Assassin's Creed: Renesans

Tekst
Z serii: Assassin's Creed #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Następnego dnia Ezio obudził się późno i gdy dowiedział się, że jego ojciec nie ma dla niego pilnych spraw do załatwienia, odetchnął z ulgą. Udał się do ogrodu, gdzie znalazł matkę nadzorującą prace przy swoich wiśniach, których kwiaty zaczynały już więdnąć. Uśmiechnęła się na jego widok i przywołała go skinieniem. Maria Auditore była wysoką, dostojną kobietą, w wieku nieco ponad czterdziestu lat, z długimi, czarnymi włosami, splecionymi pod białym muślinowym czepkiem z obwódką w rodowych kolorach: czerni i złota.

– Ezio! Buon’ giorno.

– Madre…

– Jak się czujesz? Mam nadzieję, że już lepiej.

Delikatnie dotknęła rany na jego czole.

– Nic mi nie jest.

– Ojciec mówił, że powinieneś odpoczywać tak długo, jak tylko możesz.

– Nie potrzebuję odpoczynku, mamma!

– No cóż, dzisiejszy ranek na pewno oszczędzi ci mocnych wrażeń. Ojciec prosił, bym się tobą zaopiekowała. Dobrze wiem, co ci chodzi po głowie.

– Nie mam pojęcia, co masz na myśli.

– Tylko nie kręć, Ezio. Wiem o twojej bójce z Vierim.

– Rozgłaszał plugawe kłamstwa o naszej rodzinie. Nie mogłem pozwolić, by uszło mu to płazem.

– Vieri żyje w dużym napięciu od momentu aresztowania swojego ojca – matka przerwała, zamyślając się na chwilę. – Wiele rzeczy można było rzec o Francescu Pazzim, ale nigdy bym nie przypuszczała, że może być zamieszany w spisek na życie księcia.

– Co się z nim stanie?

– Będzie proces. Podejrzewam, że po powrocie księcia Lorenza, twój ojciec będzie w nim kluczowym świadkiem.

Ezio wyglądał na zaniepokojonego.

– Nie martw się, nie masz się czego obawiać. A ja nie mam zamiaru pytać cię o nic, czego nie chciałbyś mi powiedzieć. Tak naprawdę, to chciałabym, byś towarzyszył mi przy załatwianiu pewnej sprawy. Nie potrwa to długo; myślę nawet, że może ci to sprawić pewną przyjemność.

– Chętnie ci pomogę, mamma.

– Chodźmy więc. To niedaleko.

Opuścili pałac i trzymając się pod rękę, poszli w kierunku katedry, do niewielkiej dzielnicy, gdzie wielu florenckich artystów miało swoje warsztaty i pracownie. Niektóre z nich, takie jak te należące do Verrocchia lub do wschodzącej sławy, Alessandra di Mariano Filipepi, który zyskał już przydomek „Botticelli”, były przestronnymi, tętniącymi życiem pomieszczeniami, gdzie asystenci i praktykanci ucierali kolory i mieszali pigmenty. Inne zaś przedstawiały się znacznie skromniej. Właśnie przed drzwiami do jednego z tych ostatnich zatrzymała się Maria. Zapukała. Drzwi natychmiast otworzył przystojny, dobrze ubrany młodzieniec, można by rzec – wymuskany, gdyby nie jego atletyczna sylwetka, gęsta, ciemnobrązowa czupryna i bujna broda. Był jakieś sześć, siedem lat starszy od Ezia.

– Madonna Auditore! Witam! Spodziewałem się pani.

– Buon’ giorno, Leonardo.

Wymienili powitalne pocałunki. „Ten artysta musi być z matką za pan brat” – pomyślał Ezio, ale wygląd nieznajomego od razu przypadł mu do gustu.

– To mój syn, Ezio – powiedziała Maria.

Artysta ukłonił się i rzekł:

– Leonardo da Vinci. Molto onorato, signore.

– Maestro…

– No, niezupełnie… jeszcze nie! – uśmiechnął się Leonardo. – Ale dosyć już o tym… Proszę, wejdźcie, wejdźcie! Poczekajcie tu chwilę, każę asystentowi znaleźć dla was jakieś wino i udam się po wasze malowidła.

Pracownia nie należała do wielkich, a nieład, jaki w niej panował, czynił ją jeszcze mniejszą. Na stołach leżały sterty szkieletów ptaków i drobnych ssaków. W słoikach wypełnionych bezbarwnym płynem znajdowały się części żywych organizmów, których Ezio za żadne skarby nie mógł rozpoznać. Na szerokim stole, w głębi pracowni, stały jakieś dziwne drewniane konstrukcje, wykonane z iście pedantyczną dokładnością. Dwie sztalugi podpierały niedokończone obrazy, których tonacja była ciemniejsza, niż zwykło się widywać, i których kontury nakreślono z o wiele mniejszą precyzją. Ezio i Maria zdążyli się wygodnie rozsiąść, gdy z pomieszczenia wewnątrz pracowni wyszedł przystojny młodzieniec, niosąc tacę z winem i ciastkami. Podał im ją, uśmiechnął się nieśmiało, po czym odszedł.

– Leonardo jest wielce utalentowany.

– Skoro tak uważasz, madre… Niewiele wiem o sztuce.

Ezio miał przeświadczenie, że jego życie będzie polegało na podążaniu śladami ojca, choć czasami odzywała się w nim natura buntownika i awanturnika, która – o czym wiedział – zupełnie nie licowała ze stanowiskiem florenckiego bankiera. Tak czy inaczej, podobnie jak jego starszy brat, widział siebie bardziej jako człowieka czynu, a nie artystę czy konesera.

– Wiesz, umiejętność wyrażania własnego „ja” jest niezbędna do rozumienia życia i cieszenia się nim w pełni.

Matka spojrzała na niego i dodała:

– Powinieneś znaleźć sobie jakiś sposób na rozładowywanie swoich emocji, synu.

Ezio poczuł się dotknięty.

– Mam mnóstwo takich sposobów.

– Nie chodzi mi o dziewki – odparła rzeczowo matka.

– Mamo!

Lecz ona wzruszyła tylko ramionami i zacisnęła usta.

– Byłoby dobrze, gdybyś podtrzymał znajomość z Leonardem. Wydaje mi się, że ma przed sobą obiecującą przyszłość.

– Sądząc z tego, jak wygląda to miejsce, trudno mi się z tobą zgodzić.

– Nie bądź bezczelny!

Przerwał im Leonardo, który wyłonił się z zaplecza, niosąc dwie skrzynie. Jedną z nich postawił na podłodze.

– Czy mógłbyś to ponieść? – zwrócił się do Ezia. – Poprosiłbym Agniola, ale on musi tu zostać i pilnować pracowni. Poza tym wydaje mi się, że nie byłby w stanie, chucherko…

Ezio pochylił się, by podnieść skrzynię i zdumiał się jej ciężarem. Mało nie wypuścił jej z rąk.

– Ostrożnie! – ostrzegł Leonardo. – Malowidła w środku są bardzo delikatne, a twoja matka sowicie mi za nie zapłaciła!

– Chodźmy – powiedziała Maria. – Nie mogę się doczekać, kiedy je zawieszę. Wybrałam już nawet miejsca – mam nadzieję, że przypadną ci do gustu – dodała, zwracając się do Leonarda.

Ezio odrobinę się wzdrygnął: czy ten stawiający swoje pierwsze kroki artysta naprawdę zasługuje na takie poważanie?

W drodze powrotnej Leonardo uprzejmie z nimi gawędził, a Ezio przyłapał się na tym, że – zupełnie wbrew sobie – znajduje się pod wpływem uroku tego człowieka. Mimo to podświadomie wyczuwał, że jest w nim coś niepokojącego, coś, czego nie był w stanie dokładnie określić. Dziwny spokój? Poczucie oderwania od zwykłych ludzi? A może po prostu chodziło o to, że trzymał głowę w chmurach, jak inni artyści, o czym Ezio niejednokrotnie słyszał. Tak czy owak, Ezio darzył go spontanicznym, instynktownym wręcz szacunkiem.

– Powiedz mi, Ezio, czym się parasz? – zapytał Leonardo.

– Pracuje dla ojca – odpowiedziała Maria.

– Ach! Finansista! No cóż, urodziłeś się w mieście stworzonym do tego zawodu!

– Jest dzięki temu równie łaskawe dla artystów – odparł Ezio. – Mieszka w nim wielu bogatych mecenasów.

– Niestety, jest nas tak wielu… – zaczął utyskiwać Leonardo. – Bardzo trudno przyciągnąć czyjąś uwagę. Dlatego jestem niezwykle zobowiązany twojej matce. Powiadam ci, ma naprawdę wytrawne oko!

– Skupiasz się na malowaniu? – zapytał Ezio, mając w pamięci różnorodność wyposażenia pracowni Leonarda.

Leonardo zamyślił się.

– To trudne pytanie. Prawdę powiedziawszy, od kiedy się usamodzielniłem, trudno jest mi skupić się na czymkolwiek. O tak, uwielbiam malować i wiem, że to potrafię, ale… wydaje mi się, że widzę efekt końcowy jeszcze zanim go osiągnę. Przez to z trudem przychodzi mi kończenie dzieł. Muszę być pod presją! To jednak nie wszystko. Często odnoszę wrażenie, że mojej pracy brakuje… sam nie wiem… celowości? Czy to ma jakikolwiek sens?

– Powinieneś mieć więcej wiary w siebie, Leonardo – powiedziała Maria.

– Dziękuję, pani, za wsparcie, ale zdarzają mi się chwile, kiedy myślę, że powinienem zająć się czymś bardziej praktycznym, czymś, co ma rzeczywisty związek z życiem. Chciałbym zrozumieć, na czym ono polega… na czym polega działanie wszystkiego, co istnieje na świecie.

– Musiałbyś być więc setką osób w jednej – powiedział Ezio.

– Och, ile bym za to dał! Chciałbym poznać architekturę, anatomię, a nawet inżynierię. Nie wystarcza mi odtwarzanie świata przy użyciu pędzla; ja chcę go zmieniać!

Mówił z taką pasją, że Ezio, zamiast poczuć irytację, był pod wielkim wrażeniem – ten człowiek na pewno się nie przechwalał; przeciwnie, wyglądało na to, że cierpi katusze z powodu nawału myśli, które w nim kipią. „Jeszcze chwila – pomyślał Ezio – a powie nam, że nieobca mu jest muzyka i poezja!”

– Nie chcesz odłożyć tego na chwilę i odpocząć, Ezio? – zapytał Leonardo. – Może być ci z tym trochę ciężko.

Ezio zacisnął zęby.

– Nie, grazie. Poza tym już dochodzimy.

Gdy dotarli do Palazzo Auditore, Ezio wniósł skrzynię do holu i postawił ją tak powoli i ostrożnie, jak tylko pozwoliły mu na to obolałe mięśnie. Gdy to zrobił, poczuł ulgę o wiele większą, niż się spodziewał.

– Dziękuję, Ezio – powiedziała do niego matka. – Wydaje mi się, że teraz poradzimy już sobie bez ciebie, choć jeśli chcesz pomóc nam z wieszaniem obrazów…

– Dziękuję, mamo – myślę, że będzie najlepiej, jeśli zajmiecie się tym sami.

Leonardo wyciągnął do niego rękę.

– Cieszę się, że cię poznałem, Ezio. Mam nadzieję, że wkrótce nasze drogi znów się spotkają.

– Anch’io.

– Mógłbyś jeszcze zawołać któregoś z naszych służących, żeby pomógł Leonardowi – powiedziała do niego Maria.

– Nie – zaoponował Leonardo. – Wolę zrobić to własnoręcznie. Wyobraź sobie, pani, co by było, gdyby ktoś upuścił którąś z tych skrzyń.

 

Mówiąc to przyklęknął i umieścił w zgięciu łokcia skrzynię, która przed chwilą odstawił Ezio.

– Chodźmy, pani – powiedział do Marii.

– Tędy – wskazała Maria. – Do widzenia, Ezio. Zobaczymy się dziś wieczorem na kolacji. Chodźmy, Leonardo.

Ezio patrzył, jak wychodzą z holu. Ten Leonardo z pewnością zasługiwał na szacunek.

Późnym popołudniem, po obiedzie, Giulio podszedł do niego w pośpiechu (jak czynił to zawsze) i powiedział, że ojciec oczekuje go w gabinecie. Ezio udał się więc czym prędzej za sekretarzem, przechodząc przez wyłożony dębem korytarz, który wiódł na tyły domu.

– O, to ty! Wejdź, mój chłopcze.

Głos Giovanniego był poważny i zaaferowany. Stał za swoim biurkiem, na którym leżały dwa pokaźnych rozmiarów listy, zawinięte w cielęcą skórę i zapieczętowane.

– Słyszałem, że książę Lorenzo wraca jutro, najpóźniej pojutrze – powiedział Ezio.

– Wiem. Ale nie mamy czasu do stracenia. Chciałbym, byś doręczył to moim wspólnikom, tu, w mieście.

Pchnął listy przez biurko.

– Oczywiście, ojcze.

– Chciałbym również, byś odzyskał wiadomość, którą gołąb pocztowy miał zostawić w klace na piazza na końcu ulicy. Dopilnuj, by nikt nie widział, jak ją zabierasz.

– Postaram się.

– Dobrze. Wróć zaraz jak skończysz. Mam kilka ważnych spraw, które muszę z tobą omówić.

– Oczywiście.

– I tym razem zachowaj się jak należy. Żadnych bójek!

Ezio postanowił zacząć od klatki z gołębiem. Zbliżał się zmierzch, wiedział więc, że o tej porze nie będzie zbyt wielu ludzi w okolicy, i że za chwilę mały placyk wypełni się florentczykami, którzy wyjdą na swoją passeggiatę. Gdy dotarł do celu, na murze nad klatką zauważył napis. Zaintrygował go. Czy pojawił się tu niedawno? A może po prostu wcześniej nie zwrócił na niego uwagi? Starannymi literami wypisano sentencję, którą Ezio znał z Koheleta: A KTO PRZYSPARZA WIEDZY – PRZYSPARZA I CIERPIEŃ. Po spodem, już mniej starannym pismem, ktoś dopisał: GDZIEŻ JEST PROROK?

Wkrótce jednak jego myśli powróciły do zadania. Od razu spostrzegł gołębia, którego szukał – do jednej z nóg miał przywiązany rulonik. Szybko go odczepił i delikatnie posadził ptaka z powrotem na skalnej półce. Potem się zawahał. Czy powinien przeczytać wiadomość? Nie była zapieczętowana. Szybko odwinął rulonik; okazało się, że nie zawiera nic ponad nazwisko Francesca Pazziego. Ezio wzruszył ramionami. Domyślał się, że ta informacja oznacza coś więcej dla ojca niż dla niego samego. Dlaczego nazwisko ojca Vieriego, a zarazem jednego z domniemanych spiskowców dążących do obalenia księcia Mediolanu – o czym Giovanni już wiedział – miało mieć jakieś większe znaczenie – tego nie rozumiał. Chyba że chodziło o coś w rodzaju potwierdzenia.

Tak czy owak, Ezio musiał się spieszyć z załatwieniem reszty spraw. Ukrywszy wiadomość w sakwie przy pasie, udał się w kierunku wskazanym przez adres na pierwszym liście. Zdziwił go, gdyż prowadził do dzielnicy rozpusty. Bywał tam często z Federikiem – oczywiście zanim poznał Cristinę – ale nigdy nie czuł się tam dobrze. Gdy zbliżał się do obskurnej ulicy, którą w adresie umieścił jego ojciec, dodał sobie odwagi kładąc dłoń na rękojeści sztyletu. Adres, jak się okazało, zawiódł go do niewielkiej gospody, kiepsko oświetlonej i oferującej nędzne chianti w glinianych kubkach.

Gdy Ezio zastanawiał się, co powinien robić dalej, bo wydawało mu się, że nikogo w pobliżu nie ma, ku swojemu zaskoczeniu usłyszał tuż nad uchem głos.

– Ty jesteś chłopakiem Giovanniego?

Odwrócił się i ujrzał zarośniętego mężczyznę, którego oddech trącił cebulą. Towarzyszyła mu kobieta, które kiedyś pewnie była ładna, lecz teraz wyglądała tak, jakby ostatnie dziesięć lat starło z niej większość atrybutów wdzięku. Jeśli gdzieś jeszcze pozostały, to wyłącznie w jej przenikliwym, inteligentnym wejrzeniu.

– Jasne, że to nie on, idioto – powiedziała kpiąco do mężczyzny. – Tylko przypadkowo wygląda zupełnie jak swój ojciec!

– Masz coś dla nas – zignorował ją mężczyzna. – Daj nam to.

Ezio zawahał się. Jeszcze raz sprawdził adres. Zgadzał się.

– Oddaj to nam, przyjacielu – powiedział mężczyzna, podchodząc bliżej.

Ezio poczuł jeszcze wyraźniej woń jego oddechu. Czy ten człowiek odżywiał się wyłącznie cebulą i czosnkiem?

Wsadził list w jego otwartą dłoń, która natychmiast zacisnęła się wokół niego, po czym schowała go do skórzanej torby u boku.

– Dobry chłopiec – powiedział mężczyzna i uśmiechnął się.

Ezio z zaskoczeniem spostrzegł, że ów uśmiech nadał jego twarzy zadziwiający, szlachetny wyraz. W przeciwieństwie do słów, które potem padły.

– I nie martw się – dodał. – Niczym nie zarażamy!

Tu przerwał i spojrzał na kobietę.

– Przynajmniej ja.

Kobieta parsknęła śmiechem i dała mu kuksańca w ramię. Potem odeszli.

Ezio z ulgą opuścił podejrzane miejsce. Ulica z adresu na drugim liście znajdowała się na zachód od baptysterium. Leżała w obrębie o wiele lepszej dzielnicy, w której o tej porze dnia panował już spokój. Pospieszył tam niezwłocznie.

Pod jednym z łuków spinających budynki po obu stronach ulicy czekał na niego krzepki mężczyzna, posturą przypominający żołnierza. Odziany był w coś, co sprawiało wrażenie wiejskiego, skórzanego ubrania, ale pachniał czysto i świeżo; był też ogolony.

– Tutaj! – przywołał Ezia.

– Mam coś dla ciebie – rzekł Ezio. – Od…

– …Giovanniego Auditore? – mężczyzna mówił niewiele głośniej od szeptu.

– Si.

Rozejrzał się dookoła i omiótł wzrokiem całą długość ulicy. W oddali zamajaczyła sylwetka latarnika.

– Czy ktoś cię śledził?

– Nie, a dlaczego miałby to robić?

– Nieważne. Daj mi list. Szybko.

Ezio wręczył mu przesyłkę.

– Robi się gorąco – powiedział mężczyzna. – Powiedz ojcu, że dziś się zbierają. Powinien zaszyć się w jakimś bezpiecznym miejsce.

– Co? O czym ty mówisz? – Ezio był całkowicie zaskoczony.

– Już i tak powiedziałem zbyt wiele. Biegnij do domu – odpowiedział nieznajomy i rozpłynął się w mroku.

– Poczekaj! – zawołał. – O co w tym wszystkim chodzi? Wracaj!

Mężczyzny już jednak nie było.

Ezio przeszedł ulicą do latarnika.

– Która godzina? – zapytał.

Mężczyzna zmrużył oczy i spojrzał na niebo.

– Będzie już jakaś godzina od chwili, gdy zacząłem robotę – odrzekł. – Czyli pewnikiem jest dwudziesta.

Ezio szybko to przeliczył. Musiał opuścić palazzo dwie godziny wcześniej, a stąd dotarcie do domu zajmie mu pewnie jakieś dwadzieścia minut. Rzucił się do biegu. Nagle ogarnęły go złe przeczucia.

Gdy tylko oczom Ezia ukazała się rezydencja Auditorich, wiedział już, że coś jest nie tak. Nie paliło się żadne światło, a wielkie drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Przyspieszył i w biegu zawołał:

– Ojcze! Federico!

Wielki pałacowy hol był ciemny i pusty, ale wpadało do niego wystarczająco dużo światła, by Ezio mógł zobaczyć powywracane stoły, połamane krzesła, potłuczone naczynia i szkło. Ktoś zdarł ze ścian malowidła Leonarda i porozcinał je nożem. W ciemności, gdzieś z góry, dobiegło go szlochanie… Płacz kobiety. Matka!

Zaczął do niej iść, gdy pojawił się za nim jakiś cień, unosząc coś nad jego głową. Ezio odwrócił się i chwycił za ciężki, srebrny lichtarz, którym ktoś próbował roztrzaskać mu głowę. Gwałtownie za niego szarpnął i napastnik wypuścił go z rąk z głośnym krzykiem. Ezio odrzucił lichtarz daleko poza zasięg agresora, a jego samego chwycił za rękę i pociągnął do przodu, w miejsce, gdzie padało więcej światła. Chciał zabić, w ręku trzymał już sztylet.

– Ser Ezio! To ty! Bogu dzięki!

Ezio rozpoznał ten głos, a chwilę później ujrzał twarz gospodyni, Annetty, krzepkiej wieśniaczki, która pracowała dla jego rodziny od wielu lat.

– Co tu się stało?! – zapytał ją, chwytając ją za oba nadgarstki i potrząsając nią w swoim nieopanowanym bólu i panice.

– Przyszli tu… Strażnicy miejscy… Zaaresztowali twojego ojca i Federica… Zabrali nawet małego Petruccia… Wyrwali go z rąk twojej matki!

– Gdzie matka?! Gdzie Claudia?!

– Jesteśmy tutaj – gdzieś z mroków dobiegł drżący głos.

Z ciemności wyłoniła się Claudia z matką opierającą się na jej ramieniu. Ezio podniósł z podłogi jedno z krzeseł i podsunął matce. Nawet w słabym świetle widać było, że Claudia krwawi, a jej ubranie jest brudne i podarte. Maria nie odezwała się do Ezia. Usiadła na krześle i drżąc płakała. W rękach ściskała małe, drewniane pudełko z piórami, które Petruccio dał jej nie dwa dni, lecz – jak się zdawało – wieki temu.

– Boże, Claudio! Czy wszystko z tobą w porządku? – spojrzał na nią i zalała go fala gniewu. – Czy oni?…

– Nie. Wszystko w porządku. Trochę mnie poturbowali, bo myśleli, że mogę im powiedzieć, gdzie jesteś. Ale matka… Ezio… Zabrali ojca, Federica i Petruccia do Palazzo Vecchio!

– Matka jest w szoku – powiedziała Annetta. – Gdy stawiała im opór, oni… – przerwała. – Bastardi!

Ezio szybko pozbierał myśli.

– Tu nie jest bezpiecznie. Czy miałabyś dokąd ich zabrać, Annetto?

– Tak, tak… Do mojej siostry. Tam będą bezpieczne – z trudem wydusiła z siebie Annetta. Strach i złość ściskały ją za gardło.

– Musimy działać szybko. Strażnicy prawie na pewno po mnie wrócą. Claudio, mamo – nie mamy czasu do stracenia. Nie bierzcie niczego z sobą, po prostu idźcie z Annettą. Od razu! Claudio, pomóż matce.

Wyprowadził je z zagrożonego domu, sam wciąż nie mogąc otrząsnąć się z szoku, i pomógł im iść, zanim pozostawił je w rękach lojalnej Annetty, która powoli zaczęła odzyskiwać spokój. Umysł Ezia zmagał się z nawałem podejrzeń, a cały jego świat trząsł się w posadach. Rozpaczliwie usiłował poskładać w jedną całość wydarzenia sprzed kilku chwil i podjąć dalsze kroki, dalsze działania, które ocalą ojca i braci…

Wiedział, że przede wszystkim musi się zobaczyć z ojcem i dowiedzieć się, co ściągnęło na jego rodzinę ten akt agresji i przemocy. Ale on był w Palazzo Vecchio! Ojca i braci zamknięto w dwóch małych celach w wieży, tego był pewny. Może miałby cień szansy… Ale to miejsce było strzeżone jak forteca! W szczególności dzisiejszej nocy z pewnością wystawią tam silniejsze straże.

Ezio, przez cały czas próbując odzyskać spokój i jasność umysłu, przemknął uliczkami do Piazza della Signoria. Przyklejony do ściany, spojrzał w górę. Na murze obronnym pałacu i wieży płonęły pochodnie, oświetlając olbrzymi, czerwony fleur-de-lis w herbie miasta oraz wielki zegar u jej podstawy. Wysilając wzrok, Ezio dostrzegł wątłe światło świecy w zakratowanym oknie blisko szczytu wieży. Strażnicy pilnowali wielkich, podwójnych drzwi pałacu; jeszcze więcej stało ich na murach. Żadnego strażnika nie było jednak na wieży, a jej obwarowanie i tak znajdowało się wyżej od okna, do którego potrzebował dostać się Ezio.

Okrążył plac, trzymając się z dala od pałacu i wszedł w wąską uliczkę, która odchodziła od niego równolegle do jego północnej ściany. Na szczęście w pobliżu kręciło się jeszcze sporo ludzi, przechadzających się i korzystających z rześkiego, wieczornego powietrza. Ezio miał wrażenie, że nagle znalazł się w zupełnie odrębnym świecie, tak innym od ich świata; że nagle ktoś odciął go od reszty społeczeństwa, w którym jeszcze jakieś trzy, cztery godziny temu czuł się jak ryba w wodzie. Zjeżył się na myśl, że dla wszystkich tych ludzi życie wciąż będzie biegło utartą koleiną, a życie jego własnej rodziny w ciągu jednej chwili legło w gruzach. Po raz kolejny poczuł, jak jego serce zalewa niepowstrzymana fala gniewu i strachu. Szybko się jednak opanował i zajął myśli zadaniem, jakie przed nim stało, a jego twarz przybrała chłodny, zacięty wyraz.

Wysokość muru, jaki się przed nim wznosił, przyprawiała o zawrót głowy, ale otaczała go ciemność, co działało na jego korzyść. Co więcej, kamienie, z których zbudowano palazzo, były grubo ciosane, co dawało mu mnóstwo uchwytów i podparć, pomocnych we wspinaczce. Problemem mogła okazać się tylko straż na północnym murze obronnym, ale z tym upora się, gdy będzie musiał. Miał nadzieję, że większość strażników będzie zgrupowana wzdłuż wychodzącej na zachód głównej fasady budynku.

Wziął głęboki oddech i rozejrzał się dookoła – w ciemnej ulicy nie było żywej duszy, wskoczył więc na ścianę, chwycił się jej, podparł palcami w miękkich, skórzanych butach i zaczął się wspinać.

Kiedy już dotarł do obwarowania, zeskoczył, zastygając w przysiadzie; ścięgna w jego łydkach napięły się w gotowości. Było tam dwóch strażników, ale stali odwróceni do niego plecami i wpatrywali się w rozświetlony plac poniżej. Ezio pozostał przez chwilę w bezruchu, upewniając się, że żaden towarzyszący mu odgłos nie zdradził jego obecności. Pozostając w niskiej pozycji, Ezio skoczył ku nim jak strzała i zaatakował; założywszy ręce wokół szyi każdego z nich, pociągnął ich do tyłu. Wykorzystując ich własny ciężar oraz element zaskoczenia, przewrócił strażników na plecy. W mgnieniu oka zdarł z nich hełmy i z całą siłą uderzył o siebie ich głowy – stracili przytomność zanim ich twarze zdążyły zarejestrować jakąkolwiek oznakę zaskoczenia. Jeśli to by nie zadziałało, Ezio był przygotowany, by poderżnąć im gardła, i to bez najmniejszego wahania.

 

Zatrzymał się na chwilę, dysząc ciężko. Teraz wieża. Jej kamienie były staranniej ociosane, więc wspinaczka była trudna. Nadto musiał obejść ją dookoła, przechodząc z północnej fasady na zachodnią, w której znajdowało się okno celi. Modlił się, by nikomu na placu ani na obwarowaniach nie przyszło do głowy spojrzeć w górę. Nie uśmiechało mu się zostać strąconym przez bełt wystrzelony z jakiejś kuszy, skoro zaszedł już tak daleko.

Narożnik, w którym ściana północna spotykała się z zachodnią, nie napawał optymizmem – przez chwilę Ezio zastygł na nim w bezruchu i tylko jego ręka szukała uchwytu, którego najwyraźniej tam nie było. Popatrzył w dół i na obwarowaniu ujrzał jednego ze strażników, który spoglądał w górę. Ezio widział dokładnie jego szarą twarz. Widział jego oczy. Jeszcze ściślej przywarł do muru. W swoim ciemnym ubraniu rzucał się w oczy jak karaluch na tle białego obrusa. Jednak z niewiadomych przyczyn mężczyzna opuścił wzrok i kontynuował obchód. Czy go zobaczył? A może nie dał wiary temu, co widziały jego oczy? Krtań Ezia pulsowała z wysiłku. Po długiej chwili, gdy opuściło go napięcie, powtórnie zaczerpnął powietrza.

Z ogromnym mozołem dotarł do celu, z zadowoleniem zauważając wąski parapet, na którym mógł usiąść, gdy zaglądał do ciasnej celi przez jej okno. „Bóg jest miłosierny” – pomyślał, gdy rozpoznał sylwetkę ojca, który odwrócony do niego plecami, zdawał się coś czytać w skąpym blasku świecy.

– Ojcze! – wyszeptał łagodnie.

Giovanni natychmiast się odwrócił.

– Ezio! Na Boga! Jak tu…

– To nie ma teraz znaczenia, ojcze…

Gdy Giovanni podszedł do okna, Ezio spostrzegł, że dłonie ojca są poranione i krwawiące, a jego twarz – blada i wymizerowana.

– Mój Boże, ojcze, co oni ci zrobili?!

– Trochę oberwałem, ale nic mi nie jest. Powiedz lepiej, co z twoją matką i siostrą?

– Są już bezpieczne.

– Z Annettą?

– Tak.

– Bogu dzięki.

– Co się stało, ojcze? Spodziewałeś się tego wszystkiego?

– Na pewno nie tak szybko. Razem ze mną zamknęli Federica i Petruccia – podejrzewam, że są w celi za ścianą. Gdyby w mieście był Lorenzo, wszystko potoczyłoby się inaczej. Powinienem zachować większą ostrożność.

– Nie rozumiem, o czym mówisz…

– Teraz nie ma już czasu na wyjaśnienia! – Giovanni prawie krzyknął. – Posłuchaj: musisz wrócić do naszego domu. W moim gabinecie znajdziesz tajemne drzwi. W komnacie za nimi znajduje się ukryta skrzynia. Weź wszystko, co w niej znajdziesz. Słyszysz? Wszystko! Większość z tych rzeczy wyda ci się dziwna, ale wszystkie są ważne.

– Tak, ojcze.

Ezio poprawił nieco swoją pozycję za oknem, ze wszystkich sił trzymając się kraty. Nie odważył się spojrzeć w dół, nie wiedział też, jak długo jeszcze wytrzyma w bezruchu.

– W skrzyni znajdziesz między innymi list i kilka towarzyszących mu dokumentów. Musisz zanieść to wszystko niezwłocznie – dziś! – do messer Albertiego…

– Do gonfaloniera?

– Tak. A teraz już idź!

– Ojcze, ale…

Ezio usiłował wykrztusić coś przez ściśnięte gardło, chcąc zrobić coś więcej, niż po prostu doręczyć jakieś dokumenty. Wyjąkał tylko:

– Czy stoją za tym Pazzi? Przeczytałem liścik, który miał gołąb pocztowy. Było w nim napisane…

Giovanni uciszył go. Ezio usłyszał klucz obracający się w zamku drzwi celi.

– Zabierają mnie na przesłuchanie – powiedział ponuro Giovanni. – Zmykaj, nim cię znajdą. Mój Boże, odważny z ciebie chłopak! Zaprawdę, godzien jesteś tego, co przyniesie ci przeznaczenie! A teraz, mówię ci po raz ostatni – idź już!

Ezio zsunął się z parapetu i chwycił się ściany tak, by nie było go widać. Usłyszał, jak ktoś wyprowadza jego ojca. Nie mógł znieść tych odgłosów. Po chwili zaczął przygotowywać się do zejścia. Wiedział, że zejść jest trudniej niż się wspiąć, ale podczas ostatnich dwóch dób nabrał sporo doświadczenia we wspinaczce po budynkach. Teraz schodził z wieży, poślizgnąwszy się raz czy dwa, ale natychmiast odzyskując kontrolę, aż do obwarowania, gdzie dwaj strażnicy wciąż leżeli tam, gdzie ich zostawił. Kolejny łut szczęścia! Uderzył ich głowami tak mocno, jak tylko potrafił, ale gdyby jakimś trafem udało się im odzyskać przytomność, podczas gdy on był na wieży, podnieśliby alarm… cóż, o konsekwencjach wolał nawet nie myśleć.

W rzeczy samej, nie było czasu, by myśleć teraz o takich sprawach. Ezio przeskoczył przez obwarowanie i spojrzał w dół. Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszą zwłokę. Gdyby tylko zdołał dojrzeć coś, co zamortyzowałoby jego skok, odważyłby się na niego. Jego oczy, nawykłe do mroku, ujrzały dach opuszczonego straganu, stojącego przy murze, daleko w dole. Czy powinien podjąć to ryzyko? Gdyby mu się udało, zyskałby kilka cennych minut. W przeciwnym wypadku złamana noga i tak byłaby najmniejszym z jego problemów. Musiał sobie zaufać.

Wziął głęboki oddech i zanurkował w mroku.

Dach pod spadających z takiej wysokości ciałem Ezia oczywiście się załamał, ale był dobrze zamocowany i w wystarczającym stopniu zamortyzował jego upadek. Ezio dyszał ciężko i wiedział, że rano będą boleć go żebra, ale przecież był już na dole! W dodatku nie wywołał żadnego alarmu.

Otrząsnął się i rzucił w kierunku budynku, który jeszcze kilka godzin temu był jego domem. Gdy tam dotarł, zdał sobie sprawę, że w pośpiechu ojciec nie powiedział mu, jak znaleźć ukryte drzwi. Giulio pewnie by wiedział, ale gdzie go teraz szukać?

Na szczęście w pobliżu domu nie kręciły się straże, więc wejście do środka nie przedstawiało żadnych problemów. Jeszcze przed drzwiami zatrzymał się na chwilę, jakby coś powstrzymywało go przed wkroczeniem w ciemność, która panowała za nimi – czuł, że dom się zmienił, że jego świętość została zbezczeszczona. Musiał znów pozbierać myśli i uświadomić sobie, jak wiele zależy od tego, co teraz zrobi. Polegała na nim cała jego rodzina. Przemógł się i wszedł, zanurzając się w ciemności wypełniającej wnętrza jego rodzinnego domu. Wkrótce potem stał już na środku gabinetu, rozglądając się po wnętrzu, które oświetlone blaskiem jednej świecy sprawiało przejmujące wrażenie.

Pomieszczenie było wypatroszone przez strażników, którzy zabrali olbrzymią część dokumentów bankowych, a ogólny chaos, jaki tworzyły przewrócone regały, wywrócone do góry nogami krzesła, wyrzucone na podłogę szuflady i walające się po niej papiery i księgi nie ułatwiał Eziowi zadania. Znał jednak gabinet, wzrok miał bystry i szybko myślał. Ściany były tu grube i za każdą z nich mogła znajdować się ukryta komnata, ale podszedł do tej, w której mieścił się wielkich rozmiarów kominek i rozpoczął swoje poszukiwania od miejsca, gdzie mur był najgrubszy, czyli przy gzymsie. Ze świeczką blisko ściany, wciąż bacznie nasłuchując odgłosów zdradzających powrót strażników, Ezio po lewej stronie olbrzymiego, frezowanego gzymsu znalazł coś, co mogło być cienkim obrysem drzwi ukrytych w boazerii. Obejrzał dokładnie wyrzeźbionych colossi, podtrzymujących marmurowy gzyms na swoich barkach. Nos jednego z nich wyglądał tak, jakby się kiedyś odłamał, a później go naprawiono – u jego podstawy widniało ledwo zarysowane pęknięcie. Ezio go dotknął; okazało się, że nieco się rusza. Serce podeszło mu go gardła, gdy delikatnie go przesunął i zobaczył jak zamocowane na cichych, sprężynowych zawiasach drzwi chowają się w głębi ściany, odsłaniając korytarz z kamienną podłogą, prowadzący na lewo.