Muzykofilia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W przypadku doktora Cicorii nie chodziło jednak wyłącznie o doświadczenie pozostawania poza ciałem. Widział niebieskawe światło, widział swoje dzieci, przed oczyma stanęło mu całe życie, miał poczucie ekstazy, a nade wszystko tego, że dzieje się coś transcendentnego, niezwykle ważnego. Jaka może być tego podstawa neurologiczna? O podobnych doświadczeniach na krawędzi śmierci często opowiadają osoby, które znalazły się — przynajmniej w swoim mniemaniu — w wielkim niebezpieczeństwie: czy był to nagły wypadek, uderzenie pioruna, czy dość często atak serca. We wszystkich tych sytuacjach mamy do czynienia nie tylko ze strachem, ale także z gwałtownym skokiem ciśnienia krwi i napływem krwi do mózgu (z kolei jeśli jest to atak serca, mózg nie jest odpowiednio dotleniony). Towarzyszą temu silne emocje, a więc i podwyższenie poziomu noradrenaliny oraz innych neuroprzekaźników, niezależnie od tego, czy chodzi o strach, czy uniesienie. Jak dotąd niewiele wiemy o neurologicznych korelatach takich doświadczeń, ponieważ jednak są to bardzo głębokie zmiany świadomości i emocji, muszą w nich uczestniczyć emocjonalne obszary mózgu: jądro migdałowate, jądro pnia mózgu oraz kora2. O ile doświadczenia oddzielenia od ciała mają charakter percepcyjnych iluzji (aczkolwiek złożonych i bardzo swoistych), o tyle doświadczenia z pogranicza śmieci mają wszystkie cechy przeżyć mistycznych, zgodnie z definicją Williama Jamesa: są pasywne, nieodparte, mają charakter transcendentny i noetyczny. Doświadczenie jest wszechogarniające; przeżywająca je osoba zostaje wchłonięta w strumień światła i wyniesiona gdzieś Poza: poza życie, przestrzeń i czas. Dokonuje się pożegnanie — ostatnie spojrzenie na rzeczy ziemskie: miejsca, ludzi i zdarzenia, czemu towarzyszy ekstaza i poczucie lotu ku swemu przeznaczeniu, symboliczny archetyp śmierci i przeistoczenia. Ci, którzy tego zaznali, nie potrafią zdeprecjonować tych doświadczeń, często prowadzących do przemiany w całym dotychczasowym życiu i jego celach. Podobnie jak w przypadku oddzielenia od ciała, także i tutaj trudno przypuszczać, że to tylko fantazje — we wszystkich sprawozdaniach pojawiają się te same lub bardzo podobne cechy. Przeżycia na granicy śmierci muszą również mieć neurologiczną podstawę, która głęboko odmienia całą świadomość.

A co z nagłą przemianą doktora Cicorii w stosunku do muzyki, z jego muzykofilią? U pacjentów z uszkodzonymi przednimi partiami mózgu, cierpiących na tak zwane otępienie czołowo-skroniowe, często pojawiają się lub zanikają talenty i zainteresowania muzyczne, podobnie jak zdolności abstrakcyjne i językowe, najwyraźniej jednak nie był to przypadek doktora Cicorii, który niczego nie utracił ze swego wykształcenia i kompetencji zawodowych. W roku 1984 Daniel Jacome opisał wprawdzie przypadek pacjenta, któremu wylew sparaliżował lewą półkulę mózgową, powodując „hipermuzję” i „muzykofilię”, ale także afazję i inne poważne problemy, nic jednak nie wskazuje na to, by Tony Cicoria doznał jakichkolwiek istotnych uszkodzeń mózgu, bo trudno tak ocenić pewne kłopoty z pamięcią przez tydzień czy dwa po porażeniu piorunem.

Jego historia przypomina mi trochę Franca Magnaniego, „artystę pamięci”, o którym pisałem gdzie indziej3. Przez całe życie nigdy nie przypuszczał, że zostanie malarzem, aż w wieku trzydziestu jeden lat poważnie zachorował (niewykluczone, iż była to padaczka skroniowa). W nocy śniło mu się Pontito, mała toskańska wioska, w której się urodził, ale po przebudzeniu obrazy pozostawały żywe i intensywne („jak hologramy”). Czuł gwałtowną potrzebę ich utrwalenia, dlatego też nauczył się malować i każdą wolną chwilę poświęcał na tworzenie setek pejzaży Pontito.

Czy muzyczne stany doktora Cicorii, jego muzyczne natchnienie mogło mieć charakter epileptyczny? Odpowiedź na to pytanie wymaga o wiele większej liczby systematycznych badań EEG niż te, którym został poddany po wypadku.

I dlaczego muzykofilia pojawiła się u niego z takim opóźnieniem? Co działo się przez sześć czy siedem tygodni, które upłynęły między atakiem serca a nagłym przypływem muzykalności? Wiemy, że były doraźne następstwa porażenia piorunem: przez kilka godzin utrzymywał się stan niepewności, przez parę tygodni trwały kłopoty z pamięcią. Przyczyną mogło być prostu niedotlenienie kory mózgowej — z całą pewnością bowiem przez jakąś minutę jego mózg nie otrzymywał odpowiedniej ilości tlenu. Można podejrzewać, że po kilku tygodniach skutki te nie minęły tak całkowicie, jak się wydawało, a mózg potrzebował pewnego czasu, aby przeorganizować swoją działalność w odpowiedzi na owe ukryte zmiany.

Dzisiaj doktor Cicoria uważa się za „zupełnie inną osobę”, odmienioną w sensie muzycznym, emocjonalnym, psychicznym i duchowym. Takie też było i moje wrażenie, gdy słuchając jego opowieści, mogłem poczuć coś z jego nowych pasji. Z neurologicznego punktu widzenia sądzę, że jego mózg jest dziś zupełnie inny niż przed wypadkiem i w czasie, który nastąpił bezpośrednio po nim, gdy badania neurologiczne nie wykazały żadnych poważnych odchyleń. Czy teraz, po kilkunastu latach, potrafimy określić neurologiczną podstawę jego muzykofilii? Po roku 1994, gdy uległ wypadkowi, pojawiło się wiele nowych, o wiele subtelniejszych metod badania mózgu. Zgodził się, że byłoby interesujące dowiedzieć się czegoś więcej, ale po chwili zmienił zdanie: lepiej niech wszystko zostanie po staremu. Miał wypadek, który okazał się zrządzeniem losu, muzyka, jakkolwiek się na nią otworzył, była prawdziwym błogosławieństwem, łaską, której nie należy drobiazgowo sondować.

Postscriptum

Od chwili gdy po raz pierwszy opisałem historię doktora Cicorii, otrzymałem wiele listów od osób, które nie zostały porażone piorunem ani nie znalazły się w żadnej niezwykłej sytuacji fizycznej czy psychicznej, a przecież — często ku wielkiemu swemu zdumieniu, w wieku lat czterdziestu, pięćdziesięciu czy nawet osiemdziesięciu — nagle zyskiwały wielkie zainteresowania muzyczne czy plastyczne.

Jedna z moich korespondentek, Grace M., pisze, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat nagle stała się niezwykle muzykalna. Wkrótce po powrocie z wakacji w Izraelu i Jordanii zaczęła słyszeć w głowie fragmenty piosenek. Usiłowała je utrwalić w postaci „kresek na papierze”, gdyż nie znała zasad notacji muzycznej. Teraz, trzy lata później, udało jej się zapisać ponad trzy tysiące fragmentów, z których potrafi ułożyć do czterech piosenek miesięcznie. Grace zauważa, że o ile zawsze towarzyszyły jej fragmenty popularnych utworów, o tyle dopiero po owym urlopie zaczęła słyszeć niemal wyłącznie włas­ne piosenki.

„Nigdy nie miałam żadnych talentów muzycznych, a i ucho mam nie najlepsze” — pisze. Właśnie dlatego nie może wyjść ze zdumienia, że ktoś taki jak ona, pozbawiony wszelkich muzycznych pasji, nagle zostaje zalany piosenkami i ich fragmentami. Dość nieśmiało pokazała swoje utwory innym osobom, między innymi profesjonalnym muzykom, i zyskała całkiem pochlebne opinie. „Ani o czymś takim nie marzyłam, ani się tego nie spodziewałam. Ja jako kompozytorka piosenek? [...] Bez żadnych muzycznych uzdolnień? Równie dobrze mogłabym sobie wyobrazić, że zostanę supermodelką”.

Nie mogła odgadnąć żadnych konkretnych powodów takiej zmiany. „W przeciwieństwie do doktora Cicorii — pisała — nie zostałam porażona piorunem, nie miałam żadnego wypadku, nie byłam ranna. Nigdy nie byłam na tyle chora, aby iść do szpitala, nie przypuszczam, bym miała padaczkę skroniową czy otępienie czołowo-skroniowe”. Zastanawia się natomiast, czy nie chodziło o jakiś silny impuls psychiczny, swego rodzaju „odblokowanie” podczas podróży do Izraela i Jordanii. W trakcie tej podróży — bardzo ważnej dla niej jako osoby głęboko religijnej — nie przeżyła żadnych objawień czy wizji. (Nie ma poczucia, że nawiedziła ją jakaś misja szerzenia muzyki; jest dość wstrzemięźliwa w stosunku do swej nowej pasji. „Nie mam żadnych zamiłowań scenicznych, nie lubię się afiszować, tak że czuję się tym wszystkim dość skrępowana”).

Inna korespondentka, Eliza Bussey, także po pięćdziesiątce, pisze:

Cztery lata temu — właśnie ukończyłam pięćdziesiąty rok życia — przechodziłam obok sklepu muzycznego i zobaczyłam na wystawie harfę celtycką. Dwie godziny później wychodziłam z instrumentem kosztującym dwa tysiące dolarów. To zupełnie odmieniło moje życie. Teraz bez reszty koncentruję się na muzyce i muzycznej literaturze. Cztery lata temu nie potrafiłam czytać nut, dzisiaj jestem w klasie harfy klasycznej Peabody Conservatory w Baltimore. Aby nie opuścić czwartkowych i piątkowych zajęć, pełniłam dyżury dwunastogodzinne w news­roomie, podając medyczne informacje z wojny w Iraku. Dziennie ćwiczę dwie do trzech godzin (ach, gdybym mogła więcej!) i nie jestem w stanie opisać radości, jakiej zaznałam pod koniec życia. Kiedy nauczyciel dał mi do grania passacaglia Haendla, czułam, jak mózg i palce starają się wytworzyć nowe synapsy.

„Chciałabym się poddać teraz rezonansowi magnetycznemu — dodała. — Wiem, że mój mózg musiał się dramatycznie odmienić”.

2. Dziwnie znajome uczucie: muzyczne napady

Jon S., krzepki czterdziestopięcioletni mężczyzna, cieszył się znakomitym zdrowiem aż do stycznia 2006 roku. Tydzień właśnie się zaczynał; w poniedziałkowy poranek wstał od biurka, aby wziąć coś z magazynu, a kiedy do niego wszedł, znienacka posłyszał muzykę: „klasyczną, melodyjną, bardzo przyjemną, łagodną, jakoś dziwnie znajomą... Jakiś utwór smyczkowy, pojedyncze skrzypce”.

„Skąd u diabła ta muzyka?”, pomyślał. Na półce stał jakiś elektryczny sprzęt, z gałkami, ale bez głośników. Stropiony, w stanie, jak to później określił, „niejasnego podniecenia”, przekręcił gałki, aby wyłączyć muzykę. „I wtedy zemdlałem”. Kolega znalazł S. „bezwładnego i nie reagującego na potrząśnięcia, ale bez żadnych konwulsji”.

 

Następne wspomnienie S. to nachylający się nad nim pracownik pogotowia, który o coś go pytał. Nie pamiętał, jaka jest data, ale wiedział, jak się nazywa. Zabrano go do miejscowego szpitala na oddział nagłych wypadków, gdzie nastąpiło kolejne dziwne zdarzenie. „Leżałem w łóżku, badał mnie lekarz, za nim stała moja żona i znowu posłyszałem tę muzykę. Ale ledwie zdążyłem bąknąć: »O, znowu!«, straciłem przytomność”.

Zbudził się w innej sali, miał pogryziony język i policzki, a także silny ból w nogach. „Powiedzieli, że miałem atak epilepsji, z konwulsjami, wszystko rozegrało się o wiele szybciej niż za pierwszym razem”.

Przeprowadzono badania, podano leki antyepileptyczne, aby uchronić S. przed następnymi atakami. Kolejne badania nie wykazały żadnych anomalii, co nie jest rzadkie przy epilepsji skroniowej. Analizy nie ujawniły żadnych poważnych uszkodzeń mózgu, aczkolwiek sam S. oznajmił, że w wieku piętnastu lat miał poważny wypadek (być może wstrząs mózgu), który mógł pozostawić jakieś ślady w płatach skroniowych.

Spytałem o muzykę, którą słyszał tuż przed atakami; usiłował ją zanucić, ale nie potrafił, nigdy bowiem nie umiał zaśpiewać nawet dobrze znanych utworów. Powiedział, że nie jest zbyt muzykalny, a melodia, jaką słyszał przed atakami, nie była w ogóle w jego guście: „taka jakaś piskliwa, jakby kocia”. Najczęściej słuchał muzyki pop, ta jednak melodia była dziwnie znajoma. Może zapamiętał ją jeszcze z czasów dzieciństwa?

„Jeśli usłyszy pan kiedyś ten utwór, na przykład w radiu, niech pan zapamięta, co to takiego, i mi powie”, poprosiłem. Pan S. obiecał, że będzie na to zwracał uwagę, ale jednocześnie zastanawiał się, czy to tylko złudzenie, iż znał tę muzykę, czy też może rzeczywiste przypomnienie. Było w niej coś nieuchwytnie pociągającego, jak w tonach słyszanych we śnie.

Na tym skończyliśmy i rozstaliśmy się. Jestem ciekaw, czy kiedyś pan S. zadzwoni do mnie podekscytowany z informacją: „Właśnie słyszałem w radiu! To suita skrzypcowa Bacha!”, czy też że była to tylko jakaś mniej czy bardziej przypadkowa konstrukcja, której nigdy nie zidentyfikuje, chociaż wydaje mu się dziwnie znajoma.

Hughlings Jackson w latach siedemdziesiątych XIX wie­ku pisał, że poczucie znajomości jakiejś sytuacji czy chwili często poprzedza atak padaczki skroniowej. Mówił w tym kontekście o „stanach jak ze snu”, „déjà vu”, podkreślając, że mogą one nie mieć żadnej określonej treści. Chociaż niektórzy ludzie w trakcie napadu tracą przytomność, inni są świadomi swego otoczenia, ale towarzyszą temu dziwne odczucia, wizje, zapachy — lub muzyka. Hughlings nazywał to „podwojoną świadomością”.

U Erica Markowitza, młodego muzyka i nauczyciela muzyki, w lewym płacie skroniowym rozwinął się gwiaździak, stosunkowo mało złośliwy guz, którego usunięto mu w roku 1993. Odnowił się dziesięć lat później, teraz jednak uznano, że nie warto ryzykować operacji ze względu na bliskość ośrodków mowy w płacie skroniowym. Wraz z tym, jak guz się powiększał, u Erica pojawiały się napady, podczas których nie tracił świadomości, lecz jak to opisywał: „na jakieś dwie minuty eksplodowała mi w głowie muzyka. Kocham muzykę, wokół niej zorganizowałem swoje życie, może więc zakrawać na ironię, że stała się moim udręczeniem”. Eric podkreślał, że ataki nie są powodowane przez muzykę, natomiast stanowi ona istotny ich składnik. Podobnie jak u Jona S., owe halucynacje muzyczne wydają się bardzo realne i jakoś upiornie znajome.

Wprawdzie nie jestem w stanie dokładnie określić, jaką melodię czy melodie słyszę podczas tych dźwiękowych napadów, wiem tyle, iż wydają mi się dziwnie znajome, tak znajome, że czasami nie jestem pewien, czy dźwięki płyną z niedalekiego stereo, czy rozbrzmiewają tylko w moim mózgu. Kiedy nauczyłem się rozpoznawać te osobliwie znajome stany, a zarazem zrozumiałem, że to ataki skroniowej padaczki, nie usiłuję identyfikować tej muzyki, chociaż gdybym zaczął ją uważnie studiować, być może potrafiłbym to zrobić... ale zapewne podświadomie lękam się, że jeśli poświęcę jej zbyt wiele uwagi, już od niej nie ucieknę — jak z ruchomych piasków lub hipnozy.

Chociaż Eric (w przeciwieństwie do Jona S.) jest bardzo umuzykalniony, ma znakomitą pamięć muzyczną oraz wyborny słuch i chociaż przeżył już kilkanaście ataków, to przecież podobnie jak Jon, nie jest w stanie rozpoznać nawiedzającej go muzyki (a przynamniej bez niebezpiecznego pogrążania się w niej)4.

W tych stanach „dziwnie znajomego nieporządku”, który jest niezbywalnym elementem ataku, Ericowi trudno jest myśleć normalnie. Jego żona i przyjaciele potrafią rozpoznać jego „niezwykły wyraz twarzy”. Kiedy napad przydarza mu się w pracy, zazwyczaj potrafi to tak ukryć, że uczniowie nie spostrzegają, iż coś się wydarzyło.

Jest wielka różnica, podkreśla Eric, między jego normalną wyobraźnią muzyczną a tą, która staje się jego udziałem podczas napadów. „Jako autor piosenek dobrze wiem, jak to jest, że melodia i słowa pojawiają się znikąd, co jednak jest wyraźnie intencjonalne. Siedzę z gitarą w swojej pracowni na poddaszu i staram się ułożyć piosenkę. Tymczasem podczas ataków wygląda to zupełnie inaczej”.

Powtarza, że ta epileptyczna muzyka — z jednej strony oderwana od kontekstu i bezsensowna, z drugiej dziwnie znana — rzucała na niego urok budzący lęk, niemal grozę, gdyż chciała wciągać go coraz bardziej i bardziej. Teraz jednak stany te potrafią być także twórczo stymulujące i w swoich normalnych utworach stara się przynajmniej zasugerować tę ich tajemniczą, a zarazem dziwnie swojską aurę.

3. Strach przed muzyką: muzykogenna epilepsja

Macdonald Critchley, znakomity obserwator niezwykłych symptomów neurologicznych, opisał w roku 1937 jedenastu swoich pacjentów, u których ataki epilepsji wyzwalała muzyka, a także poszukał w literaturze podobnych przypadków. Zatytułował swój pionierski artykuł Muzykogenna epilepsja, aczkolwiek wyznał, że z większą chęcią użyłby bardziej zwięzłej nazwy: „muzykolepsja”.

Niektóre z tych osób były muzykalne, inne nie. Muzyka prowadząca do ataków była różna u różnych osób. Jeden pacjent mówił o muzyce klasycznej, inny — o „staromodnej”, którą gdzieś zasłyszał, u trzeciego „najgroźniejszy w muzyce był starannie akcentowany rytm”. Jedna z moich korespondentek reagowała atakami tylko na „współczesną, dysonansową muzykę”, nigdy na klasyczną czy romantyczną (na nieszczęście jej mąż był fascynatem „współczesnej, dysonansowej muzyki”). Critchley wskazywał na to, że niektórzy z pacjentów reagowali jedynie na określone instrumenty czy dźwięki. Na jednego pacjenta fatalnie działały tylko „niskie tony blaszanych instrumentów dętych”. Był radiooperatorem na dużym transatlantyku i nieustannie przyprawiały go o konwulsje dźwięki orkiestry; musiał zatrudnić się na mniejszym statku, gdzie nie było żadnego zespołu muzycznego. (Na jednego z moich pacjentów z muzykogenicznymi atakami działały tylko określone dźwięki. Bardzo istotna jest wysokość: gis niebezpieczne w jednej tonacji może być zupełnie nieszkodliwe w tonacji wyższej lub niższej. Jest ponadto bardzo wrażliwy na barwę dźwięku — bardziej prawdopodobne, że atak nastąpi, kiedy się szarpnie strunę gitarową, niż kiedy się po niej przeciągnie). Niektórzy z pacjentów Critchleya reagują tylko na konkretne melodie czy piosenki.

Najbardziej uderzający był przypadek dziewiętnastowiecznego krytyka muzycznego Nikonowa, który po raz pierwszy dostał ataku podczas przedstawienia opery Meyerbeera Prorok. Potem stawał się coraz bardziej wyczulony na muzykę, aż wreszcie konwulsjami reagował na wszystkie, nawet najłagodniejsze melodie. („Najgorsze ze wszystkiego — pisze Critchley — było tak zwane »tło muzyczne« Wagnera, stanowiące nieprzerwany potok dźwięków”). I tak pomimo całej wiedzy o muzyce i zamiłowania do niej Nikonow musiał zmienić zawód i w ogóle unikać jakichkolwiek kontaktów z muzyką. Kiedy słyszał na ulicy orkiestrę dętą, zatykał uszy i chronił się za najbliższymi drzwiami. Nabawił się prawdziwej fobii, strachu przed muzyką i tak właśnie — „Lęk przed muzyką” — zatytułował opowieść o swoim przypadku5.

Kilka lat wcześniej Critchley opublikował artykuł o atakach wywoływanych przez dźwięki niemuzyczne, najczęściej monotonne jak woda gotująca się w czajniku, lecący samolot albo maszyna pracująca w warsztacie. Sugerował, że w jednych przypadkach epilepsji muzykogennej najważniejsza jest jakość dźwięku (jak u radiooperatora nieznoszącego basowych tonów instrumentów blaszanych), a w innych istotniejsze jest emocjonalne oddziaływanie muzyki i najpewniej wiążące się z nią skojarzenia6.

Bardzo różne są też postacie ataków powodowanych przez muzykę. Niektórzy chorzy dostają drgawek, tracą przytomność, gryzą język i nie można nawiązać z nimi kontaktu, u innych są to tylko krótkie chwile „nieobecności”, których znajomi mogą nawet nie zauważyć. Inni mają złożoną padaczkę skroniową, jak w przypadku jednego z pacjentów Critchleya, który mówił: „Mam wrażenie, że to znowu ta sama sytuacja: idę przez scenę, na której tańczą ludzie, zdaje się, że jestem na statku. Nie potrafię tego związać z żadnym rzeczywistym miejscem czy zdarzeniem”.

Epilepsję muzykogenną zazwyczaj uważa się za rzadką, chociaż Critchley podejrzewa, iż może do niej dochodzić dość często7. Może być wielu ludzi, sugerował, którzy słysząc muzykę, czują się nieswojo, doznają na przykład lęku, wtedy jednak natychmiast wyłączają muzykę czy zatykają uszy i nie dopuszczają do rozwinięcia się ataku. Takie poronione postacie — formes frustes — muzycznej epilepsji mogą być dość częste. (Żywię podobne podejrzenie, a sądzę, że są również podobne formy fotoepilepsji, przy której błysk światła czy jego migotanie mogą powodować nieprzyjemne wrażenia, które jednak nie rozwijają się w atak).

Pracując w klinice epileptycznej, widziałem pewną liczbę pacjentów, u których ataki padaczki albo powodowała muzyka, albo też specyficzna muzyczna aura je poprzedzała (niekiedy oba symptomy występowały razem)8. Pacjenci obu typów mają epilepsję skroniową i u większości z nich EEG albo tomografia komputerowa ujawniły odkształcenia płatów skroniowych.

W ostatnim czasie leczyłem G.G., młodego człowieka, który cieszył się dobrym zdrowiem aż do czerwca 2005 roku, gdy doznał silnego ataku opryszczkowego zapalenia mózgu: po wysokiej gorączce przyszły konwulsje, a następnie koma i poważna amnezja. Po roku problemy z pamięcią ustąpiły, ale G.G. łatwo teraz dostawał ataków, niekiedy toniczno-klonicznych, znacznie częściej jednak złożonych napadów częściowych. Z początku dochodziło do nich „spontanicznie”, ale po kilku tygodniach zaczęły występować tylko w następstwie specyficznych dźwięków — „nagłych i silnych jak syrena karetki” — oraz muzyki. Wraz z tym u G.G. pojawiła się wielka wrażliwość na dźwięki, dzięki której mógł wychwytywać te, które dla innych osób są zbyt słabe czy odległe. Bardzo go to cieszy, ma wrażenie, że jego świat dźwiękowy „się poszerzył i stał się bardziej żywy”, chociaż jednocześnie zastanawia się, czy nie pozostaje to w związku z jego epileptycznym teraz uczuleniem na muzykę i dźwięki.

Ataki może u niego powodować najróżniejsza muzyka: od rocka po klasyczną (kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem, wygrywał na telefonie komórkowym arię Verdiego, co pół minuty później spowodowało złożony napad częściowy). Powiada, że najbardziej „prowokująca” jest muzyka „romantyczna”, a zwłaszcza piosenki Franka Sinatry („Coś głęboko we mnie poruszają”), muzyka „pełna emocji i nostalgicznych skojarzeń”, którą poznał w dzieciństwie czy wczesnej młodości. Nie musi być głośna, aby spowodować atak, ale szczególnie niebezpieczne są dla niego miejsca hałaśliwe, pełne muzyki, dlatego też większość czasu chodzi z zatyczkami w uszach.

Ataki albo rozpoczynają się od stanu intensywnego, mimowolnego, czasami wręcz jakby wymuszonego uważnego nasłuchiwania albo też są takim stanem poprzedzane. Muzyka staje się wtedy coraz bardziej intensywna, wzbiera, zagarnia G.G., aż nadchodzi chwila, gdy nie jest już w stanie niczego powstrzymać, wyłączyć muzyki ani od niej uciec. Nie ma wtedy świadomości, niczego sobie potem nie przypomina, aczkolwiek występują charakterystyczne automatyzmy epileptyczne, jak łapanie oddechu i oblizywanie warg.

U G.G. muzyka nie tylko wywołuje ataki, ale także stanowi ich istotny składnik, rozszerzając się — jak można sądzić — ze swego pierwotnego umiejscowienia percepcyjnego na inne systemy płatów skroniowych, a niekiedy i na korę ruchową, a wtedy dochodzi do pełnych ataków. Wydaje się, że prowokacyjna muzyka sama doznaje przekształcenia i z totalnego doświadczenia psychicznego przemienia się w padaczkowy atak.

Inna z pacjentek, Silvia N., zjawiła się u mnie pod koniec 2005 roku. Napady pojawiły się u niej po trzydziestce. Niekiedy przybierały poważną postać z konwulsjami i całkowitą utratą przytomności, niekiedy były bardziej złożone i dochodziło przy nich do rozdwojenia świadomości. Czasami napady pojawiały się spontanicznie lub z racji stresu, najczęściej jednak były reakcją na muzykę. Pewnego dnia znaleziono panią N. na podłodze bez przytomności i w konwulsjach. Ostatnim jej wspomnieniem było słuchanie z płyty kompaktowej ulubionych piosenek neapolitańskich. Zrazu nie zwróciła na to uwagi, kiedy jednak niedługo potem znowu uległa atakowi także podczas słuchania neapolitańskiej muzyki, zaczęła się zastanawiać, czy nie ma tu jakiegoś związku. Odtąd uważnie siebie obserwowała i stwierdziła, że słuchanie takich piosenek czy to na żywo, czy z płyt teraz już za każdym razem wywołuje specyficzne uczucie, po którym następuje atak. Takiego efektu nie powodowała żadna inna muzyka.

 

Uwielbiała piosenki neapolitańskie, gdyż przypominały jej dzieciństwo. („W mojej rodzinie zawsze była obecna ta stara muzyka, jakby trzymała ją razem”). Utwory te były dla niej „bardzo romantyczne, emocjonalne... pełne głębokiego sensu”. Kiedy jednak teraz powodowały ataki, zaczęła się ich bać. Szczególnie niebezpieczne stały się śluby osób z dużych sycylijskich rodzin, przy tej okazji bowiem, jak przy wszystkich dużych uroczystościach rodzinnych, zawsze grano takie utwory. „Kiedy zaczynała grać orkiestra — mówi pani N. — musiałam natychmiast uciekać. Miałam na to pół minuty, nie więcej”.

Niekiedy reakcją na taką muzykę były głębokie ataki, najczęściej jednak dochodziło do dziwnego zmieszania czasu i świadomości, w którym przypominała sobie siebie jako nastolatkę (niekiedy były to jednoznaczne wspomnienia, innym razem oczywiste fantazje). Porównywała te stany do marzeń sennych, z których po jakimś czasie się „budziła” — była świadoma tego, co się dzieje, aczkolwiek na nic nie miała wpływu. Słyszała na przykład, co mówią ludzie dookoła, ale nie mogła nic odpowiedzieć, był to więc ten stan podwojonej świadomości, który Hugh­lings Jackson nazwał „diplopią umysłową”. Chociaż większość tych skomplikowanych ataków dotyczyła przeszłości, za jednym razem, jak opowiadała: „zobaczyłam przyszłość... Leciałam do niebios, babcia stanęła w ich bramie i powiedziała: »Nie, jeszcze nie czas«. Wtedy się zbudziłam”.

Pani N. zaczęła starannie unikać neapolitańskiej muzyki, ale ataki zaczęły się pojawiać także bez niej, coraz bardziej się pogłębiając, aż wreszcie wymknęły się spod medycznej kontroli. Lekarstwa były nieskuteczne, miewała po kilka ataków dziennie i życie stało się nieznośne. Rezonans magnetyczny wykazał nieprawidłowości anatomiczne i elektryczne w lewym płacie skroniowym (najprawdopodobniej efekt wypadku, któremu uległa jako nastolatka), a nieustanne ataki sprawiły, że na początku roku 2003 dokonano częściowej lobotomii płatu skroniowego.

Operacja nie tylko położyła kres większości spontanicznych ataków, ale także — co stwierdziła zupełnie przypadkowo — zlikwidowała jej szczególną wrażliwość na piosenki neapolitańskie. „Po operacji nadal bałam się ich słuchać, a kiedy pewnego razu na przyjęciu zaczęto je grać, uciekłam do innego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Potem ktoś je otworzył... Muzyka docierała jakoś z daleka. Nie czułam lęku, więc zaczęłam się przysłuchiwać”. Zaciekawiona, czy czasem nie została wyleczona ze swego dawnego „uczulenia na muzykę”, wróciła do domu („zawsze tu bezpieczniej niż w towarzystwie pięciuset osób”) i włączyła płytę z piosenkami neapolitańskimi na swym stereo. „Stopniowo ją pogłaśniałam, aż wreszcie dźwięk był już naprawdę silny, tymczasem nic się nie działo”.

Teraz więc pani N. przestała się bać muzyki i znowu może spokojnie słuchać swych ulubionych piosenek neapolitańskich. Nie nękają jej już także owe skomplikowane ataki wspomnieniowe; wydaje się, że operacja usunęła oba typy epilepsji (jak zapewne przewidywałby Macdonald Critchley).

Pani N. cieszy się, oczywiście, że została wyleczona, aczkolwiek niekiedy tęskni za niektórymi ze swych epileptycznych doświadczeń, które przyrównuje do „bram nieba”, jako że wprowadzały ją w sfery nigdy dotąd nieodwiedzane.