Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 81,90  65,52 
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
Audiobook
42,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Oliver Sacks

Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem


Tytuł oryginału

The Man Who Mistook His Wife for a Hat ISBN 978-83-8202-126-4 Copyright © 1985, Oliver Sacks All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Projekt graficzny okładki www.studio7a.pl Redakcja Aleksandra Feuer Bogusław Jusiak Poprzednie wydania książki ukazały się w latach 1997 i 2009 nakładem Zysk i S-ka Wydawnictwa w przekładzie Barbary Lindenberg (obecnie Barbara Jarząbska-Ziewiec) Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Leonardowi Shengoldowi, doktorowi medycyny

Opowiadanie o chorobach to rodzaj Baśni z tysiąca i jednej nocy.

William Osler

Lekarz (w przeciwieństwie do przyrodnika) zajmuje się […] pojedynczym organizmem, człowiekiem, który w niesprzyjających warunkach usiłuje zachować swoją tożsamość.

Ivy McKenzie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przedmowa do wydania polskiego

Czytelnik polski dostaje ważną i pasjonującą książkę o istocie człowieczeństwa.

Mogłoby się wydawać, że klinika zaburzeń funkcji móz­gu to tylko zestawy objawów neurologicznych i neuro-psychologicznych, opisujących to, jak czynności ludzkie upośledza utrata rozumienia mowy lub znaczeń. Gdzie tu może być miejsce na problem „istoty człowieczeństwa”? Sens tej książki polega jednak właśnie na tym, że nie tylko wprowadza nas ona w, całkowicie egzotyczne zdawałoby się, obszary niekompletnej bądź nadmiarowej psychiki. Skłania też do refleksji nad tym, czym w naszym życiu codziennym są te fenomeny psychiki, których oczywistości nawet nie dostrzegamy, gdyż nie jest nam dany wprost ich instrumentalny charakter. Dopóki nie spotkamy się z patologią mózgu, nie zastanawiamy się nad tym, czym jest dla nas wewnętrzne widzenie naszego ciała, spostrzeganie znaczeń niewyrażanych w słowach, rozpoznawanie widzianych przedmiotów, świadomość istnienia rzeczywistości z naszej lewej i prawej strony lub poczucie, że obydwie nasze nogi są nasze. Również trudno przecenić rolę czynników blokujących przerost poszczególnych funkcji psychicznych i tym samym stwarzających szanse zasymilowania ich przez osobowość.

Książkę tę czyta się jak fascynujący tekst popularnonaukowy. W istocie jest to tekst naukowy, ale taki, który może być przyczynkiem do dyskusji o tym, czy konieczne jest pisanie tekstów ważnych w sposób zawiły, nudny i trudnym językiem. Być może dojrzała wiedza nie jest nigdy nudna i niezrozumiała. Dodam, że autor, prezentując swobodnie i jasno dziwności świata braków i nadmiarów funkcji psychicznych, obywa się bez wsparcia metafizyki i bez wydumanych problemów. Świat ten jest sam w sobie zbyt przerażający i realny, aby było to potrzebne. Spotykamy w nim mądrych pacjentów, którzy opanowują swoją chorobę, i odważnych klinicystów, którzy ich wspierają.

Takim klinicystą jest neurolog angielski Oliver Sacks, przyjaciel Aleksandra Łurii, twórcy neuropsychologii. Pokazuje on w swojej książce, jak podmiotowe ujęcie człowieka pozbawionego ważnych funkcji psychicznych ujawnia znaczenie osobistego zaangażowania jednostki, jej poczucia siebie i odniesienia do własnej biografii. Poznajemy nie przypadki kliniczne, ale właśnie ludzi, osoby, z ich pragnieniami, radościami, lękiem i usiłowaniem nadania sensu swojemu światu, z takim trudem wciąż od nowa przez nich rekonstruowanemu. Dowiadujemy się, jak podmiot radzi sobie ze sobą jako wadliwym przedmiotem.

Objawy uszkodzenia mózgu, z którymi zapoznajemy się w tej książce, wydają się przedziwne. Oto wybitny muzyk, który psychicznie nie rozpoznaje przedmiotów. Wykształcony, wyrafinowany, zaangażowany w swój talent, widzi otaczający go świat i go nie widzi, i nawet nie wie o tym, że nie widzi, widząc. Nie wie o tym i wówczas, gdy szukając kapelusza, chwyta ręką głowę swojej żony. Tylko melodia porządkuje jego świat rzeczy, które same w sobie dla niego nie istnieją, i on umie z tego korzystać. Ciało innego pacjenta przestało siebie „widzieć i słyszeć”. Z dnia na dzień zniknęła cielesna podstawa tożsamości osoby, jej fizyczne „ja”. Inny pacjent, emeryt, wrócił do swej młodości. Wie, że ma dziewiętnaście lat, jest marynarzem na łodzi podwodnej i spoglądając w lustro, z przerażeniem spostrzega w nim twarz obcego starucha. Grupa pacjentów ryczy ze śmiechu przed telewizorem, słuchając orędzia swojego prezydenta. Uszkodzona jest ich zdolność rozumienia słów, stąd też rozumieją tylko ekspresję, towarzyszące przemówieniu ruchy. Dlatego nie da się ich oszukać słowami, gdyż oni „wiedzą”, o co mówcy chodzi. Ale nie da się oszukać również osoba, która, odwrotnie niż oni, straciła rozumienie kontekstów i kieruje się tylko „czystymi” znaczeniami wypowiadanych słów. Ona się nie śmieje, gdyż obawia się po prostu, że prezydent ma uszkodzenie mózgu lub nie zna dobrze języka i nie wie dokładnie, o czym mówi. Tylko my, „normalni”, dajemy się tak łatwo oszukać?

Jak kształtuje się świat wewnętrzny człowieka, który ma pamięć swojej przeszłości, dobrze rozumie, o czym z nim mówimy, jest inteligentny i wykształcony, ale całkowicie nie potrafi zapamiętać zdarzeń czasu teraźniejszego? Opisanego w tej książce pacjenta, nazywanego Kur, miałem okazję badać osobiście pod kierunkiem Aleksandra Łurii. To sympatyczny, w pełni zorientowany dorosły człowiek, z którym można żywo dyskutować o sztuce i o polowaniach. Nie pamięta jednak, że rozmawiałem z nim przed chwilą. Pokazuję mu, że kładę pod poduszkę pomarańczę; pytam o pogodę, a następnie o to, gdzie jest pomarańcza. Zaskoczony, nie wie nic ani o pomarańczy, ani o tym, gdzie została położona.

Poważne, wszechstronne analizy kliniczne fenomenów psychiki tego rodzaju pacjentów dokonywane są w praktyce klinicznej niezwykle rzadko, gdyż zorientowana przedmiotowo rutyna badań lekarskich nie jest w stanie uchwycić istoty ich choroby, a oni sami nie potrafią uchwycić tego, co jest przyczyną ich problemów. Zresztą lekarze nie rozpoznają wielu chorób oraz ich objawów, zanim ktoś tego wyraźnie nie opisze. Mają przecież mózgi „normalne”, a nie widzą, widząc, nie rozumieją, słysząc. Autor pokazuje to na przykładzie zespołu Tourette’a. Najpierw ta choroba znikła, a rok po jej ponownym opisaniu powstały całe stowarzyszenia ludzi na nią cierpiących.

Głębokie, proste i literacko znakomite analizy osób chorych, z którymi spotkał się w swojej praktyce Oliver Sacks, nie tylko przybliżają nam ich psychicznie jako ludzi. Skłaniają także do refleksji nad sobą. Każdy ma przecież jakieś braki, każda psychika jest w jakimś stopniu niekompletna; z czymś nie możemy sobie poradzić, czegoś nie potrafimy zrozumieć, a to, co uzyskujemy jako ostateczny wynik prób uzgodnienia siebie ze sobą, nie zawsze zdaje egzamin.

Pasjonujący jest świat ludzi, którzy ujmują go wyłącznie na poziomie myślenia konkretnosytuacyjnego. Niezdolni do posługiwania się kodem abstrakcyjnym, tylko odzwierciedlają świat i zapamiętują jego obrazy, nieraz bez jakichkolwiek ograniczeń. Tajemnicą jest to, jak odczuwają swoją podmiotowość, jak formują się u nich prag­nienia bycia w świecie piękna i subtelnych wzruszeń. Zaskakuje odkrycie tego, jak piękne dla człowieka pozbawionego naszego rozumienia świata mogą być same liczby. Takie liczby, których się nie da podzielić. Niektórzy je po prostu widzą, i widząc, cieszą się nimi. Z radością wymieniają je między sobą. Okazuje się więc, że rzeczywistość konkretna może być równie doskonała jak rzeczywistość abstrakcyjna. Tyle że inna. Jest to idea bardzo mi bliska.

Niektórzy w ogóle zaprzeczają podmiotowości psychicznej i wrażliwości osób, których świat jest ograniczony do spostrzeganych konkretów. Z książki tej dowiadujemy się, jak w istocie proste jest dotarcie do ich psychicznego wnętrza, gdy ktoś tego chce, gdy ich szanuje i traktuje jak osoby, a nie tylko jak pacjentów. Poznajemy tu też dylematy moralne terapeutów, którzy muszą dokonywać wyboru między adaptacją socjalną jednostki a jej funkcjonowaniem jako osoby zamkniętej w swoim, obcym dla nas, ale bliskim dla niej świecie.

Bez tej wiedzy, którą przekazuje nam Oliver Sacks, nasze rozumienie ludzi i rozumienie znaczenia mózgu jako siedliska psychiki byłoby uboższe. Po przeczytaniu tej książki już nie będziemy chyba się kompromitować, redukując psychikę do poznawania lub porównując do komputera ten narząd, który znalazł się między naszymi oczyma i za nimi, dosłownie oraz w przenośni. Rzeczywiście mózg jest komputerem i narzędziem poznawania, ale powoduje też, że poza regulacją psychiczną, poza zapamiętywaniem i rozpoznawaniem, tworzymy swój podmiotowy świat. Do czegoś dążymy, realizujemy siebie w dystansie dziesiątków lat, zdolni do poradzenia sobie z różnicą między tym „ja”, które jest w nas, i tym „ja”, którym jesteśmy, między naszymi pragnieniami i intencjami. Poradzenie sobie z tą różnicą jest głównym problemem, jaki stoi przed człowiekiem z uszkodzonym mózgiem. Jest to też główny problem każdego z nas.

 

31 października 1993

Kazimierz Obuchowski

Słowo wstępne

Jak zauważa Pascal, dopiero po napisaniu książki robimy to, od czego powinniśmy byli zacząć. Napisałem, zebrałem i ułożyłem w pewną całość te dziwne opowieści, wybrałem tytuł i dwa motta, a teraz muszę zastanowić się, co — i dlaczego — zrobiłem.

Kontrast między dwoma mottami — a także to, że Ivy McKenzie przeciwstawia sobie lekarza i przyrodnika — odnosi się do pewnej dwoistości we mnie: do tego, że czuję się jednocześnie przyrodnikiem i lekarzem, że jednakowo interesują mnie choroby i ludzie, a także do tego, że jestem, choć w skromnym zakresie, zarówno teoretykiem, jak i dramaturgiem. Pociąga mnie to, co naukowe, i to, co romantyczne, i wciąż widzę je w ludzkiej kondycji, a przede wszystkim w tej prawdziwie ludzkiej kondycji, jaką jest stan choroby. Zwierzęta bywają chore, ale tylko człowiek tak radykalnie potrafi zapaść na zdrowiu.

W mojej pracy, w moim życiu wciąż jestem z chorymi — ale chorzy i ich choroby budzą we mnie takie myśli, które w innym przypadku mogłyby mi nie przyjść do głowy. Do tego stopnia, że kusi mnie, by spytać, za Nie­tzschem, czy możemy się obejść bez choroby. Pytanie to budzi inne, równie fundamentalne kwestie. Moi pacjenci bez ustanku sprawiają, że stawiam sobie pytania, a moje pytania niestrudzenie kierują mnie do pacjentów — tak więc w opowieściach tu zamieszczonych odbywa się nieustanny ruch od jednych do drugich.

Tak, powinny być to opisy przypadków. Dlaczego więc historie czy historie przypadków? Hipokrates wprowadził historyczną koncepcję chorób jako czegoś, co ma swój przebieg, od pierwszych symptomów do punktu kulminacyjnego czy kryzysu, czyli pomyślnego lub fatalnego zakończenia. W ten sposób Hipokrates wprowadził historię przypadku, opisanie czy odmalowanie naturalnej historii choroby, dokładnie wyrażone przez stare słowo „patologia”. Takie historie są formami historii naturalnej, ale nie mówią nam nic o człowieku i jego dziejach. Nie mówią nic o osobie, o jej przeżyciach w czasie zmagania się z chorobą, z walką o przetrwanie. W wąsko pojętej historii przypadku „podmiot” nie istnieje; współczesne historie przypadków napomykają o podmiocie za pomocą określeń („osobnik płci żeńskiej, 21 lat, z trisomią i bielactwem”), które równie dobrze mogą się odnosić do ludzi, jak i do szczurów. Chcąc znów umieścić cierpiący, zraniony, walczący ludzki podmiot w centrum uwagi, musimy pogłębić historię przypadku, zamienić ją na opowieść. Tylko wtedy będziemy mieć „jego” czy „ją” tak samo jak „to”, prawdziwą osobę, pacjenta w odniesieniu do choroby, do tego, co fizyczne.

Na wyższych poziomach neurologii i w psychologii samo istnienie, byt człowieka, jest czymś niezwykle istotnym. Chodzi tu o jego osobowość. Nie można rozdzielić studium choroby od studium tożsamości. Takie zaburzenia i ich opisy tworzą właściwie nową dyscyplinę, którą możemy nazwać „neurologią tożsamości”, ponieważ zajmuje się nerwowymi podstawami „ja”, starym problemem umysłu i mózgu. To możliwe, że istnieje, z konieczności, przepaść między tym, co psychiczne, i tym, co fizyczne. Ale studia i historie odnoszące się jednocześnie do obu kategorii — a takie właśnie historie mnie fascynują i takie (generalnie) tutaj prezentuję — mogą je do siebie zbliżać, pokazywać nam związki procesów fizjologicznych z ludzkim życiem.

Tradycja głęboko ludzkich opowieści klinicznych wspięła się na wyżyny w dziewiętnastym stuleciu, a potem zaczęła tracić na znaczeniu, kiedy rodziła się bezosobowa neurologia. Łuria pisał: „Prawie zanikł talent do opisywania, tak powszechny wśród wielkich neurologów i psychiatrów dziewiętnastego wieku… Trzeba, by się odrodził”. Jego późne prace, takie jak O pamięci, która nie miała granic oraz Świat utracony i odzyskany: historia pewnego zranienia, usiłują ożywić tę zapomnianą metodę. W historiach przypadków opisanych w tej książce starałem się więc wrócić do tej starej tradycji: do tradycji XIX wieku, o której mówi Łuria, do tradycji pierwszego historyka medycyny, Hipokratesa, i do tych najstarszych zwyczajów, które każą pacjentowi opowiedzieć swoją historię lekarzowi.

Klasyczne baśnie miały swoje archetypowe postacie — bohaterów, ofiary, męczenników, wojowników. Neurologiczni pacjenci są nimi wszystkimi, a w dziwnych historiach tu opowiedzianych są też kimś więcej. Jak w tych mitologicznych czy metaforycznych terminach powinniśmy określić „zagubionego marynarza” czy inne dziwne postacie z tej książki? Możemy powiedzieć, że są podróżnikami do lądów, których istnienia nie podejrzewaliśmy. Gdyby nie oni, nic byśmy o tych lądach nie wiedzieli. To dlatego uważam ich dzieje i podróże za coś bajkowego, dlatego użyłem wypowiedzi Oslera o Baśniach z tysiąca i jednej nocy jako motta i dlatego mówię jednocześnie o opowieściach i przypadkach. To, co naukowe, i to, co romantyczne, chce tu złączyć się w jedno — Łuria lubił mawiać o czymś takim „romantyczna nauka”. Łączą się w jedno u zbiegu faktu i baśni, co charakteryzuje (tak jak w mojej książce Przebudzenia; wyd. pol. Poznań 1997) opowiedziane tu życie pacjentów.

Lecz co to za fakty! Co za baśnie! Do czego możemy je porównać? Może się okazać, że nie mamy żadnych modeli, metafor czy mitów. Może nadszedł czas na nowe symbole, nowe mity?

Osiem rozdziałów tej książki było już publikowanych: Zagubiony marynarz, Ręce, Bliźniacy i Autysta-artysta w „New York Review of Books” (1984 i 1985), natomiast O dowcip­nym Rayu i jego tikach, Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem i Wspomnienie w „London Review of Books” (1981, 1983, 1984), gdzie krótsza wersja tego ostatniego ukazała się pod tytułem Muzykalne uszy. Chodzić na poziomie zamieszczono w „The Sciences” (1985). Bardzo dawną relację jednej z moich pacjentek — „oryginału” Rose R. z Przebudzeń i Debory z A Kind of Alaska Harolda Pintera inspirowanego tą książką — można znaleźć w Nieopanowanej nostalgii (po raz pierwszy opublikowanej w piśmie „Lancet” wiosną 1970 jako Nieopanowana nostalgia wywołana przez L-Dopę). Z czterech Fantomów dwa pierwsze ukazały się jako „kliniczne ciekawostki” w „British Medical Journal” (1984). Dwa krótkie opowiadania zaczerpnąłem z moich poprzednich książek: Mężczyznę, który wypadł z łóżka ze Stanąć na nogi, a Wizje Hildegardy z Migraine [Migrena]. Pozostałe dwanaście rozdziałów to rzeczy nowe, nigdzie przedtem niepublikowane. Wszystkie napisałem jesienią i zimą 1984 roku.

Chciałbym podziękować moim wydawcom: Robertowi Silversowi z „New York Review of Books” i Mary-Kay Wilmers z „London Review of Books”, a także Kate Edgar, Jimowi Silbermanowi z „Summit Books” w Nowym Jorku i Colinowi Haycraftowi z „Duckworth” w Londynie, którzy tak wiele zrobili, by książka ta ukazała się w obecnym kształcie.

Jestem szczególnie wdzięczny moim kolegom neurologom. Nieżyjącemu dr. Jamesowi Purdonowi Martinowi, któremu pokazywałem kasety z „Christiną” i „Panem MacGregorem” i z którym dokładnie omawiałem przypadki tych pacjentów. Bezcielesna kobieta i Na poziomie wyrażają tę wdzięczność. Doktorowi Michaelowi Kremerowi, mojemu byłemu „szefowi” w Londynie, który w odpowiedzi na Stanąć na nogi (1984, wyd. pol. 1996) przedstawił bardzo podobny przypadek — są one połączone w jedną całość w Mężczyźnie, który wypadł z łóżka. Doktorowi Donaldowi Macrae, którego nadzwyczajny przypadek agnozji wzrokowej, niemal komicznie podobny do mojego, został odkryty dwa lata po tym, jak napisałem o tym opowiadanie — przytaczam tamten przypadek w Postscriptum do Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. A najbardziej wdzięczny jestem mojej bliskiej przyjaciółce i koleżance, dr Isabelle Rapin z Nowego Jorku, z którą omawiałem wiele historii chorób. Przedstawiła mnie Christinie („bezcielesnej kobiecie”) i wiele razy widywała Joségo, „autystę-artystę”, kiedy był dzieckiem.

Chciałbym wyrazić ogromne uznanie dla bezinteresownej pomocy i wielkoduszności pacjentów (a w kilku przypadkach krewnych pacjentów), których opowiadania tu przytaczam, a którzy bardzo często wiedząc, iż nikt nie jest w stanie im pomóc, pozwolili, a nawet zachęcali mnie do pisania o ich życiu, w nadziei, że inni będą mogli poznać i zrozumieć to życie, a kiedyś leczyć takie choroby. Tak jak w Przebudzeniach, również tutaj nazwiska oraz istotne szczegóły zostały zmienione, moim celem było natomiast zachowanie podstawowego „odczucia” ich życia.

Wreszcie chciałbym wyrazić wdzięczność — więcej niż wdzięczność — mojemu mentorowi i lekarzowi, któremu książkę tę dedykuję.

Nowy Jork, 10 lutego 1985o.w.s.

Część pierwsza – Straty

Jednym z ulubionych słów neurologii jest „deficyt”. Oznacza ono zaburzenie lub brak funkcji neurologicznej: utratę mowy, zdolności porozumiewania się, pamięci, wzroku, sprawności fizycznej, poczucia tożsamości i tysiąc innych strat i niedostatków określonych zdolności. Dla wszystkich tych dysfunkcji (inny ulubiony termin) mamy cały zestaw oznaczających braki słówek: afonia, afemia, afazja, aleksja, apraksja, agnozja, amnezja, ataksja — oznaczających, że pacjent na skutek choroby, uszkodzenia lub niewykształcenia się jest częściowo lub całkowicie pozbawiony pewnych czynności neurologicznych lub umysłowych.

Naukowe badania związków między mózgiem a umysłem zapoczątkował w 1861 roku Francuz Broca, odkrywając, że pewne trudności w używaniu mowy — afazja — są skutkiem uszkodzenia określonej części lewej półkuli mózgu. Od tamtej chwili neurologia mózgowa zaczęła sporządzać „mapę” ludzkiego mózgu, przypisując określone zdolności — językowe, intelektualne, percepcyjne itd. — ściśle określonym „ośrodkom” mózgowym. Pod koniec wieku bardziej uważni obserwatorzy — przede wszystkim Freud w swojej pracy zatytułowanej Afazja — zaczęli dochodzić do wnios­ku, że to zbyt proste, że ludzka psychika ma bardzo zawiłą strukturę i musi mieć podobnie skomplikowaną podstawę fizjologiczną. Freud przeczuwał to, mając na uwadze zwłaszcza pewne zaburzenia rozpoznawania i postrzegania, dla których ukuł termin „agnozja”. Uważał, że należyte zrozumienie afazji lub agnozji wymaga nowej, bogatszej wiedzy.

Nowa nauka zajmująca się mózgiem/umysłem, której powstania wyczekiwał Freud, narodziła się w Związku Sowieckim w czasie II wojny światowej. Jej współtwórcami byli: Aleksander Romanowicz Łuria (i jego ojciec R.A. Łuria), Leontiew, Anochin, Bernstein i inni. Nazwali ją „neuropsychologią”. A.R. Łuria całe życie pracował nad rozwojem tej niezmiernie owocnej nauki, która, zważywszy na jej rewolucyjną wręcz doniosłość, bardzo wolno docierała na Zachód. Swoje osiągnięcia Łuria zawarł w monumentalnej pracy zatytułowanej Zaburzenia wyższych czynności korowych wskutek ogniskowych uszkodzeń mózgu. Podstawy neuropsychologii (wyd. polskie PZWL 1976) i w zupełnie odmienny sposób w biografii, albo raczej „patografii” — w Świecie utraconym i odzyskanym. I choć książki te były na swój sposób prawie doskonałe, istniała cała sfera, do której Łuria nawet się nie zbliżył. Zaburzenia wyższych czynności korowych… zajmowały się tylko tymi czynnościami, które należały do lewej półkuli mózgowej; podobnie Zasiecki, bohater Świata utraconego i odzyskanego, miał wielkie uszkodzenie lewej półkuli, prawa była nienaruszona. Prawdę mówiąc, cała historia neurologii i neuropsychologii jest historią badań nad lewą półkulą mózgu.

Jednym z ważniejszych powodów lekceważenia prawej — albo „podległej”, jak ją zawsze nazywano — półkuli było to, że objawy jej uszkodzeń są o wiele mniej wyraźne niż w przypadku półkuli lewej. Przyjmowano, zwykle z lekką pogardą, że prawa półkula jest bardziej „prymitywna” niż lewa. Ta ostatnia uważana jest za jedyny w swoim rodzaju, niezrównany efekt ewolucji człowieka. I w pewnym sensie to prawda. Lewa półkula, ta bardzo świeża narośl na mózgu człekokształtnych, jest bardziej skomplikowana i wyspecjalizowana. Jak komputer przyklejony do podstawowego zwierzęcego mózgu zajmuje się schematami i programami. Z drugiej strony prawa półkula kontroluje niezwykle ważną zdolność rozpoznawania rzeczywistości, zdolność niezbędną każdej żywej istocie do przetrwania. Klasyczna neurologia była bardziej zainteresowana schematami niż rzeczywistością, kiedy więc pojawiły się syndromy — zespoły objawów — związane z uszkodzeniami prawej półkuli, uznano je za dziwaczne.

Próbowano w przeszłości — na przykład Anton w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku i Pötzl w 1928 roku — badać te syndromy, ale próby owe były także w jakiś dziwny sposób ignorowane. W jednej ze swoich ostatnich książek, Ludzki mózg — procesy psychologiczne, Łuria poświęcił syndromom prawej półkuli krótki, ale wiele obiecujący fragment, który kończył się w następujący sposób:

 

Te wciąż niezbadane defekty wiodą nas do jednego z najbardziej podstawowych problemów — roli prawej półkuli w istnieniu świadomości. […] Badania tej niezwykle istotnej dziedziny były do tej pory lekceważone. […] Zanalizuję ją dokładnie w specjalnej serii artykułów […] przygotowywanych do publikacji.

Łuria zdołał napisać kilka tych artykułów w ostatnich miesiącach życia, kiedy był już śmiertelnie chory. Nie doczekał ich publikacji, nie ukazały się też one drukiem w Związku Sowieckim. Posłał je R.L. Gregory’emu do Ang­lii, który zamieścił je w swoim zbiorze pt. Oxford Companion to the Mind.

I pacjenci, i zewnętrzni obserwatorzy napotykają tu równie wielkie trudności. Chorzy z pewnymi zespołami prawej półkuli mózgowej, np. specyficzną „anozognozją”, jak nazywał ją Babiński, nie są w stanie zrozumieć natury swojej choroby. Równie trudno jest, nawet dla najbardziej wrażliwego obserwatora, przedstawić sobie wewnętrzny stan, „sytuację” tych pacjentów. W przeciwieństwie do skutków zespołów związanych z uszkodzeniami lewej półkuli, które można dosyć łatwo pojąć, jest to coś niemal niewyobrażalnie różnego od wszystkiego, co do tej pory znał taki obserwator. I chociaż syndromy prawej półkuli są równie częste, jak te związane z lewą (dlaczego miałoby być inaczej?), w literaturze neurologicznej i neuropsychologicznej znajdujemy tysiąc opisów syndromów lewopółkulowych na jeden opis syndromu prawopółkulowego. Tak jakby te ostatnie były dla neurologii czymś obcym. A przecież, jak mówił Łuria, są ważne w sposób najbardziej podstawowy. Do tego stopnia, że wymagają innego rodzaju neurologii, „skierowanej na osobę” albo (jak lubił mawiać Łuria) „romantycznej” nauki; ponieważ możemy zbadać fizyczne podstawy naszej personae, naszego „ja”. Łuria uważał, że tworzenie tej dziedziny najlepiej zacząć od opowieści szczegółowej historii choroby człowieka z głębokimi zaburzeniami funkcji prawej półkuli, która jednocześnie byłaby uzupełnieniem i przeciwstawieniem historii „człowieka, który utracił i odzyskał świat”. W jednym z ostatnich listów do mnie Łuria pisał: „Publikuj takie historie, nawet jeśli są tylko szkicami. To zdumiewające światy”. Muszę wyznać, że niezmiernie ciekawią mnie te zaburzenia, ponieważ otwierają lub obiecują domeny, których istnienie rzadko sobie ktokolwiek wyobraża, kierują nas do bardziej otwartej neurologii i psychologii, ekscytująco innych od raczej sztywnej i mechanicznej neurologii przeszłości.

Deficyty, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, budzą we mnie mniejsze zainteresowanie niż zaburzenia neurologiczne wpływające na jaźń. Takie zaburzenia mogą być bardzo różne i wynikać zarówno z nadmiaru, jak i z braku funkcji. Uważam, że lepiej jest zajmować się tymi dwoma kategoriami oddzielnie. Ale trzeba też powiedzieć na samym początku, że choroba nigdy nie jest zwykłą stratą albo nadmiarem. Organizm lub osoba nią dotknięta zawsze stara się wyrównać uszczerbek, zastąpić brakujące funkcje czymś innym, po prostu zachować swoją tożsamość, a sposoby temu służące mogą być bardzo niezwykłe. Badanie lub wpływanie na te środki, tak jak i na pierwotną przyczynę choroby, jest podstawowym zadaniem nas, lekarzy. Z wielką mocą wyraził to Ivy McKenzie:

Bo cóż właściwie stanowi „istotę choroby” albo „nową chorobę”? Lekarz nie zajmuje się, tak jak przyrodnik, wielką ilością różnych organizmów teoretycznie przystosowanych do środowiska, ale pojedynczym organizmem, człowiekiem, który w niesprzyjających warunkach usiłuje zachować swoją tożsamość.

Psychiatria już dawno odkryła te „wysiłki na rzecz zachowania tożsamości”, podejmowane nieraz przy użyciu najdziwniejszych sposobów i prowadzące do takichże efektów. Podobnie jak tyle innych odkryć, zawdzięczamy je zwłaszcza Freudowi, który postrzegał złudzenia paranoików nie jako coś pierwotnego, lecz jako próby (jakkolwiek chybione) odbudowy, rekonstrukcji świata zredukowanego do kompletnego chaosu. To samo wyraził Ivy McKenzie, pisząc:

Patofizjologia zespołu Parkinsona jest studium zorganizowanego chaosu, chaosu wywołanego na początku przez zaburzenie ważnych funkcji integracyjnych i zorganizowanego na nowo na bardzo chwiejnej podstawie w procesie rehabilitacji.

Tak jak Przebudzenia były studium „zorganizowanego chaosu” wywołanego przez jedną, choć przybierającą wiele postaci chorobę, tak tutaj przedstawiam serię podobnych studiów rozmaitych rodzajów zorganizowanego chaosu będącego skutkiem wielu różnych zaburzeń.

W tej części — zatytułowanej Straty — najważniejszym, jak sądzę, przypadkiem jest szczególna forma agnozji wzrokowej: syndrom „mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Sądzę, że takie przypadki mają fundamentalne znaczenie. Stanowią zasadnicze wyzwanie dla najbardziej ugruntowanych pewników czy założeń klasycznej neurologii, w szczególności dla mniemania, że uszkodzenie mózgu, jakiekolwiek uszkodzenie, zmniejsza lub znosi zdolność do abstrahowania i kategoryzacji (termin Kurta Goldsteina), redukując jednostkę do tego, co emocjonalne i konkretne. (Bardzo podobną tezę wysunął Hughlings Jackson w latach sześćdziesiątych XIX wieku). Tutaj, w przypadku doktora P., widzimy coś zupełnie przeciwnego — historię człowieka, który (aczkolwiek tylko w sferze wzrokowej) całkowicie utracił to, co emocjonalne, konkretne, indywidualne, „realne”… i został zredukowany do tego, co abstrakcyjne i kategoryzujące, a skutki były w jego przypadku szczególnie absurdalne. Co powiedzieliby na to Hughlings Jackson i Goldstein? Często wyobrażałem sobie, że proszę ich o zbadanie doktora P., a potem pytam: „No i co, panowie? Co teraz powiecie?”.