszawa

[ II 237]

Emanuel Ringelblum w Kronice:

Na ulicy widać dziś dużo dzieci w łachmanach, żebrzą. Podobno na ulicy żebrze 80 procent dzieci przebywających w punktach dla uchodźców. Na Lesznie co parę kroków widzi się zmarzniętych ludzi, leżących w załomach murów i żebrzących. [...]

Ostatnio prawie co dzień na ulicach, pośrodku chodnika, leżą nieprzytomni lub zmarli ludzie. Nie wywiera to już wcale wrażenia. Ulice stale wypełniane są przez nowo przybyłych uchodźców. Fury bądź samochody, wysoko załadowane „bebechami” biedoty żydowskiej, sprawiają straszne wrażenie.

Warszawa, styczeń 1941

[1]

M. Bafilis w tekście Nasze życie w gazetce „Głos Domu Chłopców”, wychowanków Internatu Centosu15 przy ulicy Gęsiej 6-8:

Świta, budzę się, robi się widno, wokół panuje cisza. [...] Po pewnym czasie rozpoczynają się rozmowy – pora wstawania, ubierania się – wstają pracownicy i dyżurni, reszta leży. No bo i po co wstawać? Dzień za dniem przechodzi bez żadnych zajęć. Z każdym dniem zaniedbujemy się fizycznie i moralnie. [...]

Wszyscy oblepiają piecyk, odpychają się nawzajem, czekają na posiłki. Od śniadania do obiadu, od obiadu do kolacji. Dzień mija bez żadnych wartości. Nikt się nie uczy, mało kto czyta i pisze. Rzadko kiedy się śpiewa. Przecież jesteśmy dziećmi, młodzieżą... [...]

Wieczór. Znów uganianie się za chłopcami, nim pójdą spać. Jesteśmy śpiący, lecz nie chce nam się położyć. Jest zimno. [...] W sypialniach siedzimy przy piecykach. Nikt się nie kładzie. Opowiadamy o lepszych czasach i co kto robił, a przede wszystkim – co kto jadł.

Warszawa, 10 lutego 1941

[ II 235; 5]

Emanuel Ringelblum w Kronice:

Częste wypadki wyciągania ze śmietników resztek jadła. Jednocześnie są mieszkania, w których codziennie jada się pomarańcze po 25 złotych za kilogram, winogrona itp. Otwierają coraz więcej lokali rozrywkowych.

[...] Pęd do pisania pamiętników jest tak silny, że nawet w obozach pracy młodzież prowadziła dzienniki. Przyłapano, podarli, pobili.

Warszawa, luty 1941

[1]

Z anonimowej relacji 54-letniego felczera z żydowskiego szpitala w Płocku:

20 lutego 1941 dowiedziano się w Płocku, że wszyscy Żydzi zostaną wygnani z miasta. Ludzie zaczęli się pakować i szykować do drogi. Wieczorem rozeszła się jednak wiadomość, którą przyjęto jako pewną, że będziemy mogli zostać na kolejne sześć miesięcy. Tego samego dnia zebrano pół kilograma złota dla przekupienia esesmanów i wszyscy byli pewni, że dzięki temu będzie można pozostać w mieście. [...]

Około czwartej rano usłyszeliśmy straszne walenie do bramy szpitala. [...] Wpadło dwunastu żołnierzy, krzycząc: „Za pięć minut gotowi do wyjścia, zrozumiano?!”. Zdenerwowałem się, nie wiedziałem, co robić, co będzie z chorymi, co ze sobą zabrać, co na siebie włożyć, co zdjąć... [...] Chorzy zaczęli schodzić z łóżek, położyli się przed drzwiami, abyśmy nie mogli wyjść i zostawić ich samych. Wszyscy krzyczeli, płakali, wyli. W środku tego całego hałasu weszli Niemcy. Wchodzili na chorych, deptali ciężkimi buciorami po głowach, kopali... Krzyk stał się jeszcze dzikszy, płacz jeszcze silniejszy, a Niemcy jeszcze bardziej szaleni. Dopadali chorych próbujących się ukryć – bijąc pałkami po głowach. Wykończyli prawie połowę szpitala. [...]

Z żoną i synem oraz lżej chorymi wybiegliśmy na zewnątrz. Przy bramie oficer zerwał ze mnie plecak, walnął mnie pięścią prosto w usta, wybijając mi dwa zęby. Upadłem w błoto. [...] Żołnierze popędzili nas dalej. [...] Szliśmy po leżących na drodze zabitych i rannych, aż doszliśmy do punktu zbiorczego, gdzie schodzili się ludzie z całego miasta.

O świcie, kiedy zebrało się około 4 tysięcy osób, rozkazano nam ustawić się w szeregi. Niemcy ustawili się po bokach ulicy, tworząc wąski szpaler. Zaczęła się gonitwa. Z kijami i żelastwem w rękach rozdzielano ciosy na prawo i lewo. Gnano nas w kierunku stojących w szeregu Niemców. Tam znowu – jak przez ogień. Bili pałkami, nahajkami, kolbami rewolwerów. Ściągnięto ze mnie palto i czapkę. [...] Innym ściągano kalosze razem z butami i kazano dalej biec boso, na wpół nago. [...] Na miejscu zostawały trupy lub ciężko ranni. Nie zwracano uwagi na to, czy ktoś leży na drodze w kałużach błota zmieszanego z krwią: martwy, ranny, ubrany czy nagi lub bosy. Łzy lały się razem z padającym deszczem i krwią, która ciekła z głów, oczu, nosów i ciał.

[...] Zaczęto nas gonić do samochodów. Kto nie wchodził wystarczająco szybko, był tak bity, że zostawał na miejscu. Bicie, potężne walenie, nie ustawało przez całą drogę do samochodu i na samochodzie. Wszyscy byli jak dzicy, oszaleli – gonitwa, dzika jazda, jeden samochód prawie najeżdżał na drugi. [...]

Tak oto zostaliśmy wypędzeni z Płocka, 21 lutego 1941, w ciągu jednego dnia. Tego samego dnia przyjechaliśmy do obozu karnego dla aresztowanych w Działdowie.

Przy akompaniamencie bicia zaprowadzono nas do baraków. [...] Były bardzo brudne, ze starym sianem, wilgotnym od nieczystości, które pozostały po poprzednich aresztowanych. Wrzucono nas tam wszystkich. Ja, osłabiony od poprzedniego uderzenia w Płocku, upadłem na kolana. Nie mogłem usiąść w tym błocie. Moja żona, syn i wielu innych, którzy mieli jeszcze siły wytrzymać to wszystko, stali przez całe te cztery dni, które tam spędziliśmy.

[...] Ciągle przychodzili oficerowie i nawoływali, aby oddać złoto, pieniądze, biżuterię. Grozili, bili i szukali dopóty, dopóki wszyscy oddali, co posiadali wartościowego. [...]

Po czterech dniach wepchnięto nas do pociągu – po tyle osób do wagonu, że nie było miejsca, aby usiąść. Było ciasno i wilgotno, a dzieci płakały z pragnienia. [...]

W takich warunkach przybyliśmy [...] do Chmielnika.

Płock–Chmielnik, luty 1941

[ I 964] S.A.

Z anonimowej relacji przesiedleńca z Grodziska Mazowieckiego:

1 lutego 1941 otrzymaliśmy oficjalną wiadomość, że wszyscy mamy być przeniesieni do Warszawy, co [...] stanowi około 5400 dusz. Naraz zniknęły codzienne kłopoty. Gonitwę za kawałkiem chleba zastąpiła jedyna myśl: jak dostać się do Warszawy i tam przeżyć.

Do realizacji tego celu prawie natychmiast zostały wciągnięte 10–12-letnie dzieci, które, niezauważone przez władze, systematycznie przewoziły mały bagaż podręczny do Warszawy. Odbywały się dramatyczne sceny, gdy zapłakani rodzice odprowadzali swoich jedynych zbawców, życząc sobie, aby jak najszybciej zobaczyć ich znowu zdrowych... Aby móc znów ryzykować wolnością swoich najbliższych. Zdarzało się, że ekspedycje te zostały wyśledzone przez władzę i, poza konfiskatą [bagażu], dzieci płaciły za to bolesnym biciem. [...]

Z kolei ci, którzy swoje dobra próbowali przewieźć do Warszawy furami i innymi środkami lokomocji, byli po drodze atakowani przez ciemne elementy i obrabowywani z całego swojego dobytku. [...]

Osobny rozdział rozpoczął się wraz z przymusowym wygnaniem. W ciągu 15 minut wszyscy zostali ustawieni na rynku do dyspozycji Niemców (pozwolili zabrać tylko po 25 kilogramów bagażu ręcznego), którzy umieścili ich w zamkniętych wagonach towarowych i przewieźli do Warszawy. Tam musieli przejść przez kwarantannę i do chwili obecnej znajdują się w punktach dla przesiedleńców, bez środków do życia. Część z nich jest spuchnięta z głodu i zimna.

Grodzisk Mazowiecki, zima 1941

[ I 756] S.A.

Z relacji Salomei Ostrowskiej (?), pracownicy kwarantanny na ulicy Leszno 109:

Nocą i dniem, koleją, wozami, autobusami jadą do nas Żydzi z miast i wsi polskich. Za nimi dom, wysiłkiem i trudem lat całych pracy zbudowany, przed nimi głód, nędza i bezrobocie. U progu nowego życia – kwarantanna.

Duże sale dawnej szkoły szare są od brudu, kurzu i wyziewów ludzkich. Utrudzeni drogą, głodni, przybywają na miejsce, gdzie otrzymują kubek kawy i chleb – o ile jest. Tu ujawnia się nasza wspólna niedola. Nędza jest tym straszniejsza, że ci ludzie często mają jeszcze na chleb, ale nie mogą go kupić, bo nie ma gdzie. Kwarantanna znajduje się w dzielnicy aryjskiej, gdzie sprzedawanie Żydom jest zabronione. Patronat zaś nie ma pieniędzy na kupno chleba w potrzebnej ilości. [...]

Do kwarantanny kierowani są ci, którzy przyjeżdżają etapem, czyli najnieszczęśliwsi, którzy albo nie zdążyli w porę wyjechać, albo nie mieli pieniędzy na samodzielny wyjazd. Nędza! Majątku całego kilkadziesiąt lub kilkanaście złotych. [...] Do żydowskiej Warszawy ściągają legiony żebraków, bo jeżeli nimi jeszcze nie są w tej chwili, będą za tydzień. [...]

W ogromnej masie ludzkiej człowiek pojedynczy się zatraca. Ludzie są stłoczeni – nie można odróżnić twarzy. [...]

23 LUTEGO 1941

Tej nocy odbyłam swój pierwszy dyżur. Napływ uchodźców był tak wielki, że nie tylko sala, ale i korytarz były zajęte. Ruch. Zamieszanie. Miejsca mało. [...] Do naszej kancelarii wpada lekarka z informacją, że jedna z przyjezdnych dopiero co kobiet zaczyna rodzić i natychmiast trzeba ją przenieść do szpitala. Inna kobieta przybyła z ośmiodniowym dzieckiem.

Całą noc dzielimy kawę. Ludzie chłoną ją w siebie, jakby chcieli nią zalać całą pożogę wojny, która ich ogarnęła.

Przed łaźnią kolejki. Ciągną się wzdłuż schodów i korytarzy. Ludzie cisną się jeden za drugim. [...] Naprzeciw nas, przy okienku, stoją kobiety i czekają na kąpiel. Zniecierpliwione długim czekaniem płaczą. Wskazują na małe dzieci, pytają zrozpaczone: „Ludzie, czego od nas chcecie?”. [...] Nie odpowiadamy. Cóż zresztą mamy odpowiedzieć... Pracujemy od południa poprzedniego dnia, a tu już świt niedługo, jesteśmy już zmęczeni, obojętni.

Warszawa, luty 1941

[ I 588]

Z anonimowej relacji przesiedleńca z Jeziorny:

Drzwi [kwarantanny na Lesznie 109] otwierają się i wszyscy zaczynamy się spieszyć, żeby jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś legowiska. Nasza droga prowadzi przez niekończące się korytarze. [...] Znużeni całodzienną wędrówką, przeżyciami ostatnich godzin i dni, zrzucamy z siebie nasze paczki i jakoś się na nich lokujemy. [...] O spaniu lub nawet chwilowej drzemce nie można nawet marzyć. Naokoło gwar, głośne rozmowy [...]. Rozlegają się wołania o wodę, herbatę, jakiś napój – ale nikt nie jest zaopatrzony. Kobiety mdleją, dzieci płaczą. [...]

Dowiaduję się, że [...] kwarantanna trwa od 14 do 21 dni. [...] Co się tyczy paczek [naszych bagaży], pozostawionych w Zakładach Miejskich, to podobno kradną, a w najlepszym wypadku tak się z nimi obchodzą, że późniejsze rozpoznanie jest prawie niemożliwe. Tu, na miejscu już się zgłaszają osobnicy, którzy za cenę 100–200 złotych ofiarują nabycie paczek – niekoniecznie własnych. [...]

W tym czasie otrzymano wiadomość, że ma przybyć nowa partia wysiedleńców, kierownik zezwala więc na opuszczenie kwarantanny każdemu, kto ma do dyspozycji jakiekolwiek locum w Warszawie, ale bez [własnych] paczek. [...]

Zbiórka na podwórku rozpoczęła się o 13.00. Mija jedna godzina, druga, brama pozostaje zamknięta, a kobiety i dzieci marzną. Wszyscy są głodni. Podobno był chleb na sprzedaż u służby po 6–8 złotych bochenek, ale trzeba było się wcześniej zapisać, o czym nie wiedzieliśmy.

[...] Gdy po godzinie znajduję się wśród szczęśliwych, opuszczających pod eskortą Służby Porządkowej gościnne mury kwarantanny, spotykam kierownika. Proszę go o wydanie mi walizki, on jednak kategorycznie odmawia, gdyż nie wolno mu opuszczać stanowiska po drugiej stronie bramy dla celów prywatnych. Przyrzeka mi natomiast wydanie jej upoważnionemu przeze mnie funkcjonariuszowi. Nie myślę więc więcej o [...] paczkach uratowanych z Jeziorny. Zajmuje mnie w tej chwili jedno: czy uda mi się na noc gdzieś ulokować moją rodzinę, aby mogła się uspokoić i dojść do siebie po przejściach ostatnich dni.

Warszawa

[ I 488]

Emanuel Ringelblum:

Nasi stali współpracownicy, w liczbie kilkudziesięciu, w przytłaczającej większości byli inteligentami wywodzącymi się z ludu. Przeważnie byli to członkowie partii proletariackich. Umyślnie nie przyciągnęliśmy do tej pracy zawodowych dziennikarzy; nie chcieliśmy bowiem, aby naszej działalności został nadany jakiś ogólny schemat. Pragnęliśmy, aby wydarzenia w każdym miasteczku, przeżycia każdego Żyda – a przecież każdy Żyd w czasie tej wojny jest odrębnym, indywidualnym światem – zostały oddane w jak najprostszy sposób, jak najwierniej. Każde zbędne słowo, każde literackie koloryzowanie lub upiększanie raziło, wywołując zgrzyt i niesmak. Życie Żydów podczas tej wojny jest tak tragiczne, że nie wymaga zbędnych słów.

 

[...] Przedstawiciele ziomkostw – po całodziennej harówce w komitecie przy rozdziale chleba lub przy innej pracy – spisywali wieczorami, posługując się naszymi konspektami, dzieje swych miasteczek bądź też opowiadali je naszym współpracownikom, którzy potem ten materiał opracowywali. Była to praca trudna i ciężka. W getcie panowała straszliwa ciasnota, uchodźcy mieszkali w takich warunkach, że gorszych wprost nie sposób sobie wyobrazić; bardzo trudno było zatem utrzymać wszystko w konspiracji.

W mroźne dni zimowe nie opalano [mieszkań]. W większości domów żydowskich nie było podczas ostatniej zimy elektryczności. [...] A napisanie monografii o miasteczku wymagało przecież wysiłku przez okres długich tygodni i miesięcy. Zadawałem sobie wiele trudu, namawiając moich współpracowników i zachęcając ich, aby nie zrażali się i nie przerywali swojej pracy. [...]

Nasi współpracownicy pisali prawdę. Zapewnialiśmy bowiem wszystkich, że nasz materiał – z uwagi na to, iż dotyczy żyjących ludzi – nie zostanie wyzyskany obecnie, lecz jest przeznaczony przede wszystkim do celów historycznych. Każdy powinien zatem pisać teraz tak, jak by już było po wojnie.

[1]

Michał Suryc w relacji z uwięzienia na Pawiaku:

Jeden z gestapowców kazał mnie zrewidować, zabrać wszystko, co mam przy sobie, a potem zapytał:

– To pan jest Żydem?

– Nie, obywatelem rosyjskim.16

– Ale rosyjskim Żydem?

– Nie wiem, rosyjski Żyd czy Polak.

– Zaraz zobaczymy – przerwał mi. [...]

Zdjęto mi koszulę i stanąłem zupełnie nagi. Na ten widok dwaj pozostali gestapowcy poderwali się jak pod wpływem prądu elektrycznego, krzycząc: „Du bist doch ein beschnittener! Du bist doch Jude!” [Przecież jesteś obrzezany! Przecież jesteś Żydem!].

[...] Bili mnie z całych sił, gdzie popadło. Momentalnie polała mi się krew z nosa, z uszu, z całej twarzy, z całego ciała. Przewróciłem się. Podnieśli mnie: „Bist du ein Jude?” [Jesteś Żydem?]. – „Ja” [Tak] – odpowiedziałem, ale niewiele mi to pomogło, gdyż znowu zaczęto mnie bić.

[...] Po dłuższym biciu, w czasie którego kilkakrotnie upadałem i byłem podnoszony, zapędzono mnie do łaźni więziennej, gdzie jakiś silniejszy cios zwalił mnie zemdlonego na posadzkę. Wówczas – na rozkaz Niemców – jeden ze strażników zaczął mnie polewać zimną wodą, aby mnie ocucić. Gdy jego wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem, jeden z gestapowców wdepnął mi ciężkim żołnierskim butem na lewy obojczyk, tak że nie mogłem się ruszyć [...].

Niemcy skinęli na strażników, by mnie wzięli z obu stron pod ręce i podnieśli. I znów wszyscy trzej zaczęli mnie bić do utraty przytomności, po czym pozwolono mi upaść, znów ocucono, znów strażnicy podnieśli mnie do postawy pionowej i tak dalej [...]. Powtórzyło się to trzy razy.

Za czwartym razem [wzięli] szczotki służące do szorowania posadzki, umaczali je w wodzie, zaczęli mnie nimi z całych sił nacierać. Każde takie potarcie zdzierało mi płat skóry. Tortura ta była o tyle bardziej wyrafinowana od bicia, że nie mdlałem, lecz znosiłem ją przez dłuższy czas, napełniając całe więzienie nieludzkim skowytem.

Może po 30 minutach takiego masażu Niemcy odeszli, a strażnicy ubrali mnie jako tako i zanieśli do celi, w której przebywało kilku Polaków. [...] Ciało miałem opuchnięte, pokryte ranami i tak posiniaczone (nawet te sińce nie miały normalnej barwy, były czarne, fioletowe lub brązowe), że nie było chyba na nim ani jednego centymetra kwadratowego o normalnym zabarwieniu. Poza tym całe plecy były w ogóle pozbawione naskórka.

Warszawa, koniec lutego 1941

[ I 458]

Icek Szpilman (?) w liście do getta warszawskiego:

Piszę ten list dwa dni po przybyciu z drogi. Znajduję się w Żarkach, powiat Radomsko, 40 kilometrów od Częstochowy. Jestem tu z matką. Bez dachu nad głową, bez odzieży i bez pieniędzy. Proszę pójść do płocczan, aby natychmiast nam udzielili jakiejś pomocy, gdyż umieramy z głodu i zimna. Proszę o pomoc!!! Zostaliśmy wysiedleni 20 lutego. W obozie w Działdowie byliśmy sześć dni. Na miejsce przybyliśmy 28 lutego. Jesteśmy w opłakanym stanie. Konamy. NATYCHMIAST POMOC!

Żarki, 2 marca 1941

[ I 175]

Mordechaj Wasser (pracownik schroniska dla uchodźców) w dzienniku:

15 MARCA 1941

TOZ [Towarzystwo Ochrony Zdrowia] przydzieliło dla naszego punktu lekarkę i siostrę, które po ogólnej wizytacji stwierdziły kilka wypadków tyfusu plamistego, zawszenie, świerzb i ogólne osłabienie powodowane głodem. Zarządzono kąpiel, a dla sal, gdzie wydarzył się dur – kwarantannę. Żadnych medykamentów nie posiadamy. Patronat przystąpił dziś do akcji dożywiania. Przysłał nam po kawałku chleba (7 deko) i kawy (lury) dla każdego uchodźcy, a na obiad dość rzadką zupę. [...]

19 MARCA 1941

Dziś odwiedziła nasze schronisko delegacja Patronatu. Kilku panów o dość miłej powierzchowności i jedna pani. Do wnętrza sal goście nie wchodzili w obawie zarażenia. Nasi podopieczni zaczęli ich prosić, aby zlitowali się i nie żądali dziesięciogroszówek za chleb. W trakcie tego dialogu odezwała się pani z Patronatu, mówiąc, że nie rozumie, jak można nie mieć 10 groszy.

W tym samym czasie na sali piątej umierał człowiek [...]. Nazajutrz lekarka wypisała na karcie zgonu przyczynę: śmierć głodowa.

20 MARCA 1941

Sala o trzech oknach, 70 osób, pryczy 25. Ciżba brudnych, zawszonych, głodujących leży na tych narach, nie rozbierając się, już cztery tygodnie. Wchodząc na salę nie widzi się ludzi, lecz kłębowisko szmat.

[...] Dziś nie było chleba z powodu niezainkasowania dziesięciogroszówek.

Warszawa

[ I 469]

Ze sprawozdania rocznego rabina ze Skępego, Problem koszerności wśród uchodźców w Warszawie:

Po pierwszych miesiącach roku 1941, kiedy ustalono, że frekwencja wygnańców w koszernych kuchniach w Warszawie jest wyraźnie mniejsza od faktycznej liczby religijnych Żydów wśród masy uchodźców, zamówiliśmy pieczątkę z napisem „Koszerne”. Przekazaliśmy ją kierownikowi oddziału ziomkostwa z żądaniem, aby przy wypełnianiu przez uchodźców deklaracji na obiady urzędnik zwrócił się do każdego petenta z pytaniem, czy życzy on sobie kuchni koszernej i zaznaczał ten fakt pieczątką na deklaracji. Ta procedura częściowo rozwiązała wspomniany problem, a udział wygnańców w kuchniach koszernych faktycznie wzrósł.

W miesiącach szwat–adar [styczeń–marzec] 1941, w drugiej fazie przesiedleńczej, do getta przybyły nowe grupy uchodźców z miast i miasteczek leżących wokół Warszawy. Było wśród nich znacznie więcej religijnych Żydów niż wśród pierwszego przesiedlenia w roku 1940.17 Ilość chętnych na obiady koszerne zwiększyła się. [...]

Do dnia dzisiejszego wymieniliśmy już uchodźcom 573 legitymacje do różnych kuchni koszernych, ale akcja jeszcze nie jest skończona, gdyż codziennie przychodzą do nas religijni uchodźcy z legitymacjami do wymiany.

Osobno była prowadzona akcja wyjaśniająca dla uchodźców, wskazująca, jak wielkie jest znaczenie koszerności w życiu żydowskim, jak dalece niekoszerne jedzenie bezcześci duszę i ciało, serca ludzkie i jednocześnie wpływa negatywnie na obyczaje i działania ludzi.

Warszawa, wiosna 1941

[ I 591] S.A.

Ze wspomnień anonimowego pracownika kolumny sanitarnej o schronisku dla uchodźców na Dzikiej 9:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?