Archiwum Ringelbluma

Tekst
Z serii: ŻYDZI POLSCY
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Ośrodek KARTA, 2008, 2011

© Copyright by Dom Spotkań z Historią, 2008, 2011

© Copyright by Żydowski Instytut Historyczny, 2008, 2011

Wybór i opracowanie redakcyjne

Marta Markowska

Wybór i zasadnicza część tłumaczeń z jidysz

Sara Arm

Konsultacja naukowa

Tadeusz Epsztein

Redaktor serii

Aleksandra Janiszewska

Opracowanie graficzne serii

Emilka Bojańczyk / Podpunkt

Skład komputerowy

Piotr Suwiński

Przygotowanie zdjęć

ENVIGO

Publikowane zdjęcia pochodzą z Archiwum

ŻIH; wszystkie (oprócz trzech ostatnich)

należą do zbioru Archiwum Ringelbluma


Zrealizowano w ramach Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa, ogłoszonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zrealizowano z finansowym wsparciem:


Fundusz im. Tadzia Kolskiego


Task Force for International Cooperation on Holocaust Education, Rememberance and Research


Taube Foundation for Jewish Life and Culture


Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie


Instytutu Adama Mickiewicza

Ośrodek KARTA /www.karta.org.pl

Dom Spotkań z Historią /www.dsh.waw.pl

Żydowski Instytut Historyczny /www.jewishinstitute.org.pl

Wydanie II / Warszawa 2011

ISBN 978-83-61283-61-4

ISBN 978-83-62020-43-0

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Od wydawcy

Atak

Otaczanie

Zamknięcie

Zagłada

Koniec

Od Redaktora

Ze strony Żydowskiego Instytutu Historycznego

Źródła

Ilustracje

OD WYDAWCY

Żadne przedsięwzięcie archiwalne nie jest w stanie uratować ludzkiego życia. Ale może ocalić jego sens, a także – jak w tym przypadku – godność człowieka. Podziemne Archiwum Getta Warszawskiego, prowadzone przez Emanuela Ringelbluma, było niezwykłym zjawiskiem o charakterze duchowym. Zespołowa praca, dokumentująca krok po kroku Zagładę, stanowi świadectwo ówczesnego zwycięstwa nad śmiercią. Archiwum stało się przesłaniem ginących Żydów, ich zbiorowym testamentem.

„Oneg Szabat” – konspiracyjna organizacja Archiwum – podjęła się wszechstronnej dokumentacji losów Żydów w czasie II wojny światowej. W zachowanych materiałach znajdują się relacje, dzienniki, wspomnienia, listy, sprawozdania, dokumenty urzędowe, zdjęcia, utwory literackie… Książka stanowi uważny wybór z całości tego zasobu; większość świadectw została w niej opublikowana po raz pierwszy (I edycja w 2008 roku). Prezentujemy chronologiczny zapis od września 1939 po styczeń 1943.

W wyborze znalazł się tekst, który stanowi miejsce kulminacyjne książki – z 31 lipca 1942. Podsumowuje pierwsze trzy lata, zapowiada następne miesiące. Głos Izraela Lichtensztajna, który rzuca społeczności żydowskiej, wywożonej z Warszawy na śmierć, wezwanie do buntu. A zlekceważony, niewysłuchany – potępia administrację getta jako ludzi podłych i tchórzliwych.

Lichtensztajn, nauczyciel i działacz społeczny, a zarazem członek „Oneg Szabat”, uosabia w tym momencie tragiczny dylemat mordowanego Getta. Bronić swej godności fizycznie, skazując się na pozostawienie po sobie martwego, spalonego pola, czy też ratować co się da, w tym papier, na którym zapisano Los? Dziś mamy z tego papieru tamten los odczytać.

Niniejsza edycja wybranych źródeł zgromadzonych w Archiwum Ringelbluma nie stanowi próby prezentacji całego zasobu. Żydowski Instytut Historyczny, w którego zbiorach znajduje się Archiwum, planuje pełną jego publikację – jako projektowane na wiele lat, wielotomowe wydawnictwo; przedstawia je na końcu tej edycji Eleonora Bergman. Książka w serii „Żydzi polscy” jest skrótową zapowiedzią tego fundamentalnego przedsięwzięcia. Jest „wierzchołkiem góry lodowej”, który pozwala przeczuć, czym jest całość tego niezwykłego, bezprecedensowego dokonania.

Gromadzenie archiwum nie ocala życia... Gdy jednak ludzie je tworzący zdejmują z murów obwieszczenia zapowiadające ich własną śmierć, by je ułożyć we właściwej kolejności w zbiorze wielu podobnych obwieszczeń – kolekcja taka może unieważnić wyrok.

Zbigniew Gluza

ATAK

Emanuel Ringelblum:

W ciągu trzech i pół lat wojny grupa „Oneg Szabat” [„Radość soboty” – hebr.] stworzyła Archiwum Getta. Nazwa grupy wywodzi się stąd, że jej narady odbywały się zazwyczaj w sobotę. [...]

Pierwsze podwaliny pod archiwum położyłem w październiku 1939. W Warszawie panowało wtedy wielkie przygnębienie. Każdy dzień przynosił nowe restrykcje wobec Żydów.

[...] Ludzie bali się wówczas pisać, gdyż spodziewali się rewizji. Z czasem uspokoili się. [...] Niemców nie obchodziło, co Żyd robi u siebie w domu. Więc Żyd wziął się właśnie do pisania. Pisali wszyscy: dziennikarze, literaci, nauczyciele, działacze społeczni, młodzież, nawet dzieci. Wielu piszących prowadziło dzienniki, w których oświetlali tragiczne wydarzenia przez pryzmat osobistych przeżyć. Napisano bardzo wiele, ale ogromna większość została zniszczona w czasie wysiedlenia wraz z Żydami warszawskimi. Pozostał tylko materiał przechowany w Archiwum Getta.

[1]*

Wojdysławski (mieszkaniec Warszawy) w dzienniku:

Z przekopanych ulic, z rowów strzeleckich, z zasypanych piaskiem okien, z obwieszczeń mobilizacyjnych ułożyło się jedno, jedyne, okropne słowo: W o j n a !

Ulice to przycichają nagle, to hałas wybucha ze zdwojoną siłą. Przez miasto maszerują oddziały wojska. Długie. Nieskończone. Szare. Stuk. Buty.

[...]

Wojna weszła, wdarła się w miasto, wkroczyła w zamknięte, ciche budynki, ożywiła przygnębionych ludzi, skruszyła więzy łączące ich z biurem czy warsztatem, rozruszyła to zwarte, zbite kłębowisko istot, tworzących ludność Warszawy. Zaskoczyła wszystkich.

Wypowiedzenie jej przyszło tak niespodziewanie, tak nagle, że wszyscy ludzie potracili głowy, jeszcze zanim w nie trafił niemiecki szrapnel.

Warszawa, 1 września 1939

[ I 471]

Z anonimowego dziennika:

Na mieście ruch szalony – wszędzie ogonki, już daje się odczuwać brak mąki, cukru, kaszy. Największy popyt jest na środki opatrunkowe. Ludzie [...] nie wiedzą, jak się ratować, czym się ratować. [...] Po południu znowu nalot. Teraz dla wszystkich staje się jasne, że chociaż nie jesteśmy na froncie, to front jest nad nami – wojna toczy się nad naszymi głowami. Jesteśmy igraszką dla wroga, bezbronnym stadem, które można z góry obsypywać deszczem bomb i pocisków.

Warszawa, 1 września 1939

[ I 1092]

Genia Landau (uciekinierka ze Zduńskiej Woli) w relacji:

W niedzielę [3 września] już od rana był alarm. [...] Samoloty krążyły nisko, rzucając bez przerwy bomby. Jednak te nie przerażały mnie tak bardzo, jak same samoloty. Zdawało mi się, że lada chwila spadną na moje plecy. Nie mogłam się opędzić od tej męczącej myśli. Przy każdym huku ziemia drżała pod nami, na moment podnosiliśmy się wraz z nią w górę i zaraz opadaliśmy. To było najgorsze. [...] Nie rozumiem, co się wtedy ze mną działo. Nie był to w każdym razie zwykły, ludzki strach, lecz coś zupełnie od niego niezależnego – strach dziki, opętańczy, bezrozumny... Nie mogłam się opanować [...].

 

Byłam u granic wytrzymałości, gdy ojciec zdecydowanym tonem oświadczył, że natychmiast uciekamy. [...] Gdy wyszliśmy z krętaniny ogrodów na ulicę, ujrzałam widok jedyny w swoim rodzaju [...]. Z bocznych ulic ciągnęli ludzie – kobiety, mężczyźni i dzieci, pieszo lub na wózkach albo wozach, wyładowanych zabranymi naprędce gratami wszelkiego rodzaju. Wszystko to przewalało się olbrzymią masą, niepohamowanie parło naprzód gęstymi, ciasnymi szeregami. Powiększały się one z minuty na minutę, zewsząd nadciągały nowe gromady. [...]

Na krańcach miasta ujrzeliśmy skutki poprzedniego bombardowania: powyrywane słupy telegraficzne, strzaskane domy wzdłuż całej ulicy, na ziemi pełno drutów, szkła, drewna i innych odłamków. Na mostach kolejowych koło dworca patrole, w górze znów samoloty.

Po ominięciu tych niebezpiecznych miejsc, znaleźliśmy się na szosie. Tutaj tłum zaczął rozpadać się stopniowo na mniejsze grupki, które odpływały bocznymi drogami. [...] Kurz i spiekota były nie do zniesienia. [...] Droga stawała się coraz uciążliwsza, mijały nas auta i motocykle z wojskowymi i cywilami, szosa zaczęła się też zapełniać chłopskimi wozami – z każdej zagrody wyjeżdżano w pośpiechu. [...]

Gdy po przejściu kilku kilometrów obejrzeliśmy się za siebie, ujrzeliśmy kłęby dymu, pokrywające całą przestrzeń za nami. Niebo było szare. Ludzie odwracali się, wskazywali sobie palące się miasto. Robiło to okropne wrażenie. Nikt nie przypuszczał wtedy, że ze Zduńskiej Woli zostanie choć kamień. Zdawało się, że całe miasto pali się doszczętnie. [...]

Nie ustawaliśmy ani na chwilę, gdyż samoloty, które bezustannie krążyły nad naszymi głowami, popędzały nas dalej. To były najgorsze momenty; raz po raz wpadaliśmy do rowów i kładliśmy się na ziemi. [...] Chowaliśmy się pod okapami dachów, wśród jakichś zeschłych, wysokich badyli... Gdy trochę się uspokajało, maszerowaliśmy dalej.

Droga ze Zduńskiej Woli, 3 września 1939

[ I 1061]

Fela Wiernikówna (uciekinierka z Łodzi) w relacji:

Noc 5/6 września. Około godziny drugiej wyrwał nas ze snu silny dzwonek do drzwi. Otworzyliśmy. To przyszli sąsiedzi. Twarze mieli rozgorączkowane, niespokojne. Mówili, że Niemcy są już niedaleko. [...]

Wyszłam na balkon. [...] Pode mną rozciągała się ulica zatłoczona ludźmi i wozami. Wszystko ciągnęło w kierunku Rynku Bałuckiego. Wozy, kobiety z dziećmi w wózkach i na rękach, mężczyźni z tobołami. Wśród tego chłopi gnali bydło. Głosy krów i kóz mieszały się z płaczem dzieci. Zadawało się, że kto żyje, ucieka. [...]

Zaczął się jakiś zwariowany dzień. Zarząd miasta, cała warstwa urzędnicza i policja opuściły w nocy Łódź. Wypuszczani więźniowie ciągnęli przez ulice w więziennych ubraniach. Panował zupełny chaos. [...] Przez Łódź zaczęły przeciągać cofające się wojska polskie. [...] Po południu wróciła część tych, którzy uciekli w nocy. Nie byli w stanie iść dalej. Mówili, że wszystkie drogi roją się od ludzi i wojska, a nad głowami latają niemieckie samoloty. Bomby rozszarpują ludność cywilną. [...]

Ludzie na gwałt kupowali prowiant, ceny były podwójne w stosunku do przedwojennych. Na noc lokatorzy naszego domu zabarykadowali bramę, bojąc się rabunków. Nie było już ani gazet, ani audycji radiowych. Nikt nie wiedział, co się dzieje.

Łódź, 5–6 września 1939

[ I 482]

Wojdysławski w dzienniku:

Tylko warszawiak zna tę datę. I tylko warszawiak wie, co ona oznacza. „Rząd Polski zmuszony został do opuszczenia Warszawy. Pożądanym jest, aby wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni opuścili miasto razem z wojskiem.”1

Plecak gotowy. Manierka u pasa. Tylko zabrać się i iść. Ale jednak jeszcze tu jestem. Jeszcze się ociągam. [...] Ulica przepełniona. Setki tysięcy ludzi przeciąga ulicą. [...] To już nie ludzie. To są już tylko tysiące nóg poruszających się, migających przed oczami [...]. Nogi, które niosą ciała. Ciała, które uciekają. Przed czym? – Przed nieznanym. Dokąd? – W niewiadome.

Przez całą noc trwał ten potworny exodus. Przez całą noc, oświetloną czerwonym blaskiem ognia, ciągnęły zmartwiałe twarze bez wyrazu. Twarze ludzi. Tysięcy ludzi, którzy opuszczają miasto skazane na śmierć.

Warszawa, 6 września 1939

[ I 471]

Z anonimowego sprawozdania z rozmów z przedstawicielami polskich ugrupowań politycznych Polsko-żydowskie stosunki w czasie oblężenia Warszawy:

[NN:] Mieszkałem na ulicy Chłodnej, z żoną, która była w ostatnich dniach ciąży. Akuszerka, która się nią zajmowała, oświadczyła, że w takich warunkach nie może obiecać, że do nas przyjdzie – ryzykowałaby swoim życiem. Pod gradem kul zaprowadziłem żonę do szpitala. Na miejscu okazało się, że przed godziną szpital został zbombardowany – na moich oczach wywieziono ciężarówkę z ciałami [...] kobiet i dzieci. Zrozpaczeni wróciliśmy do naszego mieszkania.

Zaprowadziłem żonę do schronu w piwnicy. Tymczasem na nasz budynek spadły bomby zapalające i część domu stanęła w płomieniach. Gasiliśmy dzień i noc. [...] Gdy zaczął się poród, pobiegłem z prośbą o pomoc do sąsiedniego schronu, do młodej Polki, studentki medycyny. Natychmiast się zgodziła, choć bała się, że nie podoła. Uklękły z matką i pomodliły się, następnie obie pobiegły do naszej piwnicy.

Moja żona skręcała się z bólu. Dziewczyna powiesiła nad łóżkiem obrazek Matki Boskiej, przeżegnała się. Wszyscy troje – ona, jej matka i ja – prosiliśmy Boga, każdy zgodnie ze swoją wiarą, by prowadził jej rękę. I tak się stało. Zostałem ojcem ładnego, dobrze rozwiniętego chłopczyka, który urodził się w takich warunkach, w czasie „straszliwego poniedziałku” [25 września]. Moja młoda sąsiadka odnosi się do niego jak do „chrzestnego syna” i interesuje się jego rozwojem.

[...]

Panna W. opowiada: To było nazajutrz po zbombardowaniu naszego domu. Pod gruzami pozostało dwadzieścia trupów. Udało nam się z matką wyjść z tego cało, uciekłyśmy. Błąkałyśmy się od bramy do bramy, aż w końcu schroniłyśmy się na jakichś schodach. Bombardowanie trwało nadal, byłyśmy na wpół przytomne ze strachu. Matka bała się ciemności i ciągle powtarzała: „Nie ma żadnej świeczki, mój Boże, a w mieszkaniu tyle ich zostało”.

W tej strasznej chwili świeczka była dla nas skarbem ważniejszym nawet od jedzenia... Mogła wyprowadzić z ciemności, wskazać drogę ratunku. W tym momencie podeszła do nas Polka – też uciekinierka, z wyglądu służąca – wyciągnęła z torby dwie świeczki i podała jedną matce. Stała obok nas na schodach i słyszała naszą rozmowę. Bardzo jej dziękowałam i spytałam, ile mam zapłacić.

– Nie trzeba. Co teraz znaczą pieniądze?

– Ale wy macie tylko dwie świeczki i dzielicie się nimi.

– Wasza matka tak boi się ciemności, współczuję jej. Wystarczy mi jedna świeczka.

Historia podarowanej świecy jest jednym z moich najpiękniejszych wspomnień z tych strasznych chwil.

Warszawa, wrzesień 1939

[ I 599] S.A.

Uciekinier z Kalisza (Natan Koniński?) w relacji:

Ulegając ogólnie panującej psychozie, opuściliśmy w dniu wybuchu wojny Kalisz i wozem naładowanym po brzegi udaliśmy się do Koła, miasta oddalonego o 64 kilometry.

[...] Dopiero 18 września wieczorem większe siły niemieckie zajęły miasto. [...] Na magistracie powiewała flaga ze swastyką oraz czarna chorągiew ze znakami SS. Nikt z ludności cywilnej nie pokazał się na ulicy, zamknięto sklepy, ludność żydowska trwożnie czekała w mieszkaniach na rozwój wydarzeń. Na wszystkich wylotach rynku Niemcy ustawili karabiny maszynowe, a w nocy raz po raz rozlegały się strzały. Nazajutrz, we wtorek rano, rozplakatowano w mieście zarządzenie w języku niemieckim i polskim [...]. Zarządzenie cofnęło Żydom wszelkie prawa obywatelskie. Dalszy punkt głosił, że nie wolno posiadać Żydowi ponad 2000 złotych gotówki. Wszyscy Żydzi mieli natychmiast, pod groźbą kary śmierci, złożyć posiadane zapasy żywności i mieli otrzymać za to ewentualne odszkodowanie.

[...] Około dziewiątej rano zaczęli Niemcy obchodzić wszystkie mieszkania żydowskie i wyciągać znajdujących się w nich mężczyzn. Brutalnie wytaszczonych, z odkrytymi głowami, ustawili przed domami twarzami do muru, a stamtąd trójkami poprowadzili na rynek, gdzie zgromadzono całą męską żydowską ludność miasta. Stali ci wszyscy Żydzi (około 700 osób) z gołymi głowami, wystraszeni, nie wiedząc, co ich czeka. Niemcy zaś podzielili ich na grupy i poprowadzili w różne miejsca do pracy. [...]

Przy pracy Niemcy odnosili się do Żydów w sposób nie dający się opisać. Stojąc w ubraniach po pas i po szyję w rzece, musieli Żydzi przenosić ciężkie belki pod most, bezustannie naganiani i bici przez żołnierzy niemieckich. Niemcy znęcali się po prostu nad Żydami. Wielu pokłuli bagnetami, niektórych pokopali i pobili do nieprzytomności, każąc im przy tym śpiewać, niejednemu wybili też zęby. [...]

[20 września] nad gmachem synagogi ukazały się o godzinie 15.00 kłęby czarnego dymu. Żołnierze niemieccy przynieśli do synagogi słomę, polali ją benzyną i podpalili. [...]

Jedynym dostępnym środkiem lokomocji były wozy; wozem też udaliśmy się z powrotem do Kalisza.

[...]

W oknach wystawowych ukazały się podobizny Hitlera, zewsząd powiewały swastyki hitlerowskie. [...] W zagadkowy sposób został też zawieszony (już 10 września) ponad całą szerokością ulicy przy zbiegu Kanonickiej i 6 Sierpnia stary endecki transparent przedwyborczy z napisem: „Kalisz bez Żydów”.

[...] Wielu Polaków i wiele Polek, przeważnie ze sfery robotników, pokojówek i służących, nawiązało znajomość z żołnierzami niemieckimi i te oto znajomości wykorzystywali tak, że szli z Niemcami do żydowskich sklepów i zmuszali do oddawania im różnych towarów za darmo lub za śmiesznie niską cenę. Zdarzało się też, że Polki, pracownice domowe w mieszkaniach żydowskich, sprowadzały do swych pracodawców żandarmów i wymuszały zapłacenie dość wysokich sum, tytułem rzekomego odszkodowania czy długów.

Koło–Kalisz, wrzesień 1939

[ I 783]

Fligelman w relacji:

Mieliśmy właśnie kłaść się spać, [...] gdy w przedpokoju usłyszeliśmy głośne łomotanie do drzwi: „Aufmachen, verfluchte Juden!” [Otwierać, przeklęci Żydzi!]. Ktoś otworzył. Wtargnęło kilku mężczyzn w wojskowych mundurach, hełmach z monogramem SA i rewolwerami w rękach: „Alle Männer raus!” [Wszyscy mężczyźni wychodzić!]. Było nas czterech. W chwili, gdy mijałem stojącego w drzwiach szturmowca, otrzymałem takiego kopniaka, że potoczyłem się po nieoświetlonej klatce schodowej i wpadłem na jednego ze stojących tam szturmowców. Ten ze swojej strony uraczył mnie tak silnym uderzeniem w kark, że straciłem przytomność.

Ocknąłem się leżąc pośrodku jezdni. Nade mną stał znajomy lekarz, który właśnie przed chwilą doprowadził mnie do przytomności. W jaki sposób przebyłem drogę z pierwszego piętra na ulicę – nie wiem. Prawdopodobnie żołnierze podawali mnie sobie nieprzytomnego ciosami coraz niżej, nie pozwalając mi upaść. Gdy się podniosłem, ujrzałem, że wąska uliczka Piekarska była dosłownie zatłoczona [...] Żydami. Wielu z nich było w tałesach2, widocznie wyciągnięto ich, tak jak stali, z minjanów3 i domów modlitwy. [...] Żołnierze ustawili nas trójkami, przeliczyli – było tych trójek 58 – i cały pochód, okrążony uzbrojonymi po zęby szturmowcami, ruszył ciemnymi ulicami. [...] „Ręce do góry” – rozkazano, a potem: „Biegiem marsz!”.

W chwili, gdy kolumna nabrała już pewnego rozpędu, biegnący na jej czele szturmowcy odwrócili się nagle i skierowali bagnety na pierwsze szeregi, które naturalnie zatrzymały się, a nawet cofnęły odruchowo. Wówczas ci z tyłu, bądź to nie widząc w ciemności, co się dzieje, bądź też nie mogąc się zatrzymać z powodu podniesionych rąk, wpadali na cofających się. W rezultacie w środku kolumny zrobiło się zamieszanie, kotłowanina i wielu, szczególnie ci w tałesach, przewracało się. Ci, którzy się przewrócili, nie wstali już więcej – zostali zadeptani nogami własnych współbraci lub dobici bagnetami otaczających nas szturmowców. [...]

Uporządkowano naszą kolumnę, znów ustawiono w trójki. [...] Jeden z oficerów wpadł na genialny pomysł:

– Do dwóch odlicz – rozkazał nam. – Co drugi zostanie rozstrzelany [...].

Wybranych ustawiono w szeregu pod murem, twarzą do ściany. Za sobą słyszeli szczęk karabinów i głosy komend:

– Ładuj broń!

– Repetuj broń!

– Cel, liczę do trzech! [...]

Salwa zabrzmiała. Mierzono ponad głowami delikwentów.

 

– Hej, wy, przeklęci Żydzi! Dlaczego stoicie pod ścianą? Kto wam pozwolił wyjść z szeregu? W tej chwili na miejsca! Zapędzić z powrotem tych ludzi – zwrócił się do swoich podwładnych, gdyż nieszczęśnicy byli już nieprzytomni, nie rozumieli rozkazu.

Włocławek, 23 września 1939

[ I 684]

J. Bieżyńska (?) w relacji z Włocławka:

Była godzina dziesiąta rano [25 września]. Nagle grzmot, jakby wybuch bomby. Przerwa i znów huk. Czuję, że nogi uginają się pode mną ze strachu. Dopiero kilka dni, jak umilkły bomby – a teraz znów... Wybiegam na balkon. Zewsząd widać ludzi trwożnie wypatrujących... i znów huk. [...] Okazuje się, że to Niemcy wysadzają w powietrze żelazną kopułę synagogi. Straszliwe napięcie ustępuje. Wyczekujemy.

Po godzinie ze szczytu synagogi zaczyna się sączyć wąska smużka dymu. Gęstnieje, grubieje, wydobywa się już oknami ze wszystkich stron – górą, bokiem, dołem, już nic nie widać, tylko gęsty słup dymu. Po chwili rozlega się trzask i z gmachu wydobywa się olbrzymi płomień. To zajęły się porąbane ławki, polane naftą. Synagoga pali się z hukiem – jak beczka smoły.

Chętnie odeszłabym od okna, ale nie mogę. Szyby drżą, są gorące. Od czasu do czasu cegła wyrwana mocą ognia szybuje w powietrze i spada gdzieś, wybijając szybę albo rozbijając głowę. Widok staje się malowniczy. Płomienie barwną kaskadą strzelają w niebo. Zewsząd widać oczy, jakby przykute do tego posępnego widoku. Setki, tysiące par oczu. Patrzą chasydzi, modląc się fanatycznie. Patrzą Niemcy, stojąc na dachach z lornetkami w rękach; śmieją się. Patrzą katolicy; na niektórych twarzach maluje się wzruszenie, na innych zadowolenie. [...] Płomień zdaje się hipnotyzować, nie można od niego oderwać wzroku. Wtem zajmują się dachy dwóch domów, przylegających do synagogi. Ludzie rzucają się na ratunek. [...]

Powoli zbliża się wieczór, pożar przygasa, już tylko nagie, osmolone mury świadczą, że tu była synagoga. Nie jest jednak dany wypoczynek żydowskim mieszkańcom Włocławka. Właśnie mamy zasiąść do kolacji, gdy wbiega zdyszana służąca: „Proszę pana, niech się pan chowa! Obława na mężczyzn!”. Struchleliśmy. Dokąd? W mieszkaniu niebezpiecznie. Klucza do strychu nie mamy, a zresztą oni mogą tam zajrzeć... [...] Tymczasem słychać stale wzmagający się zgiełk. Nie ma czasu do namysłu. Ojciec, tak jak stoi, bez palta, wybiega kuchennymi drzwiami, a służąca za nim, aby go zamknąć od zewnątrz [w piwnicy].

Moja matka jest chora, więc zostaję przy jej łóżku. Czekamy z bijącym sercem. [...] Słyszę, że w kuchni otwierają się drzwi, wchodzi służąca i to w samą porę, bo w drzwi frontowe walą już wściekle buty i kolby rewolwerowe. Służąca otwiera, jeszcze chwila, a drzwi by same ustąpiły. „Polen?” [Polacy?] „Tak, tak, Polen”. Do sypialni wchodzi trzech młodych żołnierzy. „Jude?” [Żydzi?] „Polen” – mówi matka. „Wo ist der Mann?” [Gdzie jest mąż?] Jeden wysuwa się naprzód, oświetla kąty pokoju latarką, zagląda pod łóżko i przechodzi do stołowego. Wtem baranieję z przerażenia. Na ścianie wisi portret dziadka, starca z patriarchalną brodą. Żołnierz rzuca mi wściekłe spojrzenie, ale nic nie mówi. Jeszcze wchodzą do kuchni i do mojego pokoju, przewracając po drodze wszystko do góry nogami; nareszcie wychodzą.

Boimy się głośniej odetchnąć – żeby tylko nie wrócili, żeby nie znaleźli ojca... [...] Po chwili znów tupot nóg po schodach. „Aufmachen!” [Otwierać!]. [...] Wchodzi trójka, ale inna. Na czoło wysuwa się niski, otyły żołnierz. Cuchnie wódką. Z zachrypniętego od krzyku i picia gardła wylewa się potok słów. „Juden, Männer!” [Żydzi, mężczyźni!] Przykładając olbrzymi rewolwer do skroni służącej, dyszy. [...] Tymczasem drugi zbliża się do matki: „Wo ist der Mann? Ha?”. „Ja nic nie rozumiem” – głos matki drży. Wtem słychać z dołu jakieś straszne wycie i to nas ratuje – wychodzą [...].

Wszystkie mieszkania są już zlustrowane. Najstarszy rangą żołnierz staje na czele oddziału utworzonego z Żydów. Pada komenda: „Padnij! Powstań!”. Potem każe leżeć na baczność. Nogi wyprostowane, ręce wyciągnięte wzdłuż uszu. Ale mało jest takich, którzy potrafią rozkaz wykonać. Ci [którzy nie mogą] dostają nahajkami. Przeważnie mężczyźni są już zbyt zmasakrowani albo za starzy, by podołać. Czyje nogi lub ręce nie są dość wyprężone, zostają wyprostowane podeszwą żołnierskiego buta. [...]

Dziwny widok. Idą ludzie: pokaleczeni, jedni w samej nocnej bieliźnie, inni w rannych pantoflach, jeszcze inni bez palt. Idą. Dokąd? Nie wiedzą. Chyba na śmierć. Już chyba nie wrócą. Cóż zresztą można wiedzieć... [...]

Nastaje dzień, tak wyczekiwany przez wszystkich. Początkowo nie widać nikogo na mieście, ale powoli wysuwają się kobiety i dzieci. Idą szukać swoich mężów, ojców, braci. I ja wychodzę na ulicę, żeby się czegoś dowiedzieć. [...] Wtem nadbiega jakaś kobieta i mówi, że prowadzą grupy mężczyzn w naszą stronę. [...] Jedna z kobiet poznaje męża. Podbiega, woła po imieniu i podaje paczkę. Żandarm spostrzega to. Naradza się przez chwilę z towarzyszem i po chwili wywołuje zuchwalca, który odważył się przyjąć paczkę. Czekają, aż grupa przejdzie. Następnie każą mu iść przed siebie i pakują mu kulę w tył głowy.

Włocławek, 25–26 września 1939

[ I 1050]

Z obwieszczenia Tymczasowego Zarządu Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Krakowie:

Na ludność żydowską miasta Krakowa nałożono obowiązek zasypania w obrębie Krakowa wszystkich rowów przeciwlotniczych. Roboty te muszą być wykonane w ciągu 48 godzin.

Na skutek powyższego, Tymczasowy Zarząd Gminy Żydowskiej wzywa całą ludność żydowską miasta Krakowa do natychmiastowego wykonania powyższych robót. Każdy jest obowiązany, w miarę możliwości z łopatami i kilofami, zgłosić się w piątek 22 września od godziny 5.30 rano przed Gmachem Żydowskiej Gminy Wyznaniowej, Kraków, Krakowska 41, gdzie otrzyma odpowiednie wskazówki.

Żydzi! Nikt nie może się uchylić od tej pracy.

Kraków, około 20 września 1939

[ I 811]

Z anonimowego dziennika z oblężenia Warszawy:

14 WRZEŚNIA, ROSZ HA-SZANA4

Takiego nalotu, jak dziś, dotychczas nie było. [...] Nie można usiedzieć w domu. Każdy trzyma tobołek w ręku na wypadek, gdyby trzeba było uciekać. Stłoczeni w bramie, wszyscy stoją i nasłuchują. Serca walą. Słychać przeciągły gwizd – to bomba burząca przecina powietrze. Zanim się usłyszy huk jej wybuchu, mija straszna sekunda oczekiwania. W ciągu ułamka sekundy tysiące myśli przewijają się przez głowę, serce na chwilę przestaje bić [...], każdy kuli się w sobie, aby stać się mniejszym, jak najmniejszym, aby go bomba ominęła. Wszystko staje się obojętne – aby tylko nie w ten dom, nie w to mieszkanie, nie w kogoś z naszej rodziny! [...]

23 WRZEŚNIA, JOM KIPPUR5

Siedzimy w piwnicy. Wydaje się, że tu będzie bezpieczniej. Od ziemi ciągnie nieznośny chłód i wilgoć. Ciemno wokoło, nie ma elektryczności (elektrownia zbombardowana), nie ma gazet ani radia. Jesteśmy odcięci od świata. Nie wiemy, co się dookoła dzieje, nie wiemy nawet, co się dzieje na drugiej ulicy. Każdy dom staje się osobnym miasteczkiem. [...] Nie ma również wody. Kiedy dom zaczyna płonąć, nie ma dla niego ratunku.

27 WRZEŚNIA

Panuje wielka cisza – jakiej już dawno nie było. Nie słychać ani jednego strzału. W bramie ruch i ożywienie... Zawieszenie broni! Tłumy zalegają ulice. [...] Po tylu dniach spędzonych w piwnicy, [...] odzwyczajeni od światła dziennego, ludzie mrużą oczy od nadmiaru blasku. Cisza jest tak niezwykła, tak wielka, że wprost przerażająca. Odwykliśmy od niej.

Warszawa, 14–27 września 1939

[ I 1092]

Wojdysławski w dzienniku:

Wyszedłem na ulicę nienaturalnie cichą. Dziwne! Ni świstu spadających, ni huku pękających bomb, ni szumu szrapneli. Za to wszędzie trupy, trupy, trupy...

[...] Szkielet domu, jak objedzony z ciała, bez dachu, patrzy pustymi, spalonymi, czarnymi oczodołami okien. Sczerniałe od ognia i dymu mury nie ukrywały wnętrza, nie osłaniały tego, co się działo za nimi. Trup dziewczyny, nagi, wystawiał na pokaz młode, kształtne ciało. Ten brzuch, wyraźnie zaznaczone piersi, blade, ale bez żadnej skazy. Tylko w biodrze widać było małą plamkę – tędy wszedł odłamek szrapnela. I te oczy! Oczy!! Oczy otwarte, jakby rozdarte w śmiertelnym bólu i strachu, oczy bez dna, w których zachował się cały ból, cała bojaźń śmierci [...].

Niedaleko inne zwłoki. Zwłoki mężczyzny, zasypane cegłami i tynkiem, okrwawione. Zwłoki, w które jakaś siła potężna wbiła w poprzek płonącą belkę. Przez brzuch i piersi rzucony był kawał węgla drzewnego. I węglem było też ubranie, węglem było ciało. Tylko twarz, zwrócona ku górze, wprost do nieba, jak o pomstę krzycząca, kary się domagająca, była nietknięta. [...]

Umarł Dante i nie zmartwychwstanie, ale – gdyby nawet był – i on nie oddałby, nie odmalowałby tych tysięcy trupów ludzi, koni i domów, które wszystkie w niemej skardze leżały nieruchomo nagie, niezakryte, groźne. Wszystkie zdawały się niebu i ziemi zadawać jedno i to samo pytanie: Za co, w imię czego?

Warszawa, 27 września 1939

[ I 471]

Anonimowy podoficer Wojska Polskiego w relacji:

Wzięto mnie do niewoli w Siedlcach, 12 września, po zajęciu miasta przez Niemców. [...] Po opuszczeniu Siedlec, prowadzono nas – półżywych ze zmęczenia i głodu – przez całą noc, aż do południa dnia następnego. Kto nie miał sił, [...] zostawał zastrzelony na miejscu. [...]

Pod Wągrowcem zarządzono postój, aby dać nam wypocząć. [...] [Mieszkańcy] dowiedziawszy się, że w pobliżu obozują jeńcy, zaczęli przynosić mleko oraz chleb i rozdzielać między nas, czemu Niemcy się nie sprzeciwiali. Po pewnym czasie jednak, widząc, że akcja ta odbywa się bez żadnego ładu, Niemcy zabrali przyniesione artykuły i oznajmili, że sami je rozdzielą.

Kazali ustawić się wszystkim w szeregu, po czym każdy podchodził i otrzymywał swoje [porcję]. Stanąłem i ja w rzędzie. Gdy nadeszła moja kolej, jeden z jeńców – poznaniak – zwrócił uwagę rozdzielającemu żołnierzowi, że jestem Żydem. Niemcowi nie trzeba było więcej. „Jude?” – spytał mnie groźnie. Potwierdziłem. „Für Juden gibt es kein Brot und Milch!” [Dla Żydów nie ma chleba i mleka!] – krzyknął i odpędził mnie. Podobny los spotkał także pozostałych Żydów.

Któregoś dnia marszu otarłem sobie nogę tak poważnie, że zacząłem kuleć i ledwie się wlokłem za towarzyszami. Zauważył to Transportführer [dowódca transportu] i kazał mi wsiąść na jedną z jadących za nami fur. [...] Zobaczył to ów Niemiec, który wówczas rozdawał chleb. Nie zważając na nic, ściągnął mnie z wozu, skierował w moją stronę karabin i z krzykiem: „Du kannst laufen, Jude!” [Możesz biec, Żydzie!] – zaczął mnie gonić w kierunku czołówki, oddalonej o około 500 metrów. Kolosalnym wysiłkiem uniknąłem przebicia bagnetem i zacząłem biec. [...] Odtąd przez kilkanaście kilometrów drogi mój „protektor” nie odstępował mnie ani na krok. [...] Byłem wtedy zupełnie złamany, chciało mi się płakać z bólu. [...]