Muzykofilia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gordon konsultował się z wieloma neurologami. Przeprowadzono rezonans magnetyczny i tomografię komputerową mózgu, poddano go całodobowej encefalografii, ale wszystkie wyniki były normalne. Aparat słuchowy nie zredukował halucynacji (chociaż bardzo poprawił słyszenie), nic nie pomogły akupunktura ani takie leki, jak klonazepam, risperidon czy stelazine. Halucynacje nadal budzą go w nocy. Pytał w liście, czy mam jakieś inne propozycje. Zasugerowałem, aby porozmawiał ze swoim lekarzem o kwetiapinie, która pomogła kilku pacjentom. Parę dni później napisał podekscytowany:

Spieszę Panu donieść, że czwartej nocy po rozpoczęciu przyjmowania leku zbudziłem się około trzeciej nad ranem i przez dobre dwie godziny nie miałem w głowie żadnej muzyki. Coś nieprawdopodobnego: pierwsza przerwa od czterech lat! Muzyka wróciła wprawdzie za dnia, ale znacznie łagodniejsza. Wszystko wygląda bardzo obiecująco.

Rok później Gordon oznajmił, że codziennie bierze niewielką dawkę kwetiapiny przed położeniem się spać, wtedy bowiem halucynacje nie zakłócają mu snu. Nie przyjmuje jej za dnia, gdyż powoduje nadmierną senność, ale halucynacje nie przeszkadzają mu ćwiczyć na skrzypcach. „Można powiedzieć — konkludował — że chyba nauczyłem się już z nimi żyć”.

Wielu pacjentów i korespondentów mających halucynacje muzyczne ma też kłopoty ze słuchem, niekiedy bardzo poważne. Liczni z nich — chociaż nie wszyscy — uskarżają się na „hałas w uszach”: terkot, syczenie czy inne postacie tinnitus, a niekiedy na niezwykłą i często nieprzyjemną siłę pewnych głosów czy dźwięków. Jakieś dodatkowe przyczyny — choroba, operacja czy dalsze pogorszenie słuchu — mogą powodować przekroczenie krytycznej granicy.

Jednak około jednej piątej korespondentów nie ma żadnych kłopotów ze słuchem, a tylko dwa procent osób mających jego ubytki doświadcza muzycznych halucynacji (jeśli jednak zważyć na liczbę dotkniętych różnymi stopniami głuchoty osób w podeszłym wieku, trzeba uznać, że całe setki tysięcy ludzi mogą zostać dotknięte muzycznymi halucynacjami). Większość moich korespondentów to ludzie starsi, a kłopoty ze słuchem wiążą się bez wątpienia z wiekiem. Chociaż więc ani wiek, ani kłopoty ze słuchem same przez się nie są wystarczającym powodem halucynacji dźwiękowych, to jednak połączenie starzenia się z pogorszeniem słuchu i innymi czynnikami może zakłócić chwiejną równowagę między przyzwyczajeniem a ekscytacją, popychając w kierunku patologicznej aktywizacji dźwiękowych i muzycznych układów w mózgu27.

Są też jednak pacjenci i korespondenci w kwiecie wieku, a nawet całkiem młodzi; jest pośród nich dziewięcioletni chłopiec.

Niewiele zostało udokumentowanych przypadków halucynacji muzycznych u małych dzieci — aczkolwiek nie wiadomo, czy świadczy to o rzadkości zjawiska, czy raczej o niechęci do zwierzenia się z halucynacji. W każdym razie Michael B. miał bardzo wyraźne halucynacje muzyczne28. Jego rodzice opowiadają, iż „trwały bez ustanku od rana do wieczora”. Po raz pierwszy poskarżył się na nie w wieku siedmiu lat, mówiąc: „Ciągle słyszę w głowie muzykę i często muszę sprawdzić, czy radio nie jest nastawione”, ale najprawdopodobniej działo się to już wcześniej, gdyż kiedy miał pięć lat, czasami podczas jazdy samochodem krzyczał, zakrywał uszy i prosił, by wyłączyć radio, które w ogóle nie było włączone.

Michael nie mógł powstrzymać muzycznych halucynacji, chociaż do pewnego stopnia mógł na nie wpływać, słuchając znanej muzyki lub ją grając, a w nocy tłumiąc ją generatorem białego szumu. Ledwie jednak się budził, muzyka natychmiast sama się włączała. W sytuacjach stresowych stawała się nieznośnie głośna. Jak mówi jego matka, Michael krzyczy wtedy tak rozpaczliwie, jakby się znajdował w stanie „akustycznej agonii”, powtarzając: „Zabierz mi to z głowy! Zabierz!”. (To przypomina Czajkowskiego, o którym Robert Jourdain pisze, że jako dziecko miał być pewnej nocy znaleziony w łóżku, gdy łkał: „Ta muzyka! Siedzi mi tu w głowie, ratunku!”).

Michael nie ma ani chwili odpoczynku od trapiącej go muzyki. Jak mówi jego matka: „Nigdy nie mógł cieszyć się zachodem słońca, przejść się po lesie, posiedzieć w zamyśleniu czy poczytać książkę bez nieustannego koncertu w tle”.

Ostatnio zaczął jednak przyjmować leki mające osłabić wrażliwość kory, przede wszystkim muzyczną, i chociaż daje to pewne skutki, to jednak halucynacje nadal wypełniają całe jego życie. Jego matka napisała: „Poprzedniego wieczoru Michael był bardzo szczęśliwy, gdyż muzyka umilkła na piętnaście sekund, co jeszcze nigdy dotąd się nie zdarzyło”29.

Niektórzy ludzie są dręczeni przez głośne i natarczywe halucynacje muzyczne, u innych przybierają one postać tak łagodną, że osoby te nawet nie myślą o żadnej terapii. Tak było z Josephem D., osiemdziesięciodwuletnim emerytowanym ortopedą. Ponieważ pogarszał mu się słuch, kilka lat wcześniej przestał grać na swym steinwayu: kiedy używał aparatu słuchowego, dźwięki stawały się „blaszane”, bez niego — bardzo stłumione. Co więcej, wraz z postępującą głuchotą, coraz mocniej „walił” w fortepian (»Zniszczysz instrument«, ciągle mi powtarzała żona”). Dwa lata przed jego wizytą u mnie zaczęły się szumy uszne („tak jakby para uciekała z kaloryfera”), które następnie przerodziły się w niski pomruk („z początku myślałem, że to lodówka lub jakieś inne urządzenie w kuchni”).

Mniej więcej rok później zaczął słyszeć „dwu-, trzynutowe melodyjki o zmieniającej się wysokości”, które nieoczekiwanie pojawiały się na kilka godzin, a potem równie nagle znikały. Kilka tygodni później zaczęły się uporczywie powtarzać fragmenty, które rozpoznał jako tematy z koncertu skrzypcowego Beethovena. Nigdy nie był to cały koncert, a tylko mieszanka tematów, przy czym nie słyszał wyraźnie instrumentów czy orkiestry, „a tylko melodię”. Siłą woli nie był w stanie tego powstrzymać, ale muzyka była zwykle cicha, nieprzeszkadzająca innym dźwiękom, a niekiedy przez nie tłumiona; kiedy podejmował jakieś zajęcie fizyczne czy umysłowe, znikała.

Doktora D. uderzyło to, że chociaż gorzej teraz odbierał muzykę fizycznie, gdyż dolegliwości słuchowe zniekształcały ją lub tłumiły, to jednak halucynacje były czyste, żywe i niezniekształcone (co pewnego razu sam sprawdził, nucąc do magnetofonu podczas halucynacji, a kiedy porównał to potem z oryginalnym nagraniem, zgadzały się idealnie co do wysokości dźwięków i tempa).

Spytałem, czy halucynacje bywają dla niego przyjemne. „Nie!” — odpowiedział stanowczo.

Doktor D. przywykł do swoich omamów, które na szczęście były dosyć łagodne. „Najpierw myślałem, że zaczynam się rozpadać — opowiadał — teraz to już tylko rodzaj bagażu, którego przybywa, im jesteś starszy”. W każdym razie cieszył się, że nie był to bagaż przesadnie ciężki.

Kilka lat temu miałem wykład dla około dwudziestu studentów college’u, a kiedy spytałem, czy ktoś z nich doświadczył halucynacji muzycznych, zdziwiłem się, gdy pozytywnie odpowiedziały aż trzy osoby. Dwóch studentów opowiedziało dość podobne historie, jak doznawszy wypadku w trakcie uprawiania dwóch różnych dyscyplin sportowych, na chwilę stracili świadomość, a potem przez minutę lub dwie „słyszeli muzykę”, przekonani, iż pochodzi z jakiegoś zewnętrznego źródła, z jakiegoś głośnika czy radia. Trzeci z kolei utracił świadomość i dostał ataku z drgawkami po tym, jak podczas treningu karate kolega założył mu zbyt silne duszenie. Kiedy się ocknął, przez kilka minut słyszał napływającą skądś „słodką muzykę”.

Kilku korespondentów informuje, że muzyczne halucynacje przydarzają się im przy pewnym szczególnym ułożeniu ciała, najczęściej na wznak. Na dziewięćdziesiątych urodzinach jednego z nich, zdaniem lekarza cieszącego się znakomitym zdrowiem i „wspaniałą” pamięcią, odśpiewano Happy Birthday to You (po angielsku, chociaż i on, i goście byli Niemcami); odtąd, ilekroć się położył, natychmiast słyszał tę piosenkę przez jakieś trzy, cztery minuty, po czym następowała krótka przerwa i wszystko zaczynało się od początku. Nie mógł jej zatrzymać, nigdy też się nie pojawiała, kiedy siedział lub stał. Lekarza zaskoczyły zmiany w prawym płacie skroniowym, które ujawniały się na EEG tylko wtedy, gdy leżał.

Pewien trzydziestotrzylatek także doświadczał muzycznych halucynacji w pozycji leżącej: „Uruchamiał je sam ruch kładzenia się: ułamek sekundy później się rozpoczynały. [...] Muzyka ustawała, ledwie próbowałem wstać czy usiąść, czy chociażby unieść głowę”. Były to zawsze piosenki — czasami solowe, czasami chóralne; nazwał je „swoim radyjkiem”. Na zakończenie listu oznajmił, że zna przypadek Szostakowicza, sam jednak nie ma żadnych kawałków metalu w głowie30.

Zawały, przelotne niedokrwienia, tętniaki mózgu — wszystko to mogą być przyczyny muzycznych halucynacji, ale wtedy znikają one po pewnym czasie albo w efekcie terapii, podczas gdy większość tego rodzaju halucynacji jest bardzo trwała, chociaż często z upływem lat nieco słabną31.

Jest sporo lekarstw (niektóre mają za cel same uszy, jak aspiryna czy chinina, inne — centralny układ nerwowy, jak propranolol czy imipramina), które mogą powodować chwilowe halucynacje muzyczne; podobny skutek miewają zakłócenia metaboliczne, skłonności epileptyczne i podatność na migreny32.

W większości przypadków halucynacji muzycznych symptomy pojawiają się znienacka, często w zredukowanej postaci, by potem stawać się głośniejsze i bardziej natarczywe i nawet jeśli usunie się ich domniemaną przyczynę, to one dalej się utrzymują, autonomiczne i samosterowne. Od tej chwili najczęściej nie można ich zastopować, chociaż niektóre osoby potrafią zmieniać utwory w swej „szafie grającej”, jeśli tylko występują jakieś podobieństwa rytmu, melodii czy tematu. Tej uporczywości niekiedy towarzyszy podwyższenie wrażliwości na nowe melodie, tak że każdy nowo zasłyszany utwór może być dokładnie powtórzony. Tego typu odtwarzanie jest trochę podobne do reakcji na chwytliwe melodie, tyle że w przypadku halucynacji nie ma się poczucia wyobrażania, gdyż to, co słyszane, jest tak głośne jak rzeczywista muzyka.

 

Takie nagłe pojawianie się, rozpalanie i samoutrwalanie to cechy charakterystyczne także dla epilepsji (ale również dla migreny i zespołu Tourette’a)33, co sugeruje, że mamy do czynienia z niewygasającym i rozszerzającym się pobudzeniem elektrycznym sieci muzycznych w mózgu, dlatego też nie jest może rzeczą przypadku, że takie leki jak gabapentina (wprowadzona jako środek antyepileptyczny) bywają też skuteczne w przypadku halucynacji muzycznych.

Różnego rodzaju halucynacje, łącznie z muzycznymi, mogą też być efektem zbyt małej stymulacji zmysłów czy zmysłowych układów mózgu, aczkolwiek muszą to być znaczne ubytki, rzadko występujące w codziennym życiu, ale związane na przykład z kilkudniowym bezruchem lub ciszą. W roku 1988 napisał do mnie David Oppenheim, profesjonalny klarnecista i dziekan uniwersytetu. Miał sześćdziesiąt sześć lat i kłopoty ze słyszeniem wysokich dźwięków. Kilka lat wcześniej spędził tydzień w położonym głęboko w lesie klasztorze, oddając się przez dziewięć lub więcej godzin dziennie praktykom medytacyjnym. Po dwóch czy trzech dniach zaczął słyszeć przytłumione głosy, jak gdyby ludzi śpiewających przy ognisku. Zjawił się tam po roku i znowu usłyszał dalekie śpiewy, tym razem jednak głośniejsze i wyraźniejsze. „Wreszcie stały się bardzo głośne: powtarzające się fragmenty orkiestrowe z Dworzaka i Wagnera. [...] Były na tyle absorbujące, że uniemożliwiały medytację”.

W innych sytuacjach mogę sobie przypominać Dworzaka czy Wagnera, ale ich nie „słyszę”. [...] Natomiast podczas medytacji „słyszę” ich. Takie obsesyjne powtarzanie tego samego materiału muzycznego może czasami trwać całymi dniami. [...] Tych wewnętrznych muzyków nie można uciszyć, natomiast można nimi sterować. [...] „Chór pielgrzymów” z Tannhäusera udało mi się zamienić na powolną część wspaniałej XXV Symfonii Mozarta, gdyż zaczynają się od tych samych interwałów.

Nie wszystkie z jego halucynacji były znanymi utworami, niektóre z nich „skomponował”, ale zaraz dodał: „Na co dzień w ogóle nie komponuję. Nazywam to tak, by podkreślić, że przynajmniej jedna ze słyszanych przeze mnie melodii nie była ani Dworzaka, ani Wagnera, a jakoś sam ją sprokurowałem”.

Coś podobnego słyszałem od mojego przyjaciela Jerome’a Brunera, który samotnie przepłynął Atlantyk. Opowiadał, że podczas pogodnych dni, gdy niewiele było do roboty na pokładzie, „słyszał” unoszącą się na wodzie klasyczną muzykę.

Botanik Michael Sundue tak opisał mi swoje doświadczenia jako początkującego żeglarza:

Gdy miałem dwadzieścia cztery lata, zwerbowano mnie na członka załogi, która miała dostarczyć jacht żaglowy do portu przeznaczenia. Było bardzo nudno; w ciągu pierwszych trzech dni przeczytałem wszystkie książki, które ze sobą wziąłem. Całymi dniami nie było wiatru, więc z obwisłymi żaglami wlekliśmy się w tempie kilku węzłów na motorze. Wylegiwałem się na pokładzie albo w kabinie na koi, z której gapiłem się w iluminator z pleksiglasu. To podczas tych dni bezczynności kilkunastokrotnie miałem muzyczne halucynacje.

Dwie z nich rozpoczęły się od monotonnych, nigdy niecichnących na łodzi dźwięków: terkotu lodówki i skrzypienia na wietrze olinowania. Każdy z nich przerodził się w niekończące się solo instrumentalne. Transformacja muzyczna sprawiła, że zupełnie zapomniałem o pierwotnych dźwiękach i ich źródle, a tylko leżałem i wsłuchiwałem się w zdumiewająco piękne kompozycje. Dopiero kiedy już się nimi nasyciłem, zdałem sobie sprawę z tego, jakie było ich pochodzenie. Co ciekawe, owe instrumentalne dźwięki nie należały do tych, których normalnie słucham dla przyjemności. Lodówka zaczęła brzmieć jak wirtuozerskie solo gitary heavymetalowej: wysokie, szybkie dźwięki, wyrzucane przez rozstrojony wzmacniacz. Olinowanie z kolei przybrało postać szkockich kobz, z wyraźnymi piszczałkami i linią melodyczną. Znam oba te rodzaje muzyki, ale żadnego z nich nie słuchałbym normalnie u siebie w domu.

Zacząłem także słyszeć głos ojca wołającego mnie po imieniu, ale tutaj trudno byłoby mi powiedzieć, jaki dźwięk wyzwolił tę halucynację. (Raz zobaczyłem też w wodzie płetwę rekina, ale śmiech kolegów szybko przekonał mnie, że to była halucynacja. Zdaje się, iż początkujący żeglarze często widują rekiny).

Chociaż Colman już w roku 1894 pisał o „Halucynacjach u osób zdrowych umysłowo, a spowodowanych przez chwilowe schorzenia organów zmysłowych”, opinia publiczna i sami lekarze przez długi czas uważali, że „halucynacje” oznaczają albo psychozę, albo bardzo poważne schorzenia mózgu34. Niechęć do zajęcia się zjawiskiem „halucynacji u osób zdrowych psychicznie” przed rokiem 1970 mogła wynikać z faktu, iż brak było teorii, która sugerowałaby, jak takie stany są możliwe. Dopiero polski neurofizjolog Jerzy Konorski w roku 1969 kilka stronic swej książki Integracyjna działalność mózgu poświęcił „fizjologicznym podstawom halucynacji”. Konorski zmienił podejście i zamiast pytać: „Dlaczego występują halucynacje?”, postawił pytanie: „Dlaczego halucynacje nie występują zawsze? Co je blokuje?”. Uważał mózg za dynamiczny układ, który potrafi wytwarzać percepcje, obrazy, wyobrażenia, halucynacje. „Mechanizm wywołujący halucynacje jest niejako założony w naszych móz­gach, ale do głosu może on dojść tylko w wyjątkowych warunkach”*. Powołując się na ubogie w latach sześćdziesiątych XX wieku dane, a dziś bardzo bogate, Konorski dowodził, iż istnieją nie tylko połączenia od organów zmysłowych do mózgu, ale także „zwrotne” połączenia, po których sygnały przepływają w przeciwnym kierunku. Te drugie mogą być mniej liczne od pierwszych i pozostawać nieaktywne w normalnych warunkach, stanowią jednak, jak przypuszczał Konorski, istotne dla tworzenia halucynacji narzędzia anatomiczne i fizjologiczne. Co zatem w normalnych warunkach dławi halucynacje? Kluczową rolę, sugerował Konorski, musi odgrywać zmysłowa treść płynąca od oczu, uszu i innych organów zmysłowych, najczęściej blokująca aktywność, która z kory kierowałaby się ku peryferiom. Kiedy jednak pojawia się istotne zmniejszenie tej treści, wtedy możliwa staje się owa aktywność, której efektem są halucynacje, fizjologicznie i subiektywnie nieodróżnialne od percepcji.

Teoria Konorskiego dostarczała prostego i pięknego wyjaśnienia tego, co szybko zaczęto nazywać „zwrotnymi” powiązaniami halucynacyjnymi. Dzisiaj tłumaczenie to wydaje się tak oczywiste, że niemal tautologiczne, ale w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku trzeba było oryginalności i odwagi, aby z nim wystąpić.

Badania nad mózgiem mocno dziś wspierają koncepcję Konorskiego. W roku 2000 Timothy Griffiths opublikował wyniki pionierskich badań neurologicznych nad halucynacjami muzycznymi, przeprowadzonych przy użyciu PET (pozytonowa emisyjna tomografia komputerowa), z których wynika, że w trakcie halucynacji mamy do czynienia z aktywizacją tych samych sieci neuronalnych, które są czynne przy odbieraniu rzeczywistej muzyki.

W roku 1995 otrzymałem list, w którym June B., urocza, twórcza siedemdziesięciolatka opowiedziała mi o swoich halucynacjach muzycznych.

Pierwsza pojawiła się wieczorem zeszłego listopada, gdy byłam z wizytą u mojej siostry i szwagra. Wyłączyłam telewizor i zaczęłam szykować się do snu, gdy posłyszałam chór w kółko powtarzający Amazing Grace. Sprawdziłam wraz z siostrą, czy jest o tej porze w telewizji jakaś audycja religijna, ale nie, był tylko poniedziałkowy wieczorny futbol. Wyszłam na pokład, aby popatrzeć na wodę, a muzyka podążyła za mną. Patrząc na spokojny ląd i tylko kilka domów w zasięgu wzroku, zrozumiałam, że muzyka nie może dochodzić stamtąd, a zatem musi rozbrzmiewać w mojej głowie.

Pani B. załączyła swój „repertuar”: Amazing Grace, The Battle Hymn of the Republic, Oda do radości Beethovena, pieśń pijacka z Traviaty, A-Tisket, A-Tasket oraz „naprawdę okropna wersja We Three Kings of Orient Are”.

„Pewnej nocy usłyszałam wspaniałe solowe wykonanie Old Macdonald Had a Farm, po którym rozbrzmiały aplauzy. W tym momencie uznałam, że najwyraźniej jest ze mną coś nie tak i muszę dać się zbadać”.

Wykluczono u niej chorobę Lyme’a (słyszała, że może powodować halucynacje muzyczne), przeprowadzono audiometrię odpowiedzi elektrycznych pnia mózgu (BERA), elektroencefalogram i rezonans magnetyczny. Podczas encefalogramu słyszała The Bells of St. Mary’s, ale wyniki nie wskazywały na żadne anomalie. Nie cierpiała też na żadne ubytki słuchu.

Halucynacje pojawiały się w momentach spokoju, zwłaszcza przed położeniem się do łóżka. „Tej muzyki nigdy nie mogę włączyć ani wyłączyć, natomiast niekiedy udaje mi się ją zmienić: nie na cokolwiek zechcę, lecz na coś, co jest już w programie. Czasem piosenki nakładają się na siebie, a kiedy nie mogę już tego znieść, włączam WQXR35, aby zasnąć przy prawdziwej muzyce”.

„Na szczęście — kończyła pani B. — nie jest to głośna muzyka [...], gdyż inaczej zwariowałabym. Jakiekolwiek inne dźwięki — rozmowa, radio, telewizja — natychmiast wypierają halucynacje. Pomyśli Pan, że do swego nowego »nałogu« podchodzę pogodnie. No cóż, mogłoby być gorzej, czasami jednak jest to bardzo denerwujące. [...] Kiedy budzę się o piątej rano i nie mogę znowu zasnąć, wcale mnie nie cieszy chór informujący »ta stara siwa szkapa nie jest już taka jak dawniej«. Nie żartuję, tak się zdarzyło naprawdę i może nawet byłoby to zabawne, gdyby fraza ta nie powtarzała się bez końca”.

Dziesięć lat po tym liście spotkałem się z panią B., spytałem, czy po tylu latach halucynacje stały się częścią jej życia w pozytywnym lub negatywnym sensie. „Gdyby teraz panią opuściły, cieszyłaby się pani czy martwiła?”. Odpowiedziała: „Brakowałoby mi ich, brakowałoby mi tej muzyki. Teraz stała się już częścią mnie”.

O ile nie ma dziś większych wątpliwości, jeśli chodzi o fizjologiczną podstawę halucynacji muzycznych, o tyle można się zastanawiać, jaką funkcję inne (powiedzmy „psychologiczne”) czynniki spełniają w selekcji pierwszych wątków halucynacji i w ich dalszym rozwoju i roli. Myślałem o tym, pisząc w roku 1985 o paniach O’C. i O’M.; także Wilder Penfield zastanawiał się, czy piosenki i sceny pojawiające się podczas ataków „epilepsji doświadczeniowej” mają jakiś sens czy znaczenie, uznał jednak, że nie. Selekcja muzyki halucynacyjnej, pisał, jest „zupełnie przypadkowa, aczkolwiek są racje, by podejrzewać pewne uwarunkowania korowe”. Podobnie Rodolfo Llinás, pisząc o nieprzerwanej aktywności jąder podstawy, nazwał je „nieustającym generatorem szumu motorycznego”. Kiedy jakiś wzorzec czy fragment wymyka się i na poziom świadomości „wrzuca” jakąś piosenkę czy kilka taktów muzyki, zdaniem Llinása są one zupełnie abstrakcyjne, „bez wyraźnego odpowiednika emocjonalnego”. Coś może się zdarzyć całkowicie przypadkowo — na przykład jakiś tik wyprodukowany przez przeciążone jądra podstawy — a dopiero potem nabrać asocjacji i znaczeń.

Słowo „przypadek” jest tu użyte w odniesieniu do efektów nieprzerwanej aktywności jąder podstawy, jak na przykład jest z mimowolnym ruchem zwanym pląsawicą. Nie ma w nim niczego osobistego, jest zupełnie automatyczny, najczęściej nie jest nawet uświadamiany przez daną osobę, będąc lepiej widoczny dla innych niż dla niej samej. Natomiast dość wątpliwe byłoby użycie terminu „przypadkowe” w odniesieniu do doświadczeń, niezależnie od tego, czy mają one charakter percepcyjny, wyobrażeniowy czy halucynacyjny. Podstawą halucynacji muzycznych są wiedza muzyczna i muzyczne wspomnienia danej osoby, a jej upodobanie w określonym rodzaju muzyki też musi odgrywać istotną rolę. Sama intensywność i częstotliwość wykonywania pierwotnej muzyki są istotne, a często nawet istotniejsze od osobistych gustów: większość muzycznych halucynacji to najczęściej popularne piosenki i tematy muzyczne (a więc dla starszej generacji głównie hymny i pieśni patriotyczne), co dotyczy nawet profesjonalnych muzyków i bardzo wyrobionych melomanów36. Muzyczne halucynacje bardziej oddają gusta danej epoki niż jednostek.

Nieliczni lubią swoje halucynacje, chociaż jednak dla większości są one zrazu utrapieniem, z czasem osoby takie przyzwyczajają się do nich i jakoś dochodzą z nimi do ładu. Niekiedy przybiera to formę wzajemnego oddziaływania, jak to pięknie opisują Timothy Miller i T.W. Crosby w przypadku swojej pacjentki, starszej, głuchej damy, która „zbudziła się pewnego ranka, słysząc kwartet gospel śpiewający stary hymn, który zapamiętała z dzieciństwa”. Upewniwszy się, że muzyka nie pochodzi z radia ani telewizji, dość spokojnie przystała na to, iż „musi mieć ją w głowie”. Repertuar zespołu poszerzał się: „była to najczęściej przyjemna muzyka, a pacjentka lubiła nucić wraz z kwartetem. [...] Okazało się zresztą, iż potrafi go uczyć nowych utworów, podrzucając jakiś fragment, który zespół uzupełniał o brakujące wersy”. Miller i Crosby stwierdzili, że rok później halucynacje nie ustąpiły, a pacjentka „całkiem do nich przywykła, uznawszy je za »krzyż«, który przyszło jej dźwigać”. „Krzyż” nie musi mieć zresztą negatywnych konotacji; może też wyrażać uprzywilejowanie czy uhonorowanie. Zetknąłem się ostatnio z bardzo interesującą starszą damą, u której niedosłyszeniu zaczęły towarzyszyć halucynacje, najczęściej w postaci hymnów. Uznała je za rodzaj „daru” i tak „wytrenowała”, że pojawiają się tylko w kościele czy podczas modlitwy, a nigdy na przykład w trakcie posiłków. Swoje muzyczne halucynacje wkomponowała w kontekst głębokiej religijności.

 

Takie osobiste wpływy są zupełnie możliwe, a nawet potrzebne i w modelu Konorskiego, i w modelu Llinása. Fragmentaryczne muzyczne wzorce mogą zostać wyrzucone z jąder podstawy jako „surowiec” muzyczny, bez żadnego emocjonalnego zabarwienia i bez żadnych asocjacji (muzyka, by tak rzec, bezsensowna), docierają jednak potem do systemu wzgórzowo-korowego, który stanowi podstawę świadomości i Ja, i tutaj materiał ten odziany zostaje w znaczenia, uczucia i najróżniejsze asocjacje. Kiedy więc te fragmenty docierają do świadomości, są już znaczące i emocjonalnie zabarwione.

Być może najgłębszą analizę muzycznych halucynacji, a także ich wpływu na osobiste doświadczenia i uczucia, ich stałego oddziaływania z umysłem i osobowością, przedstawił wybitny psychoanalityk Leo Rangell, który przez ponad dekadę studiował je na własnym przykładzie.

Doktor Rangell po raz pierwszy napisał mi o swoich muzycznych halucynacjach w 1996 roku37.

Zaraz po tym, jak obudziłem się na oddziale intensywnej terapii, posłyszałem śpiewy, które sprawiły, że powiedziałem do swoich dzieci: „Ej, mamy tutaj szkołę rabiniczną!”. Wydawało mi się, że stary rabin uczy podopiecznych, jak śpiewać i robić inne potrzebne rzeczy. Powiedziałem rodzinie, że rabin musi pracować do późna w nocy, gdyż nawet wtedy słyszę muzykę. Dzieci popatrzyły na siebie porozumiewawczo i wyjaśniły, że nie ma tutaj żadnej rabinicznej szkoły.

Szybko zacząłem podejrzewać, w czym rzecz. Poczułem ulgę, ale zarazem i lęk. [...] Muzyka trwała chyba nieprzerwanie, ale przez większość czasu nie zwracałem na to uwagi, zwłaszcza w godzinach ożywionej szpitalnej rutyny. Kiedy po sześciu dniach opuściłem szpital [...], „rabin” mi towarzyszył. Był teraz pod oknami domu, tam dalej, pod wzgórzem czy może w parowie. Dotrzymał mi towarzystwa także podczas pierwszej po szpitalu podróży samolotowej, kilka tygodni później.

Rangell miał nadzieję, że te muzyczne halucynacje — mógł podejrzewać, iż spowodowane przez anestezję albo morfinę, którą podawano mu po operacji — z czasem znikną, szczególnie że tak właśnie zniknęły inne zakłócenia percepcyjne, „doznawane przez każdego znanego mi pacjenta z by-passem”38.

Po pół roku zaczął się bać, iż halucynacje będą permanentne. Za dnia, kiedy zaprzątnięty był różnymi zajęciami, usuwały się w tło, ale w nocy nie pozwalały mu zasnąć. („Chodziłem jak półpijany z powodu braku snu”).

Doktor Rangell miał też poważne kłopoty ze słuchem. „Od kilku lat miałem głuchotę nerwową, do której zdążyłem przywyknąć. Muzyczne halucynacje są, jak mi się wydaje, związane z przeczulicą słuchową, która idzie w parze z niedosłyszeniem. Wewnętrzne, centralne ścieżki dźwiękowe muszą chyba wzmacniać dźwięki”. Spekulował, czy czasem owa nadaktywność mózgowych ścieżek dźwiękowych nie ma na początku podstawy w zewnętrznych rytmach wiatru, ruchu ulicznego, pracującego silnika czy też wewnętrznych rytmach oddechu bądź bicia serca, „ale potem umysł zamienia je na muzykę, którą sobie podporządkowuje, i w ten sposób aktywność bierze górę nad pasywnością”.

Dostrzegał, że owa wewnętrzna muzyka odzwierciedla jego nastroje i okoliczności. W szpitalu piosenki zrazu były mroczne, elegijne, rabiniczne, niekiedy jednak pojawiały się skoczne i radosne („Oo la la, oo la la” wymieniało się z „oj wej, oj wej, oj wej, wej, wej” — dopiero potem się zorientował, że była to ta sama melodia). Kiedy zbliżał się powrót do domu, zaczął słyszeć When Johnny Comes Marching Home Again, a także „wesolutką” Alouette, gentille alouette).

„Kiedy nie pojawia się sama z siebie żadna gotowa piosenka, mózg sam ją tworzy, rytmiczne dźwięki zespalając w melodię często z nonsensownymi słowami, niekiedy ostatnimi, jakie usłyszałem czy przeczytałem”. To, pisał, związane jest z twórczą aktywnością, czynną też w snach.

Korespondowaliśmy z doktorem Rangellem, aż wreszcie w 2003 roku napisał:

Żyję z tym już niemal od ośmiu lat. Muzyka zawsze jest, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, co jednak nie znaczy, że zawsze jestem jej świadom, wtedy bowiem wylądowałbym na oddziale psychiatrycznym. Jest częścią mnie i ilekroć o niej pomyślę — zawsze jest. Czy też: jest zawsze, kiedy mój mózg nie jest zajęty czymś innym.

Bez większego wysiłku potrafię przywoływać konkretne melodie: wystarczy, bym pomyślał o jednym takcie czy o słowie z tekstu, i pojawia się cały utwór. Zupełnie jakbym miał bardzo czuły pilot. Piosenka trwa potem tyle, ile chce „ono” albo na ile ja pozwolę.

To jak radio tylko z włącznikiem.

Dzisiaj Randall żyje z halucynacjami już ponad dziesięć lat i coraz mniej wydają mu się one bezsensowne i przypadkowe. Wszystkie piosenki pochodzą z jego młodości i dają się podzielić na kilka kategorii.

Są romantyczne, bolesne, tragiczne, uroczyste, miłosne, łzawe, najróżniejsze. I wszystkim towarzyszą wspomnienia. [...] Wiele wiąże się z moją żoną, która odeszła siedem lat temu, półtora roku po tym, jak zaczęły się halucynacje. [...]

Mają swoją strukturę jak marzenia senne. Pobudzają mnie do czegoś, odnoszą się do afektów, czy chcę tego czy nie automatycznie ożywiają myśli, mają wartość poznawczą, a gdybym się w nie zagłębił, ukazałyby swoje podstruktury. [...]

Bywa, że kiedy muzyka cichnie, ja dalej nucę melodię, której ustania przed chwilą jeszcze chciałem: tak jakby mi jej brakowało [...] Każdy psychoanalityk wie, że za każdym symptomem (a to jest symptom), za każdą obroną kryje się pragnienie. [...] W piosenkach, które docierają na powierzchnię, kryją się pożądania, nadzieje, pragnienia. Pragnienia romantyczne, seksualne, moralne, agresywne, chęci działania i dominacji. To właśnie one nadają moim muzycznym halucynacjom ich ostateczny kształt, neutralizując i zastępując pierwotny zgiełk. Mogę się na nie uskarżać, ale przecież potrzebuję tych piosenek. Przynajmniej w jakiejś mierze.

Na zakończenie długiego artykułu poświęconego jego doświadczeniom, a opublikowanego w internetowym periodyku „Huffington Post” Rangell pisał:

Traktuję siebie jak żywe laboratorium, jak doświadczenie przyrodnicze z wykorzystaniem pryzmatu dźwiękowego. [...] Żyję na krawędzi, ale to bardzo osobliwa krawędź: pomiędzy mózgiem a umysłem. W różnych kierunkach rozpościerają się stąd rozległe perspektywy: neurologiczna, otologiczna, psychoanalityczna, wszystkie ostatecznie stapiające się w układzie symptomów, śledzonych nie na kanapie w gabinecie, lecz na scenie dziejącego się życia.

1 Orrin Devinsky i inni opisali „zjawisko autoskopii przy napadach” u dziesięciorga swoich pacjentów, co zestawili z podobnymi informacjami w literaturze fachowej, podczas gdy w Szwajcarii Olaf Blanke wraz z kolegami był w stanie śledzić aktywność mózgu pacjentów epileptycznych, przeżywających właśnie doświadczanie oddzielenia od ciała.