Archiwum Ringelbluma

Tekst
Z serii: ŻYDZI POLSCY
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

[...] Wchodzimy na pole i nagle dociera do naszych uszu ogromny zgiełk. W oddali widać obozowisko tysięcy ludzi, czekających na otwarcie wrót do raju. Widok tylu osób, uwijających się pod gołym niebem, wywiera na nas wstrząsające wrażenie. Gdy się zbliżamy, oblegają nas od razu różni ludzie [...]. „Ja tu już jestem trzeci dzień” – mówi jeden. „A ja już tu głoduję piąty dzień” – dopowiada ktoś inny. [...]

Z dwóch stron wały, a dołem linia kolejowa. Na wałach siedzą ludzie, owinięci w chusty, szmaty, kołdry, koce. Dokoła nich są ich gospodarstwa: plecaki, butelka, garnuszek, łyżka... [...]

Noce na pasie [granicznym – ziemi „niczyjej”], a spędziłam ich siedem, to najgorszy koszmar, jaki można sobie wyobrazić. Ludzie kręcą się, tupią nogami, grzeją ręce, śpią. Nagle straszny, sięgający nieba krzyk: „Ot-kroj-tie gra-ni-cu! Cho-łod! Go-łod! Smiert!” [Otwórzcie granicę! Chłód! Głód! Śmierć!]. [...] Krzyk wychodzący z tysięcy piersi ludzkich. Były noce, kiedy padał deszcz, zimny, siekący prosto w twarz. Dokoła robiło się mokro, ludzie pogrążali się w błocie, przykrywali się, czym się dało, ale na próżno. Wszystko przemakało. Innym razem spadł śnieg.

[...] Zorganizowano szturm. Na wale ustawili się szeregiem wszyscy ludzie z tobołami, plecakami, niektórzy z ogromnymi skrzyniami, walizami, worami. Na dany znak wszyscy ruszyli naprzód. Posunęliśmy się jednak tylko parę kroków, gdyż drogę zagrodzili nam żołnierze rosyjscy [...]. My jednak, nie zważając na nich, nie czując uderzeń kolbą, szliśmy naprzód. Zaczęto strzelać. My jednak szliśmy pod kulami, nie odczuwając strachu, nie rozumiejąc, że kula może trafić kogoś z nas, nie zastanawiając się nad niczym. Szliśmy do zbawienia. [...] Po paru godzinach znaleźliśmy się z powrotem na dawnym miejscu.

Małkinia, listopad 1939

[ I 1063; 6]

Natan Koniński (?) z Kalisza w relacji:

Na dziedziniec przybyli dwaj oficerowie sowieccy. Kazali zebrać wszystkich Żydów w jedno miejsce i jeden z nich przemówił do zebranych po rosyjsku. Powiedział, że nielegalne naruszenie granicy sowieckiej nie może być przez władze tolerowane i dlatego jest zmuszony wszystkich Żydów schwytanych w nocy na tym przestępstwie odesłać na granicę niemiecką. [...]

Rozpoczęły się lamenty i prośby kobiet, ludzie rzucali się do nóg oficerowi sowieckiemu i błagali go, by zezwolił im na dalszą podróż. [...] Dość pokaźna grupa wpadła na oryginalny pomysł i chórem zaintonowała Międzynarodówkę, chcąc tym zmiękczyć serce oficera. Również to nie poskutkowało. Żołnierze sprowadzili chłopski wóz, siłą wydzierali ludziom tobołki i plecaki i kładli je na wozie, by odwieźć to wszystko nad rzekę. Ludzie zaś nadal nie ruszali się z miejsca. Wobec tego żołnierze z rewolwerami dochodzili po kolei do każdego z nas i przemocą wypychali nas na drogę do Bugu. Z ciężkim sercem i opuszczonymi głowami szliśmy wszyscy z powrotem.

Zajączkowice, listopad 1939

[ I 783; 6]

Anonimowy uchodźca z Łodzi w relacji:

W chwili, gdy chciałem przejść przez granicę rosyjską, na pasie [granicznym] leżało około 2 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, spuchniętych z zimna i częściowo też z głodu, a czerwoni stróże „raju” odpędzali ich od granicy karabinami. Przejść trzeba przez druty kolczaste, którymi ogrodzony jest pas. Ludzie je przerwali. Nie pomagają jednak płacze i prośby, nikt nie zostaje przepuszczony.

Kiedy zdarzają się wypadki śmierci z głodu i zimna, głównie wśród kobiet i dzieci, wtedy ludzie szturmują ogrodzenie. Wreszcie żołnierze nie mogą już wytrzymać nacisku oraz krzyków i lamentów, oficerowie wydają rozkaz, by przepuścić. [...]

Rano [...] przyjeżdżamy do Białegostoku. Ulice są już pełne ludzi, choć ledwie dnieje. Znaczną część z nich od razu można rozpoznać, to uciekinierzy. Niewyspani, zakopceni, brudni, czarni. Niektórzy spędzili tę noc na dworcu, gdzie milicja budziła ich co kilka minut i wypędzała z poczekalni. Co kilka minut zbierały się ich tam setki. Spali na gołej podłodze, jak długo się dało, aż ich stamtąd znowu nie wypędzono. [...]

Na mityngu, na którym zakomunikowano, że Białoruś została włączona do związku republik radzieckich, przemawiał znany żydowski działacz i były więzień polityczny, który pozwolił sobie powiedzieć parę słów o tych wszystkich przerażających sprawach, które mają miejsce na terenach okupowanych przez faszystów. Nie mógł skończyć przemówienia. NKWD natychmiast zdjęło go z mównicy i zabrało ze sobą. Nie wiem, co się z nim stało. Na sali fakt ten wywarł przerażające wrażenie. Może gdzie indziej można jakoś wyrazić swoje niezadowolenie lub coś skrytykować, ale tu nie jest to możliwe.

Białystok, listopad 1939

[ I 693; 6] S.A.

Z anonimowej relacji:

Ciężko robi się na sercu na wspomnienie tamtych strasznych dni, kiedy wypędzano nas z naszych domów [w Żurominie]. Wieczorem 2 [nieczytelne] 1939 w miasteczku zapanowało ogromne zamieszanie. Aresztowano ludzi – młodych i starych, kobiety i mężczyzn – nikt nie wiedział dlaczego. [...] Rozbierano ludzi do naga, przeszukiwano, czy nie mają pieniędzy. Jeśli ktoś miał coś przy sobie, bito po nagim ciele – za to, że był bogatym Żydem, zagrzewającym do wojny. Ten, kto miał przy sobie 2 złote też zagrzewał do wojny. Trwało to do drugiej w nocy, kiedy zabrano się do wszystkich Żydów w mieście. Wpadano nagle do mieszkań, budzono zatopionych w śnie mieszkańców i kazano wychodzić, nie pozwalając nic ze sobą zabrać. [...]

Przerażeni ludzie biegli na punkt zbiorczy obok ratusza. [...] Dzieci, kobiety – nawet ciężarne – są strasznie bite. Ludzi rozebranych do naga zmusza się do tańczenia lub pędzi się przez ulice. Na koniec tej męki każe się wszystkim, bijąc jednocześnie, wsiąść na specjalnie przygotowane wozy. Odbywa się to przy akompaniamencie krzyku i płaczu dzieci, kobiet i mężczyzn z jednej strony oraz gry orkiestry zagłuszającej krzyki – z drugiej. [...] Każą jechać do najbliższego miasteczka, do Sierpca, do pociągu.

Pada silny deszcz. Czekamy pod gołym niebem, całkowicie przemoczeni i zmarznięci. Błagamy o dach nad głową, chociażby dla kobiet i dzieci – nie! Dla Żydów nic! Chociażby dla chorych – też nie.

Zapadła noc. [...] Zapędzili nas w ruiny, gdzie każdy wcisnął się w jakiś kącik, drżąc z zimna i strachu. Co parę minut wchodziło dwóch żołnierzy, oświetlali twarze i jeśli spodobała się im dziewczyna lub kobieta – wyciągali ją z ruin i wyprowadzali... [...]

Kiedy ustały wyprowadzania, dwóch innych żołnierzy nakazało szybko się podnieść i iść do pociągu. [...] Znaleźliśmy się w zamkniętych wagonach, bez jedzenia i picia. [...] Na pierwszej stacji stoimy kilka godzin. Krzyczymy: „Dajcie nam jeść, pić!”. Pada znajoma odpowiedź: „Dla Żydów nie ma jedzenia”. [...] Matki, aby zmniejszyć trochę pragnienie dzieci, prowadzą je do okien wagonów, żeby mogły zlizać z nich rosę. Po długim płaczu zmęczone dzieci uspokajają się, ale ich oczy są pełne rozpaczy. Już proszą tylko oczami...

[...] W Pomiechówku pod Modlinem kazano nam wyjść z pociągu, przed którym stał reflektor, oślepiający wychodzących – abyśmy nie wiedzieli, gdzie się znajdujemy. Odbywało się to wśród bicia, trudno było się zorientować, skąd padają ciosy. [...] Przerażeni ludzie wybiegali z pociągu, padali na ziemię, pełzali na czworakach, gubiąc małe dzieci i bagaże. [...] Następnie wszyscy zostali ustawieni w rzędy i dalej pieszo popędzeni do Nowego Dworu. [...]

W Nowym Dworze wypuszczono nas – zabroniono wracać, nakazano iść do Warszawy. Przenocowaliśmy na ulicy, a rano, zmęczeni, głodni, bez pieniędzy, weszliśmy do Warszawy, gdzie rozpoczęła się nowa seria cierpień...

Żuromin–Warszawa, jesień 1939

[ I 1070] S.A.

Z anonimowej relacji:

Coraz bardziej niepokoiła Żydów w Lipnie myśl, czy nas wysiedlą. [...] W końcu listopada oznajmiono nam, że Oberstadtführer zażądał od Żydów, jeśli chcą zostać w Lipnie do wiosny, 100 tysięcy złotych, przy czym 60 procent miało być w złocie i srebrze, a 40 procent w gotówce. Po długich naradach zgodzono się na te warunki. Powstał specjalny komitet, miasto podzielono na rewiry. Zaproszono wiele pań do przeprowadzenia zbiórki, w tym i mnie poproszono do tej rozpaczliwej kwesty. [...]

Witają nas z ogromnym wzruszeniem, łzy wszystkim napływają do oczu, nie trzeba nic mówić ani namawiać [...], a wszyscy powtarzają te same słowa: „Niech ofiara wykupi nas i uchroni od tułaczki”. Święcie wierzyłam, że się uratujemy, że nasze prośby, błagania, modły i łzy, no i ten złoty cielec – uratują nas. Jakże byłam naiwna! [...] Ostatecznie okazało się, że nic nas nie uratuje, że termin przedłużono tylko o dwa tygodnie – aby 21 grudnia nie było ani jednego Żyda w Lipnie. [...]

16 grudnia o szóstej rano, w ciemny, mroźny poranek [...] opuszczaliśmy nasze mieszkania [...] z głęboką wiarą i nadzieją, że na wiosnę wrócimy.

Lipno, listopad–grudzień 1939

[ I 843]

OTACZANIE

Emanuel Ringelblum w Kronice:

Przeżyliśmy trudny dzień. W Ogrodzie Saskim banda polskich chuliganów w wieku od 14 do 15 lat spostrzegła mnie z opaską. Ledwo żyw zdążyłem przed nimi uciec. Droga była pusta. Nie było prawie ludzi. [...] Wczoraj było kilku ciężko rannych na skutek tych chuligańskich napaści. Jednemu zabrano palto, mnie chcieli zabrać kapelusz. Dzięki moim nogom (koledzy nazywali mnie Kusocińskim11), udało mi się zbiec.

[...] Wierzymy, że ze względu na głębokie przemiany, jakie zaszły w życiu, Nowa Polska będzie całkiem inna, piękniejsza, lepsza. Napaści antysemickie są przez kogoś organizowane. Biorą w nich udział młodzi, 9–10-letni chuligani. Boją się dać im należytą odprawę, chociaż gdzieniegdzie przeciwstawiają się im (na Karmelickiej). Jeden z Niemców kierował bandą, która tłukła na prawo i lewo.

 

Warszawa, 30 stycznia 1940

[1]

H.S.L. we wspomnieniach:

Marzec 1940. Tramwaj nr 21 [?]. Z Woli w stronę placu Teatralnego. Szepty: „Biją Żydów. Nie wiadomo, czy będzie można przejechać”. Wjeżdża na plac Żelaznej Bramy. Plac handlowy – miejsce, gdzie przedtem wznosiły się hale targowe, tzw. Wielopole, zniszczone przez działania wojenne. Tłumy ludzi – z dala czarna, zwarta masa. Popłoch – żydowscy kupcy w pośpiechu pakują swój towar w ręczne walizki lub kosze, wydostać się stamtąd jednak trudno. Cały plac okrążony masą najrozmaitszych wyrostków, uzbrojonych w sztylety, noże i pałki. Towar wyciągają, niszczą. Niektórzy, obładowani, oddalają się. Każdego napotkanego Żyda bezlitośnie biją.

Tuż przy przystanku tramwajowym starszy Żyd – z zapakowanym w papier bochenkiem chleba; chce wsiąść do tramwaju. Z tyłu ktoś go wyciąga, pałką, wręcz dziko, bije go po twarzy, po głowie. Ten garbi się, kurczy, usiłuje się obronić. Zostaje okrążony przez zgraję pomagających bić – chleb wypada z ręki. Zanim tramwaj ruszy, twarz Żyda zmasakrowana, z ran na głowie leje się krew. Opodal stoi polski policjant i obojętnie przygląda się tej scenie.

Żydowscy pasażerowie bledną. Reagować nie można. Czuję, jak krew stygnie w żyłach. Droga przejazdu zatarasowana. Powoli tramwaj zbliża się do ulicy Dobrej. Jezdnia i chodniki usiane odpadkami szkła, desek i urządzeń sklepowych. Najrozmaitsze towary porozrzucane w nieładzie. Przed niektórymi sklepami chodnik mieni się barwami – to wylane z beczek farby malarskie. [...]

Na zamkniętych drzwiach niektórych sklepów widnieją duże napisy: „Sklep aryjski” albo „Sklep chrześcijański” – ma to służyć jako talizman przed rozgromieniem. Na ogół sklepy stoją otworem, wnętrza opustoszałe. Gospodarka ta trwa bezkarnie już trzeci dzień.

Z oddali słychać motocykle – to żandarmeria niemiecka nadjeżdża, aby położyć kres rozpętanemu żywiołowi. Chyba zdają sobie sprawę, że może się to skończyć nie po ich myśli. Już nadjeżdżają – zmuszają polską policję do zaprowadzenia porządku.

Warszawa, marzec 1940

[ I 460]

Z anonimowej relacji z Warszawy:

Nastała wiosna. Po długim pobycie w ciasnych pokojach, ludzie poczynają wychodzić z domów na spacery.

Nie mając co robić w mieszkaniu ani na ulicy, udaję się z wizytą do kolegi. Po krótkiej pogawędce siadamy obaj do albumu ze znaczkami pocztowymi. Schyleni nad znaczkami, straciliśmy poczucie czasu. Z naszego „snu” budzi nas silne stukanie do drzwi. „Prosimy otwierać, ale prędzej” – usłyszeliśmy zdenerwowane głosy. Przestraszeni otwieramy drzwi.

Do pokoju wpada dwóch młodych chłopców z gwiazdą syjońską na przedramieniu. Szybko zamykają drzwi i stają trzęsąc się. Opowiadają, przerywając sobie wzajemnie, że przed bramą znajduje się banda młodych chuliganów polskich, którzy napadają na przechodzących ulicą Żydów, bijąc ich niemiłosiernie i rabując przy okazji, co tylko można. Im cudem udało się uciec, lecz nie wiedzą, w jaki sposób będą się mogli dostać do domu, gdyż zbliża się godzina policyjna.

Zerkam w kierunku zegara. Za 65 minut żadna żywa dusza nie powinna się zjawiać na ulicy. Nie wiem, co robić. Iść do domu, ryzykując głową, czy też przenocować u kolegi. Wyobrażam sobie, co za sceny będą się działy w domu, gdy rodzice zobaczą, że nie wróciłem na noc. Trzeba ryzykować, może uda mi się przekraść.

Kolega usiłuje mnie zatrzymać. Nie daję się przekonać, łapię czapkę i jesionkę – i już jestem na ulicy. Cicho, pod ścianami przekradają się nieliczni ludzie, większość ozdobiona sześciokątną gwiazdą. Zatrwożeni pytają jeden drugiego, czy można pójść dalej. [...] Udaję odważnego, idę naprzód. Liczę bramy dzielące mnie od domu, w którym mieszkam: jeszcze 40, 36, 27. Nagle stop.

Z dala usłyszałem brzęk tłuczonych szyb i krzyki napastników: „Bić, łapać Żydów!”. W odległości 40 metrów ode mnie zauważyłem kilkunastu wyrostków z dwoma drabami na czele. Uzbrojeni w różnego rodzaju laski i łomy otaczają starszego Żyda i okładają go bezlitośnie. Żyd pada zalany krwią, płaszcz w strzępach. Lecą naprzód, otaczają drugiego. Postanawiam schować opaskę i udając Polaka posuwać się naprzód.

Nagle wyrasta przede mną wysoki młody chrześcijanin. Pomyślałem, że to jeden z napastników, który ma zamiar „oporządzić” mnie w samotności. Serce wali mi jak młot. Nieznajomy bierze mnie pod rękę i cichym głosem mówi: „Gdzie mieszkasz, powiedz, to cię odprowadzę”. Sądziłem, że to tylko trik z jego strony i nie chciałem mu nic powiedzieć. Nieznajomy, wlokąc mnie prawie, pyta, w którą stronę idziemy. Zrezygnowany wskazuję ręką kierunek.

Zbliżamy się do bandy. Nieznajomy mówi do mnie: „Józek, jak tam ci było u Zosi?”. Przestraszony, nic mu nie odpowiedziałem, nie zrozumiałem, o co mu chodzi. A on mówi dalej: „Co to, ząb cię boli?”. W tej chwili mijamy bandę. Młodzi rozjuszeni napastnicy biją jakąś młodą dziewczynę. Powaliwszy ją, napadają na kolejnego Żyda.

[...] Odprowadziwszy mnie pod bramę, chrześcijanin oddala się. Staram się podziękować mu, lecz z powodu zdenerwowania nie mogę wydobyć głosu. Polak, odchodząc, mówi: „Spełniłem tylko mój obowiązek”.

Warszawa, marzec 1940

[ I 484]

Z relacji Sommera (mieszkańca getta warszawskiego) E pluribus una (Z wielu jedna):

Miejscem zbiórki dla Żydów, którzy dostali nakazy na odbycie pracy blokowej, była Twarda 6. [...] Pierwsze partie przydzielano na Okęcie.

[...]

Mnie przydzielono do liczącej dziewięć osób grupy silniejszych i roślejszych, po czym zaprowadzono na jakiś plac, gdzie stało kilkanaście skrzyń wysokich wagonów towarowych (bez podwozi). Były one przymarznięte do ziemi, a wagę ich określił, okiem fachowca, znajdujący się między nami zawodowy tragarz – na 600 kilogramów. [...] Polecono nam podejść do jednej z tych skrzyń i przenieść ją do znajdującej się nieopodal szopy.

Kiedy nieskutecznie mocowaliśmy się z tym zbyt wielkim na nasze siły ciężarem, zjawiło się na placu kilkudziesięciu ludzi – cywilnych lotników-folksdojczów – uzbrojonych w krótkie i długie gumowe pałki, którymi zaczęli okładać wszystkich pracujących. Do naszej skrzyni podeszło czterech oprawców i ustawili się za naszymi plecami. Każdy stanął po jednej stronie skrzyni. To rozstawienie pozwoliło im maltretować nas dokładnie i planowo. Gdy na nasze barki posypały się ciosy pałek – skrzynia drgnęła, pozwoliła się podźwignąć i ponieść w kierunku szopy. Niemcy naturalnie ruszyli za nami, nie odstępując nas na moment, nie przestając bić i kopać.

Nieśliśmy nasz ładunek na podsuniętych podeń palcach, a ponieważ dzień był mroźny, ciężar zaś olbrzymi, palce rychło nam zdrętwiały, zaczęły odmawiać posłuszeństwa i groziło, że skrzynia lada sekunda wyślizgnie nam się z rąk i runie na nogi. Dostrzegli to również Niemcy, zdwoili ciosy, zwielokrotnili wrzaski i polecili nam podnieść skrzynię i nieść ją na ramionach. I znów, nie wiem jakim cudem, nasze omdlałe ręce zdołały ten rozkaz wypełnić. [...]

[Przydzielono] mnie do innej partii: noszących części maszyn, bufory oraz inne większe i masywniejsze ciężary, dochodzące do wagi kilkudziesięciu kilogramów. Trzeba je było przenosić z jednej szopy do drugiej (może 80 metrów). Po obu stronach drogi stali, [...] w odległości 2–3 metrów jeden od drugiego, żołnierze trzymający w rękach pałki i kije, zmuszający noszących, by biegli z ładunkiem truchcikiem, a z powrotem – bez ciężaru – pędem. Każdy z tego szpaleru, w chwili, gdy się go mijało, zadawał uderzenie pałką. [...]

Około 11.00–11.30 byłem już tak śmiertelnie wyczerpany i zmęczony (a poza tym ciało miałem tak obolałe, iż ciosy nie robiły już na mnie wrażenia), że postanowiłem bez względu na skutki nie pracować dalej. [...] Rzuciłem niesiony ciężar na ziemię i stanąłem nad nim ciężko dysząc. Dostrzegł to jeden z żołnierzy patrolujących plac, zdjął karabin, wymierzył we mnie i zaczął liczyć – ja byłem jednak tak zobojętniały, że [...] nie ruszałem się z miejsca.

Od niechybnej śmierci uratowała mnie szybka interwencja. Niczym deus ex machina zjawiło się raptem obok mnie dwóch ludzi. Jednym był jakiś folksdojcz, a drugim Żyd w opasce – mój obwodowy (bezpośredni przełożony grupowych). „Sind Sie Gruppenführer?” [Jest Pan grupowym?] – pytają mnie. „Ja.” [Tak] – „Dann kommen Sie mit.” [Więc proszę iść z nami] Zwracają się do mierzącego we mnie żołnierza, że jestem potrzebny. Zabierają mnie ze sobą, wprowadzają do jakiegoś budynku i tu polecają sporządzić listę przydzielonych mi na dzisiaj ludzi.

Widząc moje zdziwienie, obwodowy wyjaśnia, że jest to kombinacja mająca na celu zwolnienie nas, jako że wszelkie inne próby interwencji zawiodły.

Warszawa, 19 marca 1940

[ I 457]

Adam Czerniaków (przewodniczący Rady Żydowskiej w Warszawie) podczas rozmowy z przedstawicielami władz niemieckich w Krakowie12 (spisanej przez Michała Weicherta – przewodniczącego Żydowskiej Samopomocy Społecznej):

Przywieźliśmy ze sobą szczegółowy memoriał, omawiający całokształt życia żydowskiego. Przemawiając w tych sprawach, muszę przede wszystkim wskazać na bezpieczeństwo ludności żydowskiej, która stoi właściwie poza prawem i to zarówno w domu, jak i na ulicach.

Jestem przewodniczącym Rady Żydowskiej w Warszawie i sądzę, że najlepiej uczynię, ilustrując panom, jak wygląda mój dzień w Gminie Żydowskiej. Otóż, kiedy rano idę do pracy, widzę, jak na ulicach miasta „łapią” Żydów do pracy przymusowej. Pytam się wtedy: po co w takim razie, z rozkazu władz, zebrałem na podwórzu Gminy przeszło 8 tysięcy ludzi, czekających na odmarsz do różnych punktów pracy? Zbliżam się do Gminy i widzę, że [także] w pobliżu Gminy łapie się dziko Żydów, a z podwórza zaczynają wychodzić Bataliony Pracy13.

Po przyjściu do biura, słyszę nagły alarm. Przychodzą policjanci i żądają grzywny za to, że napotkano w mieście dwóch Żydów bez przepisowych opasek. Nie mam pieniędzy, więc moi urzędnicy zostają pobici i każdy daje tyle, ile ma przy sobie...

Dalszy rozkaz brzmi: natychmiast dostarczyć meble, pościel, inne urządzenia...

Następnie zjawia się u mnie dwóch przedstawicieli władz i, nie mówiąc, o co chodzi, odprowadzają mnie do jakiegoś daleko położonego urzędu, gdzie komunikują mi, że ponieważ jacyś tam Żydzi nie udali się do dezynfekcji, Gmina musi zapłacić parę tysięcy złotych grzywny.

Po powrocie do biura, dowiaduję się, że wykonana dopiero co rejestracja Żydów do pracy przymusowej była źle pomyślana i że muszę natychmiast przystąpić do nowej. Pierwsza kosztowała 36 tysięcy, druga 180 tysięcy złotych.

Wracając do biura z moim zastępcą, zostaję zatrzymany i wezwany do pracy przymusowej. Pokazujemy nasze przepustki, nic to nie pomaga. W końcu ja muszę zapłacić za zwolnienie 10, a mój zastępca 5 złotych.

W domu zastaję ślady dopiero co dokonanej rewizji. Wszystko wywrócono, zabrano artykuły żywnościowe, teczki i inne drobnostki. [...]

Jeżeli zatem tak wygląda dzień u mnie, jako przewodniczącego Rady Żydowskiej, to nietrudno sobie wyobrazić, jak przeżywa dzień w Warszawie zwykły, szary Żyd...

Kraków, 27 marca 1940

[ II 117]

Z okólnika Batalionu Pracy do żydowskich mieszkańców Warszawy:

Do wszystkich Żydów podlegających pracy przymusowej.

Organizacja pracy przymusowej powierzona została Urzędowi Pracy (Arbeitsamt).

Szef Urzędu w dniu wczorajszym oświadczył, że:

1. nieodpracowywanie nakazów pracy uważane będzie za uchylanie się od obowiązku pracy przymusowej;

2. uchylanie takie pociągnie za sobą wszczęcie postępowania zgodnie z rozporządzeniem z dnia 12 grudnia 1939, przewidującym karę do 10 lat więzienia;

3. niezależnie od postępowania sądowego, pierwsza grupa opornych skierowana będzie do obozu pracy już w najbliższych dniach.

Warszawa, 1 sierpnia 1940

[ I 242]

Z anonimowej relacji Żyda wysłanego do obozu pracy w Zamościu:

3 września 1940 stawiłem się – na skutek otrzymanego wezwania – przed Komisją Obozową, urzędującą przy ulicy Kawęczyńskiej. [...] Nie było to podyktowane potulną lojalnością wobec rozporządzeń władz, lecz wynikało z przeświadczenia, że jeśli nawet zostanę uznany za zdolnego [do pracy], to będę musiał stawić się dopiero po trzech dniach i będzie dość czasu, by zmarkierować. Pech chciał jednak, że te przewidywania zawiodły. [...] Jakież było nasze przerażenie, kiedy po zbadaniu odprowadzono nas do obszernego pokoju na piętrze i zamknięto na klucz!

[...]

Na dworcu załadowano nas do wagonów towarowych (licząc po 30 osób na wagon), po trzygodzinnym oczekiwaniu pociąg ruszył. Zatrzymał się dopiero pod Lublinem, w szczerym polu. Jednocześnie doszły nas odgłosy krzyków, szczęk zasuw, zgrzyt odsuwanych drzwi, nawoływania [...] oraz świst bata. Ponieważ nie byliśmy jeszcze wtedy przyzwyczajeni do bicia i podobnego traktowania, wprawiło nas to w nieopisane przerażenie. [...] Gdy nadeszła nasza kolej i otworzono go z impetem, ujrzeliśmy w jasnym prostokącie drzwi dwóch ludzi z nahajkami w ręku: oficera SS i jakiegoś cywila. Twarz jego była do tego stopnia nacechowana okrucieństwem, że przerażenie nasze spotęgowało się stukrotnie.

 

„Alle raus!” [Wszyscy wychodzić!] – padł rozkaz i jednocześnie podniesiono nahajki. Stopień wagonu był oddalony od nasypu o przeszło metr. Jeśli ktoś wyskakiwał niezręcznie, przewracał się, na niego padał następny, potem trzeci i tworzyło się kłębowisko ciał, ćwiczone zajadle i zapamiętale przez obu Niemców. Kto się nie przewracał, otrzymywał tylko dwa ciosy.

Gdy wydostaliśmy się wszyscy na pole, stojący nieopodal esesmani doprowadzili nas do szosy i tu polecili biec na przestrzeni około 300 metrów. Tymczasem oficer, widząc, że wielu nie zdążyło zabrać plecaków i części garderoby z wagonów, rozkazał dwóm z nas opróżnić je, a „zdobycz” załadować do swego samochodu. Gdy skończyli, zagnano nas znów do pociągu i zamknięto szczelnie drzwi, tłocząc tym razem po 70–80 osób w wagonie. Już po kilkuminutowym pobycie w tak zatłoczonym wagonie dał się odczuć katastrofalny wprost brak powietrza. [...]

W Zamościu pociąg zatrzymał się 200 metrów za dworcem, w polu. Oczekiwało nas tam piętnastu „czarnych” [gestapowców], którzy, krzycząc: „Raus!”, zaczęli nas wypędzać z wagonów. [...] Wyprowadzili nas na szosę i powiedli w stronę miasta. [...]

Czwartego dnia [w obozie] przydarzył mi się następujący wypadek. Stojąc w oczekiwaniu na obiad, [...] zauważyłem, że wysypała mi się w kieszeni sacharyna z butelki, oddałem więc menażkę do potrzymania sąsiadowi i zacząłem mozolnie wygrzebywać poszczególne pastylki. Manipulacje te dostrzegł kręcący się w pobliżu i szukający okazji do zaczepki zastępca komendanta. Dopadł do mnie i zdzielił nahajką przez plecy: „Stój równo, Żydzie!”.

Zapytałem go, oburzony tą niesprawiedliwością, za co mnie bije, a w odpowiedzi otrzymałem sześć uderzeń przez głowę, które rozkrwawiły mi ucho tak, że nie mogłem przez sześć tygodni leżeć na tym boku, a na głowie potworzyły mi się guzy wielkości monety 10-złotowej. „Na drugi raz będziesz wiedział, żeby nie pyskować!” Wówczas nie znałem jeszcze prawdy, że o ile bity lamentuje i krzyczy, to dostaje mniejsze lanie...

[...]

Dziewiątego dnia wypadło i mnie zakosztować ciężkiej pracy. Dzień był mglisty i tak zimny, że gdy zanurzałem nogi w bagnie (pracowaliśmy boso), miałem wrażenie, jak gdyby mi je krajano nożem. Woda sięgała wprawdzie tylko do kostek, ale dno było bardzo bagniste i już po półgodzinie zapadaliśmy się aż po kolana – było wprost niemożliwe, by poruszyć nogą. Do naszego zadania należało pogłębianie dna i wyrywanie trzcin, które były ostre, śliskie i kaleczyły nam dłonie. Każdy miał wyznaczoną działkę – jeśli nie wykończył jej na czas, dostawał bicie.

Warszawa–Zamość, wrzesień 1940

[ I 1199]

H.S.L. we wspomnieniach:

Najpierw cicho, później coraz głośniej i głośniej, przenosi się z ust do ust, w postaci zasłyszanej plotki, następnie jako fakt: getto, ma być getto.

Mieszkańcy Żoliborza zatrwożeni. Tu jest dobrze, tu jest przyjemnie, tu jest względnie bezpiecznie. [...] Do 1 listopada dopuszczalna jest wymiana mieszkań między Żydami, zamieszkałymi w przewidzianej dzielnicy polskiej, a Polakami, zamieszkałymi w przewidzianej dzielnicy żydowskiej. W mieście ruch.

Warszawa, wrzesień 1940

[ I 459]

Emanuel Ringelblum w Kronice:

Widziałem dziś taki obrazek: uczniowie szkoły imienia Konarskiego bili na ulicy Żydów. Starsi chrześcijanie przeciwstawiali się i powstało z tego powodu zbiegowisko. Jest to bardzo częste zjawisko – Polacy reagujący na napaści chrześcijan [na Żydów]. Jest to zjawisko niespotykane przed wojną.

[...] Dziś, w sobotę 12 października, było strasznie. Zapowiedziano przez megafon podział miasta na trzy części: niemiecką, obejmującą Śródmieście wraz z Nowym Światem, polską i żydowską. Do końca października wszyscy – oprócz Niemców – muszą się przeprowadzić, bez mebli. W naszej kamienicy rozpacz. Właścicielka domu mieszka już od 37 lat w mieszkaniu, które winna opuścić bez sprzętów. [...]

Dzisiaj [...] Gmina Żydowska była oblężona przez setki ludzi, którzy chcieli się dowiedzieć, jakie ulice obejmuje getto. [...]

Całe miasto wytapetowane jest białymi kartkami o zamianie mieszkań przez Żydów i chrześcijan.

Warszawa, październik 1940

[1]

H.S.L. we wspomnieniach:

Ruch na ulicach. Sznury wozów z meblami i innym dobytkiem żydowskim ciągną się ku nowo utworzonej dzielnicy żydowskiej. Nerwowość ludności żydowskiej spotęgowana, gdyż przenoszenie rzeczy jest nielegalne. Zgodnie z zarządzeniem, z opuszczonych mieszkań Żydom wolno zabierać tylko pościel i ręczne bagaże. [...]

Zbliża się końcowy termin przesiedlenia, a 10 tysięcy osób pozostaje jeszcze bez mieszkań.

Ulica Żytnia, Okopowa. Mają tu jakoby być wolne mieszkania. Chodzę od domu do domu, od mieszkania do mieszkania. Lokalu do zamiany – niestety – nie ma.

[...] Swobodnie i życzliwie rozmawiają ze sobą kontrahenci zamieniający mieszkania. Jeden wózek wjeżdża do bramy, drugi wyjeżdża.

Godzina 16.15. W oka mgnieniu obraz ulicy się zmienia. Tworzą się grupy i grupki. [...] Z ust do ust przechodzi wieść: „Przez megafon tylko co podano, że ulice Okopowa, Żytnia, Wolność zostają wyjęte z granic dzielnicy żydowskiej”.

Otyłe, gadatliwe, zawsze skore do kłótni kobiety – głośno i złośliwie krzyczą do tych samych, z którymi przed kilkoma minutami, zdawało się, przyjaźnie rozmawiały: „Żydy, dyszle zawracać. Nie ma tu getta, idziemy do naszych mieszkań”. I ciągną już swoje wózki z powrotem.

Wysocy, barczyści mężczyźni z tej samej sfery na całe gardło się śmieją: „Hola, zostajemy. Nie będzie tu Żydów”, a wyrostki, popychając przechodniów, wesoło pogwizdują.

Warszawa, koniec października 1940

[ I 460]

Emanuel Ringelblum w Kronice:

Ludzie potracili głowy; nie wiadomo, gdzie się przeprowadzić. Żadna ulica nie jest pewna, wszędzie istnieje bowiem coś, co może narazić tę ulicę na niebezpieczeństwo. Na Ceglanej znajduje się fabryka Ulricha, co zadecydowało o wyłączeniu jej z getta. [...] Wszystkich ogarnęło uczucie strasznej niepewności. Nie wiadomo, co przyniesie jutro.

Przed kilkoma dniami chrześcijanie wdarli się do kamienicy na Żelaznej i siłą zajęli mieszkania żydowskie. Powiesili krzyż i powiedzieli: „Spróbujcie to ruszyć”. Kiedy dowiedziano się [...], że Żelazna wraz ze wszystkimi pobliskimi ulicami [...] zostaje wyłączona z getta, zapanowała bezgraniczna rozpacz. Żydzi mówili: „Niech nas już lepiej wytrują gazem, zamiast nas tak męczyć”.

[...] Dzień, w którym utworzono getto, sobota 16 listopada, był straszny. Ludność nie wiedziała jeszcze, że getto zostanie zamknięte, dlatego [wiadomość ta] spadła jak grom. Na wszystkich skrzyżowaniach stały posterunki niemieckich, polskich i żydowskich policjantów, którzy kontrolowali, kto ma prawo przejść. Okazało się, że hale targowe są zamknięte dla kobiet żydowskich. Od razu zabrakło chleba i innych produktów. Od owego czasu szaleje prawdziwa orgia drożyzny.

[...] Na Chłodnej i Żelaznej ćwiczenia gimnastyczne z kamieniami lub cegłami dla tych, którzy zbyt późno zdjęli czapki. Starszym Żydom również każą robić przysiady. Rozrzucają skrawki papieru i każą zebrać je z błota, a schylających się kopią. [...] Ulicą Leszno przejeżdżał na rowerze jakiś wojskowy, zaczął bić przechodzącego Żyda, rozkazał mu położyć się w błocie i całować chodnik.