Kropla Nadziei

Tekst
Z serii: Kropla Życia #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kropla Nadziei
Kropla nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,99  31,99 
Kropla nadziei
Kropla nadziei
Audiobook
Czyta Emilia Strzelecka
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział V

Wysłannik hrabiny (młody chłopak z wielkimi szarymi oczami, ubrany w stylu klasycznej elegancji) pojawia się w Lunie w okolicach południa. Zdecydowanym krokiem przemierza salę i kładzie na ladzie obite kruczoczarnym aksamitem pudełeczko, które natychmiast otwieram. W środku, na czerwonej niczym skrzynka pocztowa poduszeczce, lśni pierścień.

Jest piękny! Zakładam go na palec i przez chwilę przyglądam mu się z zachwytem. Pasuje jak ulał!

Arturowi powiem, że to stara rodzinna pamiątka. Nie żebym często coś przed nim ukrywała, po prostu nie chcę go niepotrzebnie stresować swoją niewinną umową z hrabiną. W końcu to drobiazg, a ja wiem, co robię. No, mniej więcej.

– Matka miała nas dwanaścioro i ciągle nas myliła. Ale ja się nie skarżę.

– Hę? – Przez chwilę trzepoczę rzęsami, otrząsając się z zamyślenia.

Przy barze, nad pustą szklaneczką po whisky, siedzi pyzaty skrzat z siwą brodą w stylu Rumcajsa.

– Mieliśmy tylko jeden kubek, a że ten był ciągle w użyciu, deszczówkę spijaliśmy wprost z liści – dodaje ze zbolałą miną.

– Dolać jeszcze? – domyślam się.

Skrzat skwapliwie przytakuje.

– Klimat był wtedy tak surowy, że kąpaliśmy się w przerębli do późnej wiosny. Ale ja się nie skarżę – kontynuuje, obserwując, jak whisky przesącza się przez kostki lodu.

Zakręcam butelkę i rozglądam się po sali. Póki co nie jest najgorzej.

Chociaż… Siedzący w rogu goblin z zezem i w przydużym berecie we wzór moro bez wątpienia coś knuje. Tej chytrej miny nie da się z niczym pomylić. No cóż, jak to mówią, lepiej zapobiegać niż leczyć. Wzdycham i chwytam tacę.

– Czy podać coś jeszcze? – pytam, podchodząc do delikwenta.

– Eee. – Wyżej wspomniany próbuje skupić wzrok na pozostałościach po owadzich szaszłykach (a że wrąbał je w całości, w zasadzie mówimy tylko o patyczkach i to ponadgryzanych), po czym znienacka zagląda pod obrus.

– Zgubił pan coś? – dodaję z uprzejmym uśmiechem.

– Ta! – oznajmia, nie ukrywając zadowolenia z mojej domyślności. – Parasola tu nie widzieliście?

No nie, następny?

– To był pana parasol?

Zerkam na niego z uwagą.

– Ta! Mój! – odpowiada natychmiast.

– A jak wyglądał?

– Miał rączkę. I taki ten. Baldachim – precyzuje i uśmiecha się szeroko.

– Był składany?

Patrzy na mnie z paniką. Takiego podchwytliwego pytania widać nie przewidział.

Kręcę głową.

– W zasadzie to bez znaczenia. Żadnych tu ostatnio nie znaleźliśmy.

– Och.

Oklapłe uszy nadają mu wygląd pociesznej maskotki, co automatycznie wzmaga moją czujność. No i rzeczywiście, dopiero teraz zauważam, że zza przydługiego rękawa wystaje mu rękojeść od naszego firmowego widelca.

– Przykro mi, że nie mogłam pomóc. I jednocześnie przypominam, że zabezpieczamy wszystkie sztućce przez nieautoryzowanym opuszczeniem lokalu – oświadczam służbowym tonem i wracam za bar.

Z tymi sztućcami to nie żart – wykorzystane w celu ich ochrony zaklęcie nosi nazwę „łańcuch”. Akurat na nie Igor nie skąpi, bo gdyby nie ono, nasi klienci już od dawna musieliby jeść palcami (nie żeby część z nich i tak tego nie robiła, ale tak przynajmniej mają wybór).

– Ja i moi bracia zamiast parasola używaliśmy starych drzwi. Żeby je udźwignąć, musieliśmy chodzić wszędzie we trójkę. Ale ja się nie skarżę. – Skrzat najwidoczniej bezwstydnie podsłuchiwał.

– Odnoszę wrażenie, że znowu ktoś podkrada nam mydło – informuje Karel, podchodząc do baru, po czym nagle przystaje i jakby nieco dłużej zatrzymuje wzrok na moim palcu.

– Wszystko w porządku? – pytam.

– Nie do końca, bo dodatkowo nimfa ze stolika numer osiem chyba próbuje podprowadzić obrus – odpowiada, ale czuję, że nie mówi całej prawdy.

Podejrzewam wręcz, że rozpoznał zdobycz hrabiny, ale z jakiegoś powodu postanowił zachować to w tajemnicy. Ale dlaczego? Czy to jakieś elfie tabu?

Na moment wlepiam wzrok w pierścień. Pasuje do mnie to małe arcydzieło. Kamień tak pięknie lśni na moim palcu! Już teraz wiem, że ciężko mi się będzie z nim rozstać.

Co więcej, kusi mnie, żeby wycenić go u fachowca. I może lepiej będzie zrobić to od razu? Bo, kto wie, a nuż ten powiadomi, kogo trzeba, w związku z czym moja misja zakończy się wcześniej i hrabina przyzna mi dodatkową premię za szybkie załatwienie sprawy?

Wyciągam spod lady zeszyt z namiarami na dostawców (leży razem z księgą skarg i wniosków, ale trudno je pomylić, bo o ile ona jest gruba i ma czarną okładkę, to on wyposażony został w czerwoną, a poza tym jest znacznie mniejszy i podzielony na sekcje za pomocą przekładek z kolejnymi literami alfabetu). Oczywiście mogłabym skorzystać z pierwszej lepszej książki telefonicznej, ale zależy mi na ekspercie obeznanym ze światem nadprzyrodzonym, bo jestem przekonana, że przynęta na moim palcu ma interesującą historię.

A skoro już jesteśmy przy interesujących historiach, to niczym żarłoczna gąsienica zżera mnie też ciekawość, co tam u Artura i Jakuba. Od wczoraj nie mam od mojego chłopaka żadnych wiadomości, a żeby utrzymać pozory obojętności, wolałam nie odzywać się do niego już z samego rana, choć całą resztę wieczoru gryzły mnie wyrzuty sumienia, że być może znów naraziłam go na niebezpieczeństwo.

Przygryzam wargę i od razu przechodzę do literki „j”. Jako że poszczególne hasła dopisywano na bieżąco, nie ma co liczyć na porządek, ale i tak fakt, że przynajmniej zaczynają się na tę samą literę, jest sporym ułatwieniem. Hm, popatrzmy. Jadowite żmije (czyżbyśmy je kiedyś serwowali?), jabłka autentyczne robaczywki (a, to stąd je mamy; w menu figurują jako „Jabłka z niespodzianką”), jastrzębie tresowane… No, nareszcie! Jubiler, pan Albert – wpisane pochyłym, kaligraficznym pismem przez samego Igora, a to nie byle co. Natychmiast spisuję sobie adres. Na szczęście to niedaleko.

Ktoś pstryka palcami. Unoszę wzrok. No tak, czas wystawić goblinowi rachunek. I dolać jeszcze trochę kawy skulonemu nad notatkami studentowi w przydługim, pomarańczowym szaliku. Często go tu ostatnio widuję i jeszcze nigdy nie odmówił, gdy pojawiałam się przy nim z dzbankiem. Nie odmawia i tym razem, wręcz automatycznie nadstawia filiżankę, ani na moment nie odrywając wzroku od zapisanych maczkiem kartek. Mniej zapału prezentuje goblin, ze smętną miną wpatrujący się w sumę na rachunku, jakby stanowiła dla niego zaskoczenie. I zapewne stanowi. Cóż, ta akurat rasa nie jest specjalnie biegła w rachunkach.

– W czasach mojej młodości piliśmy kawę z mielonych szyszek. Była naprawdę paskudna. Ale ja się nie skarżę. – Skrzat ewidentnie zadomowił się tu dziś na dobre.

– To może nalać panu prawdziwej? – proponuję, choć nazywanie lury z Luny „prawdziwą kawą” wywołuje w mojej głowie dezorientujący zgrzyt.

– Niech będzie. – Wzdycha.

Kątem oka dostrzegam, że goblin, drapiąc się po głowie, mozolnie odlicza drobniaki z sakiewki zapewne pamiętającej czasy młodości jego dziadka. Kiwam głową i chwilę później stawiam przed skrzatem filiżankę. Ten bierze pierwszy łyk i na moment przymyka oczy.

– Smakuje znajomo – mówi z cieniem nostalgii. – Dodajecie szyszki?

Goblin wstaje i rusza w stronę wyjścia. Nauczona doświadczeniem natychmiast znajduję się przy jego stoliku, ale na szczęście odliczył całkiem dobrze i nawet zostawił mi symboliczny napiwek. Jak podejrzanie miło.

Ze zmarszczonymi brwiami wyglądam przez okno i natychmiast się rozpogadzam. Amator owadzich szaszłyków odnajduje się jakiś metr od drzwi, uparcie przebierając nogami w miejscu jak postać z gier z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, która doszła do ściany, a mimo to próbuje iść dalej. Dlaczego niektórzy muszą wszystko sprawdzać na własnej skórze?

Cmokam i wychodzę za nim, wzdrygając się lekko, bo jesienny chłód daje się już we znaki. Goblin, słysząc zgrzyt zamykanych drzwi obraca głowę i nawet jakby wygląda na trochę zawstydzonego. Z surową miną wyciągam rękę, a on z ociąganiem wyciąga z kieszeni podprowadzony widelec. W chwili, gdy ten ląduje w mojej dłoni, niewidzialna przeszkoda znika i niedoszły złodziej, ku swej nieukrywanej uldze, zaczyna oddalać się od pubu.

1:0 dla „łańcucha”.

Pilnie obserwujący powyższą scenę skrzat nie omieszkuje mnie poinformować, że w czasach jego młodości on i jego rodzeństwo spożywali posiłki zaostrzonymi patyczkami, bo na sztućce nie było ich stać.

Pół godziny później ja także opuszczam progi Luny, zmieniona przez Klarę. Gdy tylko moja komórka odzyskuje zasięg, sprawdzam, czy nie dzwonił Artur, ale okazuje się, że nie, za to dwie godziny temu wysłał mi SMS o treści: „Widzimy się wieczorem?”. Od razu się rozpogadzam i po wysłaniu twierdzącej odpowiedzi, postanawiam jednak załatwić tego jubilera od razu. Będzie z głowy.

Rozdział VI

Lokal pana Alberta mieści się w starej, ale zadbanej kamienicy niedaleko centrum. Nietrudno go znaleźć dzięki imponujących rozmiarów szyldowi o przyciągającej uwagę grafice (złote litery na czarnym tle plus rysunek pierścionka z gigantycznym brylantem). Wspinam się po kamiennych schodach, a gdy otwieram drzwi, moje przybycie anonsuje zamontowany przy drzwiach dzwoneczek.

Ostrożnie stąpam po ułożonym w jodełkę, nieco poczerniałym z racji wieku, parkiecie. W powietrzu unosi się zapach kwiatowego środka do mycia szyb (poznaję go, też używamy go w Lunie, choć nie w takich ilościach. Kiedyś przez przypadek zostawiłam go w łazience, gdzie natknął się na niego jakiś spragniony gnom. Ten, nie dość, że wrąbał całą jego zawartość, a została ponad jedna trzecia, to jeszcze potem złożył zażalenie, że za dużo w nim konwalii).

 

Wnętrze sklepu jest oświetlone dość oszczędnie i większość jego niewielkiej powierzchni zajmuje lada w kształcie litery L. Jej oszklone półki wyłożono granatowym aksamitem, na którym pysznią się mniej lub bardziej udane okazy sztuki jubilerskiej.

Tuż przede mną rozciąga się kolekcja nieco psychodelicznych, na wpół przezroczystych wisiorków, kojarzących mi się z gigantycznymi, upiornie słodkimi lizakami dla dzieci. Ech, demony dzieciństwa.

– Tak?

Unoszę wzrok. Zza lady spogląda na mnie niewysoki, nieco bardziej niż w średnim wieku mężczyzna, z włosami zaczesanymi do tyłu. Oczy ma małe i ciemne, a spojrzenie przenikliwe.

Odchrząkuję.

– Chciałabym wycenić starą rodzinną pamiątkę.

– Służę pomocą. – Kłania się i posyła w moją stronę służbowy uśmiech.

Ostrożnie ściągam pierścień z palca i kładę go na ladzie. Na głowie mojego rozmówcy natychmiast pojawia się profesjonalna jubilerska lupa.

Na kilka minut zapada cisza.

– Taaak. – Pan Albert mruży oczy. – Tak jak myślałem.

– To znaczy?

Obraca pierścień w palcach.

– Zielony diament. W tym odcieniu w naturze występuje niezmiernie rzadko. Doskonały szlif. Stara szkoła, wspaniała robota – Z uznaniem kiwa głową, a ja odruchowo mu wtóruję, a potem, tknięta nagłą myślą, marszczę czoło.

– Czy pan go już kiedyś widział?

Na jego twarzy na moment odbija się zaskoczenie.

– Nie – odpowiada jednak stanowczo, a jego twarz na powrót przybiera uprzejmy, trochę bezosobowy wyraz.

– Ile może być wart?

Uśmiecha się raz jeszcze i tym razem jego uśmiech sięga oczu.

– W zasadzie jest bezcenny. Proszę spojrzeć. – Wskazuje na wygrawerowany wewnątrz napis „Po wsze czasy” i wytłoczony symbol kwiatu. – Widzi pani, to lilia i jest wypełniona w środku.

– Tak, widzę. – Nie zamierzam się wypierać.

– Elfy zazwyczaj znaczą tym symbolem swoje wyroby, ale wszystkie, z jakimi do tej pory miałem osobiście do czynienia, ograniczały się do konturu, co symbolizuje białe kwiaty.

Marszczę brwi.

– A te są czarne – tłumaczy dalej.

– Co to oznacza? Że to nie jest elfia robota?

– Ależ jest, oczywiście, to widać na pierwszy rzut oka.

– Ale? – Bo na pewno jest jakieś ale.

Patrzy na pierścień z czymś w rodzaju czułości i niech mnie, jeśli odrobinę nie zaszkliły mu się oczy.

– Musiał zostać wykonany przez klan, który stroni od kontaktów z ludźmi. Klan czarnowłosych elfów. To prawdziwa rzadkość.

– Czyli w praktyce ile mniej więcej można by za niego dostać? – Nie odpuszczam.

Uśmiecha się tajemniczo i pisze na kartce z notatnika kilka cyfr.

– Licytację zacząłbym od tej kwoty – mówi.

A mi opada szczęka. W sumie ta obstawa od hrabiny może się przydać.

W drodze powrotnej zrywa się deszcz, co bynajmniej nie nastawia mnie optymistycznie, bo wycieraczki działają na słowo honoru. Muszę przyznać, że informacje od pana Alberta dały mi trochę do myślenia. Na szczęście, biorąc pod uwagę jego poruszenie, istnieje spora szansa, że przekaże wieści dalej.

Tymczasem deszcz przybiera na sile. Z wysiłkiem pokonuję kolejne metry, podczas gdy bicze wodne okładają przednią szybę, zmniejszając widoczność do zaledwie kilku metrów. Wycieraczki, ledwo zipiąc, niewiele pomagają. Zwalniam i wytężam wzrok, dzięki czemu udaje mi się dostrzec, jak chodnikiem skulony przemyka jakiś pechowy spacerowicz. W sumie powinnam być wdzięczna, mi przynajmniej nie pada na głowę. A poza tym, jestem już niemalże u celu. Prawie się odprężam, gdy wtem rozmazana plama przed moimi oczami niespodziewanie zwiększa objętość. Daję ostro po hamulcach, zatrzymując się dosłownie kilka centymetrów od samochodu przede mną. Przyspieszonemu biciu mojego serca wtórują bębniące o karoserię krople deszczu. Nagle zadziwiająco wyraźnie słyszę też, jak potoki wody, szumiąc, spływają do studzienek kanalizacyjnych. Biorę głęboki wdech. Uff, niewiele brakowało. Na szczęście jeszcze tylko dwie przecznice. A gdyby tak szarpnąć się na mały kredyt i kupić coś porządniejszego?

Wjeżdżam do garażu w bojowym nastroju, zdecydowana od razu zabrać się za wybór modelu, na który mogłoby mnie być stać (tak na wszelki wypadek), jednak fakt, że dostrzegam w nim inny samochód, sprawia, że od razu wylatuje mi to z głowy.

A niech to! Sabina! Rozpoznaję jej srebrną Toyotę, małą i zgrabną. Zaintrygowana sprawą pierścienia zupełnie zapomniałam, w co wrobiła mnie mama. No nic, trzeba zacisnąć zęby i znieść to z godnością. Przecież ten remont nie będzie trwał wiecznie.

Parkuję nie bez trudu (Sabina naprawdę mogła stanąć bliżej ściany), na wszelki wypadek sprawdzam bagażnik (ku mojej uldze jest pusty) i wchodzę do domu.

Kuzynkę zastaję wygodnie rozpartą na sofie, z opróżnionym do połowy opakowaniem ciastek w ręku. Wygląda ono podejrzanie znajomo.

– Cześć – mówię i zaglądam do szafki, w której trzymam przekąski na wypadek niezapowiedzianej wizyty gości.

Przeczucie mnie nie myliło, słodycze zniknęły. A niech mnie, paluszki też już zdążyła wrąbać?

– Hej – rzuca Sabina leniwie, nie odrywając oczu od telewizora.

Ogląda jakiś nieznany mi teleturniej (nie żebym była w tej materii ekspertem). Biorę głęboki wdech i idę nastawić wodę na herbatę.

– Chcesz coś do picia? – pytam, zastanawiając się jednocześnie, co mogłoby ją zniechęcić do nocowania u mnie.

Może by tu wpuścić jakąś mysz? Idę o zakład, że Igor nie miałby nic przeciwko, gdybym podprowadziła jedną z piwnicy.

– No. Może być. – Wzrusza ramionami.

– Herbatę?

– A masz zieloną z pigwą?

– Nie.

– A z opuncją?

Czy jej się wydaje, że ja tu prowadzę herbaciarnię?

– Mam zwykłą zieloną – odpowiadam nad podziw spokojnie.

– Eee. – Krzywi się. – Niech będzie.

– Już się robi – informuję z uśmiechem tak sztucznym, że mógłby być z plastiku.

Co to ja jeszcze chciałam dziś zrobić? A tak, wziąć prysznic, przebrać się i wpaść do Artura. Wieczór w domu, to ostatnie, na co mam teraz ochotę. Na szczęście myśl o spotkaniu z moją drugą połową skutecznie podnosi mnie na duchu.

– Przygotuję ci pościel, a potem muszę wyjść – informuję, stawiając przed kuzynką kubek.

– Mam spać tutaj? – Wygląda na zdziwioną.

– No przecież nie eksmituję cię do garażu – silę się na żart.

No dobra, półżart. Najchętniej od razu rozbiłabym jej tam namiot.

– Hm – odpowiada i pogłaśnia telewizor.

Pół godziny później raz jeszcze odpalam Hondę. Na szczęście deszcz zelżał do niewinnej mżawki, więc jazda mija mi szybko i przyjemnie. Tuż przed opuszczeniem samochodu zdejmuję pierścień z palca i chowam go do torebki, do kieszonki zamykanej na zamek. Na tłumaczenia przyjdzie czas kiedy indziej.

Artur otwiera mi drzwi praktycznie od razu. Ma na sobie wygniecioną koszulkę z logo firmy informatycznej, w której pracuje i jedne ze swoich ulubionych spodni moro.

– Cześć – mówi, wciąga mnie do korytarza i opiera plecami o ścianę. – Tęskniłaś? – pyta, nachylając się nade mną.

Czasem, gdy na niego patrzę, otoczenie blednie i rozmywa się, a wszelkie niepożądane odgłosy w cudowny sposób ulegają wytłumieniu, zupełnie jakby ktoś odgrodził nas od reszty ziemskiego padołu na wpół przezroczystą, wygłuszającą pianką. Tak jest i tym razem. Lubię czasem poudawać, że jesteśmy na świecie tylko we dwoje.

– Bo ja wiem? Może trochę… – odpowiadam i przyciągam go do siebie.

– ...No i teraz przez kilka dni jestem na nią skazana – kończę swoją opowieść i wzdycham.

Artur przez chwilę przygląda mi się z namysłem i już otwiera usta, żeby coś odpowiedzieć, gdy jego uwagę odwraca dobiegające od strony biurka parsknięcie.

– Co tam, księżniczko? – Mój chłopak uśmiecha się ciepło i przenosi wzrok na leżącą na fotelu obrotowym pręgowaną kocicę.

Ta mruży zielone oczy i wydaje z siebie bezgłośne miauknięcie. I wiem, że protestuje w ten sposób przeciwko mojej obecności. Ewidentnie źle znosi konkurencję.

– Jesteś głodna? – Informatyk podchodzi do niej i głaszcze ją po puchatym łbie.

Nikita, bo tak brzmi jej oficjalne imię, łaskawie nadstawia głowę, nie omieszkując przy tym rzucić mi triumfalnego spojrzenia. Przewracam oczami. Nasze pierwsze spotkanie nie należało do udanych (obie byłyśmy równie zaskoczone, co urażone koniecznością dzielenia się uwagą Artura), a kolejne nie okazały się lepsze. W zasadzie można powiedzieć, że obecnie pozostajemy w stanie zimnej wojny.

– Ale może ona nie jest aż taka zła? – Dopiero po chwili dociera do mnie, że mój chłopak mówi do mnie. – Może zmieniła się od czasów dzieciństwa?

Kręcę głową.

– Ludzie się tak po prostu nie zmieniają. A już na pewno nie ci jej pokroju. A tak à propos starych znajomych. – Tym razem to ja mrużę oczy. – Co tam u Jakuba?

– Co masz na myśli? – pyta, nie odrywając wzroku od rozmruczanej Nikity.

Przewracam oczami.

– Nie przyznał ci się, dlaczego ganiał bez ubrania? A potem schował do mojego bagażnika?

– Nie pytałem.

Ha, ja moim bliskim znajomym na pewno bym w takiej sytuacji nie przepuściła.

– Nie ciekawiło cię to?

Wzrusza ramionami.

– Ma prawo mieć swoje tajemnice.

Marszczę czoło. On tak na serio? A może jednak coś wie, tylko męska solidarność nie pozwala mu zdradzić sekretów kumpla? Przez chwilę z namysłem wpatruję się w podłogę, a gdy unoszę wzrok, okazuje się, że Artur przeniósł się na łóżko i leżąc z rękoma pod głową, przygląda mi się z cieniem uśmiechu.

– Obejrzymy coś? – pyta, dając mi tym samym do zrozumienia, że temat uważa za zamknięty.

No trudno, nawet, jeśli Jakub wtajemniczył go w swoje sprawy, to, sądząc po jego reakcji, nie jest to nic, co by nam zagrażało. Lepiej odpuścić, nim zacznie się zastanawiać, dlaczego tak bardzo mnie to interesuje.

Kiwam głową i kładę się obok niego.

– Ale może tym razem niech fabuła nie ogranicza się do pościgów samochodowych – proponuję.

– To może jakiś horror? – Zachęcająco unosi brwi.

– Zapomnij.

Z udawanym niesmakiem kręci głową.

– Zero gustu. To niech ci będzie, dziś ty wybierasz.

– Doskonały pomysł – stwierdzam, nie kryjąc zadowolenia. – W takim razie proponuję…

W tym momencie rozdzwania się jego telefon. Mój chłopak zerka na wyświetlacz jednym okiem, po czym odrzuca połączenie i wycisza aparat.

– Kto to? – Nie kryję zaciekawienia.

– Nikt ważny.

Marszczę brwi, ale on uśmiecha się czarująco i zamyka mi usta pocałunkiem.

Przycupnięta na fotelu Nikita obserwuje nas z ponurą miną, niby od niechcenia czyszcząc pazury. I tak jakoś cię stąd wykurzę – mówią jej zwężone źrenice.