Assassin's Creed: Renesans

Tekst
Z serii: Assassin's Creed #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Gdzie jest moja matka? Gdzie Claudia?

– Są bezpieczne, Ezio, ale teraz zbyt wielkim ryzykiem byłoby zaprowadzić cię do nich; w twojej sytuacji ostrożności nigdy za wiele.

Pociągnęła go w kierunku sofy i usiadła przy nim, a Annetta zniknęła gdzieś we wnętrzu domu, mając pewnie mnóstwo swoich sprawy na głowie.

– Myślę, że najlepiej by było – kontynuowała Paola – gdybyś razem z nimi opuścił Florencję przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ale zanim to zrobisz, musisz odpocząć. Musisz odzyskać siły, bo będziesz miał przed sobą długą i męczącą drogę. Może chciałbyś…

– To bardzo życzliwe z twojej strony, Paolo – łagodnie przerwał jej Ezio – i masz rację w tym, co mówisz. Lecz teraz… po prostu nie mogę tu zostać.

– Dlaczego? Dokąd pójdziesz?

Podczas rozmowy z Paolą Ezio stopniowo odzyskiwał spokój, a wszystkie ścigające się ze sobą myśli zespoliły się w jedną. W końcu mógł się zdystansować od przeżytego wstrząsu i strachu, podjął bowiem decyzję, która postawiła przed nim jasny cel; wiedział, że jest to decyzja nieodwołalna:

– Chcę zabić Uberto Albertiego.

Paola wyglądała na zmartwioną.

– Rozumiem twoje pragnienie zemsty, ale gonfalonier to wpływowy człowiek, a ty, Ezio, nie jesteś urodzonym zabójcą…

„Los czyni go ze mnie” – pomyślał i najuprzejmiej, jak tylko potrafił, powiedział:

– Oszczędź mi tych kazań.

Paola zignorowała go jednak i dokończyła zdanie:

– …ale mogę sprawić, byś się nim stał.

– Dlaczego… dlaczego miałabyś uczyć mnie zabijania? – Ezio usiłował ukryć swoją podejrzliwość.

Pokręciła głową.

– Po to, by cię nauczyć, jak przeżyć.

– Nie jestem pewien, czy potrzebuję twoich nauk.

Uśmiechnęła się.

– Wiem, co czujesz, ale mimo wszystko pozwól mi udoskonalić twoje naturalne zdolności. Pomyśl o moich naukach jak o dodatkowej broni w twoim arsenale.

Zaczęła szkolić Ezia jeszcze tego samego dnia, posiłkując się dziewczynami, które miały wolne, i zaufanymi służącymi. W otoczonym wysokim murem ogrodzie za domem zebrała 20 osób i podzieliła je na pięć czteroosobowych grup, które zaczęły przechadzać się po ogrodzie, rozmawiając i śmiejąc się; niektóre z dziewczyn rzucały Eziowi zalotne spojrzenia i uśmiechy, ten jednak, wciąż z drogocenną torbą u boku, pozostawał nieczuły na ich wdzięki.

– Zaczynajmy – powiedziała Paola. – W mojej profesji podstawowe znaczenie ma dyskrecja. Chodzimy po ulicach zupełnie swobodnie. Jesteśmy widoczne, ale niezauważalne. Musisz nauczyć się od nas, jak wmieszać się w tłum i jak stopić się z nim w jedno.

Ezio już chciał zaoponować, ale Paola wcześniej zdążyła podnieść rękę:

– Wiem! Annetta mówiła mi, jesteś w tym niezły, ale musisz nauczyć się więcej, niż ci się zdaje. Chciałabym, byś wybrał sobie grupę i spróbował się w nią wmieszać tak, żebym nie była w stanie cię z niej wyłuskać. Pamiętaj, co przytrafiło ci się podczas egzekucji.

Te szorstkie słowa dotknęły Ezia do żywego, ale stawiane przed nim zadanie nie wydawało mu się aż takie trudne – wystarczyło pamiętać o dyskrecji. A jednak, pod czujnym wzrokiem Paoli, Ezio przekonał się, że wcale nie jest to takie łatwe, jak się spodziewał. Czasem niezdarnie kogoś potrącał lub się o kogoś potykał, sprawiając, że dziewczyny i słudzy z danej grupy rozpraszali się, pozostawiając go na widoku. Ogród był wyjątkowo przyjemnym miejscem, skąpanym w słońcu i porośniętym bujną roślinnością, z ptakami świergoczącymi w koronach ozdobnych drzew, ale w wyobraźni Ezia stał się labiryntem nieprzyjaznych miejskich uliczek, gdzie każdy przechodzeń mógł okazać się wrogiem. I za każdym razem, gdy Ezio myślał, że już mu się udało, dobiegały go irytujące uwagi Paoli:

– Ostrożnie! – mówiła. – Nie możesz tak wchodzić w ludzi.

– Okaż moim dziewczynom choć trochę szacunku! Przechodź obok nich z większą uwagą!

– Jak masz zamiar wmieszać się w tłum ludzi, skoro cały czas na nich wpadasz?

– Ezio, spodziewałam się po tobie czegoś więcej!

Trzeciego dnia liczba jej kąśliwych komentarzy wyraźnie zmalała, a rankiem czwartego dnia Ezio przeszedł przed samym nosem Paoli, której nawet nie drgnęła powieka. I rzeczywiście, po piętnastu minutach milczenia, Paola zawołała:

– No dobrze, Ezio, poddaję się! Gdzie jesteś?

Zadowolony z siebie, Ezio wyłonił się z grupki dziewcząt, przypominając w dodatku jednego z młodych służących. Paola uśmiechnęła się i nagrodziła go oklaskami, a inni przyłączyli się do jej aplauzu.

Praca nie kończyła się jednak w tym miejscu.

– Skoro nauczyłeś się już, jak wtapiać się w tłum – powiedziała mu Paola kolejnego dnia – pokażę ci, jak wykorzystać tę umiejętność, by kraść.

Ezio wzdrygnął się na te słowa, ale Paola wyjaśniła:

– Okradanie to jedna z kluczowych umiejętności, które przydadzą ci się podczas twojej misji. Człowiek bez pieniędzy jest nikim, a nie zawsze będziesz miał okazję, by je uczciwie zarobić. Wiem, że nie okradłbyś przyjaciela, ani nikogo, kogo nie stać na jakąkolwiek stratę. O kradzieży myśl tak jak o ostrzu w składanym nożu: rzadko z niego korzystasz, ale dobrze wiedzieć, że zawsze możesz.

Nauka okradania była o wiele trudniejsza. Umiał chyłkiem podejść do tej czy innej dziewczyny, ale jak tylko zbliżał swoją rękę do torebki przy jej pasie, ta podnosiła wrzask „Al ladro!” i uciekała. Gdy po raz pierwszy udało mu się wyciągnąć z czyjejś sakiewki kilka monet, zatrzymał się na chwilę, napawając się swoim sukcesem, ale zaraz poczuł na ramieniu ciężką dłoń.

– Ti arresto! – uśmiechając się powiedział służący, który wcielił się w rolę miejskiego strażnika; Paoli jednak nie było do śmiechu.

– Gdy już kogoś okradłeś – powiedziała – nie wolno ci się ociągać.

Lecz teraz uczył się szybciej i zaczynał dochodzić do wniosku, że nabycie nowych umiejętności jest wręcz konieczne do pomyślnego wypełnienia swojej misji. Po tym, jak udało mu się okraść dziesięć dziewcząt, w tym pięć ostatnich tak, że Paola zupełnie niczego nie zauważyła, lekcja dobiegła końca.

– Wracajcie do pracy, dziewczyny – nakazała Paola. – Koniec zabawy.

– Musimy? – pomrukiwały niechętnie dziewczęta, oglądając się na odchodnym za Eziem. – Jest taki przystojny… Taki niewinny…

Paola była jednak niewzruszona.

Zostali sami i przechadzali się po ogrodzie. Przez cały czas Ezio trzymał swoją dłoń na torbie.

– Teraz, gdy już wiesz, jak podejść nieprzyjaciela – powiedziała – musimy znaleźć ci odpowiednią broń, coś o wiele bardziej wyrafinowanego niż miecz.

– O czym myślisz?

– O czymś, co w zasadzie już masz! – odpowiedziała, pokazując Eziowi postrzępione ostrze i ochraniacz, które zabrał ze skrzyni ojca, i które – jak przez cały czas sądził – trzyma bezpiecznie schowane w torbie. Zszokowany, otworzył ją i pogrzebał w środku. Rzeczywiście, obie rzeczy zniknęły!

– Paolo, jak u licha…

Paola parsknęła śmiechem.

– Jak udało mi się to zdobyć? Korzystając z tych samych technik, których cię przed chwilą uczyłam. A oto kolejna, krótka lekcja: wiesz, jak niepostrzeżenie przetrząsać ludziom kieszenie, ale musisz się jeszcze nauczyć, jak bronić się przed tymi, którzy posiadają tę samą umiejętność.

Ezio spojrzał posępnie na uszkodzone ostrze, która Paola włożyła mu z powrotem do torby.

– To jakiś dziwny mechanizm, który chyba nie działa… – powiedział Ezio.

– No tak – odpowiedziała energicznie Paola. – Wydaje mi się jednak, że znasz już messer Leonarda?

– Leonarda da Vinci? Tak, poznałem go zaraz przed… – przerwał w pół zdania, usiłując się powstrzymać przed rozgrzebywaniem bolesnych wspomnień. – Ale jak ten malarz mógłby mi pomóc?

– To ktoś więcej niż tylko malarz. Zanieś mu te części, a sam się przekonasz.

Ezio, rozumiejąc, co miała na myśli, pokiwał głową, po czym powiedział:

– Zanim odejdę, czy na koniec mogę zadać ci jedno pytanie?

– Oczywiście.

– Dlaczego ty i twoje dziewczęta tak chętnie udzieliłyście pomocy nieznajomemu?

Paola uśmiechnęła się smutno. W odpowiedzi podciągnęła jeden z rękawów swojej sukni, odsłaniając jasne, delikatne, piękne przedramię, które szpeciła przerażająca siatka ciemnych i długich blizn. Ezio spojrzał i od razu zrozumiał. Tę kobietę ktoś kiedyś torturował.

– Ja też wiem, co to zdrada – powiedziała Paola.

Wiedział już, że oto spotkał bratnią duszę.

5

Odległość, dzieląca luksusowy dom rozkoszy Paoli od ruchliwych ulic dzielnicy, w której mieściła się pracownia Leonarda, nie była zbyt duża, ale należało przejść przez rozległy i tętniący gwarem Piazza del Duomo, gdzie Ezio przekonał się, jak przydatna jest jego nowo wyuczona umiejętność wtapiania się w tłum. Od egzekucji minęło dobre dziesięć dni, więc można było przypuszczać, iż Alberti założył, że Ezio już dawno opuścił Florencję. Ten jednak mimo wszystko nie chciał ryzykować, a sądząc po liczbie strażników rozstawionych na placu i wokół niego, nie chciał ryzykować również i Alberti. Poza tym na pewno kręcili się tu szpiedzy w cywilnych ubraniach. Ezio szedł ze spuszczoną głową, którą pochylił jeszcze bardziej, przechodząc między katedrą a baptysterium, gdzie ruch na placu był największy. Minął dzwonnicę Giotta, która górowała nad miastem już od prawie stu pięćdziesięciu lat, a potem wielką, czerwoną bryłę kopuły Brunelleschiego, ukończonej zaledwie piętnaście lat wcześniej. Nie patrzył na te budowle, ale widział grupy francuskich i hiszpańskich pielgrzymów, spoglądających ku górze z niekłamanym zdumieniem i podziwem, co wypełniło jego serce dumą ze swojego miasta. Ale czy to miasto było wciąż jego?

Tłumiąc w sobie te i inne ponure myśli, Ezio szybko skręcił z południowej strony placu w ulicę wiodącą do pracowni Leonarda. Wszedł do niej. Pracownia pogrążona była w jeszcze większym chaosie niż kiedykolwiek przedtem, choć można było odnieść wrażenie, że w całym tym szaleństwie była jednak jakaś metoda. W porównaniu do tego, co widział tu ostatnim razem, przybyło trochę różnych przedmiotów, a z sufitu zwisała jakaś przedziwna konstrukcja, przypominająca powiększony model szkieletu nietoperza. Na jednej ze sztalug przypięto pergamin z projektem wielkiego, niezwykle skomplikowanego ornamentu, pod którym, w rogu, znajdowała się nieczytelna bazgranina Leonarda. Do Agniola dołączył kolejny asystent, Innocento, i we dwójkę usiłowali zaprowadzić w pracowni jakiś porządek, katalogując jej wyposażenie, by mieć nad nim jakąkolwiek kontrolę.

 

– Jest na dziedzińcu, z tyłu domu – poinformował Ezia Agniolo. – Przejdź śmiało, panie. Nie będzie ci tego miał za złe.

Gdy Ezio zobaczył Leonarda, ten pochłonięty był niecodzienną czynnością. W każdym dosłownie zakątku Florencji można było kupić klatkę ze śpiewającym ptakiem. Ludzie wieszali je w oknach dla czystej przyjemności, a gdy stworzenie zdychało, zastępowali je nowym. Leonardo zaś otoczony był tuzinem takich klatek; na oczach Ezia wybrał jedną z nich, otworzył jej wiklinowe drzwiczki, uniósł ją do góry i obserwował, jak zamknięta w niej makolągwa podchodzi do wyjścia, przeciska się przez nie i wylatuje. Leonardo, dopóki nie zniknęła, nie spuszczał jej z oczu, po czym odwrócił się po kolejną klatkę, ale właśnie spostrzegł stojącego tam Ezia.

Uśmiechnął się ujmująco na jego widok i objął go. Potem jego twarz spochmurniała.

– Ezio! Przyjacielu. W ogóle się tu ciebie nie spodziewałem – nie po tym, co przeszedłeś. Ale witaj, witaj… Tylko wytrzymaj jeszcze chwilkę. Nie potrwa to długo.

Ezio patrzył, jak Leonardo wypuszcza, jeden po drugim, rozmaite drozdy, gile, skowronki i o wiele droższe słowiki, dokładnie śledząc wzrokiem lot każdego z nich.

– Co robisz? – zapytał Ezio ze zdumieniem w głosie.

– Każde życie jest cenne – odpowiedział prosto Leonardo. – Nie mogę znieść widoku stworzeń, z którymi dzielę świat, uwięzionych tylko dlatego, że mają piękne głosy.

– Czy to jedyny powód, dla którego je uwalniasz? – zapytał Ezio, spodziewając się jakiegoś innego, najwyraźniej ukrytego motywu.

Leonardo uśmiechnął się, ale nie odpowiedział wprost.

– Z tego samego powodu nie jem już mięsa. Dlaczego jakieś zwierzę miałoby ginąć z tej tylko przyczyny, że nam smakuje?

– Gdyby nie to, hodowcy nie mieliby pracy.

– Mogliby wszyscy obsiać pola zbożem.

– Tylko sobie wyobraź, jak zrobiłoby się nudno. No i mielibyśmy problem z nadwyżkami.

– Och, zapomniałem, żeś finanziatore. Zapominam też o dobrych manierach. No więc cóż cię do mnie sprowadza?

– Potrzebuję twojej przysługi, Leonardo.

– Czym mogę ci służyć?

– Jest coś, co… odziedziczyłem po ojcu. Chciałbym, żebyś to naprawił, jeśli tylko potrafisz.

Leonardowi zaświeciły się oczy.

– Oczywiście. Proszę, tędy… Skorzystamy z zaplecza – w pracowni chłopcy robią taki bałagan, jak zwykle zresztą! Czasem zastanawiam się, po co, u licha, ich w ogóle zatrudniałem!

Ezio uśmiechnął się. Wiedział, że największą miłością Leonarda była jego praca, a teraz zaczynał rozumieć dlaczego.

– Tędy.

Zaplecze Leonarda, w porównaniu do jego pracowni, było o wiele mniejszym i pogrążonym w jeszcze większym bezładzie pomieszczeniem. Spośród całej masy wypełniających je ksiąg, rozmaitych okazów i papierów pokrytych jego nieczytelną bazgraniną, artysta, jak zwykle niestosownie, ale poza tym nienagannie ubrany i pachnący, wydobywał różne rzeczy, i kładł je na stosie innych, aż do momentu, gdy na wielkim stole kreślarskim zwolniło się miejsce.

– Przepraszam za ten cały zamęt – powiedział. – W końcu mamy swoją małą enklawę. Zobaczmy, cóż tam dla mnie masz… Chyba że wcześniej zechciałbyś napić się wina?

– Nie, nie.

– Dobrze więc – powiedział z zapałem Leonardo – przyjrzyjmy się temu czemuś.

Ezio ostrożnie wyjął ostrze, ochraniacz i mechanizm, które uprzednio owinął w tajemniczy arkusz welinu, z którym je znalazł. Leonardo usiłował poskładać części mechanizmu w działającą całość, ale bezskutecznie. Przez chwilę wydawało się, że traci nadzieję.

– Nie potrafię, Ezio – powiedział zrezygnowany. – Ten mechanizm jest stary, i to bardzo, ale jest też bardzo wyrafinowany, a jego konstrukcja… powiedziałbym, że wyprzedza nawet nasze czasy. Fascynujące – popatrzył w górę, po czym dodał: – Na pewno nigdy nie widziałem czegoś podobnego. I obawiam się, że bez oryginalnych planów niewiele tu zdziałam.

Nagle jego uwagę przyciągnął welin, który wziął do ręki, by z powrotem zawinąć przyniesione przez Ezia rzeczy.

– Chwileczkę! – zawołał, pochylając się nad nim.

Odsunął ostrze i ochraniacz na bok, rozwinął arkusz i spoglądając na niego zaczął grzebać pośród starych ksiąg i manuskryptów stojących na półce. Wyciągnął dwie z nich, położył na stole i zaczął z zapamiętaniem kartkować.

– Co robisz? – zapytał Ezio z nutką zniecierpliwienia w głosie.

– To bardzo interesujące – odrzekł Leoanardo. – Wygląda na to, że to karta z Kodeksu.

– Co takiego?

– To karta ze starej księgi. Nie jest drukowana, to manuskrypt… Naprawdę bardzo stary. Masz może tego więcej?

– Nie.

– Szkoda. Ludzie nie powinni wyrywać kart z takich ksiąg – Leonardo przerwał, a po chwili znów się odezwał: – Chyba że… Chyba że wszystko to razem wzięte…

– Co?

– Nic, nic. Spójrz – tekst na tej stronie jest zaszyfrowany; jeśli jednak moja teoria jest prawdziwa… to sądząc po tych rysunkach, może okazać się, że…

Ezio czekał, ale Leonardo całkowicie zatracił się w swoim świecie. Poddał się więc i siedział spokojnie, podczas gdy Leonardo wciąż wyjmował jakieś księgi i zwoje, pochylał się nad nimi i coś z nich wynotowywał, czasem z kilku naraz, wszystko swoim osobliwym, leworęcznym, lustrzanym pismem. Ezio doszedł do wniosku, że nie tylko on musi wieść życie cały czas mając się na baczności. Już nawet ta niewielka próbka działalności Leonarda wystarczyła, by odnieść wrażenie, że gdyby kościół zwietrzył, czym się zajmuje, bez wątpienia popadłby w olbrzymie tarapaty.

Gdy w końcu Leonardo podniósł wzrok, Ezio powoli zapadał w drzemkę.

– Zdumiewające… – zamruczał pod nosem, a potem powtórzył głośniej: – Zdumiewające! Jeśli zamienimy miejscami litery, a potem wybierzemy co trzecią…

Zaczął przygotowywać się do pracy, przysuwając do siebie ostrze, ochraniacz i mechanizm. Spod stołu wydobył skrzynię z narzędziami, zamocował imadło i w ciszy oddał się działaniu. Minęła godzina, potem druga… Ezio już od dawna był pogrążony we śnie – uśpił go zaduch w pomieszczeniu, ciepło i ciche odgłosy stukania i skrobania, dochodzące znad stołu Leonarda. W końcu…

– Ezio! Obudź się!

– Hm?

– Spójrz – Leonardo wskazał na blat.

Ostrze sztyletu, całkowicie odnowione, było połączone z dziwnym mechanizmem, który z kolei znalazł się w ochraniaczu. Wszystko zostało wyczyszczone i wyglądało jak nowe; żaden element jednak nie błyszczał.

– Wykończenie matowe, tak zdecydowałem – powiedział Leonardo. – Jak rzymska zbroja. Wszystko, co się błyszczy, połyskuje w słońcu, a to jak śmierć na własne życzenie.

Ezio zabrał ze stołu broń i zważył ją w dłoni. Była lekka, a ostrze – wspaniale wyważone. Niczego podobnego nigdy nie widział. Sprężynowy sztylet, który mógł ukryć pod swoim nadgarstkiem. Wszystko, co musiał zrobić, to napiąć nieco rękę, a ostrze natychmiast wyskakiwało, gotowe by ciąć lub dźgać, zgodnie z życzeniem właściciela.

– Wydawało mi się, że jesteś pokojowo nastawionym człowiekiem – powiedział Ezio, mając w pamięci ptaki.

– Genialne idee zawsze mają pierwszeństwo – powiedział zdecydowanym tonem Leonardo – niezależnie czego dotyczą. A teraz… – dodał, wyciągając ze skrzyni z narzędziami młotek i dłuto. – Jesteś praworęczny, prawda? Dobrze. Bądź więc uprzejmy położyć swój prawy serdeczny palec na tym bloczku.

– Co takiego?

– Przykro mi, ale musimy to zrobić. Ostrze zaprojektowano tak, by gwarantowało, że jego właściciel, ktokolwiek nim będzie, bezgranicznie odda się sprawie.

– O czym ty mówisz?

– Sztylet będzie działał tylko wtedy, gdy odetniemy ten palec.

Ezio zamrugał powiekami. Przywołał obrazy z pamięci: przypomniał sobie udawaną życzliwość Albertiego w stosunku do ojca, to, jak Alberti uspokajał go po jego aresztowaniu, a w końcu same egzekucje i pościg za nim. Zacisnął zęby.

– Zrób to.

– Może powinienem użyć tasaka… Cięcie będzie czystsze.

Z szuflady w stole Leonardo wyciągnął tasak.

– Teraz daj tu swój palec – così.

Ezio był już gotowy na ból w chwili, gdy Leonardo unosił tasak. Zamknął oczy, słysząc, jak ostrze uderza w blok drewna. Nie poczuł jednak bólu. Podniósł powieki. Tasak był wbity w drewniany blok, o włos od jego ręki, która pozostała nietknięta.

– Ty sukinsynu! – Ezio był wściekły i roztrzęsiony.

Leonardo podniósł ręce.

– Uspokój się! To tylko żart. Okrutny, przyznaję, ale po prostu nie mogłem się powstrzymać. Chciałem sprawdzić, jak dalece jesteś zdeterminowany. Bo widzisz, korzystanie z tego urządzenia dawniej rzeczywiście wymagało takiego poświęcenia. Podejrzewam, że miało to związek z jakimś starożytnym rytuałem wtajemniczenia. Ja zaś wprowadziłem do projektu kilka drobnych ulepszeń. Możesz więc zatrzymać wszystkie swoje palce. Spójrz – ostrze wyskakuje w pewnej odległości od nich. Dodałem też osłonę, która rozkłada się w chwili wysunięcia ostrza. Wszystko, o czym musisz pamiętać, to rozcapierzyć palce, gdy uruchamiasz mechanizm. Być może powinieneś nosić rękawice – sztylet jest naprawdę ostry.

Ezio był zbyt zafascynowany, a jednocześnie wdzięczny, by długo trwać w swej złości.

– To niezwykłe – powiedział, kilkukrotnie wysuwając i chowając ostrze, aż idealnie zgrał się z szybkością działania mechanizmu. – Wprost niesamowite.

– Prawda? – zgodził się Leonardo. – Na pewno nie masz jeszcze więcej takich kart jak ta?

– Przykro mi.

– Cóż, w każdym razie jeśli kiedyś wpadną ci w ręce, proszę, przynieś mi je.

– Masz moje słowo. Ile jestem ci winien za…

– To była dla mnie czysta przyjemność. Bardzo pouczająca. Nie ma…

Przerwało im łomotanie w drzwi wejściowe do studia. Leonardo pospieszył, by je otworzyć, a Agniolo i Innocento zatrwożeni podnieśli wzrok znad swojej pracy. Jakiś głos po drugiej stronie drzwi zaczął krzyczeć:

– Otwierać! Na rozkaz florenckich straży!

– Chwileczkę! – odkrzyknął Leonardo, a cichszym głosem powiedział do Ezia: – Zostań tam, gdzie jesteś.

Potem otworzył drzwi i w nich stanął, zagradzając strażnikowi wejście.

– Tyś jest Leonardo da Vinci? – zapytał strażnik donośnym, nie znoszącym sprzeciwu, oficjalnym tonem.

– Cóż mogę dla ciebie zrobić? – zapytał Leonardo, wychodząc z drzwi na ulicę i zmuszając tym samym strażnika do cofnięcia się o krok.

– Upoważniono mnie do zadania ci kilku pytań.

Leonardo tymczasem ustawił się tak, by strażnik odwrócił się plecami do drzwi pracowni.

– W czym problem?

– Doniesiono nam, że widziano cię, jak zadajesz się ze znanym wrogiem miasta.

– Kto? Że ja się zadaję? To niedorzeczne!

– Kiedy po raz ostatni widziałeś albo rozmawiałeś z Eziem Auditore?

– Z kim?

– Nie rób ze mnie idioty. Wiemy, że z tą rodziną łączą cię bliskie związki. Jego matce opchnąłeś kilka swoich bohomazów. Może odświeżyć ci nieco pamięć?

Strażnik uderzył Leonarda w brzuch drzewcem halabardy. Leonardo krzyknął z bólu, zgiął się wpół i upadł na ziemię. Wtedy strażnik go kopnął.

– To co, może teraz sobie pogadamy. Nie lubię artystów. To same pedały.

Cała ta sytuacja dała Eziowi czas na dyskretne przejście przez drzwi i zajęcie pozycji za strażnikiem. Ulica była opustoszała, a on miał przed sobą spocony kark mężczyzny. Nadarzała się dobra okazja do wypróbowania nowej zabawki. Ezio uniósł rękę i naprężył ją, wyzwalając mechanizm, który bezgłośnie wysunął ostrze. Wprawnym ruchem otwartej już teraz prawej dłoni pchnął strażnika w szyję, z boku. Świeżo zaostrzona krawędź sztyletu przecięła tętnicę szyjną bez najmniejszych oporów. Gdy strażnik padał na ziemię, był już martwy.

Ezio pomógł Leonardowi wstać.

– Dzięki – powiedział roztrzęsiony artysta.

 

– Przykro mi… Nie chciałem go zabijać – nie było jednak czasu…

– Niekiedy nie mamy wyboru. Zresztą powinienem był już do tego dawno przywyknąć.

– Co masz na myśli?

– Sprawę Saltarellia.

Ezio teraz sobie przypominał: przed kilkoma tygodniami młody model, Jacopo Saltarelli, został anonimowo oskarżony o prostytucję, a Leonardo, wraz z trzema innymi mężczyznami, o korzystanie z jego usług. Sprawa została umorzona z powodu braku dowodów, ale dobre imię podejrzanych zostało zszargane.

– Przecież nie skazujemy tu mężczyzn, którym podobają się mężczyźni – powiedział Ezio. – Wydaje mi się nawet, że Niemcy mówią o nich Florenzer.

– To wciąż jest wbrew prawu – powiedział oschle Leonardo. – Nadal można za coś takiego dostać grzywnę. A z takimi kanaliami u władzy jak Alberti …

– Co z ciałem?

– Od przybytku głowa nie boli – powiedział Leonardo. – Pomóż mi je wciągnąć do środka, zanim ktoś nas zobaczy. Umieszczę je z innymi.

– Przybytek?! Z innymi?!

– Piwnica jest dość chłodna. Trzymają się tam przez tydzień. Mam tam jednego czy może nawet dwóch nieboszczyków, których nikt nie chciał odebrać ze szpitala. To wszystko nieoficjalnie, rzecz jasna. Otwieram ich i zaglądam do środka – to bardzo przydatne w moich badaniach.

Ezio spojrzał na przyjaciela osłupiały.

– Myślałem, że ci już mówiłem: lubię poznawać, jak wszystko działa.

Usunęli ciało z ulicy, a asystenci Leonarda przenieśli je przez jakieś drzwi, do których prowadziło kilka kamiennych stopni.

– A jeśli wysłali kogoś za nim, żeby sprawdził, czemu nie wraca?

Leonardo wzruszył ramionami.

– Wszystkiemu zaprzeczę – mrugnął do Ezia i dodał: – Nie jest tak, że nie mam tu wpływowych przyjaciół.

Ezio był skonsternowany.

– No cóż, skoro tak mówisz…

– Po prostu nie wspominaj nikomu o tym incydencie.

– Jasne. Dziękuję ci, Leonardo, za wszystko.

– Cała przyjemność po mojej stronie. I nie zapomnij – pożądliwy błysk zagościł przez chwilę w jego oczach – jeśli znajdziesz jeszcze jakieś karty z Kodeksu, przynieś mi je. Kto wie, czego dotyczą inne opisane w nim projekty.

– Obiecuję.

Ezio skierował swe kroki do domu Paoli. Choć rozpierał go nastrój triumfu, nie zapomniał, by przemierzając miasto z powrotem na północ, dyskretnie wtopić się w tłum.

Paola powitała go z wyraźną ulgą.

– Nie było cię dłużej, niż się spodziewałam.

– Leonardo lubi sobie pogadać.

– Mam nadzieję, że to nie wszystko, co robił…

– Oczywiście, że nie. Spójrz!

Pokazał jej ukryty pod nadgarstkiem sztylet, wysuwając go spod rękawa w teatralnym geście i uśmiechając się przy tym jak mały chłopiec.

– Imponujący!

– O, tak – Ezio spojrzał na swoją nową broń z zachwytem. – Muszę tylko nabrać wprawy. Nie chciałbym stracić któregoś z palców.

Paola spoważniała.

– Cóż, Ezio, wygląda na to, że jesteś gotów. Nauczyłam cię kilku przydatnych umiejętności, a Leonardo naprawił twoją broń – powiedziała i wzięła głębszy oddech. – Teraz pozostaje tylko wypełnić to, co postanowiłeś.

– Tak – powiedział cicho Ezio i spochmurniał. – Pytanie tylko, jak najlepiej dotrzeć do messer Albertiego.

Paola zamyśliła się.

– Książę Lorenzo już wrócił. Zmartwiły go egzekucje, które podczas jego nieobecności podpisał Alberti, ale nie jest w jego mocy podważać decyzje gonfaloniera. Tak czy owak, jutro wieczorem w kościele Santa Croce odbędzie się odsłonięcie najnowszego dzieła maestra Verrocchia. Będzie tam cała śmietanka towarzyska Florencji, w tym Alberti – popatrzyła na Ezia znacząco. – Myślę, że i ty powinieneś się tam wybrać.

Ezio dowiedział się, że odsłoniętą rzeźbą ma być posąg Dawida, biblijnego bohatera, z którym utożsamiała się Florencja – miasto między dwoma Goliatami: Rzymem na południu i żądnymi nowych ziem królami Francji na północy. Rzeźba została zamówiona przez rodzinę Medicich i miała zostać umieszczona w Palazzo Vecchio. Maestro rozpoczął nad nią prace trzy albo nawet cztery lata temu. Plotka głosiła, że do głowy Dawida pozował jeden z przystojniejszych w swoim czasie praktykantów Verrocchia – niejaki Leonardo da Vinci. Tak czy owak, w mieście panowało wielkie poruszenie i każdy już od dłuższego czasu zastanawiał się, co przywdziać na tak wyjątkową okazję.

Ezio miał inne zmartwienia.

– Opiekuj się moją matką i siostrą – poprosił Paolę.

– Będę… jakby były moje.

– A gdyby coś mi się stało…

– Wierz w siebie, a nic takiego się nie zdarzy.

Ezio do kościoła Santa Croce przybył tego wieczoru nieco wcześniej. Poprzedzające godziny spędził na przygotowywaniu się do misji i szlifowaniu umiejętności posługiwania się nową bronią – skończył, gdy doszedł do wniosku, że osiągnął pełną biegłość. Jego myśli skupiały się wokół śmierci ojca i braci; okrutny ton głosu Albertiego ogłaszającego wyrok wciąż jeszcze wyraźnie rozbrzmiewał w jego głowie.

Zbliżając się do kościoła, zobaczył kroczące przed nim dwie charakterystyczne postaci, w pewnym oddaleniu od niewielkiego, ochraniającego je oddziału eskorty w uniformach z herbami przedstawiającymi pięć czerwonych kół na żółtym tle. Mężczyźni ci najwyraźniej się spierali, a Ezio przyspieszył, by znaleźć się w zasięgu ich głosu. Zatrzymali się przed portykiem kościoła, a on, stanąwszy tak, by nikt nie zwrócił na niego uwagi, zaczął nasłuchiwać. Rozmawiali ze sobą przez zaciśnięte usta. Jednym z nich był Uberto Alberti; drugim – szczupły, dobijający trzydziestu lat młodzieniec, z wydatnym nosem i zdecydowaną twarzą, bogato ubrany – miał czerwoną czapkę i pelerynę, na którą narzucił srebrnoszarą tunikę. Był to książę Lorenzo – Il Magnificio, jak zwali go jego poddani, ku zniesmaczeniu Pazzich i związanej z nimi frakcji.

– Nie możesz mi niczego zarzucać – mówił Alberti. – Oparłem się na informacjach, jakie do mnie dotarły, i na niezbitych dowodach – działałem w zgodzie z prawem, nie przekraczając kompetencji piastowanego przeze mnie urzędu!

– Otóż nie! Przekroczyłeś swoje uprawnienia, gonfalonierze, korzystając z mojej nieobecności w mieście. Jestem bardziej niż niezadowolony.

– Kimże ty jesteś, by mówić mi o przekraczaniu uprawnień? Przejąłeś władzę nad miastem, zrobiłeś się jego księciem, i to bez formalnej aprobaty Signorii czy kogokolwiek innego.

– Niczego podobnego nie zrobiłem!

Alberti pozwolił sobie na szyderczy śmiech.

– Oczywiście! Zawsze niewinny! Jakże to dla ciebie wygodne! Otaczasz się w Careggi ludźmi, których większość z nas ma za niebezpiecznych wolnomyślicieli: Ficino, Mirandola, no i ta menda – Poliziano! Przynajmniej mieliśmy okazję przekonać się, jak daleko sięga twoja władza… To zaś dało nam wiele do myślenia – mnie i moim sprzymierzeńcom.

– Tak. Twoim sprzymierzeńcom – Pazzim. Bo chyba o to rozbija się cała kwestia, czyż nie?

Alberti, zanim odpowiedział, drobiazgowo przyglądał się swoim paznokciom.

– Na twoim miejscu, książę, uważałbym, co mówię. Możesz ściągnąć na siebie niepożądaną uwagę.

Nie brzmiał jednak jak osoba całkowicie przekonana do swoich racji.

– To raczej ty powinieneś się pilnować, gonfalonierze. I proponuję, byś przekazał tę radę również i twoim współpracownikom – to taka przyjacielska przestroga.

To powiedziawszy, Lorenzo oddalił się wraz ze swą świtą w kierunku krużganków. Po chwili, mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa, w tą samą stronę podążył Alberti. Eziowi zdało się, że przeklina sam siebie.

Krużganki specjalnie na tę okazję udekorowano złotymi draperiami, które mieniły się w blasku setek świec. Na podwyższeniu, w pobliżu fontanny na środku placu, grał zespół muzyków, a na drugim stał brązowy, wyjątkowo piękny posąg, o rozmiarach o połowę mniejszych od naturalnych. Ezio, w chwili gdy tam wchodził, chowając się za kolumnami i w rzucanych przez nie cieniach, zobaczył Lorenza składającego artyście wyrazy uznania. Zauważył też tajemniczą, zakapturzoną postać – był to ten sam człowiek, który towarzyszył Albertiemu podczas egzekucji.

Nieco dalej stał sam Alberti, otoczony grupką podziwiających go członków miejscowej arystokracji. Z tego, co mógł usłyszeć, Ezio zrozumiał, że gratulowali gonfalonierowi pozbycia się raka toczącego miasto – rodziny Auditorich. Nie spodziewał się, że jego ojciec miał w mieście równie wielu nieprzyjaciół, jak sojuszników, choć zdał sobie również sprawę, że ci pierwsi odważyli się wystąpić przeciw ojcu dopiero wtedy, gdy jego główny sojusznik, Lorenzo, był nieobecny. Ezio uśmiechnął się, słysząc jak jedna z arystokratek wyraża nadzieję, że prawość Albertiego zostanie doceniona przez księcia. Od razu było widać, że owa sugestia była gonfalonierowi zupełnie nie w smak. Eziowi udało się podsłuchać jeszcze więcej.