Assassin's Creed: Renesans

Tekst
Z serii: Assassin's Creed #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A co z jego trzecim synem? – pytał jakiś arystokrata. – Zwał się Ezio, czyż nie? Uciekł na dobre?

Na twarzy Albertiego pojawił się wymuszony uśmiech.

– Ten chłopak nie jest żadnym zagrożeniem. Dwie lewe ręce, z intelektem jeszcze gorzej. Zostanie pojmany i stracony nim tydzień dobiegnie końca.

Towarzystwo zebrane wokół Albertiego wybuchnęło śmiechem.

– A ty, Uberto, co masz w planach? – zapytał jeden z mężczyzn. – Może przewodniczenie Signiorii?

Alberti rozłożył ręce.

– Wszystko, co będzie zgodne z wolą Pana. Moją jedyną troską jest służba Florencji, sumienna i wierna.

– W każdym razie… Niezależnie od tego, co postanowisz, wiedz, że masz nasze poparcie.

– Bardzo się z tego cieszę. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość – Alberti promieniał, choć nie dawał tego po sobie poznać. – A teraz, przyjaciele, proponuję, byśmy odłożyli politykę na bok i poświęcili się podziwianiu tego niezrównanego dzieła sztuki, które tak szczodrze wsparł nasz szlachetny Medici.

Ezio poczekał, aż znajomi Albertiego odejdą w kierunku posągu Dawida. Ten zaś wziął kielich z winem i badawczo mu się przyglądał, z mieszaniną wyraźnej satysfakcji i niewygodnej nieufności w swoich oczach. Ezio wiedział, że oto nadarza się okazja. Wzrok wszystkich skierowany był na posąg, przy którym Verrocchio, zacinając się, wygłaszał krótkie przemówienie. Ezio dyskretnie stanął u boku Albertiego.

– Ością w gardle stanął ci pewnie twój ostatni komplement, panie – syknął. – To jednak do ciebie podobne: być nieszczerym do samego końca.

Alberti go poznał i z przerażeniem wytrzeszczył oczy.

– To ty!

– Tak, gonfalonierze, to ja, Ezio. Jestem tu, by pomścić śmierć mojego ojca – twojego przyjaciela – i moich niewinnych braci.

Alberti usłyszał głuchy szczęk sprężyny i towarzyszący mu metaliczny odgłos, po czym ujrzał ostrze, gotowe, by zatopić się w jego gardle.

– Żegnaj, gonfalonierze – powiedział chłodno Ezio.

– Poczekaj! – wysapał Alberti. – Na moim miejscu zrobiłbyś to samo – sam stanąłbyś w obronie tych, których kochasz. Wybacz mi Ezio – nie miałem wyboru.

Ezio zbliżył się do niego, ignorując jego apel. Wiedział, że człowiek ten miał wybór – wybór honorowy – tyle tylko, że był zbyt bierny, by go dokonać.

– Czy myślisz, że i ja nie staję w obronie swojej rodziny? Jakież miłosierdzie okazałbyś, panie, mojej matce i siostrze, gdyby te dostały się w twoje ręce? A teraz powiedz, gdzie znajdują się dokumenty, które doręczyłem ci na polecenie ojca? Zapewne przechowujesz je w jakimś bezpiecznym miejscu…

– Nigdy ich nie dostaniesz! Zawsze noszę je ze sobą!

Alberti usiłował odepchnąć Ezia, zaczerpnąć powietrza i zawołać straże, ale zanim to zrobił, Ezio zdążył zatopić swój sztylet w jego gardle i przeciąć jego ostrzem tętnice zdrajcy. Alberti nie mógł nawet zacharczeć, upadł tylko na kolana, machinalnie chwytając się za szyję, by zatamować krew, która kaskadami spływała na trawę. Upadł w końcu na bok, a Ezio szybko nachylił się nad nim i odciął mu od pasa jego torbę. Zajrzał do środka. Alberti, w swej ostatniej, nieposkromionej pysze, powiedział mu prawdę. Rzeczywiście, dokumenty tam były.

Nagle zaległa cisza. Verrochio zatrzymał się wpół słowa, a goście zaczęli się odwracać i wypatrywać, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, co właśnie się wydarzyło.

Ezio stanął przed nimi i omiótł spojrzeniem ich twarze.

– Tak! To, co widzicie, jest prawdziwe! Patrzycie na zemstę! Rodzina Auditorich wciąż żyje. A ja jestem tu z wami. Nazywam się Ezio Auditore!

Zdążył nabrać powietrza w płuca, gdy praktycznie w tym samym momencie jakiś kobiecy głos wybił się ponad zgromadzenie:

– Assasino!

Po chwili zapanował chaos. Eskorta Lorenza w mgnieniu oka okrążyła go i wyciągnęła miecze, a goście, próbując uciec, biegali tam i z powrotem. Ci odważniejsi pozorowali, że chcą schwytać Ezia, choć tak naprawdę nikt ze zgromadzonych nie podjął rzeczywistej próby. Ezio spostrzegł, że jakaś zakapturzona postać znika w ciemnościach. Verocchio stał przy swoim dziele tak, jakby chciał je osłonić własnym ciałem. Kobiety piszczały, mężczyźni krzyczeli, a w krużgankach pojawili się liczni strażnicy, którzy jednak nie za bardzo wiedzieli, kogo mają ścigać. Korzystając z sytuacji, Ezio wspiął się na kolumnadę krużganków i zeskoczył na rozciągający się za nimi dziedziniec, którego otwarta brama prowadziła na plac przed kościołem, gdzie zdążył się już zgromadzić tłum gapiów, przyciągnięty dobywającym się zza murów zgiełkiem.

– Co się tam dzieje? – zapytał jeden z nich.

– Stało się zadość sprawiedliwości – odparł Ezio i rzucił się biegiem przez miasto, na południowy zachód, do azylu, jaki znalazł w domu Paoli.

Po drodze zatrzymał się na chwilę, by sprawdzić zawartość torby Albertiego. Przynajmniej ostatnie słowa tego człowieka okazały się prawdą – były w niej wszystkie dokumenty. Było tam coś jeszcze: niedoręczony, napisany przez Albertiego list. Mógł zawierać cenne informacje; Ezio złamał pieczęć i rozwinął rulon pergaminu.

Okazało się, że ma przed sobą list Albertiego do żony. Czytając go, Ezio zaczynał rozumieć, że są takie siły, które potrafią zgnieść w człowieku wszelką jego prawość.

Kochana,

przelewam te myśli na papier z nadzieją, że kiedyś nadejdzie czas, bym mógł się nimi z tobą podzielić. Zanim to jednak nastąpi, bez wątpienia dowiesz się, iż zdradziłem Giovanniego Auditore; uznałem go za zdrajcę i skazałem na śmierć. Historia zapewne osądzi ten akt jako przejaw żądzy bogactwa i władzy. Musisz jednak zrozumieć, że moim postępowaniem nie kierowało przeznaczenie, lecz strach.

Gdy Medici pozbawili naszą rodzinę wszystkiego, co posiadaliśmy, zacząłem się bać. O ciebie. O naszego syna. O przyszłość. Bo w czymże dziś może nadzieję pokładać ten, który nic nie ma? Inni zaś zaoferowali mi pieniądze, ziemię i stanowisko w zamian za współpracę.

Właśnie tak zdradziłem swojego najbliższego przyjaciela.

Jakkolwiek potępienia godzien był ten akt, w owym czasie zdawał mi się koniecznością.

Nawet teraz, gdy patrzę na to z perspektywy, nie widzę innego sposobu…

Ezio zwinął list i włożył go z powrotem do torby. Miał zamiar ponownie go zapieczętować i dopilnować, by dotarł do adresatki. Postanowił, że nigdy nie upadnie tak nisko, by być aż tak niegodziwym.

6

– Załatwione – powiedział krótko do Paoli.

Obejmowała go przez chwilę.

– Wiem. Cieszę się, że jesteś cały i zdrowy.

– Myślę, że przyszedł czas, bym opuścił Florencję.

– Gdzie się udasz?

– Brat mojego ojca, Mario, ma posiadłość niedaleko Monteriggioni.

– Już ruszyła wielka obława na ciebie, Ezio. Wszędzie rozwieszają listy gończe z twoją podobizną. Publiczni mówcy zaczynają wypowiadać się przeciw tobie – przerwała, zamyślając się na chwilę. – Wyprawię kilku moich ludzi, by zdarli jak najwięcej listów, a mówców można łapówką skłonić do zajęcia się innymi sprawami. I przygotuję waszej trójce dokumenty podróżne – dodała, przypominając sobie o tej ważnej kwestii.

Ezio skinął głową, wciąż myśląc o Albertim.

– W jakim świecie przyszło nam żyć… Żeby tak łatwo móc sprzeniewierzyć się swoim przekonaniom…

– Alberti znalazł się w trudnej sytuacji i uznał, że nie ma z niej wyjścia, choć powinien zająć zdecydowane stanowisko – westchnęła i dokończyła: – Każdego dnia kupczy się prawdą. To coś, z czym musisz nauczyć się żyć, Ezio.

Ujął jej dłonie.

– Dziękuję ci.

– Florencja będzie teraz lepszym miastem, szczególnie gdy księciu Lorenzowi uda się na urzędzie gonfaloniera umieścić kogoś ze swoich. Teraz jednak nie ma czasu do stracenia. Oto twoja matka i siostra – odwróciła się i klasnęła w dłonie. – Annetta!

Annetta wyszła z tylnej części domu, prowadząc Marię i Claudię. Nastąpiło pełne silnych emocji spotkanie. Ezio zobaczył, że matka jeszcze nie wydobrzała; w dłoni ściskała wciąż małe pudełko z piórami od Petruccia. Odwzajemniła jego uścisk, zrobiła to jednak w zamyśleniu, jakby była nieobecna. Paola patrzyła na nich ze smutnym uśmiechem.

Claudia – przeciwnie – przywarła do Ezia z całej siły.

– Ezio! Gdzie się podziewałeś? Paula i Annetta były dla nas takie dobre… Nie pozwoliły nam tylko wrócić do domu. Mama nie odzywa się ani słowem od czasu, gdy… – przerwała, walcząc ze łzami. – Pewnie ojciec będzie teraz mógł to wszystko wyjaśnić. Zaszło jakieś wielkie nieporozumienie, prawda?

Paola spojrzała na Ezia.

– Już czas – powiedziała cicho. – Wkrótce i tak same poznałyby prawdę.

Spojrzenie Claudii przeniosło się z Ezia na Paolę i z powrotem. Maria usiadła obok Annetty, która objęła ją ramieniem, i spoglądała w dal, uśmiechając się lekko i głaszcząc drewniane pudełko.

– O co chodzi, Ezio? – zapytała Claudia z obawą w głosie.

– Coś się wydarzyło.

– O czym ty mówisz?

Ezio milczał, nie wiedząc, co powiedzieć, ale jego wyraz twarzy mówił wszystko.

– Nie, Boże, nie!...

– Claudio…

– Powiedz mi, że to nieprawda!

Ezio spuścił głowę.

– Nie… nie… – łkała Claudia.

– Ciii… – próbował ją uspokoić. – Zrobiłem, co tylko mogłem, piccina.

Claudia przytuliła głowę do jego piersi i płakała, głośno i długo łkając. Ezio, starając się ją ukoić, spojrzał znad jej głowy na matkę, ale ta sprawiała wrażenie, jakby niczego nie usłyszała. Być może w sobie tylko wiadomy sposób dowiedziała się o wszystkim już wcześniej. Po tym, co w ostatnim czasie zdarzyło się w jego życiu, widok matki i siostry, które na jego oczach pogrążają się w bezdennej rozpaczy, był kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Stał, trzymając w objęciach siostrę, przez czas, który zdał się mu wiecznością i czuł, jak przygniata go niewyobrażalna odpowiedzialność. To on miał od tej pory chronić swoją rodzinę – nazwisko Auditore, które nosił, stało się jego zaszczytem i zobowiązywało. Jeszcze raz uświadomił sobie, że nie ma już Ezia-chłopca… Szybko zebrał myśli.

 

– Posłuchaj – rzekł do Claudii, gdy już udało mu się ją trochę uspokoić. – Teraz najważniejsze jest to, byśmy opuścili miasto i udali się w jakieś bezpieczne miejsce, bezpieczne dla ciebie i mamy. Jeśli jednak mamy to zrobić, musisz być dzielna. Musisz być silna i opiekować się mamą. Rozumiesz?

Claudia wysłuchała Ezia, odkaszlnęła, odsunęła się nieco od niego i spojrzała mu w oczy.

– Rozumiem.

– W takim razie musimy zacząć od zaraz. Idźcie i spakujcie swojej rzeczy, ale weźcie tylko te najpotrzebniejsze – miasto musimy opuścić pieszo. Załatwienie wozu byłoby zbyt ryzykowne. Załóżcie swoje najprostsze ubrania – nie możemy przyciągać uwagi. I pospieszcie się!

Claudia z matką i Annettą opuściły pomieszczenie.

– Powinieneś się wykąpać i przebrać – poradziła Eziowi Paola. – Poczujesz się lepiej.

Dwie godziny później dokumenty były już gotowe i mogli ruszać. Ezio raz jeszcze sprawdził zawartość swojej torby. Być może jego wuj będzie w stanie wyjaśnić treść dokumentów zabranych Albertiemu, które najwyraźniej miały dla niego tak wielkie znaczenie. Na prawe przedramię założył ochraniacz ze sztyletem i go ukrył. Zacisnął pas. Claudia wyprowadziła Marię do ogrodu, gdzie stanęły przy drzwiach w murze, którymi mieli opuścić dom. Była z nimi Annetta, która z trudem powstrzymywała się od łez.

Ezio zwrócił się do Paoli:

– Żegnaj. Po raz kolejny dzięki ci za wszystko, co dla nas zrobiłaś.

Paola objęła go i pocałowała blisko ust.

– Uważaj na siebie, Ezio, i bądź czujny. Przed tobą jeszcze daleka droga.

Pochylił głowę, nasunął na nią kaptur i dołączył do matki i siostry, podnosząc spakowaną przez nie torbę. Ucałowali Annettę na pożegnanie i kilka chwil później szli już ulicą, na północ, Claudia pod rękę z matką. Przez jakiś czas milczeli; myśli Ezia po raz kolejny skupiły się na roli, jaką przyszło mu dźwigać. Modlił się, by sprostał wyzwaniu, jakie postawił przed nim los. Mimo iż było mu ciężko, postanowił, że wbrew wszystkiemu pozostanie silny, przede wszystkim ze względu na Claudię i swoją biedną matkę, która najwyraźniej zupełnie zamknęła się w sobie.

Claudia odezwała się dopiero wtedy, gdy dotarli do centrum miasta. Miała do Eziego mnóstwo pytań. On zaś z zadowoleniem zauważył, że jej głos brzmiał w sposób zdecydowany.

– Dlaczego to się nam przytrafiło? – zapytała.

– Nie wiem.

– Jak myślisz, będziemy mogli kiedyś tu wrócić?

– Nie wiem, Claudio.

– Co stanie się z naszym domem?

Pokręcił głową. Nie miał już czasu na poczynienie jakichkolwiek ustaleń w tej sprawie, a gdyby nawet, to komu powierzyłby dom? Może książę Lorenzo mógłby go zapieczętować i zapewnić mu dozór, ale szczerze mówiąc, nie wiązał z tym wielkich nadziei.

– Czy im… Czy urządzono im godny pogrzeb?

– Tak… Sam o to zadbałem.

Przechodzili właśnie przez Arno; Ezio spojrzał w dal, tam, gdzie rzeka znikała za horyzontem.

W końcu dotarli do południowych bram miasta. Ezio ucieszył się, że doszli tak daleko niezauważeni, lecz teraz nadchodziła trudna chwila – bramy były pod ścisłym dozorem. Na szczęście dokumenty z fałszywymi nazwiskami, które dostarczyła im Paola, zdały egzamin, poza tym strażnicy wypatrywali doprowadzonego do ostateczności młodego człowieka, nie zaś skromnie przyodzianej, niewielkiej rodziny.

Szli cały dzień na południe, zatrzymując się tylko dwa razy: najpierw, gdy odeszli już daleko od miasta, by kupić w jakimś gospodarstwie chleb, ser i wino, a potem, by odpocząć pod cieniem dębu na skraju czyjegoś pola. Ezio musiał trzymać na wodzy swoją niecierpliwość, gdyż od Monteriggioni dzieliło ich prawie trzydzieści mil, a szli w tempie matki. Co prawda była krzepką, czterdziestoletnią kobietą, lecz ogromny wstrząs, jaki przeżyła, znacząco nadwątlił jej siły. Ezio miał nadzieję, że gdy dotrą już do wuja Maria, matka wydobrzeje, choć wiedział, że zanim w pełni dojdzie do siebie, upłynie jeszcze wiele czasu. Zakładał też, że jeśli nie przytrafią im się żadne nieprzewidziane komplikacje, powinni dotrzeć do celu po południu następnego dnia.

Noc spędzili w opuszczonej stodole, gdzie znaleźli czyste, ciepłe siano. Na kolację zjedli to, co pozostało im z obiadu. Ezio i Claudia ułożyli matkę najwygodniej, jak potrafili. Na nic się nie uskarżała – sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie była świadoma tego, co ją otacza; lecz gdy Claudia, podczas przygotowywania matki do snu, chciała na chwilę odebrać jej szkatułkę Petruccia, ta gwałtownie zaprotestowała, odepchnęła swoją córkę i obrzuciła ją najgorszymi wyzwiskami. Rodzeństwo było wstrząśnięte jej zachowaniem.

Spała jednak spokojnie, a kolejnego dnia sprawiała wrażenie wypoczętej. Umyli się w strumieniu, napili się z niego krystalicznie czystej wody, zastępując nią poranny posiłek, i wyruszyli w drogę. Dzień był słoneczny, przyjemnie ciepły, z podmuchami lekkiego, orzeźwiającego wiatru. Posuwali się więc w znośnym tempie, mijając po drodze kilka wozów i nie spotykając nikogo prócz przypadkowych ludzi pracujących na polach i w sadach. Eziowi udało się kupić trochę owoców, które starczyły za posiłek przynajmniej dla Claudii i matki; on i tak nie czuł głodu – był zbyt niespokojny, by jeść.

W końcu, późnym popołudniem z wyraźną ulgą ujrzał w pewnej odległości przed sobą wzgórze, a na nim małe, otoczone murem i skąpane w słońcu miasteczko Monteriggioni. Całym regionem w praktyce władał Mario – jeszcze mila bądź dwie i mieli znaleźć się na podległym mu terytorium. Pokrzepieni widokiem, przyspieszyli kroku.

– Już prawie jesteśmy – powiedział Ezio do Claudii z uśmiechem na ustach.

– Grazie a Dio – odpowiedziała, również się uśmiechając.

Gdy tylko napięcie zaczęło ich opuszczać, zza zakrętu wyłoniła się się znajoma Eziowi sylwetka, która wraz z tuzinem towarzyszących jej mężczyzn w niebiesko-złotych liberiach zagrodziła im przejście. Jeden z członków eskorty miał na sobie znienawidzony przez Ezia herb ze złotymi delfinami i krzyżami na niebieskim tle.

– Ezio! – powitał go mężczyzna – Buon giorno! Tobie i twojej rodzinie! A raczej tym, którzy z niej ocaleli. Cóż za miła niespodzianka!

Skinął głową na swoich ludzi, którzy rozproszyli się w poprzek drogi, z halabardami w gotowości.

– Vieri!

– We własnej osobie. Jak tylko zwolnili z aresztu mojego ojca, z wielką ochotą sfinansował mi to małe polowanie. Zrobiłeś mi przykrość. Jak mogłeś po tym wszystkim opuścić Florencję ot tak, bez należytego pożegnania?

Ezio przyspieszył kroku, zostawiając za sobą Claudię i matkę.

– Czego chcesz, Vieri? Myślałem, będziesz zadowolony z tego, co udało się osiągnąć Pazzim.

Vieri rozłożył ręce.

– Czego chcę? No cóż, sam nie wiem, od czego zacząć. Jest tego tak wiele! No dobrze, spróbujmy… Chciałbym mieć większy palazzo, ładniejszą żonę, o wiele więcej pieniędzy i… cóż jeszcze… A, no jasne! Chcę twej głowy!

Dobył miecza, gestem ręki nakazał eskorcie pozostać w gotowości, po czym zaczął kroczyć w kierunku Ezia.

– Zaskakujesz mnie, Vieri – naprawdę idziesz na mnie sam? Chociaż nie, przecież jakby co, masz za plecami swoich oprychów.

– Nie myślę, byś był godzien mojego miecza – odparł Vieri, chowając broń do pochwy. – Wykończę cię gołymi rękami. I przepraszam, tesora, jeśli narażę cię na stres – zwrócił się do Claudii – lecz nie martw się, nie potrwa to długo; potem zobaczę, co będę mógł zrobić, by cię pocieszyć, a kto wie – może nawet i twoją mamusię?

Ezio wystrzelił przed siebie i wpakował pięść w szczękę Vieriego; ten, zaskoczony, zachwiał się na nogach, ale gdy tylko odzyskał równowagę, machnął ręką na swoich ludzi, by zostali tam, gdzie są, a sam rzucił się na Ezia z wściekłym rykiem, wymierzając cios za ciosem. Jego atak był tak brutalny, że mimo iż Ezio zręcznie odpierał jego uderzenia, sam nie był w stanie odpowiedzieć mu żadnym skutecznym ciosem. Obaj mężczyźni zablokowali się w uścisku, siłując się, by odzyskać kontrolę, i tylko od czasu do czasu któryś z nich wyrywał się do tyłu, lecz jedynie po to, by z jeszcze większą gwałtownością rzucić się na przeciwnika. W końcu Ezio zdołał obrócić gniew Vieriego przeciwko niemu – nikt, kto podda się złości, nie walczy skutecznie: Vieri zamachnął się, chcąc uderzyć Ezia prawym sierpowym, lecz ten zrobił krok do przodu i cios napastnika ześlizgnął się nieefektywnie po jego ramieniu. Impet Vieriego pociągnął całe jego ciało do przodu w zupełnie niekontrolowany sposób; Ezio podciął mu wtedy nogi, posyłając go na ziemię. Vieri z rozpędu poturlał się po drodze, wzbijając obłok pyłu. Krwawiąc, w poczuciu przegranej Vieri przeczołgał się w bezpieczne miejsce za swoimi ludźmi, po czym wstał i obtartymi dłońmi otrzepał się z kurzu.

– Zaczyna mnie to męczyć – powiedział, a do swojej straży krzyknął: – Skończcie z nim, z kobietami też! Stać mnie na więcej niż jakąś wychudłą kijankę i ten zewłok, który zwie swoją matką!

– Coniglio! – krzyknął Ezio, dysząc ze zmęczenia i wyciągając swój miecz.

Ludzie Vieriego otoczyli ich okręgiem i wysunęli swoje halabardy. Ezio wiedział, że nie będzie mu łatwo się z nimi wszystkimi zmierzyć.

Okrąg się zacieśniał. Ezio obracał się wraz z nim, starając się osłaniać stojące za nim kobiety, ale sprawy rysowały się w czarnych barwach, a nieprzyjemny śmiech Vieriego zwiastował jego rychły triumf.

Nagle rozległ się ostry, prawie nadnaturalny gwizd, a wraz z nim dwóch strażników na lewo od Ezia upadło na kolana, a potem twarzą do ziemi, wypuszczając z rąk broń. Z ich pleców wystawały noże zatopione aż po same rękojeści, wycelowane z iście śmiertelną precyzją. Na ich ubraniach pojawiło się mnóstwo krwi, której plamy wyglądały jak szkarłatne kwiaty. Zanim pozostali zaczęli się wycofywać, z nożem w plecach padł na ziemię jeszcze jeden z nich.

– Co to za sztuczki? – wykrzyknął Vieri, zająkując się z przerażenia.

Wyciągnął swój miecz i rozejrzał się uważnie dokoła.

Odpowiedział mu tubalny, gromki śmiech.

– To nie magia, chłopcze, to umiejętności – powiedział głos dobiegający z pobliskiego zagajnika.

– Pokaż się!

Z lasku wyłonił się wielki, brodaty mężczyzna w wysokich butach i z lekkim napierśnikiem na torsie. Za nim pojawiło się kilku innych, podobnie ubranych.

– Jak sobie życzysz – odpowiedział Vieriemu z szyderstwem w głosie.

– Najemnicy! – warknął Vieri, po czym obrócił się do swoich ludzi. – Na co czekacie? Zabić ich! Wszystkich!

Zanim ruszyli się z miejsca, rosły mężczyzna podszedł do Vieriego, z niebywałą zręcznością wyszarpnął z jego rąk miecz i złamał go na swoim kolanie łatwo jak gałązkę.

– Obawiam się, że to nienajlepszy pomysł, mój mały Pazzi, choć muszę przyznać, że godny twojego nazwiska.

Vieri nie odpowiedział, ponaglił tylko swoich ludzi. Wyraźnie się ociągając, ruszyli stawić czoła nieznajomym, a Vieri podniósł halabardę jednego z zabitych strażników i natarł na Ezia, wytrącając mu z rąk miecz, który właśnie wyciągał.

– Ezio, łap – krzyknął wielkolud, rzucając Eziowi inny miecz, który przeleciał w powietrzu, wbił się w ziemię u jego nóg i zadygotał. Ten chwycił go w okamgnieniu. Miecz okazał się ciężki i Ezio musiał ująć go w obie ręce, ale i tak zdołał przeciąć nim drzewiec halabardy Vieriego. Ten zaś, widząc, że jego ludzie z łatwością ulegają najemnikom, którzy pozbawili życia kolejnych dwóch, wstrzymał atak i pierzchnął z pola walki, miotając na odchodnym przekleństwa. Wielkolud podszedł do Ezia i kobiet, przywołując na twarz szeroki uśmiech.

– Cieszę się, że wyszedłem wam na spotkanie – powiedział. – Wygląda na to, że pojawiłem się w samą porę.

– Dzięki ci, panie, kimkolwiek jesteś.

Mężczyzna roześmiał się głośno, a Ezio wyczuł w jego głosie znajomą nutę.

– Czy gdzieś cię już spotkałem, panie? – zapytał Ezio.

– Tak, przed laty… Ale i tak dziwi mnie, że nie poznajesz własnego wuja!

– Wuj Mario?

– We własnej osobie!

Uścisnął mocno Ezia, potem podszedł to Marii i Claudii. Gdy zobaczył, w jakim stanie jest Maria, spochmurniał.

– Posłuchaj, moje dziecko – powiedział do Claudii. – Zabiorę teraz Ezia do mojego castello, a was pozostawię pod opieką moich ludzi – dadzą wam coś do jedzenia i picia. Wyślę przodem jeźdźca, wróci po was z wozem. Na dziś dość już wędrówki! Poza tym widzę, że moja biedna bratowa jest… – przerwał, po czym ostrożnie dokończył – …wyczerpana.

 

– Dzięki, wuju.

– A więc wszystko postanowione. Do zobaczenia wkrótce.

Odwrócił się i wydał swoim ludziom rozkazy, a potem objął Ezia ramieniem i poprowadził do swojego zamku, górującego nad małym miasteczkiem.

– Skąd wiedziałeś, że tu zmierzam?

– A… Mój przyjaciel z Florencji wysłał posłańca, który był tu przed tobą – Mario sprawiał wrażenie, jakby nie chciał mówić o wszystkim. – Ale już wcześniej wiedziałem, co się święci. Nie byłem wystarczająco silny, by pomaszerować na Florencję, ale teraz wrócił tam Lorenzo, miejmy zatem nadzieję, że zdoła utrzymać Pazzich w szachu. Lepiej powiedz, co tam u ojca i u moich bratanków!

– Oni… Wszyscy… Powieszono ich za zdradę – przerwał. – Uniknąłem stryczka przez czysty przypadek.

– Boże… – powiedział bezgłośnie Mario, wykrzywiając twarz w bólu. – Czy wiesz, jak do tego doszło?

– Nie, ale mam nadzieję, że pomożesz mi znaleźć odpowiedzi na dręczące mnie pytania.

Ezio zaczął opowiadać wujowi o ukrytej skrzyni w ich rodzinnym palazzo i o tym, co w niej znalazł; o zemście, jakiej dokonał na Albertim i o dokumentach, które mu zabrał.

– Wygląda na to, że sposród nich najistotniejsza jest lista nazwisk – dodał, po czym wybuchnął smutkiem. – Nie mogę uwierzyć, że to wszystko nas spotkało!

Mario poklepał go po ramieniu.

– Wiem to i owo o interesach twojego ojca – powiedział, a Ezio uświadomił sobie, że Mario nie zdziwił się zbytnio, gdy usłyszał o tajemnej komnacie i ukrytej w niej skrzyni. – Poskładamy to razem w jedną całość. Musimy jednak zadbać o twoją matkę i siostrę. Mój zamek to nie miejsce dla kobiet, a żołnierze, tacy jak ja, nigdy nie zagrzewają miejsca na dłużej; jest tu jednak pewien żeński klasztor, jakąś milę stąd, gdzie byłyby zupełnie bezpieczne i pod dobrą opieką. Jeśli się zgodzisz, ulokujemy je tam. Bo ty i ja mamy bardzo wiele do zrobienia.

Ezio pokiwał głową. Postanowił, że zobaczy się tam z nimi, porozmawia z Claudią i przekona ją, że to będzie dla nich najlepsze i na pewno tymczasowe rozwiązanie, wiedział bowiem, iż nie będzie chciała pozostać długo w takim odosobnieniu.

Dochodzili już do miasteczka.

– Wydawało mi się, że Monteriggioni jest wrogiem Florencji – powiedział Ezio.

– Nie tyle Florencji, co Pazzich – powiedział mu wuj. – Jesteś już chyba wystarczająco dorosły, by wiedzieć, jak to jest z sojuszami między miastami-państwami, czy to wielkimi, czy małymi. Jednego roku żyją w przyjaźni, by w kolejnym stać się śmiertelnymi wrogami; rok później znów łączy ich sojusz. I tak w kółko, jakby rozgrywały ze sobą obłąkańczą partię szachów. Ale tu ci się spodoba. Ludzie są uczciwi i pracowici, a rzeczy, które wytwarzamy, są trwałe, nie do zdarcia. Nasz ksiądz to dobry człowiek, nie pije zbyt dużo i nie wtrąca się w nie swoje sprawy. Cenię to sobie, bo nigdy nie byłem wyjątkowo oddanym synem kościoła. Ale najlepsze ze wszystkiego jest wino – to najlepsze chianti, jakiego kiedykolwiek próbowałeś, pochodzi z moich własnych winnic. Chodź, jeszcze tylko kawałek i będziemy na miejscu.

Zamek Maria już od lat był siedzibą Auditorich. Został wzniesiony w połowie trzynastego wieku w miejscu, które wcześniej zajmowała o wiele starsza budowla. Mario udoskonalił go architektonicznie i rozbudował, przez co zamek bardziej niż fortecę przypominał teraz wystawną willę, choć jej mury były wysokie, grube i dobrze ufortyfikowane. Przed budynkiem, tam, gdzie zwykle mieści się ogród, znajdował się rozległy plac do ćwiczeń, na którym kilka tuzinów młodych, uzbrojonych mężczyzn zajmowało się doskonaleniem swoich technik walki.

– Casa, dolce casa – rzekł Mario. – Ostatni raz byłeś tu jeszcze jako mały chłopczyk. Zmieniło się tu trochę od tego czasu. Co o tym sądzisz?

– Jestem pod wielkim wrażeniem, wuju.

Aż do wieczora Ezio był bardzo zajęty. Najpierw Mario oprowadzał go po zamku, potem przygotowywał jego zakwaterowanie, a na końcu upewnili się, czy Claudia i Maria dotarły bezpiecznie do pobliskiego klasztoru, którego przeoryszą była dawna, oddana przyjaciółka Maria (jak głosiła plotka, przed laty jego kochanka).

Nazajutrz wczesnym rankiem Ezio został wezwany do gabinetu wuja, obszernej, wysokiej komnaty, której ściany przyozdabiały mapy, zbroje i broń; na środku znajdował się ciężki dębowy stół i krzesła.

– Musisz jak najszybciej wybrać się do miasta – powiedział Mario zdecydowanym głosem. – Zaopatrz się we wszystko, co będzie ci potrzebne. Wyślę z tobą jednego z moich ludzi. Jak wrócisz, zaczniemy.

– Ale co, wuju?

Mario wyglądał na zdziwionego.

– Wydawało mi się, że przybyłeś tu, by się wyćwiczyć.

– Nie, wuju, nie takie mam zamiary. Gdy musieliśmy uciekać z Florencji, twoja posiadłość była pierwszym bezpiecznym miejscem, jakie przyszło mi do głowy. Chcę zabrać matkę i siostrę jeszcze dalej.

Mario sposępniał.

– Ale co z wolą twojego ojca? Nie sądzisz, że chciał, byś dokończył jego dzieło?

– Czyli został bankierem? Nie, nasz rodzinny interes to już historia – nie ma już Banku Auditorich, chyba że księciu Lorenzowi udało się ocalić go z rąk Pazzich.

– Nie o tym myślałem… – zaczął Mario, lecz zaraz przerwał. – Chcesz mi powiedzieć, że ojciec nigdy ci nie powiedział?

– Przykro mi, wuju, ale nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Mario pokręcił głową.

– W takim razie nie wiem, co sobie myślał twój ojciec. Może uznał, że jeszcze nie czas… Szkoda tylko, że okoliczności wyprzedziły jego plany – spojrzał zdecydowanie na Ezia. – Musimy zatem porozmawiać, długo i poważnie. Zostaw mi dokumenty, które trzymasz w torbie. Przestudiuję je, a ty w tym czasie idź do miasta i dobrze się wyposaż. Tu masz spis rzeczy, które będą ci potrzebne, a tu pieniądze.

Speszony, Ezio wybrał się do miasta w towarzystwie jednego z wyżej postawionych żołnierzy Maria, siwowłosego weterana o imieniu Orazio. Od płatnerza kupił sztylet i lekką zbroję, a od miejscowego lekarza – bandaże i zestaw podstawowych medykamentów. Wrócił do zamku, gdzie niecierpliwie oczekiwał go Mario.

– Salute – powiedział Ezio. – Zrobiłem, co kazałeś, wuju.

– Szybko ci poszło. Ben fatto! Teraz musimy cię dobrze nauczyć, jak walczyć.

– Wuju, wybacz, ale jak już ci wspominałem, nie mam zamiaru tu zostawać.

Mario przygryzł usta.

– Posłuchaj, Ezio. Ledwo uszedłeś z życiem ze starcia z Vierim. Gdybym się wtedy nie pojawił… – urwał. – No cóż, odejdź, jeśli musisz, ale przynajmniej nabądź umiejętności i przyswój wiedzę, której będziesz potrzebował, by się bronić, bo inaczej w podróży nie przeżyjesz nawet tygodnia.

Ezio milczał.

– Jeśli nie chcesz zrobić tego dla mnie, zrób to dla swojej matki i siostry – nalegał Mario.

Ezio rozważył wszelkie za i przeciw i musiał przyznać, że wuj ma rację.

– No dobrze – odpowiedział. – Skoro byłeś, wuju, tak dobry, by mnie w to wszystko wyposażyć…

Mario się rozpromienił i poklepał Ezia po ramieniu.

– Dobry chłopak. Jeszcze mi podziękujesz.

Kolejne tygodnie Ezio spędzał na intensywnym doskonaleniu umiejętności władania bronią. Ucząc się nowych technik, poznawał również historię swojej rodziny i jej tajemnice, których ojciec nie zdążył mu wyjawić, a od chwili, kiedy Mario pozwolił mu korzystać ze swojej biblioteki, Ezio zaczął stopniowo nabierać niewygodnego przekonania, że oto być może jego przeznaczeniem są sprawy, o których mu się nawet nie śniło.

– Powiadasz, wuju, że mój ojciec był kimś więcej, niż po prostu bankierem? – zapytał pewnego razu Ezio.

– Tak – odparł Mario z powagą w głosie. – Twój ojciec był znakomicie wyszkolonym zabójcą.

– To niemożliwe… Mój ojciec był finansistą, prowadził interesy… Jakże mógł być zabójcą?

– Nie, Ezio, to nie tak. Urodził się i wychował, by zabijać. Był wysoko postawionym członkiem zakonu asasynów – Mario zawahał się. – Wiem, że na pewno znalazłeś coś na ten temat w bibliotece. Musimy też omówić dokumenty, które ci powierzył, i które – dzięki Bogu! – odzyskałeś od Albertiego. Ten spis nazwisk – to nie jest lista dłużników… To ci, którzy odpowiadają za śmierć twojego ojca i którzy zamieszani są w jeszcze większy spisek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?