Księgi Jakubowe

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księgi Jakubowe
Księgi Jakubowe
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 99,80  79,84 
Księgi Jakubowe
Audio
Księgi Jakubowe
Audiobook
Czyta Adam Ferency, Agata Kulesza, Danuta Stenka, Jan Peszek, Maja Ostaszewska, Mariusz Bonaszewski, Wiktor Zborowski
49,90  24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

I. KSIĘGA MGŁY

1

1752, Rohatyn

2

O fatalnym resorze i kobiecej chorobie Katarzyny Kossakowskiej

O krwi na jedwabiach

Biały koniec stołu u starosty Łabęckiego

3

O Aszerze Rubinie i jego mrocznych myślach

Ul pszczeli, czyli dom i rodzina Szorów rohatyńskich

W bet midrasz

Jenta, czyli zły moment na śmierć

Co czytamy w Zoharze

O połkniętym amulecie

4

Mariasz i faraon

Polonia est paradisus Judaeorum…

O plebanii w Firlejowie i mieszkającym w niej grzesznym pasterzu

Ksiądz Chmielowski próbuje napisać list do JWM Pani Drużbackiej

Elżbieta Drużbacka pisze do księdza Chmielowskiego

Biskup Sołtyk pisze list do nuncjusza papieskiego

Zelik

II. KSIĘGA PIASKU

5

O tym, jak ze zmęczenia Boga powstaje świat

Resztki, czyli o tym, jak ze zmęczenia podróżą powstaje opowieść. Pisane przez Nachmana Samuela ben Lewiego, rabina z Buska. O tym, skąd się wziąłem

Moja młodość

O karawanie i jak spotkałem reb Mordkego

Mój powrót na Podole i dziwna wizja

O wyprawie z Mordechajem do Smyrny za przyczyną snu o kozich bobkach

6

O obcym weselnym gościu w białych pończochach i sandałach

Opowieść Nachmana, w której po raz pierwszy pojawia się Jakub

Szkoła Isochara i kim właściwie jest Bóg. Dalsza opowieść Nachmana ben Lewiego z Buska

O prostaku Jakubie i podatkach

O tym, jak Nachman pojawia się Nachmanowi, czyli nasiono ciemności i pestka światła

O kamieniach i biegunie ze straszną twarzą

O tym, jak Nachman trafia do Jenty i zasypia na podłodze przy jej łóżku

O dalszych wędrówkach Jenty w czasie

O strasznych skutkach zniknięcia amuletu

O czym mówi Zohar

Opowieść Pesełe o koźle podhajeckim i dziwnej trawie

Ksiądz Chmielowski pisze do JWM Pani Drużbackiej w styczniu 1753 roku, z Firlejowa

7

Historia Jenty

8

Miód, nie zjeść go za dużo, czyli nauki w szkole Isochara w Smyrnie, w kraju tureckim

Resztki. O tym, czym zajmowaliśmy się w Smyrnie w roku żydowskim 5511 i jak spotkaliśmy Moliwdę, a także o tym, że duch jest jak igła, która robi w świecie dziurę

9

O weselu w Nikopolu, tajemnicy spod baldachimu i korzyściach z bycia obcym

W Krajowie. O handlu w święta i o Herszełe, który staje przed dylematem wiśni

O perle i Chanie

10

Kim jest ten, który zbiera zioła na górze Athos

11

Jak w mieście Krajowie Moliwda-Kossakowski spotyka Jakuba

Historia IWM Pana Moliwdy, Antoniego Kossakowskiego herbu Ślepowron, przydomek Korwin

O tym, co ciągnie ludzi do siebie, i pewne uzgodnienia na temat wędrówki dusz

Opowieść Jakuba o pierścieniu

Resztki. Cośmy zobaczyli u bogomiłów Moliwdy

12

O wyprawie Jakuba do grobu Natana z Gazy

O tym, jak Nachman podąża śladami Jakuba

O tym, jak Jakub mierzy się z Antychrystem

Jak wygląda ruach ha-kodesz, gdy duch schodzi w człowieka

O tym, dlaczego Saloniki nie lubią Jakuba

Resztki. O klątwie salonickiej i linieniu Jakuba

Resztki. O przestawianiu trójkątów

O spotkaniu z ojcem Jakuba w Romaniu, a także o staroście i złodzieju

O tańcu Jakuba

III. KSIĘGA DROGI

13

O ciepłym grudniu 1755 roku, czyli miesiącu tewet 5516, o kraju Polin i zarazie w Mielnicy

Co widzą bystre oczy wszelkiego rodzaju szpiegów

„Trzech jest ukrytych przede mną, a o czwartym nie wiem”. Księga Przysłów 30,18

Strażniczki Pańskie

Resztki Nachmana z Buska zapisywane w ukryciu przed Jakubem

O tajemniczych czynnościach w Lanckoruniu i niechętnym oku

Jak Gerszom ułowił odszczepieńców

O polskiej księżniczce Gitli Pinkasównie

O Pinkasie i jego wstydliwej rozpaczy

14

O biskupie kamienieckim Mikołaju Dembowskim, który nie wie, że jest w całej sprawie efemerydą

O tym, jak ksiądz Chmielowski broni u biskupa swojego dobrego imienia

O czym pisze Elżbieta Drużbacka do księdza Chmielowskiego w lutym roku 1756 z Rzemienia nad Wisłoką

Ksiądz Chmielowski do Elżbiety Drużbackiej

Co Pinkas zapisuje, a co pozostaje niezapisane

O Seder ha-cherem, czyli porządku klątwy

O Jencie, która jest zawsze obecna i widzi wszystko

 

Biskup kamieniecki Mikołaj Dembowski pisze list do nuncjusza papieskiego Serry, jego sekretarz zaś dodaje jeszcze co nieco od siebie

Biskup Dembowski pisze do biskupa Sołtyka

Tymczasem zaś…

Jak spełniają się złe proroctwa macochy Gitli

15

Jak w Kamieńcu zmienia się dawny minaret w kolumnę z Matką Bożą

Nad czym rozmyśla biskup Dembowski przy goleniu

O dwóch naturach Chai

Kształty nowych liter

O Krysie i jego planach na przyszłość

16

O roku 1757 i o tym, jak ustala się pewne prawdy przedwieczne latem w Kamieńcu Podolskim, na debacie kamienieckiej

O paleniu Talmudów

O tym, jak ksiądz Pikulski tłumaczy wysoko urodzonym zasady gematrii

O nowo powołanym arcybiskupie Dembowskim, który szykuje się do drogi

O życiu zmarłej Jenty zimą 1757 roku, czyli tego, w którym spalono Talmud, a potem księgi niedawnych podpalaczy

O przygodach Aszera Rubina ze światłem, jego dziadka zaś – z wilkiem

O polskiej księżniczce w domu Aszera Rubina

O tym, jak okoliczności mogą stanąć na głowie. Katarzyna Kossakowska pisze do biskupa Kajetana Sołtyka

Pompa funebris. 29 stycznia 1758 roku

O rozlanej krwi i głodnych pijawkach

Pani Elżbieta Drużbacka do księdza Chmielowskiego, czyli o doskonałości form nieprecyzyjnych

Ksiądz dziekan Benedykt Chmielowski pisze do JWM Pani Elżbiety Drużbackiej

O niespodziewanym gościu, który nachodzi księdza Chmielowskiego w nocy

O jaskini w kształcie litery alef

17

Resztki. Moje rozterki serca

Jak namawialiśmy Jakuba w Giurgiu do powrotu do Polski

Ksiądz Benedykt piele lebiodkę

Biegun

Opowieść bieguna. Żydowski czyściec

Jak kuzynostwo ustanawia wspólny front i wyrusza na wojnę

Moliwda rusza w drogę i ogląda królestwo luźnych ludzi

Jak Moliwda zostaje posłańcem w trudnej sprawie

O prawdzie użytecznej i prawdzie nieużytecznej oraz poczcie moździerzykowej

Kossakowska, kasztelanowa kamieniecka, pisze do księdza biskupa lwowskiego Łubieńskiego, senatora

Ksiądz Pikulski pisze do księdza biskupa lwowskiego Łubieńskiego, senatora

Antoni Moliwda-Kossakowski do Jego Ekscelencji biskupa Łubieńskiego

Noże i widelce

18

O tym, jak Iwanie, mała wieś nad Dniestrem, staje się republiką

O rękawach świętej koszuli Szabtaja Cwi

O tym, jak działa dotyk Jakuba

O czym rozmawiają kobiety przy skubaniu kur

Kto znajdzie się w kobiecym kręgu

Chmurny wzrok Chany wydobywa w Iwaniu następujące szczegóły

O tym, jak Moliwda wizytuje Iwanie

Łaska Boska, która woła z ciemności w światłość

Suplika do arcybiskupa Łubieńskiego

O tym, że boskość i grzeszność są ze sobą na trwałe związane

O Bogu

„Młynaż miele monke”

IV. KSIĘGA KOMETY

19

O komecie, która zawsze zapowiada koniec świata i sprowadza Szechinę

O Jankielu z Glinna i fatalnym zapachu mułu

O Cudzych Uczynkach, świętym milczeniu i innych zabawach iwańskich

Opowieść o dwóch tablicach

Resztki. Osiem miesięcy wspólnoty Pańskiej w Iwaniu

O Dwójni, Trójcy i Czwórcy

O gaszeniu świec

Człowiek, który nie ma kawałka własnej ziemi, właściwie nie jest człowiekiem

O masztalerzu i nauce języka polskiego

O nowych imionach

O Pinkasie, który schodzi do piekła w poszukiwaniu córki

Antoni Moliwda-Kossakowski pisze do Katarzyny Kossakowskiej

Katarzyna Kossakowska do Antoniego Moliwdy-Kossakowskiego

O krzyżu i tańcu w otchłani

20

Co widzi Jenta spod sklepienia katedry lwowskiej 17 lipca 1759 roku

O szczęściu rodzinnym Aszera

Siódmy punkt dysputy

Tajemny znak palcem i tajemny znak okiem

Katarzyna Kossakowska pisze do biskupa Kajetana Sołtyka

O kłopotach księdza Chmielowskiego

O Pinkasie, który nie rozumie, jaki popełnił grzech

O ludzkiej powodzi, która zalewa ulice Lwowa

Majorkowicze

Nachman i jego szata z dobrych uczynków

Rachunki księdza Mikulskiego i jarmark imion chrześcijańskich

O tym, co przydarza się księdzu Chmielowskiemu we Lwowie

Pod szyldem Drukarni Pawła Józefa Golczewskiego, Uprzywilejowanego Typographa Jego Królewskiej Mości

O właściwych proporcjach

Chrzest

O zgolonej brodzie Jakuba Franka i nowej twarzy, jaka się spod niej dobywa

21

O tym, jak jesienią 1759 roku nawiedza Lwów zaraza

Co Moliwda pisze do kuzynki, Katarzyny Kossakowskiej

Katarzyna Kossakowska ośmiela się niepokoić możnych tego świata

O deptaniu monet i zawracaniu nożem klucza żurawi

Resztki. U Radziwiłła

O smutnych wydarzeniach w Lublinie

22

Karczma na prawym brzegu Wisły

O wydarzeniach w Warszawie i o nuncjuszu papieskim

O Katarzynie i jej rządach w Warszawie

Katarzyna Kossakowska pisze do kuzyna

Co podano na kolację wigilijną u Kossakowskiej

Awacza i dwie lalki

Lalka dla Salusi Łabęckiej. Opowieści księdza Chmielowskiego o bibliotece i uroczystym chrzcie

Ksiądz Gaudenty Pikulski, bernardyn, przesłuchuje naiwnych

Ksiądz Gaudenty Pikulski pisze do prymasa Łubieńskiego

Chabrowy żupan i czerwony kontusz

Co się działo w Warszawie, gdy Jakub zniknął

Plujcie na ten ogień

Ocean pytań, który pogrąża nawet najsilniejszy okręt

23

Jak się poluje u Hieronima Floriana Radziwiłła

Resztki. O trzech drogach opowieści i o tym, że opowiadanie bywa uczynkiem

Chano, rozważ w sercu

V. KSIĘGA METALU I SIARKI

24

Machina mesjańska, jak działa

O tym, jak w lutową noc 1760 roku Jakub przybywa do Częstochowy

Jak wygląda więzienie Jakuba

Biczownicy

Obraz święty, który ukrywa, a nie odkrywa

List po polsku

Odwiedziny w klasztorze

Upupa dicit

O tym, jak Jakub uczy się czytać i skąd się wzięli Polacy

 

O tym, jak Jan Wołowski i Mateusz Matuszewski jako następni przyjeżdżają do Częstochowy w listopadzie 1760 roku

Drużbacka do Księdza Benedykta Chmielowskiego Dziekana Rohatyńskiego, Tarnów, Boże Narodzenie 1760 roku

Ciężkie złote serce Elżbiety Drużbackiej ofiarowane Czarnej Madonnie

25

Jenta śpi pod skrzydłami bociana

O tym, jak Jenta mierzy groby

List Nachmana Jakubowskiego do Pana w Częstochowie

Podarunki od Beszta

Modrzewiowy dwór w Wojsławicach i zęby Zwierzchowskiego

O kaźni i klątwie

Jak wróży Chaja

Edom chwieje się w posadach

O tym, jak bezkrólewie przekłada się na ruch powozów na Krakowskim Przedmieściu

Pinkas redaguje Documenta Judaeos

Kogo to Pinkas spotyka na targu we Lwowie

Zwierciadło i zwykłe szkło

Życie codzienne w więzieniu i o trzymaniu dzieci w pudełku

Dziura do przepaści, czyli odwiedziny Towy i jego syna Chaima Turka w 1765 roku

Elżbieta Drużbacka pisze z klasztoru Bernardynek w Tarnowie ostatni list do księdza kanonika Benedykta Chmielowskiego w Firlejowie

O powrocie Moliwdy do życia

O wędrujących jaskiniach

O nieudanych poselstwach i historii, która oblega klasztorne mury

O odejściu Imości Chany w lutym 1770 roku i miejscu jej wiecznego spoczynku

Resztki. Stan oblężenia

VI. KSIĘGA DALEKIEGO KRAJU

26

Jenta czyta paszporty

O rodzinie Dobruszków w Prossnitz

O nowym życiu w Brünn i tykaniu zegarków

O Moszem Dobruszce i uczcie Lewiatana

O domu przy katedrze i dostawie panien

Resztki. Jak w mętnej wodzie ryby łowić

Słowa Pańskie

Ptaszek, który wyskakuje z tabakierki

Tysiąc komplementów, czyli o ślubie Moszego Dobruszki vel Thomasa von Schönfelda

O cesarzu i ludziach zewsząd i znikąd

O niedźwiedziu ze snu Awaczy Frank

O życiu na wysokościach

Maszyna, która gra w szachy

27

Jak Nachman Piotr Jakubowski został ambasadorem

Powrót biskupa Sołtyka

Co się dzieje w machnie Pańskiej w Warszawie

Anzeige, czyli doniesienie

Kawa z mlekiem, skutki picia

Ruptura i słowa Pańskie

O pociągu do tajemniczych eksperymentów na materii

Wszystkie odmiany popiołu, czyli jak zrobić złoto domowym sposobem

Jak widzą świat Pańskie sny

O Franciszku Wołowskim w zalotach

O Samuelu Ascherbachu, synu Gitli i Aszera

28

Aszer w kawiarni wiedeńskiej albo Was ist Aufklärung? 1784

O zdrowotnych aspektach prorokowania

O figurkach z chleba

Odrzucone oświadczyny Franciszka Wołowskiego młodszego

Ostatnia audiencja u cesarza

Thomas von Schönfeld i jego gry

Resztki. Synowie Jakuba Franka. Moliwda

Ostatnie dni w Brünn

Moliwda w poszukiwaniu środka swojego życia

Dalszy ciąg historii Antoniego Kossakowskiego zwanego Moliwdą

29

O owadzim ludku, który zasiedla Offenbach nad Menem

O Schlossie isemburskim i jego zziębniętych mieszkańcach

O gotowanych jajkach i księciu Lubomirskim

Jak wilczyca Zwierzchowska trzyma porządki w zamku

Nóż wysadzany turkusami

O domku dla lalek

Niebezpieczny zapach maliniaku i muszkatelu

O wielkich planach Thomasa von Schönfelda

Kim jest Pan, kiedy nie jest już tym, kim jest

O grzechach Rocha Franka

O neszika, boskim pocałunku

Plotki, listy, donosy, ukazy, raporty

30

Śmierć polskiej księżniczki, krok po kroku

Warszawski stół na trzydzieści osób

O życiu sposobem zwyczajnym

Heiliger Weg nach Offenbach

O kobietach, które moczą nogi

Resztki. O świetle

VII. KSIĘGA IMION

31

Jakubowski i księgi śmierci

Ewa Frank ratuje Offenbach od grabieży napoleońskiej

Czaszka

O spotkaniu w Wiedniu

Samuel Ascherbach i jego siostry

Biblioteka Braci Załuskich i ksiądz kanonik Benedykt Chmielowski

Męczeństwo Juniusa Freya

Dzieci

Śliczna mała dziewczynka gra na szpinecie

O pewnym manuskrypcie

Wędrówki Nowych Aten

Jenta

Nota bibliograficzna

Podziękowania

Przypisy

© Copyright by Olga Tokarczuk

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Konsultacja w dziedzinie frankizmu: PAWEŁ MACIEJKO

Konsultacja historyczna: ANDRZEJ LINK-LENCZOWSKI

Ilustracje zgromadzone dzięki uprzejmości Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich we Wrocławiu.

Portret Ewy Frank (s. 156) pochodzi ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Adiustacja: HENRYKA SALAWA

Korekta: ANNA DOBOSZ, ANETA TKACZYK, DOROTA TRZCINKA

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Projekt okładki, ilustracja: JOANNA CONCEJO

Opracowanie graficzne okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Projekt typograficzny, skład łamanie | manufaktu-ar.com

Przygotowanie ilustracji do druku , MAREK PAWŁOWSKI

ISBN 978-83-08-07209-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Od Wydawcy

Ze względu na specyfikę wydań elektronicznych, ebook nie zawiera niektórych elementów typograficznych zawartych w książce. Składniki te stanowią integralną część papierowego wydania dzieła, jednakże nie wpływają na jego warstwę merytoryczną.

Rodzicom

PROLOG

Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną. Czarny, specjalnie przygotowany atrament powoli się rozpływa i litery tracą swą postać. W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na substancję i istotę. Gdy ta pierwsza zanika, druga, pozostając bez kształtu, daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje materialnego nośnika; nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść.

Jenta budzi się, a przecież była już prawie martwa. Czuje to teraz wyraźnie, to jest jak ból, jak prąd rzeki, drganie, napieranie, ruch.

W okolicy serca wraca delikatna wibracja, serce bije słabo, ale równomiernie, pewne swego. W wysuszone i kościste piersi Jenty wpływa znowu ciepło. Jenta mruga oczami i z trudem unosi powieki. Widzi nachyloną nad sobą zmartwioną twarz Eliszy Szora. Próbuje się do niego uśmiechnąć, ale nie włada aż tak swoją twarzą. Elisza Szor ma ściągnięte brwi, patrzy na nią z pretensją. Jego usta poruszają się, ale do uszu Jenty nie dochodzi żaden głos. Skądś pojawiają się ręce – duże dłonie starego Szora, które sięgają do jej szyi i wędrują pod derkę. Szor nieporadnie próbuje odwrócić bezwładne ciało na bok i zajrzeć pod nie, na prześcieradło. Nie, Jenta nie czuje jego wysiłków, czuje tylko ciepło i obecność brodatego spoconego mężczyzny.

Potem nagle, jak za sprawą jakiegoś uderzenia, Jenta patrzy na wszystko z góry – na siebie samą i na łysiejący czubek głowy Szora, w tej szamotaninie z jej ciałem bowiem spadła mu czapka.

I odtąd tak już jest – Jenta widzi wszystko.

I. KSIĘGA MGŁY


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

1752, Rohatyn

Jest koniec października, wcześnie rano. Ksiądz dziekan stoi na ganku plebanii i czeka na powóz. Przywykł wstawać o świcie, ale tym razem czuje się na wpół przytomny i właściwie nie wie, jak się tu znalazł – sam w obliczu morza mgły. Nie pamięta ani jak wstał, ani jak się ubrał, ani czy już jadł. Patrzy ze zdziwieniem na swoje solidne buty, które wystają spod sutanny, i na nieco obszarpane poły wypłowiałego wełnianego płaszcza, i na rękawiczki, które trzyma w dłoni. Wsuwa lewą; w środku wydaje się ciepła i doskonale pasuje do ręki, jakby dłoń i rękawiczka znały się od lat. Oddycha z ulgą. Dotyka przewieszonej przez ramię torby, mechanicznie obmacuje prostokątne kanty, twarde, pogrubiałe jak blizny pod skórą, i powoli przypomina sobie, co jest w środku – ciężki, znajomy, przyjemny kształt. Coś dobrego, coś, co go tu przywiodło, jakieś słowa, jakieś znaki – wszystko to ma głęboki związek z jego życiem. O tak, wie już, co tam jest, i ta świadomość powoli zaczyna mu rozgrzewać ciało, a mgła staje się przez to jakby bardziej przezroczysta. Za nim ciemny otwór drzwi, jedno skrzydło zamknięte, prawdopodobnie musiały już nastać chłody, może nawet przymrozek zwarzył śliwki w sadzie. Nad drzwiami niewyraźny napis – widzi go, nie patrząc, bo przecież wie, co tam napisano, sam to przecież zlecił; dwóch rzemieślników z Podhajec wyrzynało litery w drewnie przez cały tydzień, kazał je bowiem wykonać ozdobnie:

DZIŚ CO BYŁO, JUTRO PO NIM.

CO UCIEKŁO, NIE DOGOИIM

W słowie „dogonim”, co go bardzo denerwuje, litera „N” jest napisana odwrotnie, jak jej lustrzane odbicie.

Poirytowany tym po raz nie wiadomo który, ksiądz kręci gwałtownie głową – i to budzi go ostatecznie. Owa odwrócona litera to „И”… Co za niedbałość! Trzeba im ciągle patrzeć na ręce, pilnować ich na każdym kroku. A że owi rzemieślnicy to Żydzi, wobec tego napis zrobili jakiś taki żydowski, litery są zbyt kręcone, chwiejne. I jeszcze się jeden z nich wykłócał, że takie „N” też może być, jest nawet ładniejsze, bo poprzeczka idzie z dołu do góry i z lewej do prawej, po chrześcijańsku, a odwrotnie to byłoby właśnie po żydowsku. Drobna irytacja przywraca mu zmysły i teraz ksiądz Benedykt Chmielowski, dziekan rohatyński, widzi, skąd miał to poczucie, że jeszcze śpi – stoi w mgle, która ma kolor jego pościeli, szarawy; złamana biel, którą już dopadł brud, ogromne zasoby szarości, które są podszewką świata. Mgła jest nieruchoma, szczelnie wypełnia całe podwórko, majaczą za nią znajome kształty wielkiej gruszy, murku, a dalej – wiklinowego wozu. To zwykły obłok niebieski, który upadł na ziemię i przywarł do niej brzuchem. Czytał o tym wczoraj u Comeniusa.

Teraz słyszy znajome skrzypienie i turkot, nieuchronnie wprowadzające go w czasie każdej podróży w stan twórczej medytacji. Dopiero za dźwiękiem wyłaniają się z mgły Roszko, który prowadzi konia za uzdę, i kolaska księdza dziekana. Na jej widok ksiądz czuje przypływ energii, uderza rękawiczką o dłoń i gramoli się na siedzenie. Roszko, jak zwykle milczący, poprawia uprząż i rzuca księdzu długie spojrzenie. Mgła poszarza jego twarz i sprawia, że wydaje się księdzu starszy niż kiedykolwiek, jakby postarzał się w ciągu nocy, a przecież to młody chłopak.

W końcu ruszają, ale jest tak, jakby stali w miejscu, o ruchu zaświadcza tylko kołysanie pojazdu i uspokajające skrzypienie. Tyle razy jeździli tą drogą, przez tak wiele lat, że nie trzeba już oglądać widoków i żadne punkty orientacyjne nie będą potrzebne. Ksiądz wie, że teraz wyjechali na drogę, która idzie skrajem lasu, i tak będą się posuwać aż do krzyżówki, gdzie wznosi się kapliczka, postawiona zresztą przez księdza przed laty, gdy objął probostwo w Firlejowie. Długo zastanawiał się nad tym, kogo by w tej kapliczce umieścić, i do głowy przychodził mu święty Benedykt, jego patron, albo Onufriusz, eremita, którego na pustyni cudownie karmiła daktylami palma, a aniołowie każdego ósmego dnia przynosili mu z nieba Ciało Chrystusa. Bo też i Firlejów miał być dla księdza taką pustynią, kiedy tu zjechał po latach edukowania syna Jego Wysokości pana Jabłonowskiego, Dymitra. Po przemyśleniu jednak sprawy ksiądz uznał, że kapliczka nie ma być zbudowana dla niego i zaspokojenia jego własnej próżności, lecz prostemu ludowi, żeby na skrzyżowaniu dróg miał gdzie spocząć i skąd zanieść swe myśli do nieba. Stanęła więc na murowanym pobielonym cokole Matka Boska Królowa Świata z koroną na głowie. Pod jej małym spiczastym pantofelkiem wił się wąż.

Lecz dziś i ona niknie we mgle, i kapliczka, i krzyżówka. Widać tylko czubki drzew, znak, że mgła zaczyna opadać.

– Patrzcież, dobrodzieju, Kaśka nie chce iść – mówi ponuro Roszko, gdy kolaska się zatrzymuje. Roszko schodzi z kozła i żegna się kilka razy zamaszyście.

Potem nachyla się i zagląda w mgłę, jakby patrzył do wody. Spod jego odświętnego czerwonego, acz trochę już wypłowiałego kubraka wychodzi koszula.

– Nie wiem, gdzie jechać – mówi.

– Jak to nie wiesz? Przecież już jesteśmy na rohatyńskim gościńcu – mówi zdziwiony ksiądz.

A jednak! Wysiada z kolaski i podąża za sługą, obchodzą bezradnie powóz, wytężając oczy w biel. Wydaje im się, że coś widzą, ale oczy, które nie mogą zaczepić się na niczym, zaczynają stroić sobie żarty. Że też im się coś podobnego przydarzyło! Przecież to tak, jakby zgubić się we własnej kieszeni.

– Cicho! – mówi nagle ksiądz i podnosi palec do góry, nadsłuchując. I rzeczywiście, gdzieś z lewej strony, z kłębów mgły, dochodzi słaby szum wody.

– Jedźmy za tym szumem. To woda płynie – decyduje ksiądz.

Będą wlec się teraz powolutku wzdłuż rzeki zwanej Gniłą Lipą. Woda ich poprowadzi.

Wkrótce ksiądz rozluźnia się w kolasce, wyciąga przed siebie nogi i pozwala oczom wędrować po morzu mgły. Natychmiast popada w podróżne zamyślenie, bo człowiekowi najlepiej myśli się w ruchu. Wolno, z ociąganiem ożywa mechanizm jego umysłu, zaskakują tryby i przekładki, wprawiając w ruch koła napędowe, zupełnie jak w zegarze, który stoi u niego na plebanii w sieni, zakupiony we Lwowie; słono za niego zapłacił. Za chwilę odezwie się bim-bom. Czy aby świat nie wziął się z takiej mgły, zaczyna się zastanawiać. Przecież historyk żydowski Józef Flawiusz utrzymuje, że świat został stworzony jesienią, podczas aequinoctium jesiennego. Można tak sądzić, bo przecież w raju były owoce; skoro jabłko wisiało na drzewie, musiała to być jesień… Jest w tym jakaś racja. Ale zaraz przychodzi mu do głowy myśl inna: Cóż to za argument? Czyż wszechmocny Bóg takich marnych fruktów nie mógłby stworzyć ekstra, w jakiejkolwiek porze roku?

Gdy dojeżdżają do głównej drogi prowadzącej do Rohatyna, włączają się w strumień pieszych, konnych i wozów wszelakiego rodzaju, które wyłaniają się z mgły, niby figurki z chleba lepione na Boże Narodzenie. Jest środa, targ w Rohatynie, jadą chłopskie wozy obładowane workami z ziarnem, klatkami z drobiem, wszelakimi płodami rolnymi. Między nimi żwawym krokiem maszerują handlarze z każdym możliwym towarem – ich kramiki, sprytnie teraz złożone, dają się nieść na plecach niczym koromysła, a za chwilę staną się stołami pełnymi barwnych materiałów, drewnianych zabawek, jajek skupowanych po wsiach za jedną czwartą ceny… Chłopi prowadzą też kozy i krowy na sprzedaż – zwierzęta, przerażone zgiełkiem, zapierają się w kałużach. Mija ich rozpędzona fura przykryta dziurawą plandeką, pełna hałaśliwych Żydów, którzy ściągają na jarmark do Rohatyna z całej okolicy, a za nimi przedziera się bogata kareta, której we mgle i tłoku na drodze trudno zachować dostojeństwo – jasne lakierowane drzwiczki są czarne od błota, a mina stangreta w niebieskiej pelerynie wydaje się nietęga, nie spodziewał się widać takiego zamieszania i teraz rozpaczliwie szuka wzrokiem okazji, żeby zjechać z tej diabelskiej drogi.

Roszko jest zawzięty i nie da się zepchnąć na pole, trzyma się prawej strony i jadąc jednym kołem po trawie, drugim po drodze, posuwa się sprawnie do przodu. Jego smutna pociągła twarz dostaje rumieńców i spływa na nią jakiś potępieńczy grymas. Ksiądz rzuca na niego okiem i przypomina mu się rycina, którą oglądał nie dalej jak wczoraj – widnieli na niej piekielnicy i mieli takie same grymasy na twarzy jak teraz Roszko.

– Przepuścić jegomościa księdza dobrodzieja. Nu, poszli! Na bok, ludyny! – krzyczy Roszko.

Wyrastają przed nimi pierwsze zabudowania, nagle, bez ostrzeżenia. Widać mgła zmienia poczucie odległości, bo zaskoczona tym wydaje się sama Kaśka. Nagle skacze, szarpiąc dyszlem, i gdyby nie stanowcza reakcja Roszka i jego bat, wywróciłaby kolaskę. Może Kaśkę wystraszyły iskry, które sypią się z paleniska, albo niepokój koni czekających na swoją kolej do podkuwania…

Dalej znajduje się karczma, marna i biedna, podobna do wiejskiej chałupy. Jak szubienica sterczy nad nią żuraw od studni, przebija się w górę przez mgłę, a jego koniec znika gdzieś wysoko. Ksiądz widzi, że zatrzymała się tu zakurzona kareta, zmęczony stangret opuścił głowę prawie do kolan i nie zeskakuje z kozła, nikt też nie wychodzi ze środka. A już stoi przed nią wysoki, chudy Żyd, a obok małe dziewczynki o potarganych włosach. Tyle tylko widzi ksiądz dziekan, bo mgła pochłania każdy mijany widok; przepada on gdzieś, wsiąka jak roztopiony płatek śniegu.

Oto i Rohatyn.

Zaczyna się od lepianek, domków z gliny krytych słomianymi strzechami, które wydają się przyciskać budynki do ziemi; im bliżej rynku jednak, tym domki coraz bardziej smukleją, strzechy stają się delikatniejsze, a w końcu przechodzą w drewniany gont kamieniczek z gliniastej niewypalonej cegły. Są tu też fara, klasztor Dominikanów, kościół Świętej Barbary przy rynku, a dalej dwie synagogi i pięć cerkwi. Wokół rynku tkwią jak grzyby małe domy, a w każdym jakiś interes. Krawiec, powroźnik, kuśnierz, wszyscy Żydzi, a obok piekarz o nazwisku Bochenek, co zawsze cieszy księdza dziekana, bo ukazuje jakiś ukryty porządek, który mógłby być bardziej widoczny i konsekwentny, a wtedy ludzie żyliby cnotliwiej. Obok zakład miecznika zwanego Lubą; fasada wyróżnia się zasobnością, ściany świeżo pomalowane na niebiesko, a nad wejściem wisi wielki zardzewiały miecz – widocznie dobry rzemieślnik z tego Luby i pełne są kieszenie jego klientów. Dalej siodlarz, który wystawił przed drzwi drewniany kozioł, na nim zaś piękne siodło, strzemiona chyba srebrzone, bo tak lśnią.

Wszędzie czuć mdły zapach słodu, przenika każdy towar wystawiony do sprzedaży. Można się nim najeść jak chlebem. Na przedmieściach Rohatyna, w Babińcach, jest kilka małych browarów, to stamtąd roznosi się na całą okolicę ten sycący zapach. Wiele kramików sprzedaje tu piwo, a lepsze sklepy mają na składzie i gorzałkę, i miód pitny, głównie trójniak. Skład żydowskiego kupca Wakszula oferuje wino, prawdziwego węgrzyna i prawdziwe reńskie, i takie trochę kwaskowate, które przywożą tu aż z Wołoszczyzny.

Ksiądz posuwa się wzdłuż straganów skonstruowanych z wszelkiej możliwej materii – desek, kawałków grubo tkanego płótna, koszy wiklinowych, a nawet liści. Jakaś dobra kobieta w białej chustce na głowie sprzedaje dynie z wózka i ich jaskrawy pomarańczowy kolor przyciąga dzieci. Obok inna zachwala gomółki sera ułożone na liściach chrzanu. Dalej stoi wiele innych kramarek, które trudnią się handlem, bo owdowiały albo mają mężów opojów: olejarki, solarki, płótniarki. Wyroby tej pasztetniczki ksiądz zwykle kupuje i teraz śle handlarce miły uśmiech. Za nią są dwa stragany ozdobione zieloną gałęzią, co znaczy, że sprzedaje się tam świeże warzone piwo. A tu bogaty kram ormiańskich kupców – piękne, lekkie materie, noże w zdobionych pochwach, i zaraz – wizina, czyli suszone ryby, których mdły zapach przenika wełniane tureckie makaty. Dalej z pudła zawieszonego na chudych ramionach człowiek w zakurzonym chałacie sprzedaje jajka zapakowane tuzinami w koszyki uplecione z trawy. Drugi oferuje jaja na kopy, w dużych koszach, po konkurencyjnej, prawie hurtowej cenie. Bajgle obwieszają cały kram piekarza – jeden upadł komuś w błoto i teraz zjada go z apetytem mały pies.

Handlują tu czym się da. Także kwiecistymi materiałami, chustkami i szalami prosto z bazaru w Stambule, bucikami dla dzieci, owocami, orzechami. Mężczyzna pod płotem ma pług i gwoździe w różnych wielkościach, od takich jak szpilka aż po wielkie, do budowy domu. Obok dorodna kobieta w nakrochmalonym czepcu na głowie rozłożyła kołatki dla nocnych stróżów: małe – takie, co to ich dźwięk przypomina raczej nocne granie świerszczy niż nawoływanie do snu, i duże – te, przeciwnie, obudziłyby umarłego.

Ile to razy zakazywano Żydom handlowania rzeczami związanymi z Kościołem. Grzmieli w tej sprawie i księża, i rabini, ale nic to nie dało. Są tu więc piękne modlitewniki, ze wstążeczką między stronami, z wytłoczonymi na okładce cudnie srebrzonymi literami, które gdy po nich przesunąć opuszką palca, wydają się ciepłe i żywe. Czysty, prawie elegancki mężczyzna w futrzanej czapie trzyma je jak jakieś relikwie – poowijane w cienki papier, kremową bibułkę, żeby ten brudny, mglisty dzień nie splamił ich niewinnych, chrześcijańskich, pachnących farbą drukarską stron. Ma także woskowe świece, a nawet obrazki świętych z aureolami.

Ksiądz podchodzi do jednego z wędrownych sprzedawców książek, mając nadzieję, że znajdzie coś po łacinie. Wszystkie są jednak żydowskie, bo obok nich leżą rzeczy, których przeznaczenia ksiądz nie zna.

Im dalej zapuści się wzrok w boczne uliczki, tym większa nędza wychodzi na wierzch, jak brudny palec z podartego buta; bieda zgrzebna, cicha, przygięta do ziemi. To już nie sklepy, nie kramy, ale budy jak dla psów, sklecone z cienkich desek uzbieranych gdzieś po śmietniskach. W jednej z nich szewc naprawia buty wiele razy już szyte, zelowane i łatane. W innej, całej obwieszonej żelaznymi garnkami, zasiadł druciarz. Twarz ma chudą i zapadłą, czapka przykrywa czoło pełne jakichś brązowych wybroczyn. Bałby się ksiądz dziekan naprawiać u niego garnki, żeby z dotykiem palców tego nieszczęśnika jaka straszna choroba nie przeszła na innych. Obok stary człowiek ostrzy noże oraz wszelkiego rodzaju sierpy i kosy. Jego warsztat składa się z kamiennego koła uwiązanego u szyi. Gdy dostanie rzecz do ostrzenia, ustawia na ziemi prymitywny drewniany stelaż – kilka skórzanych rzemieni czyni z tego prostą machinę, której koło wprawiane w ruch ręką liże metalowe ostrza. Czasem z tej machiny poleci kilka najprawdziwszych iskier, wpadając w błoto, z czego szczególnie cieszą się brudne, zaświerzbione dzieci. Na fachu swoim zarobi grosze. Może się z pomocą tego koła utopić w rzece, taka jeszcze jest korzyść z tego zawodu.