Kropla Nadziei

Tekst
Z serii: Kropla Życia #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kropla Nadziei
Kropla nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,99  31,99 
Kropla nadziei
Kropla nadziei
Audiobook
Czyta Emilia Strzelecka
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział II

Stuk, stuk, stuk, stuk.

Przyboczna hrabiny zbliża się do mnie z tacą w ręku, stukając o marmurową posadzkę cienkimi obcasikami niebotycznie wysokich szpilek.

– Wina?

Kręcę głową. Już raz poczęstowałam się czymś, co należało do Krausówny i nie skończyło się to najlepiej. Był to magiczny eliksir zwany Kroplą Życia, który nie dość, że wywołał u mnie amnezję, to jeszcze mi się zgubił.

Krwistoczerwone wargi hrabiny rozchylają się w uśmiechu.

– Śmiało, nie zatrułam go – mówi, unosząc cienko wyskubane brwi.

Siedzi kilka metrów dalej, na fotelu z tak wysokim oparciem, że śmiało mógłby pretendować do roli tronu. W pomieszczeniu chyba jest przeciąg, bo dociera do mnie różana nuta jej perfum. Wzdrygam się mimowolnie, bowiem przed oczami staje mi nagle kilka scen, których wolałabym nie pamiętać.

– Dziękuję, ale nie jestem spragniona.

Przyboczna z kamienną twarzą odsuwa tacę. Dopiero teraz zauważam, że wygrawerowano na niej herb hrabiny, a ryt z kolei wypełniono złotem, nie mam wątpliwości, że prawdziwym. Skoro wampirzyca podejmuje mnie z takimi honorami, to może nie jest najgorzej?

Krausówna przewraca oczami.

– Bezpośrednia jak zwykle. – Wzdycha, ale na szczęście nie wygląda na rozzłoszczoną; a potem sama sięga po kielich.

Trochę uspokojona w końcu dyskretnie się rozglądam. Znajdujemy się w przestronnej sali z wysokim sufitem i delikatnie lśniącymi ścianami – czarnymi w białe, kwiatowe wzory. Oprócz nas dwóch i przybocznej są tu także ochroniarz, który mnie tu przyprowadził i kilkoro niezidentyfikowanych osobników, w tym na oko troje wampirów. Próbuję wyczytać coś z ich twarzy, ale unikają kontaktu wzrokowego i z nieodgadnionymi minami wpatrują się przed siebie jakby byli w transie.

Wzruszam ramionami.

– Podobno mam tak od urodzenia – wyjaśniam i przez chwilę przyglądam się, jak sączy mój niedoszły poczęstunek.

– Zawsze mnie to zastanawiało… Mówicie, że ludzkie jedzenie wam nie służy, ale pijecie alkohol. On nie jest dla was trucizną?

Krausówna unosi kąciki ust.

– Alkohol dla wszystkich jest trucizną, moja droga.

– Tak, wiem, ale…

– Powiedzmy, że nie szkodzi nam bardziej niż wam. Zadowolona?

Kiwam głową, niepewna, co o tym wszystkim myśleć.

– Dobrze więc, przejdę od razu do rzeczy. – Hrabina podnosi głos, a ten niesie się echem po pomieszczeniu. – Mam dla ciebie zadanie!

O nie, nie, nie, nie!

Mój wzrok wędruje w stronę sufitu i natrafia na ogromny, czarny żyrandol, w którego ornamentyce dominuje motyw nietoperzy.

Odchrząkuję, bo czuję, że głos uwiązł mi w gardle.

– Miałyśmy umowę.

Hrabina przechyla głowę i obserwuje mnie jak sowa mysz, która nieopatrznie znalazła się z dala od swojej kryjówki.

– Obiecała pani, że zostawi nas w spokoju! – Jeszcze bardziej odświeżam jej pamięć.

Krausówna zerka w stronę przybocznej, a ta nieznacznie kiwa głową. Teraz ją poznaję, to ona tłumaczyła mi, czym jest diabelski kamień.

Jej chlebodawczyni (choć chlebem ona nie żywi się na pewno!) wzrusza ramionami.

– Możliwe, wspomnienia z ostatnich dziesięciu lat trochę mi się mącą. Może przez dietę, ludzie nie odżywiają się już tak dobrze jak kiedyś, więc i ich krew pozostawia sporo do życzenia. – Kręci głową z grymasem niezadowolenia.

A ja przewracam oczami.

– W każdym razie, moja złota, do niczego nie zamierzam cię zmuszać. Twoje uczestnictwo w moim małym projekcie jest całkowicie dobrowolne.

– W takim razie odmawiam! – Krzyżuję ręce na piersi.

Hrabina unosi dłoń i pstryka palcami. Tuż przy niej błyskawicznie pojawia się jeden z ochroniarzy. Ma ze sobą srebrną szkatułkę z ozdobnymi, kwiatowymi wypukłościami. Wbrew sobie zaczynam czuć ciekawość i mam naprawdę ogromną ochotę zajrzeć do środka.

Przyboczna w odpowiedzi na gest szefowej uchyla wieko. W środku, na czarnej, aksamitnej poduszeczce, spoczywa staroświecki pierścień z oksydowanego złota z pięknym, zielonym oczkiem. Co więcej, jego oprawa kształtem przypomina kłącza, więc całość robi tym bardziej niezapomniane wrażenie.

Na chwilę zapada cisza.

– Zielona Łza. – Hrabina patrzy na mnie z nutką triumfu. – Unikatowy klejnot, bez skazy.

W zdumieniu marszczę czoło, kamień tymczasem skrzy w świetle lamp.

– Oprócz wartości sentymentalnej, ma także materialną i to nie byle jaką.

W to akurat nie wątpię.

– Będzie służyć jako przynęta. I tu dochodzimy do twojego zadania.

Mojego? Chyba się trochę zagalopowała. Zamierzam raz jeszcze stanowczo odmówić, ale oczko lśni tak zachęcająco, jakbyśmy już mieli jakąś wspólną tajemnicę.

– Szukam czegoś. To delikatna kwestia i nie musisz znać szczegółów, wiedz jedynie, że właściwe osoby same się pojawią, gdy zobaczą pierścień. Dlatego będziesz go nosić i w odpowiednim czasie przekażesz wiadomość. I to wszystko. Dobrze zapłacę.

Przełykam ślinę, omal się przy tym nie krztusząc.

– Czy to niebezpieczne?

Nie, skąd, Wioletto. Od kiedy praca dla wampirów prowadzi do kłopotów?

Jednak hrabina lekceważąco macha ręką.

– Spokojnie, będą cię mieć na oku moi podopieczni. Poza tym ci, o których mówimy, z rzadka uciekają się do przemocy.

Z rzadka. No tak. Od razu mi lepiej.

Czekam na więcej, ale ona milknie, jakby pogrążając się we wspomnieniach.

– A rozmawiamy o? – Stawiam więc kropkę nad i.

– Wkrótce sama się przekonasz. – Uśmiecha się tajemniczo.

I co gorsza, to jeszcze bardziej rozbudza moją ciekawość.

Rozdział III

No dobrze, może to nie było rozsądne. Mogłam odmówić. Ale z drugiej strony, moje finanse naprawdę wymagają podreperowania. Zadanie wygląda na banalnie proste, a tłumaczenie, że hrabina wybrała mnie jako osobę postronną, za to posiadającą wiele kontaktów, brzmi sensownie.

Mimo wszystko myślę nad tym przez całą drogę do domu; na szczęście ruch jest niewielki, więc moja (pilnie wymagająca przeglądu i wymiany tłumika) Honda mknie ulicami z przyzwoitą szybkością. To miło ze strony hrabiny, że choć wysłała po mnie obstawę, pozwoliła mi przybyć na spotkanie własnym samochodem, dzięki czemu nie muszę już marnować czasu na powrót do Luny. Niby drobiazg, a cieszy!

Kończąc rozmyślania tym pozytywnym akcentem, wjeżdżam do garażu i z ulgą gramolę się na zewnątrz. Dopiero teraz czuję, jak bardzo jestem zmęczona – psychicznie i fizycznie. Dobrze być już u siebie! Przeciągam się i z ulgą zwracam w stronę drzwi do mieszkania, gdy do moich uszu dociera niepokojący chrobot. I niech mnie, jeśli nie dochodzi z bagażnika. Na chwilę odchylam głowę i przymykam oczy, a potem szybkim, zdecydowanym ruchem otwieram klapę. W środku, w pozycji płodowej, leży chłopak – mniej więcej w moim wieku i ładnie zbudowany, co nietrudno mi stwierdzić, bo ma na sobie tylko bieliznę. Przez chwilę patrzę na niego w milczeniu, po czym z jękiem zatrzaskuję bagażnik i pośpiesznie opuszczam garaż. Nie mam teraz czasu ani ochoty na tego rodzaju problemy. Dlaczego takie rzeczy przytrafiają się właśnie mnie?

Obłoczek pary nad kawą przyjmuje coraz to wymyślniejsze kształty. Mogłabym na nie patrzeć i patrzeć, byleby tylko odsunąć w czasie podjęcie decyzji, co zrobić z fantem w bagażniku. Od jak dawna ów półgolas mógł tam siedzieć? Raczej nie cały dzień, w końcu w tej bieliźnie nielicho by zmarzł i chyba zacząłby się dobijać już wcześniej? Na dobrą sprawę mamy więc dwie możliwości: albo jedzie ze mną z parkingu przed Luną, albo wywiozłam go z posesji hrabiny. Co bynajmniej nie wróży dobrze.

Nie weźcie mnie za lekkomyślną – zawsze blokuję drzwi do samochodu, ale faktem jest, że zamek od bagażnika ostatnio nie zawsze zaskakuje (kolejna rzecz do wymiany), co w praktyce oznacza, że od dobrego miesiąca moja Honda stała otworem dla wszystkich niekompletnie ubranych indywiduów, które mogłyby chcieć się do niej schować. Ech, może powinnam się cieszyć, że przypadł mi w udziale tylko jeden?

Zachłannie przysysam się do filiżanki. Najlepiej będzie jak najszybciej się go pozbyć. Oczywiście, żeby uniknąć potencjalnych problemów, mogłabym po prostu przekazać go podopiecznym hrabiny (na wypadek, gdyby to jednak jej uciekł) ale jakoś tak… sama nie wiem. Chyba nie bardzo mam na to ochotę. W końcu nic mi chłopak nie zrobił. Nie, po prostu go dobudzę i każę mu znikać, a nasze spotkanie zachowam w tajemnicy. I najlepiej byłoby zrobić to od razu, bo od jutra będę pod obserwacją (wówczas trafi do mnie pierścień, który specjalnie dla mnie jest zmniejszany). Tak, postanowione!

Z żalem zerkam na niedopitą kawę, ale słowo się rzekło i nie ma co zwlekać, bo potem jeszcze opuści mnie odwaga. Poprawiam włosy przed lustrem i wsuwam za pasek mój niezawodny pistolet ze srebrnymi nabojami (prezent od Niny z okazji kolejnej rocznicy pracy w Lunie! Oficjalnie od Igora, ale on by pewnie wybrał coś tańszego lub poskąpił na nabojach; te są naprawdę srebrne, sprawdziłam!). Następnie bezpośrednim przejściem przez pralnię wracam do garażu. Zamierzam być przyjaźnie nastawiona, ale stanowcza. No, raz kozie śmierć!

Dla dodania sobie odwagi włączam światło, po czym dziarsko unoszę klapę i odskakuję kawałek, mierząc z broni prosto w nieproszonego gościa. Pewności siebie dodaje mi fakt, że z tej odległości nie sposób spudłować.

– Nie wiem, kim jesteś – mówię powoli i wyraźnie, ale zgodnie z wcześniejszym postanowieniem bez wrogości w głosie – ale chcę, żebyś natychmiast opuścił mój dom!

Dla lepszego efektu odbezpieczam broń.

 

Chłopak wlepia we mnie podkrążone oczy w kolorze mlecznej czekolady.

– Lepiej od razu mnie zastrzel – odpowiada.

I mdleje.

Każdy może mieć gorszy dzień. Naprawdę. Ale mdlenie w bagażniku obcej dziewczyny jest już lekką przesadą, dlatego bez wyrzutów sumienia cucę nieznajomego szklanką wody, a gdy w końcu otwiera oczy, lufą pistoletu pokazuję mu, że ma stanąć na posadzce garażu.

Wypełnia moje polecenie nie spuszczając ze mnie oczu i staje przede mną z rękoma w górze.

– Bez przesady. – Kręcę głową. – Spocznij, przecież i tak nie miałbyś gdzie schować broni.

Zerka w dół i nagle jego twarz przybiera lekko skonfundowany wyraz.

– Tak cię znalazłam. – Wzruszam ramionami. – Nie zemdlejesz mi tu znowu?

– Głowy nie dam – odpowiada zachrypniętym głosem i opuszcza ręce.

Powinnam go teraz przepędzić, ale robi mi się go żal. Nie wygląda najlepiej: zbladł jak ściana i odnoszę wrażenie, że z trudem trzyma się na nogach.

– No dobra. – Opuszczam lufę. – Możemy na chwilę wejść do środka i tam spokojnie porozmawiać.

Kiwa głową i w jego źrenicach zapalają się iskierki nadziei.

– Kawy, herbaty? Na nic mocniejszego nie masz co liczyć – zastrzegam od razu.

– Kawy – mruczy ze wzrokiem wbitym we własne kolana.

Ma na sobie mój stary, pluszowy, bordowy szlafrok i jego usta stopniowo przestają straszyć sinym odcieniem.

Stawiam przed nim kubek z uśmiechniętą biedronką, który natychmiast oplata palcami.

Zapada niezręczna cisza. Chłopak nie odrywa oczu od kawy, podczas gdy ja uważnie lustruję go wzrokiem. Co takiego ma do ukrycia? I jak bardzo będę mieć przechlapane, jeśli ten, przed kim ucieka, odkryje, że mam coś wspólnego z jego zniknięciem? Postanawiam postawić sprawę jasno.

– Wyjaśnijmy sobie coś: nie szukam kłopotów, więc nie zamierzam ci pomagać. Co najwyżej mogę cię gdzieś podrzucić, ale to wszystko.

Wciąż nic. Zero reakcji. Ale nie, jakby mocniej zacisnął palce na kubku. Wzdycham.

– No dobrze. Zacznijmy od podstaw. Jak masz na imię?

– Jakub – odpowiada półgębkiem.

I może nawet mówi prawdę.

– Świetnie. Ja jestem Wioletta. Pytanie numer dwa: gdzie wlazłeś mi do samochodu? Na parkingu przed restauracją czy później?

– Na parkingu – odpowiada szybko i bez wahania.

Odrobinę za szybko, ale przeganiam tę natrętną myśl.

– Pytanie numer trzy – brnę dalej, zastanawiając się jednocześnie, jakiego podstępu użyć, by coś mu się wymsknęło. – W jakich okolicznościach straciłeś ubranie?

Wzrusza ramionami. No nie, już się zaciął? Przewracam oczami.

– Rozumiem, że to krępująca kwestia. Pomińmy ją zatem i przejdźmy od razu do pytania numer cztery, na którym zależy mi najbardziej.

W końcu podnosi głowę, jednak minę wciąż ma nieodgadnioną.

– W skali od jeden do pięciu, jak bardzo się komuś naraziłeś?

Przez chwilę milczy, ewidentnie bijąc się z myślami. A potem głosem wypranym z emocji stwierdza:

– Nieistotne jak bardzo, istotne komu.

Filozof mi się trafił czy jak? Nieco zaniepokojona zamierzam spytać, co ma na myśli, ale w tym momencie odzywa się mój telefon. Marszczę brwi i sięgam po leżący przede mną aparat. Rozbrzmiewająca nieco zbyt donośnie jak na domowe warunki melodyjka (Trouble w wykonaniu Pink – moja ulubiona) nie pozostawia wątpliwości co do tożsamości dzwoniącego.

– Mamo, to nie jest najlepszy moment – zaczynam, ale nie jest mi dane skończyć.

– Nareszcie! Dzwonię do ciebie od samego rana, a ty nie odbierasz i nie odbierasz!

– Dopiero wróciłam do domu, a wcześniej…

– A ja tu mam urwanie głowy! – Mama rozkręca się na całego i widzę, że nie ma co liczyć na przełożenie tej konwersacji.

Na wszelki wypadek posyłam nieproszonemu gościowi groźne spojrzenie i cierpliwie słucham dalej.

– Jak wiesz, Greta ma remont i na kilka dni przenieśli się do mnie, bo teraz wyłączyli im z użytku łazienkę.

Ciocia Greta jest siostrą mojej rodzicielki i mamą moich kuzynek, z których jedną lubię, a drugiej nie, mówiąc delikatnie.

– No proszę – rzucam lekko i ostrzegawczo unoszę palec, bo Jakub zaczyna się wiercić.

– I tak sobie pomieszkujemy wszyscy razem, ale trochę nam tu ciasnawo – wyobraź sobie, że wczoraj musiałam zmywać maseczkę w kuchni, nad stertą brudnych naczyń!

– Hę?

Nie podoba mi się kierunek, w jakim zmierza ta rozmowa. Podobnie jak ton mamy – jest z siebie podejrzanie zadowolona.

– I wymyśliłyśmy z Gretą, że Sabinka mogłaby pomieszkać u ciebie!

Co takiego?!

– Nic z tego – przerywam jej natychmiast. – Ewentualnie mogłabym przyjąć Julię. – Postanawiam wykazać odrobinę dobrej woli.

– Julia została w mieszkaniu, jej nie przeszkadza brak łazienki, myje się u koleżanki – oznajmia mama wesoło.

Oczywiście, ale jej wysokości Sabince już przeszkadza.

– Nie da rady! – idę w zaparte, napędzana paniką.

– Córeczko, nie przesadzaj. To tylko kilka dni. Pośmiejecie się, poplotkujecie, jak to dziewczyny. Zleci jak z bicza strzelił!

– Ale…

– Rodzina przede wszystkim, moje dziecko. Nie lekceważ więzów krwi. Pamiętaj, że oni też nas przygarnęli po tym nieszczęsnym pożarze.

Fakt, nie da się ukryć. Ale wiecie, to nie była wyłącznie moja wina, w końcu nikt mi nie wytłumaczył, że w domku dla lalek lepiej nie rozpalać w kominku prawdziwego ognia.

– No tak. – Wzdycham na to wspomnienie.

– Wiedziałam, że nie będziesz miała nic przeciwko temu! – szczebiocze. – Bo już jej to zaproponowałam. Niedługo się u ciebie pojawi. Aha, i dałam jej już twoje zapasowe klucze, więc nie musisz się tym kłopotać. No nic, muszę kończyć, czas spłukać odżywkę!

Osłupiała jeszcze przez chwilę wsłuchuję się w ciszę w słuchawce. Czuję się, jakby ktoś mnie znokautował. Czy ja się naprawdę zgodziłam? Chyba nie, ale biorąc pod uwagę asertywność mamy, niewiele to zmieniało.

Nieważne, te kilka dób jakoś wytrzymam. Nawiasem mówiąc, ciekawe, co miała na myśli mówiąc „niedługo”. Zaraz, chyba nie dzisiejszy wieczór? Ogłuszona tą myślą, wbijam wzrok w Jakuba i widzę, że i on mi się przygląda, ale chyba wziął sobie do serca wcześniejsze ostrzeżenia, bo siedzi w bezruchu, jak przyklejony do krzesła.

Odchrząkuję.

– Mamy drobny problem – wyjaśniam, choć nie wiem, dlaczego właściwie używam liczby mnogiej.

Chłopak marszczy czoło i właśnie wtedy słyszę, że na podjazd wjeżdża samochód.

Przeklinam na głos i to tak, że wpędziłabym w kompleksy niejednego szewca. Jakub patrzy na mnie z cieniem uznania.

– Nie masz się co cieszyć, oboje wpadliśmy po uszy – stwierdzam ponuro i w geście rozpaczy opieram czoło na dłoni.

Co teraz? Aż strach pomyśleć, jak moja kuzynka zinterpretuje nasze małe tête-à-tête. I dam sobie rękę uciąć, że zadba, by jej wersję wydarzeń poznali wszyscy z naszego otoczenia plus krewni i znajomi królika. A stąd już tylko krok do przybocznych hrabiny, której być może uciekł mój pasażer na gapę! Nie mogę do tego dopuścić!

Wszystkie te myśli przebiegają mi przez głową w przeciągu sekundy (góra dwóch) i znienacka na powrót wstępuje we mnie energia. Przez numer z kluczami nie mogę udawać, że mnie nie ma, ale nikt nie zabroni mi symulować, że jestem sama!

– Szybko! – Zrywam się z krzesła. – Do mojej sypialni!

Dla lepszego efektu znów łapię za przytroczoną do paska broń.

Chłopak z kwaśną miną wypełnia moje polecenie, ale odnoszę wrażenie, że przestał się mnie bać, bo uznał, iż używam pistoletu tylko na pokaz. Nie kryjąc zniecierpliwienia wskazuję mu drogę do swojego pokoju, a on wlecze się jak wezwany do odpowiedzi uczeń, który zbyt szanował swój czas, by poświęcić zeszły wieczór na naukę. Że też musiał mi się trafić taki ślamazarny zakładnik, znaczy tego, nieproszony gość.

W końcu, ku mojej niewysłowionej uldze, docieramy na miejsce.

– No to wskakuj – mówię, otwierając drzwi do szafy.

Jakub marszczy brwi.

– Wolałbym nie.

Też wymyślił.

– Nie dyskutuj. To nie prośba – wyjaśniam, bynajmniej nie przyjaznym tonem.

Krzyżuje ręce na piersi.

– Dopiero co wydostałem się z twojego bagażnika i czuję, że przez jakiś czas będę miał awersję do ciasnych pomieszczeń.

Zaczyna mi się robić gorąco. Sabina może tu wpaść lada moment, a my jesteśmy głęboko w lesie. Tak głęboko, jak nie zapuściłby się nawet najbardziej zatwardziały grzybiarz.

– Wskakuj. Do. Środka – cedzę przez zęby.

Moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Chyba to wyczuwa, bo wzrusza ramionami i niechętnie zagląda do wnętrza naprędce wymyślonej przeze mnie kryjówki.

Fakt, nie ma tam za wiele miejsca, ale przy odrobinie dobrej woli powinien się zmieścić.

– Nie wydaje mi się… – zaczyna obrażonym tonem, ale nie jest mu dane skończyć, bo bezceremonialnie wpycham go do środka i opieram się plecami o drzwi.

– Widzisz, wcale nie jest tak strasznie! – stwierdzam, starając się brzmieć optymistycznie.

Z szafy dobiega zgrzytnięcie, a potem głuchy łomot i uwaga powiązana z najstarszym zawodem świata. Zdaje się, że ta sierota zrzuciła na siebie kilka wieszaków.

– Wypuść mnie natychmiast!

– Słuchaj, nie mam czasu na wyjaśnienia, ale uwierz mi, że jeśli ten, kto się zaraz pojawi, znajdzie cię tu ubranego praktycznie tylko w mój szlafrok, oboje będziemy tego żałować!!! – informuję, może przesadnie głośno, za to zdecydowanie skutecznie, bo mój rozmówca w końcu milknie.

Ostrożnie, gotowa w każdej chwili doskoczyć z powrotem, odklejam się od szafy. I nic. Cisza, jak makiem zasiał. Chyba w końcu załapał, że to nie żarty. Już mam odetchnąć z ulgą, gdy nagle od strony korytarza dobiega spokojne:

– Czy powinienem o czymś wiedzieć, skarbie?

Rozdział IV

Na moment zamieram w bezruchu, a gdy udaje mi się jako tako odzyskać kontrolę nad ciałem, kieruję wzrok w stronę wejścia. O framugę, ze splecionymi na piersi rękoma, opiera się Artur i przewierca mnie na wskroś tymi swoimi niemożliwie niebieskimi oczami.

Od jak dawna tam jest? Trudno powiedzieć. Przez chwilę patrzymy na siebie w milczeniu.

– Myślałam, że miałeś dziś iść na strzelnicę – stwierdzam w końcu z nieśmiałym uśmiechem.

Strzelanie jest jego nowym hobby (chodzi na nie z jakimś kumplem z pracy). Cóż mogę powiedzieć – ludzie różnie reagują na wieść o świecie nadprzyrodzonym, a jakby nie patrzeć jemu przecież wampiry trochę dały w kość, do czego niestety pośrednio się przyczyniłam.

– Dziś wynajęła ją na własność jakaś firma, więc zamierzałem zrobić ci niespodziankę. Czyżbym ci w czymś przeszkodził?

– Skądże! – odpowiadam bez cienia wahania.

Kręci głową, po czym niespiesznie przemierza pokój, otwiera na oścież drzwi do szafy i wskazuje na skulonego w jej kącie Jakuba.

– A to?

Przez moment patrzę na jego znalezisko z czymś na kształt zdziwienia. No tak, na widok mojego chłopaka zdarza mi się zapomnieć o całym świecie, nie tylko o nieproszonych gościach wciśniętych między moje ubrania.

– To jest Jakub – wyjaśniam po chwilowym namyśle. – Chowam go przed Sabiną.

Artur przez chwilę przygląda mi się z nieodgadnioną miną, a potem przenosi wzrok świadka naszej rozmowy.

– Cześć, Jakub – mówi.

– Cześć, Artur – odpowiada ten z rezygnacją.

– Więc wy dwaj się znacie – zagajam; wiecie, już nie pierwszy raz przekonuję się, że powiedzenie „jaki ten świat mały” jest zadziwiająco trafne.

– Kuba to mój sąsiad z naprzeciwka, na wypadek, jakbyś tego nie wiedziała.

– Ale naprawdę nie wiedziałam.

Mój chłopak wzdycha i trze ręką oczy. To musiał być dla niego długi dzień.

Tym razem siedzimy w moim kuchnio-salonie we trójkę, a Jakub zamiast szlafroka ma na sobie moje spodnie dresowe (przykrótkie na niego i przyciasne), a także zapasową koszulkę Artura. Ten ostatni w miarę spokojnie przyjął informację, że przywiozłam jego kumpla w bagażniku, aczkolwiek, żeby zaoszczędzić mu stresu, przemilczałam wizytę u hrabiny i fakt, że wyżej wspomniany mógł zakraść się do mojego samochodu właśnie na terenie jej posesji.

Wierzcie lub nie, ale Jakub nie zgłosił zastrzeżeń do mojej wersji wydarzeń.

– I co teraz?

Rzucone na podobieństwo niechcianego balastu pytanie, zamiast utonąć, dryfuje w powietrzu, powodując u wszystkich dyskomfort.

 

– Właściwie to muszę już iść.

Zaraz, a co z „Lepiej od razu mnie zastrzel”?

Ale Jakub już na mnie nie patrzy.

– Mógłbyś mnie podrzucić? – zwraca się do mojego chłopaka.

Z jednej strony mam ochotę jeszcze go przemaglować, ale z drugiej.... po co mi właściwie ta wiedza? Im mniej będę wiedzieć, tym mniej będę zagrażać tym, z którymi ma na pieńku. Baba z wozu, koniom lżej.

– Spodnie możesz sobie zatrzymać – informuję wspaniałomyślnie.

Podkreślam swoją kwestię dziarskim machnięciem pistoletem. Mój chłopak delikatnie wyjmuje mi go z ręki.

– To nie jest już potrzebne, skarbie.

Wzruszam ramionami. Ostrożności nigdy za wiele, oto moje życiowe motto.

Tymczasem moja druga połowa zerka na sąsiada z zaintrygowaną miną.

– Jasne, nie ma problemu – decyduje.

– Świetnie – zapewnia Jakub, uśmiechając się blado.

Na moment dopadają mnie wyrzuty sumienia. Chyba nic mu nie będzie? Zresztą, to przecież Artura zna lepiej i skoro poprosił go o podwózkę, musi mieć jakiś plan. Przyglądam mu się badawczo, ale starannie unika mojego wzroku, jakby nie chciał mieć już ze mną nic do czynienia. No cóż, jego wybór, nie będę mu się narzucać.