Muzykofilia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pewne cechy wyobraźni i pamięci muzycznej nie mają jednak odpowiedników w sferze wizualnej i to rzuca pewne światło na odmienność sposobu, w jaki mózg traktuje muzykę i wizyjność15. Swoistość muzyki przynajmniej po części może wynikać z tego, że świat widzialny musimy dla siebie skonstruować i dlatego nasze wspomnienia wizualne są od samego początku selektywne i naznaczone subiektywnie, podczas gdy elementy muzyczne otrzymujemy już skonstruowane. Scenę wizualną czy zdarzenie towarzyskie można konstruować i rekonstruować na setki różnych sposobów, ale utwór muzyczny staramy się przypomnieć w możliwie jak największej zgodzie z oryginałem. Słuchamy, rzecz jasna, selektywnie, z różnymi interpretacjami i emocjami, ale podstawowe muzyczne charakterystyki utworu — tempo, rytm, kontur melodyczny, nawet barwy i wysokości dźwięków — zachowujemy z zadziwiającą wiernością.

To przede wszystkim właśnie owa wierność — owo niemal bezoporne rycie muzyki w mózgu — umożliwia ekscesy i patologie muzycznej wyobraźni i pamięci, które dotykać mogą także ludzi niezbyt muzykalnych.

Rzecz jasna, z samą muzyką jako taką związane są tendencje do powtarzania. Wiersze, ballady, piosenki pełne są powtórzeń. Każdy utwór muzyki klasycznej ma charakterystyczne dla siebie powtórzenia lub wariacje na jeden temat, a nasi najwięksi kompozytorzy są prawdziwymi mistrzami powtórzeń. Wszystkie rymowanki i piosenki, jakich uczymy dzieci, mają swoje zaśpiewki i refreny. Powtórzenia są atrakcyjne także dla dorosłych; niezmiennie potrzebujemy pobudzenia i nagrody i to właśnie otrzymujemy w muzyce. Może więc nie powinniśmy się przesadnie dziwić ani boczyć na to, że równowaga zostaje czasami naruszona, a nasza wrażliwość muzyczna staje się dolegliwością.

Czy to możliwe, że earworms są w jakimś stopniu zjawiskiem współczesnym, a przynajmniej zjawiskiem nie tylko dopiero niedawno wyraźnie rozpoznanym, ale też znacznie częstszym obecnie niż kiedyś? Choć istniały bez wątpienia od chwili, gdy nasi pierwsi przodkowie zaczęli wygrywać melodie na kościanych fujarkach czy wybijać rytm na zwalonych drzewach, jest rzeczą znamienną, że termin wszedł do użycia ledwie kilka dekad temu16. Kiedy Mark Twain pisał swoje opowiadanie w roku 1876, dookoła wiele było muzyki, ale nie była jednak wszechobecna. Trzeba było poszukać innych ludzi, aby usłyszeć śpiew (i ewentualnie przyłączyć się do niego): w kościele, na uroczystościach rodzinnych, zabawach. Jeśli ktoś nie miał w domu pianina, gitary czy akordeonu, aby posłuchać muzyki instrumentalnej, musiał iść do kościoła albo na koncert. Wraz z płytami, radiem i filmami zmieniło się to radykalnie. Znienacka muzyka była na każde zawołanie, a w ciągu ostatnich kilku dekad wszystko tak się zintensyfikowało, że chcemy czy nie, jesteśmy nieustannie bombardowani przez muzykę.

Połowa z nas podłączyła się do iPodów i pogrążyła w całodziennych koncertach własnego wyboru, nic na pozór nie wiedząc o reszcie świata. Także tych, którzy się nie podłączyli, nieustannie atakuje muzyka, nieodparta i przerażająco głośna, w restauracjach, barach, sklepach i centrach handlowych. Ten muzyczny napór nie może pozostać bez śladu na naszym skądinąd tak wrażliwym układzie słuchowym, a jego przeciążenie może mieć poważne konsekwencje. Jedną z nich są coraz częstsze głębokie zaburzenia słuchu nawet u młodych ludzi, a zwłaszcza muzyków. Inną może być wszechobecność zdumiewająco chwytliwych melodii, brainworms, które pojawiają się nieproszone i odchodzą, kiedy zechcą; chwytliwych melodii, neurologicznie nie do odparcia, chociaż nie są niczym więcej niż reklamą pasty do zębów.

6. Muzyczne halucynacje

W grudniu 2002 roku skontaktowała się ze mną Sheryl C., inteligentna i bardzo uprzejma siedemdziesięciolatka. Od piętnastu lat cierpiała na postępującą głuchotę nerwową, a teraz utraciła słuch w obojgu uszach. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej dawała sobie jakoś radę dzięki czytaniu z ust i skomplikowanym aparatom słuchowym, ale potem nastąpiło gwałtowne pogorszenie. Jej otolaryngolog zasugerował prednizon. Pani C. przez tydzień brała coraz silniejsze dawki leku i czuła się całkiem dobrze, aż wreszcie „siódmego czy ósmego dnia — brałam wtedy sześćdziesiąt miligramów — zbudziły mnie w nocy straszliwe hałasy: jakieś okropne mechaniczne dźwięki; zakryłam uszy, ale to w niczym nie pomagało. Wszystko było tak głośne, że chciałam uciekać z domu”. W pierwszej chwili pomyślała, że to straż pożarna zatrzymała się przed domem, kiedy jednak podeszła do okna, ulica była zupełnie pusta. Tak naprawdę dopiero wtedy zrozumiała, że dźwięki rozlegają się w jej głowie, że po raz pierwszy w życiu ma halucynacje.

Po jakiejś godzinie zgiełk ustąpił miejsca muzyce: tematom z Dźwięków muzyki, a także fragmentowi Michael, Row Your Boat Ashore: po trzy, cztery nuty z jednego lub drugiego, powtarzające się ze straszliwą intensywnością. „Dobrze wiedziałam, że nie ma żadnej orkiestry, żadnej kapeli, że to wszystko we mnie. Bałam się, że zwariowałam”.

Lekarz pani C. radził odstawić prednizon, natomiast neurolog, z którym skonsultowała się kilka dni później, zalecił valium. Głuchota pani C. powróciła na stary poziom, natomiast ani valium, ani odstawienie prednizonu nie miały wpływu na jej halucynacje. Muzyka rozbrzmiewała niezwykle głośno i natarczywie, a cichła tylko wtedy, gdy pani C. miała jakieś „intelektualne zajęcie”, na przykład rozmawiała albo grała w brydża. Trochę poszerzył się jej repertuar halucynacyjny, chociaż nadal był dość ograniczony i stereotypowy: składały się na niego kolędy, piosenki z musicali i pieśni patriotyczne. Wszystkie je dobrze znała; uzdolniona muzycznie, dobrze radząca sobie z pianinem — często je grała podczas imprez organizowanych w czasach college’u.

Spytałem, dlaczego mówi o nich „muzyczne halucynacje”, a nie „muzyczne wyobrażenia”.

„To przecież zupełnie inne rzeczy — zawołała. — Tak odmienne jak myślenie o muzyce i jej słyszenie”. Nigdy dotąd nie zetknęła się z czymś takim jak te halucynacje, podkreślała. Po pierwsze, były zdecydowanie fragmentaryczne — kilka nut z tego, kilka nut z tamtego — i przypadkowe, niekiedy w pół dźwięku się zmieniające, zupełnie jakby w mózgu była nieustannie odtwarzana zepsuta płyta. Było to zupełnie niepodobne do jej normalnej, spójnej, najczęściej „posłusznej” wyobraźni muzycznej, jednak nawet jeśli miało coś wspólnego z chwyt­liwymi melodiami, które jak każdemu pojawiały się jej niekiedy w głowie, to od takich melodii i innych postaci normalnej wyobraźni halucynacje różniła zdumiewająca wyrazistość, jakby fizycznie ich słuchała.

Wreszcie pani C. znużona kolędami i popularnymi piosenkami spróbowała wyprzeć halucynacje, grając na pianinie etiudy Chopina. „Teraz przez kilka dni miałam w głowie na okrągło tylko jedną nutę, wysokie f.

Zaczęła się obawiać, że halucynacje na zawsze już takie zostaną: dwie, trzy nuty, czasami jedna, wysoka, przenikliwa, nieznośnie głośna: „wysokie a, które Schumann słyszał pod koniec życia”17. Lękała się też, że mogą ją nawiedzić „halucynacje Ivesa”. (Kompozycje Charlesa Ivesa często zawierają dwie lub nawet więcej jednocześnie rozbrzmiewających melodii o zupełnie odmiennym charakterze). Jak na razie nie miała jednoczesnych halucynacji, ale bardzo się tego bała.

Nie miała muzycznych marzeń sennych, halucynacje nie budziły jej w nocy, po przebudzeniu zawsze było kilka chwil ciszy, podczas których zastanawiała się, jaka też dziś będzie tune du jour.

Nie stwierdziłem u pani C. żadnych zaburzeń neurologicznych. Aby wykluczyć epilepsję czy uszkodzenie mózgu, poddano ją encefalografii i rezonansowi magnetycznemu, ale badania niczego nie wykazały. Jedyną anomalią był jej głos, silny, źle modulowany, co wynikało z głuchoty i braku dźwiękowego sprzężenia zwrotnego. Kiedy mówiłem, musiała mi się przyglądać, aby czytać z ruchu warg. Neurologicznie i psychologicznie wydawała się zupełnie normalna, aczkolwiek, rzecz jasna, była wytrącona z równowagi tym, że dzieje się w niej coś, nad czym nie ma żadnej kontroli.

„Czemu jednak tylko muzyka? — pytała mnie. — Skoro źródło jest psychotyczne, to czy nie powinnam słyszeć również głosów?”.

Jej halucynacje, wyjaśniałem, mają charakter nie psychotyczny, lecz neurologiczny, są to tak zwane halucynacje wyrównawcze. Słuchowe ośrodki mózgowe, pozbawione z powodu głuchoty zwykłych bodźców, podjęły własną spontaniczną aktywność, która przybrała postać muzycznych halucynacji, w większości czerpiących z jej dawnych wspomnień muzycznych. Mózg potrzebuje nieustannej aktywności i jeśli zabraknie normalnej stymulacji — czy to dźwiękowej, czy wzrokowej — zaczyna sam ją wytwarzać w postaci halucynacji. Prednizon, a może nagłe pogorszenie się słuchu pchnęły ją na drugą stronę progu i wtedy halucynacje nagle się ujawniły.

Dodałem, że badania mózgu wykazały, iż „słyszenie” halucynacji wiązało się z podwyższoną aktywnością wszystkich tych obszarów mózgu — płatów skroniowych i czołowych, jąder podstawy i móżdżku — które zatrudnione są przy rzeczywistym odbiorze muzyki. W pewnym więc sensie, stwierdziłem na koniec, halucynacje pani C. nie były wyimaginowane, psychotyczne, lecz miały charakter rzeczywisty i psychologiczny.

„To bardzo interesujące — odrzekła — ale czysto akademickie. Co mam zrobić, aby je powstrzymać?! Mają mi towarzyszyć już do końca życia? To okropne!”.

Odpowiedziałem, że nie potrafimy leczyć muzycznych halucynacji, natomiast możemy próbować je złagodzić. Zadecydowaliśmy, że zaczniemy od gabapentiny (neurotonina) — lekarstwa, które zostało wyprodukowane z myślą o epileptykach, ale jest też wykorzystywane do obniżenia nadmiernej aktywności muzycznej, niezależnie od tego, czy jej źródła są epileptyczne, czy nie.

Gabapentina, oznajmiła pani C. podczas następnej wizyty, pogorszyła tylko sytuację, do dawnych halucynacji dodając głośne dzwonienie w uszach (tinnitus), niemniej jednak uspokoiła ją, teraz bowiem było już pewne, że halucynacje mają podstawę fizjologiczną, nie chodzi o szaleństwo i jest możliwe opanowanie sytuacji przynajmniej w pewnym stopniu.

 

Natomiast denerwowało ją to, że nieustannie słyszała te same fragmenty. Urywki America is Beautiful słyszała dziesięć razy w ciągu sześciu minut (liczył jej mąż), a fragmenty O Come, All Ye Faithfull dziewiętnaście i pół raza w ciągu dziesięciu minut. W jednym przypadku powtarzany fragment zredukował się do tylko dwóch nut18. Kiedy upiekła francuską szarlotkę, przez następny dzień nękały ją fragmenty Frère Jacques.

Chciałem spróbować jeszcze jednego lekarstwa: kwatepiny (seroquel), która przynajmniej raz pomogła w leczeniu halucynacji muzycznych19. Chociaż był to tylko jeden potwierdzony przypadek, to jednak skutki uboczne kwatepiny były niewielkie, więc pani C. zgodziła się na niewielką dawkę, nie było jednak żadnych wyraźnych efektów.

Tymczasem pani C. starała się wzbogacić repertuar swoich halucynacji, obawiając się, że jeśli nie podejmie żadnych działań, to już wkrótce będzie atakowana tylko przez trzy czy cztery piosenki. Jedną ze zmian było pojawienie się Ol’ Man River śpiewanego tak wolno, jakby to była parodia. Pani C. nie przypominała sobie, by kiedykolwiek słyszała tę piosenkę w tak karykaturalnym wydaniu, nie tyle więc było to „nagranie z przeszłości”, ile wspomnienie przetworzone w żartobliwy sposób. Pojawił się zatem ślad jakiejś kontroli: teraz nie było to już tylko przeskakiwanie od jednej halucynacji do drugiej, ale także twórcze jej przekształcanie, nawet jeśli dokonywane bezwiednie. A chociaż nie mogła powstrzymać muzyki, to jednak czasami udawało się jej wysiłkiem woli zmieniać jeden fragment na inny. Nie była już tak bezsilna, tak bierna w swej udręce, czuła, że zyskuje odrobinę większą kontrolę. „Ciągle całymi dniami słyszę muzykę — powiedziała — ale albo ona złagodniała, albo ja lepiej daję sobie z nią radę. Nie jestem już taka przygnieciona”.

Pani C. od kilku lat myślała o implancie ślimaka, porzuciła jednak ten zamiar, gdy zaczęły się halucynacje. Tymczasem dowiedziała się, że pewien chirurg z Nowego Jorku dokonał takiego przeszczepu pacjentowi zupełnie ogłuchłemu, a na dodatek cierpiącemu na muzyczne halucynacje. Mężczyzna ten nie tylko zaczął słyszeć, ale pozbył się halucynacji. Pani C. postanowiła także spróbować.

Miesiąc po operacji zaciekawiony zadzwoniłem do pani C., aby się dowiedzieć, jak się teraz miewa. Była zachwycona i bardzo elokwentna. „Czuję się znakomicie. Słyszę dokładnie każde pańskie słowo. To była najlepsza decyzja w moim życiu”.

Zobaczyłem się z nią dwa miesiące po tym, jak implant został aktywowany. Dawniej mówiła głośno i bez żadnej modulacji, teraz, gdy mogła już słyszeć samą siebie, mówiła normalnie, ze wszystkimi tymi odcieniami dźwięków, których kiedyś zupełnie brakowało. Podczas rozmowy mogła się rozglądać po pokoju, podczas gdy wcześniej musiała się koncentrować na mojej twarzy i ustach. Była wyraźnie podniecona wszystkimi tymi zmianami. Na pytanie, jak się czuje, odpowiedziała: „Bardzo, bardzo dobrze. Mogę słyszeć moje wnuczęta, potrafię w telefonie odróżnić głos męski od kobiecego. [...] To gigantyczna różnica”.

Była jednak także i zła strona tej sytuacji: pani C. nie potrafiła już cieszyć się muzyką. Brzmiała chropowato; ponieważ jej implant był stosunkowo nieczuły na wysokość dźwięków, więc nie była w stanie odróżniać interwałów dźwiękowych stanowiących podstawowy element konstrukcyjny muzyki.

Nic się też nie zmieniło z halucynacjami. „Co do mojej „muzyki” — wydaje się, że stymulacja pochodząca od implantu nic nie zmieniła. To moja muzyka; mam w głowie obwód i tak już chyba zostanie do końca”20.

Chociaż pani C. nadal mówiła o halucynacjach jako produktach obcego w niej mechanizmu, jakiegoś „ono”, to jednak inaczej się do niego odnosiła; jak sama powiedziała, stara się wejść z nim w jakieś bardziej przyjazne stosunki.

Dwight Mamlok, kulturalny, siedemdziesięciopięcioletni mężczyzna niesłyszący wysokich tonów, przyszedł do mnie w roku 1999. Opowiedział, że zaczął słyszeć muzykę — bardzo dokładnie, ze wszystkimi szczegółami — dziesięć lat wcześniej podczas lotu z Nowego Jorku do Kalifornii. Wydawało się, że bodźcem stał się dźwięk silników, a sama muzyka była ich przetworzeniem, gdyż istotnie po wylądowaniu znikła. Odtąd zjawisko to towarzyszyło każdej podróży samolotowej. Wydawało mu się to dziwne, intrygujące, czasami dość przyjemne, niekiedy irytujące, ale specjalnie nie zastanawiał się nad całą sprawą.

Kiedy leciał do Kalifornii w lecie 1999 roku, sytuacja zmieniła się dość istotnie, gdyż nawet po opuszczeniu samolotu nadal słyszał muzykę. Trwało to już od trzech miesięcy, gdy przyszedł do mnie po poradę. Wszystko zaczynało się od pomruku, który się później „rozbudowywał” w muzykę zróżnicowaną co do poziomu i najgłoś­niejszą, gdy sam znajdował się w hałaśliwym otoczeniu, na przykład w metrze. Trudno mu było ją znieść — nieustanną, niekontrolowaną, obsesyjną — gdyż stawała się przykrywką wszystkich jego codziennych czynności, a nawet w nich przeszkadzała, w nocy zaś wyrywała go z głębokiego snu, by po kilkunastu sekundach brzmieć już na dobre. Zewnętrzny hałas wzmagał ją wprawdzie, niemniej jednak Dwight Mamlok stwierdził, podobnie jak Sheryl C., że przycicha lub zupełnie znika, kiedy czymś się zajmie: pójdzie na koncert, obejrzy telewizję, wda się w ożywioną rozmowę czy podejmie jakąś inną angażującą czynność.

Spytałem pana Mamloka, jakiego rodzaju jest to muzyka; wykrzyknął z gniewem, że „tonalna” i „jurna”. Zaskoczony spytałem, dlaczego użył właśnie tych przymiotników. Wyjaśnił, że jego żona komponuje muzyką atonalną, on zaś gustuje w Schönbergu i innych mistrzach dodekafonii, aczkolwiek lubi też muzykę klasyczną, a zwłaszcza kameralną. Tyle że muzyka nawiedzająca go w halucynacjach była zupełnie inna. Zaczynała się od niemieckiej kolędy (natychmiast ją zanucił), a także innych kolęd, po których następowały marsze, a zwłaszcza marsze nazistowskie, których nasłuchał się, dorastając w Hamburgu w latach trzydziestych XX wieku. To szczególnie go irytowało jako Żyda żyjącego w ciągłym strachu przed Hitlerjugend, którego bandy ganiały po ulicach, nękając Żydów. Marsze powtarzały się przez jakiś miesiąc (podobnie jak wcześniej kolędy), aby ustąpić miejsca fragmentom V Symfonii Czajkowskiego, która także nie była w jego guście („za głośna... emocjonalna... rapsodyczna”).

Zdecydowaliśmy się na gabapentinę, trzy razy dziennie po trzysta miligramów; halucynacje pana Mamloka znacznie się osłabiły, teraz już nie były spontaniczne, lecz wyzwalane przez jakiś zewnętrzny hałas w rodzaju stukotu maszyny do pisania. „Lekarstwo sprawiło prawdziwy cud — pisał do mnie. — Tak denerwująca muzyka niemal zupełnie zniknęła. [...] Życie bardzo się dzięki temu odmieniło”.

Ale po mniej więcej dwóch miesiącach halucynacyjna muzyka zaczęła się wydobywać spod kontroli gabapentiny i znowu zaatakowała natrętnie, aczkolwiek już nie z taką intensywnością jak przed zażywaniem lekarstwa. (Nie można było mu zwiększyć dawki, gdyż powodowało to apatię).

Pięć lat później pan Mamlok nadal słyszał muzykę w głowie, chociaż jak mówi, nauczył się z nią żyć. Głuchota zrobiła postępy, więc nosi teraz aparat słuchowy, to jednak w niczym nie wpłynęło na halucynacje. Od czasu do czasu przyjmuje gabapentinę, zwłaszcza jeśli znajduje się w jakimś szczególnie hałaśliwym otoczeniu. Zorientował się jednak, że najlepszym lekarstwem jest słuchanie rzeczywistej muzyki, która przynajmniej na chwilę wypiera halucynacje.

John C., wybitny kompozytor bez żadnych objawów głuchoty czy innych kłopotów ze słuchem, zjawił się, gdyż jak powiedział, „ma w głowie iPod”, który gra przede wszystkim melodie popularne w czasach jego dzieciństwa i młodości. Nie lubił tej muzyki, ale dorastając, nie mógł od niej uciec. Cała ta sprawa irytowała go przede wszystkim ze względu na natarczywość melodii. Cichła, kiedy sam słuchał muzyki, czytał czy rozmawiał, ale natychmiast rozbrzmiewała, kiedy nie był niczym zajęty. Mówił sobie „Stop!” (niekiedy na głos) i muzyka znikała na trzydzieści, czterdzieści sekund, by następnie powracać.

John nigdy nie miał wątpliwości, że jego „iPod” jest wewnętrznym „urządzeniem”, dobrze jednak wiedział, że jego działanie wyraźnie się różni od normalnej wyobraźni (intencjonalnej czy nieintencjonalnej), która zawsze mu towarzyszyła, a szczególnie aktywna stawała się w trakcie komponowania: iPod działał samodzielnie, nieprzerwanie i repetycyjnie, co szczególnie przeszkadzało w nocy.

Własne kompozycje Johna są niezwykle skomplikowane muzycznie i intelektualnie, a ich tworzenie zawsze przychodziło mu z trudem, teraz więc zaczynał się lękać, czy za sprawą „iPoda” w mózgu nie zaczął „chodzić na skróty”, podchwytując melodie z przeszłości i splatając je z nowymi ideami muzycznymi. (Nie wydawało mi się to prawdopodobne, gdyż był twórczy przez całe życie, „iPod” zaś nękał go dopiero od sześciu, siedmiu lat).

Rzecz interesująca, że wprawdzie wszystkie halucynacje było początkowo wokalne lub orkiestralne, jednak niemal natychmiast zostawały przetworzone na fortepian, i to nierzadko w innej tonacji. Czuł, że jego ręce „same z siebie” fizycznie grają te transkrypcje. Miał wrażenie, iż dokonują się tutaj dwa procesy: najpierw odtworzenie starych piosenek („przywołanie muzycznego materiału z pamięci”), a potem ich aktywne przetworzenie przez jego mózg kompozytora i pianisty.

Moje zainteresowanie halucynacjami muzycznymi trwa od ponad trzydziestu lat. W roku 1970 moja siedemdziesięciopięcioletnia matka miała niezapomniane przeżycie. Sprawna umysłowo, nadal była praktykującym chirurgiem, nie miała żadnych zakłóceń słuchu, aż zupełnie znienacka zaczęła nieustannie słyszeć w głowie patriotyczne piosenki z czasów wojny burskiej. Całkowicie ją to zdumiało, nie myślała o nich bowiem przez prawie siedemdziesiąt lat i nie pamiętała, by robiły na niej jakiekolwiek wrażenie, a na dodatek słyszała je niezwykle wyraźnie — ona, która z trudem mogła zapamiętać jakąkolwiek melodię. Trwało to kilka tygodni. Matka miała pewną wiedzę neurologiczną, była więc przekonana, iż musi być jakaś fizjologiczna przyczyna tego nagłego pojawienia się dawnych piosenek: niewielki wylew bez żadnych innych symptomów albo może użycie reserpiny na obniżenie ciśnienia krwi.

Coś podobnego przytrafiło się Rose R., jednej z pacjentek opisanych przeze mnie w Przebudzeniach. Zacząłem jej podawać l-dopę w roku 1969, po latach wyprowadzając ją ze stanu „zamrożenia”. Natychmiast zażądała magnetofonu i w ciągu kilku dni nagrała niezliczoną ilość frywolnych piosenek granych na zabawach w latach dwudziestych — w czasach jej młodości. Najbardziej zdumiona tym była ona sama. „To niesłychane — powtarzała — zupełnie tego nie rozumiem. Przez ponad czterdzieści lat w ogóle o nich nie myślałam i nawet przez myśl by mi nie przeszło, że mam je zmagazynowane w pamięci. A teraz słyszę je w głowie na okrągło”. Rose znajdowała się wtedy w stanie neurologicznego ożywienia, a kiedy zmniejszyliśmy dawkę l-dopy, natychmiast przepadły owe młodzieńcze wspomnienia muzyczne i potem nigdy nie była w stanie sobie przypomnieć nawet jednej linijki z piosenek, które tak sprawnie nagrała.

Ani Rose, ani moja matka nie mówiły o „halucynacjach”. Najpewniej natychmiast zorientowały się, że nie ma tu żadnej zewnętrznej przyczyny, ale dla nich były to nie tyle halucynacje, ile niezwykle żywe, zdumiewające, wcześniej niewystępujące muzyczne wspomnienia. I w obu przypadkach było to doświadczenie krótkotrwałe.

Kilka lat później pisałem o moich dwóch pacjentkach z domu opieki, pani O’C. i pani O’M., które miały osobliwe halucynacje muzyczne21. Pani O’M. słyszała, jedną natychmiast po drugiej, trzy pieśni: Easter Parade, The Battle Hymn of the Republic i Good Night, Sweet Jesus.

„Zaczęłam je nienawidzić — oznajmiła. — Były zupełnie jak sąsiad, który w kółko puszcza tę samą płytę”.

Pani O’C., osiemdziesięcioośmiolatce o przytępionym słuchu, przyśniły się kiedyś irlandzkie piosenki, ale kiedy się zbudziła, one rozbrzmiewały nadal tak głośno i wyraźnie, jak gdyby płynęły z radia. Trwało to trzy doby, po czym piosenki zaczęły cichnąć i zanikać, a po kilku tygodniach znikły zupełnie.

Moja opublikowana w roku 1985 opowieść o obu irlandzkich damach spotkała się ze znacznym oddźwiękiem; po przeczytaniu jej wiele osób napisało do „Drogiej Abby”, prowadzącej w gazecie własną rubrykę, że także i one doświadczyły podobnych halucynacji, a z kolei „Abby” poprosiła mnie, abym skomentował te doświadczenia. Uczyniłem to w roku 1986, podkreślając niegroźną, niemającą nic wspólnego z psychozą naturę tego zjawiska. Byłem zdumiony lawiną listów, które otrzymałem. Pisało do mnie mnóstwo ludzi, bardzo szczegółowo opowiadających o swoich halucynacjach, co skłoniło mnie do przypuszczenia, że zjawisko to jest znacznie częstsze, niż sądziłem i niż przyjmuje się w profesji lekarskiej. Przez dwadzieścia następnych lat ciągle otrzymywałem wiele listów na ten temat i spotkałem się z licznymi tego typu przypadkami u moich pacjentów.

 

Już w roku 1894 W.S. Colman opublikował w „British Medical Journal” artykuł o halucynacjach połączonych z zaburzeniami organów zmysłowych, a chociaż pojawiło się jeszcze kilka takich publikacji, to przecież halucynacje muzyczne uważano za rzadkie i aż do roku 1975 zjawisku temu nie poświęcano systematycznej uwagi22.

W latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych ubiegłego wieku Wilfred Penfield i jego koledzy z Montreal Neurological Institute zasłynęli publikacjami o pacjentach z epilepsją płatów skroniowych, którzy upor­czywie słyszą stare piosenki czy melodie (były to jednak piosenki paroksyczne, często połączone z halucynacjami wzrokowymi i innymi). Wielu neurologów z mego pokolenia było pod wielkim wrażeniem publikacji Penfielda, a kiedy sam pisałem o przypadku pań O’C. i O’M., ich złudzenia muzyczne gotowy byłem przypisać skłonnościom epileptycznym.

Ale potok listów, jaki zalał mnie w roku 1986, kazał podejrzewać, że epilepsja płatów skroniowych jest tylko jedną i to wcale nie najczęstszą z przyczyn halucynacji muzycznych.

Bardzo wiele elementów może czynić kogoś podatnym na halucynacje muzyczne, ale pewne składowe pozostają niezmienne. Niezależnie od tego, czy czynnik inicjujący ma charakter peryferyjny (zakłócenia słuchu) czy centralny (epilepsja albo wylew), wydaje się, że jest pewien wspólny dla wszystkich przypadków mechanizm mózgowy. Większość moich pacjentów i korespondentów podkreśla, że „słyszana” przez nich muzyka zdaje się mieć zewnętrzne źródło — radio, telewizja czy magnetofon sąsiadów, orkiestra na ulicy czy cokolwiek innego — i dopiero kiedy to nie daje się zidentyfikować, muszą uznać, iż jest produkowana przez ich własny mózg. Nie mówią, że „wyobrażają sobie” muzykę, lecz że w ich mózgu zostaje uruchomiony dziwny, autonomiczny mechanizm. Używają takich określeń jak uruchomione w ich mózgu „taśmy”, „obwody”, „radia” czy „płyty”; jedna z moich korespondentek użyła określenia „szafa grająca w mózgu”.

Halucynacje potrafią bywać niezwykle intensywne („To problem tak wielki, że demoluje moje życie”, czytam w jednym z listów), ale wielu z moich korespondentów mówi o nich z oporami, gdyż obawiają się uznania za szaleńców. „Nigdy nikomu o tym nie mówiłem, bo ludzie pomyśleliby sobie nie wiadomo co”, to słowa z innego listu, a autorka jeszcze innego pisze: „Nikomu o tym nie opowiadam, bo boję się, że zamkną mnie w szpitalu dla wariatów”23. Ci z kolei, którzy nie boją się mówić o swej przypadłości, nie lubią używać terminu „halucynacje”, stwierdzając, że łatwiej im przystać na to zjawisko, kiedy zostaje opatrzone inną nazwą.

Chociaż jednak halucynacje muzyczne mają pewne cechy wspólne — pozorna zewnętrzność źródła, nieustanność, charakter fragmentaryczny i repetycyjny, nieintencjonalność oraz natarczywość — w szczegółach potrafią być bardzo odmienne, podobnie jak w kwestii roli, jaką odgrywają w życiu dotkniętych nimi ludzi. Dla niektórych stają się ważne i cenne, wchodząc w skład osobistego repertuaru muzycznego, dla innych pozostają czymś obcym, fragmentarycznym, nieistotnym. Świadomie czy nieświadomie, każdy znajduje własną odpowiedź na tych umysłowych intruzów.

Gordon B., siedemdziesięciodziewięcioletni zawodowy skrzypek australijski, który w dzieciństwie uszkodził sobie bębenek w prawym uchu, a potem na skutek świnki w okresie dojrzewania stopniowo tracił słuch, tak opisywał mi swoje halucynacje muzyczne:

Około 1980 roku dostrzegłem u siebie pierwsze objawy szumów usznych; na początek był to nieprzerwany wysoki dźwięk, f naturalne. Przez następne lata dźwięk zmieniał kilkakrotnie barwę, stając się coraz bardziej kłopotliwy. W tym czasie bardzo już słabo słyszałem na prawe ucho, które poważnie zniekształcało też dźwięki. W listopadzie 2001 roku jechałem dwie godziny koleją i nagle straszliwie zaczął mi rozbrzmiewać w głowie silnik dieslowski, co trwało jeszcze kilka godzin po podróży, a przez następne tygodnie wielokrotnie powracało24.

„Nazajutrz — napisał — miejsce zgrzytów zajęły dźwięki muzyki, które nie odstępowały mnie przez całą dobę, jak niekończąca się płyta kompaktowa. Natomiast wszystkie inne dźwięki — zgrzyty, szumy — znikły”25.

Większość owych halucynacji to „muzyczna tapeta, bezsensowne frazy i wzorce”, ale niekiedy ich podstawą staje się muzyka, nad którą Gordon właśnie pracuje, one twórczo ją przetwarzają: przygotowywane przez niego skrzypcowe solo Bacha „odgrywane jest przez znakomitą orkiestrę, a potem zaczynają się wariacje na jego temat”. Jego muzyczne halucynacje, jak podkreśla Gordon, „są bardzo zróżnicowane co do nastroju i emocji [...] wzorzec rytmiczny wyraźnie zależy od aktualnego stanu mojego ducha [...], kiedy jestem odprężony, jest bardzo delikatny i dyskretny [...]. W trakcie dnia halucynacje potężnieją i nabierają gwałtowności, a wtedy częstą ich podstawą jest stały rytm tympanu”.

Oddziaływać na nie mogą źródła pozamuzyczne. „Ilekroć koszę trawnik, pojawia się w mojej głowie motyw, który słyszę tylko w trakcie tej czynności. [...] Najwyraźniej dźwięk kosiarki pobudza mój mózg do wyboru tej właśnie kompozycji”. Niekiedy samo przeczytanie tytułu piosenki sprawia, iż pojawia się jej halucynacja.

W innym liście donosił: „Mój mózg produkuje wzorce, które trwają całymi godzinami, także kiedy sam gram na skrzypcach”. Ta uwaga bardzo mnie zaintrygowała, wskazywała bowiem na to, że dwa zupełnie odmienne procesy — świadome granie muzyki oraz autonomiczna muzyczna halucynacja — mogą się dokonywać jednocześnie. Jest to prawdziwy triumf woli i koncentracji, że w tych warunkach Gordon potrafi dalej grać, a nawet koncertować, i to tak dobrze, że — jak pisze — „nawet moja grająca na altówce żona nie wie, iż mam jakieś problemy. [...] Niewykluczone, że koncentracja na granej muzyce tłumi halucynacje”. W momentach jednak, gdy Gordon jest mniej aktywny, na przykład podczas słuchania koncertu, stwierdza, „że muzyka w mojej głowie jest równie głośna jak ta, która dochodzi ze sceny. Dlatego musiałem zrezygnować z chodzenia na koncerty”.

Podobnie jak inne osoby dotknięte tą przypadłością, także i on stwierdził, że chociaż nie może powstrzymać halucynacji, to jednak może je odmienić.

Muzykę w swej głowie mogę zmieniać na życzenie, po prostu skupiając się na temacie innej muzycznej kompozycji; wtedy przez parę chwil kilka tematów biegnie jednocześnie, aż wreszcie zwycięża ten przeze mnie wybrany.

Takie halucynacyjne odegrania „są zawsze doskonałe, jeśli chodzi o dokładność i jakość dźwięku, i nigdy nie psują ich zniekształcenia, które powoduje moje ucho”26.

Usiłując sobie jakoś wyjaśnić zjawisko halucynacji, Gordon pisał, że przed koncertem zwykł „ćwiczyć w myślach” fragment, nad którym właśnie pracował, sprawdzając, czy można znaleźć jakieś lepsze ułożenie palców lub pociągnięcie smyczkiem, zastanawia się więc, czy to wyobrażanie sobie różnych wykonań tego samego utworu nie może być przyczyną późniejszego powtarzania się muzyki w kółko, czy ta jego „obsesja” myślowych wariacji nie uczyniła go podatnym na halucynacje. Tak czy inaczej, różnica między nimi jest dla niego bardzo wyraźna.