Gra na wielu bębenkachTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podmiot

W monografii na temat jego twórczości, którą właśnie zaczął czytać przy porannej kawie, był drobny błąd. Otóż jego powieść „Otwarte oczy rzeczy” została wydana w osiemdziesiątym drugim, nie zaś czwartym. Autorka monografii pominęła z jakiegoś powodu to pierwsze zagraniczne wydanie poza cenzurą. Naniósł ołówkiem poprawkę i zapalił pierwszego papierosa. Teraz zostało mu tylko cztery — musiał się ograniczać. Lekarz powiedział mu, że w jego wieku powinien zupełnie rzucić palenie. Wiedział jednak, że bez palenia nie będzie pisania. Istniała prosta zależność między zaciąganiem się papierosowym dymem a pisaniem. Dym, gdy napełniał mu płuca, jednocześnie w jakiś sposób poruszał w nim pamięć, pewnie dlatego, że i dym, i pamięć mają tę samą naturę — ulotne smugi nieoczekiwanie zwijające się w kółeczka, w zawijasy, w transparentne porządki warstw, które trwają przez chwilę w udawanej strukturze, a potem bezpowrotnie przepadają. Przy odrobinie skupienia można było za sprawą niepojętego cudu zamienić te ulotności w słowa i zdania.

Przewrócił kilka kartek i nagle jego uwagę przyciągnęły słowa: „Bohater tego wstrząsającego opowiadania, alter ego autora, nosi to samo imię i nawet mieszka pod tym samym adresem: Warszawa, tyły Alei”. Przeczytał je kilka razy, zaciągając się dymem. Przypomniał sobie tamten czas, dwadzieścia lat temu, gdy pisał „Otwarte oczy rzeczy”. Straszny czas, beznadziejny. Wydawało się, że to już koniec świata, a jednak wszystko skończyło się dobrze. Ale co to jest dobrze, a co źle, pomyślał i rzucił drapieżnym okiem na te cztery papierosy, które zostały mu do końca dnia. Dobrze się wtedy pisało. Nieokreślona rozpacz, poczucie bylejakości i absurdu sprzyjały rozmachowi, były czułą matką, która wypieszczała słowa, karmiła całe akapity, odsłaniała tajemnice baśniowych, nierealistycznych związków, podtykała, jak na talerzu, gotowe obrazy. Dziś wszystko zrobiło się papierowe, choć z zewnątrz może i wyglądało solidnie, ale gdyby chcieć to dzisiaj jakoś opisać, trzeba by się było przebijać przez warstwy śmieci, przez zetlały papier wydarzeń, mgnienia chwil. Normalność była nieciekawa, pełna drobnych problemów, nieważnych szczególików, które co rano wysypywały się z gazet jak piasek i od razu pokrywały kurzem.

Samborski wstał, popatrzył na papierosy i postanowił wyjść z domu. Narzucił tylko marynarkę — pogoda była piękna. Stałą trasą, podwórkami i przejściami między budynkami, dostał się na główną ulicę miasta, skręcił na plac z kościołem i zaraz znalazł się w swojej ulubionej kawiarni. Po drodze ukłoniło mu się kilka osób, w tym para młodych ludzi z plecakami. Przystanęli na jego widok i stali jeszcze, gdy odpowiedział z uśmiechem na pozdrowienie, wymijając ich. Miłe były takie spotkania, ale i niemiłe. Przypominały mu, że cały czas jest sobą, nikim innym już stać się nie może, że przed innymi, na przykład tymi młodymi ludźmi z plecakami, jest jeszcze całe morze możliwości, cały plik ról do wzięcia, wielki kosz jajek z niespodzianką, oni mogą się wciąż jeszcze stać, kim tylko zechcą. On już nie. On już jest określony. Pomyślał nawet: „skończony”, i coś bardzo nieprzyjemnego przemknęło tuż obok. Chłodne stęchłe powietrze jak z piwnicy. Bywało, że czuł się czasem, jakby miał mosiężną tabliczkę przyśrubowaną do czoła: „Stanisław Samborski, pisarz”. Tak jak i teraz — gdy wchodził do kawiarni, wszystkie oczy dyskretnie zwróciły się ku niemu, ale tutaj byli do niego przyzwyczajeni, więc zwykły gwar kawiarni nawet nie zmienił natężenia. Przeszedł do bufetu, wymienił z kelnerkami powitalne uśmiechy i usiadł przy stoliku. Zamówił „czarne śniadanie”: kawę i paczkę papierosów — w ten sposób tamte cztery na biurku starczą mu do wieczora. Znajoma kelnerka z własnej inicjatywy przyniosła mu dwie kanapki z jego ulubioną pastą jajeczną. „Powinien pan zjeść coś konkretnego z samego rana”. Nie protestował. Sięgnął po gazetę i spokojnie czytał, mając świadomość, że znajduje się w samym środku świata.

Tamtego spotkał już na własnej klatce schodowej, przed własnymi drzwiami — pochylony nad dziurką od klucza manipulował coś przy zamku. Pisarz Samborski przez jedną wielką, tłustą jak mucha, okrągłą minutę nie mógł wyjść ze zdziwienia. Tamten na pierwszy rzut oka wydawał mu się znajomy, nawet coś więcej niż znajomy — było w nim bowiem jakieś sobowtórstwo, obrzydliwe i obleśne. Przerzedzone siwe włosy obcięte na jeżyka, ziemista cera, drobne ciało w kraciastej marynarce, dobre, acz podniszczone buty. Pisarz Samborski chciał coś powiedzieć, ale wtedy zamek z trzaskiem zaskoczył, drzwi otwarły się i tamten bez słowa ruszył pierwszy w głąb mieszkania. Poruszony Samborski za nim. Tamten ignorował go zupełnie. Usiadł przy biurku nad monografią i z ołówkiem w ręku wziął się do czytania. Wprawnie zapisywał na marginesie jakieś uwagi, podkreślał całe zdania. Ze wstrętem odsunął od siebie popielniczkę, a potem wyrzucił do kosza cztery pozostałe papierosy. Gdy zadzwonił telefon, Samborski nie zdążył nawet podejść. Tamten podniósł bowiem pewnym ruchem słuchawkę i przeciągając słowo, powiedział do niej: „Taaak?”. Słuchając kogoś po drugiej stronie, przybrał skupiony wyraz twarzy, a wtedy zmarszczka na jego czole pogłębiła się, nadając całej twarzy jakiś poważny, a nawet tragiczny wyraz. Po chwili milczenia powiedział: „Literatura jest wyzwaniem. Tylko ona jest w stanie zakreślić granice egzystencji człowieka i nadać jej z drugiej strony transcendentalny wymiar. Samo życie to za mało. Proszę mi przysłać tekst do autoryzacji”, i odłożył słuchawkę. Potem wsparł czoło na dłoni i siedział jeszcze przez chwilę w milczeniu, aż w końcu zaczął się przechadzać po pokoju z rękami założonymi do tyłu. W tym momencie Samborski znienawidził go.

To było dziwne, że tamten nie jadł. Pił tylko kawę. Potem się okazało, że żłopie także wódkę. Samborski zobaczył go kiedyś rano w swojej kawiarni, jak tamten siedział przy jego stoliku, otoczony młodymi ludźmi wpatrzonymi w niego jak w obrazek. Samborski przystanął na ulicy i oglądał to widowisko przez wielką szybę. Tamten opowiadał o czymś, zataczając rękami w powietrzu bliżej nieokreślone figury. Marszczył czoło, milkł na chwilę, żeby w zamyśleniu, gestem skądś Samborskiemu znanym, potrzeć brodę. Potem znów podnosił palec do góry, jak przedszkolanka, i kontynuował przemowę. W pierwszej chwili oczywiście Samborski chciał tam wejść i zrobić awanturę: że to jego stolik, jego znajomi studenci, a nawet, tak, teraz to rozpoznał, jego gest pocierania brody. I już właściwie ruszył do drzwi, podekscytowany z oburzenia, ale wtedy zobaczył, jak tamten z rozmachem, trochę teatralnie podnosi do ust setkę wódki i wypija jednym haustem. Oczy studentów okrągleją z podziwu, a tamten, nawet nie zakąszając, peroruje dalej. Pisarz Samborski prawie nigdy nie pił wódki, nie dlatego, że nie chciał — o, to mu się bardzo podobało — tylko że nie mógł. W kraju, gdzie wszyscy piją na potęgę, on był urodzonym abstynentem. Setka wypita na raz przyprawiłaby go o wymioty. „Pijak”, mruknął do siebie, ale w sumie przełknął tym słowem gorzki smak podziwu. Poruszony do żywego, minął swoją kawiarnię i poszedł dalej. Był tam mały bar, kiedyś za dobrych czasów mleczny, dziś zamieniony w pub; tam przycupnął w kącie, zamówił małe piwo i zapalił papierosa. Przyglądał się jakimś krótko ostrzyżonym chłopcom, obwieszonym łańcuszkami, którzy pochyleni ku sobie rozmawiali o czymś cicho. Zbrązowiała od solarium kelnerka ze znudzoną miną czytała jakieś kolorowe czasopismo. Z radia leciała nieskomplikowana, rytmiczna muzyka, w której przyjemną frazą powtarzały się słowa: „Szwagierka, szwagierka, nie igraj ze mną w berka”. Samborskiemu zrobiło się miło. Wtulił się w wygodny kąt narożnego siedziska, zapalił papierosa i z kółkami zaczął wypuszczać prawdziwe, skończone zdania. Spokojnie zapisywał je na serwetce.

Tamten wrócił pod wieczór lekko wstawiony, z goździkiem w butonierce, co już wydało się Samborskiemu szczytem pretensjonalności. Obrzydliwy typ, bufon. Nie mógł na niego patrzeć, czuł prawdziwe mdłości, jakby tamten był zrobiony z jakiejś przestarzałej żelatyny, jakby był utwardzoną galaretą, zimnymi nóżkami w ludzkiej postaci — jakaś świniowatość unosiła się nad nim, zwierzęce samozadowolenie. Brzydziłby się nawet go dotknąć. Tamten nie spojrzał na Samborskiego, tylko od razu wziął telefon i zadzwonił do kogoś, żeby zaprotestować przeciwko niedoinwestowaniu uniwersytetów. W drugim telefonie wyraził jakieś poparcie, ale Samborski nie usłyszał komu i jakie, bo prał w tym czasie skarpetki w łazience, nie chcąc już więcej mieć z tamtym nic do czynienia. Lecz gdy za chwilę szedł do sypialni, zastał tamtego pochylonego nad świeżo wyciągniętym z maszyny tekstem. Kreślił tam coś i dopisywał z zatroskaną miną. „Co to jest za określenie: przez jedną wielką, tłustą jak mucha, okrągłą minutę nie mógł wyjść ze zdumienia?”, zapytał nagle, trzymając mu kartkę przed twarzą. Samborski wyrwał mu ją i szybko zebrał pozostałe z biurka. „W to nawet nie waż się wtrącać. Inne rzeczy możesz sobie zabrać, ale nie to”, wycedził do tamtego. Tamten zaś uśmiechnął się ironicznie. „Nie masz klasy, Samborku. Może i dobrze piszesz, ale nie masz klasy”.

I co jeszcze: tamten wcale nie sypiał. Siedział tylko całe noce w tej swojej zatroskanej, skupionej pozie przy biurku. Paliła się lampka. Gdyby ktoś zaglądnął przez okno, pomyślałby, że oto pisarz pracuje. Pisarz zastanawia się nad jakimś ważnym problemem. Pisarz snuje w swej pisarskiej głowie następną opowieść na temat świata i sensu. Jego umysł odsłania kolejne perspektywy, myśl wydobywa się z pudełka, w którym je kiedyś zamknęła ignorancja, wąskie horyzonty, brak wrażliwości, niezdolność do refleksji. Po głowie snują mu się granice poznania. Absurd historii. Samotność człowieka. Dobro i zło. Nadzieje i pułapki relatywizmu. Piękno, piękno, oczywiście. Kwestia piękna ponad wszystko.

Tymczasem Samborskiemu przeszkadzała ta cholerna lampka w gabinecie. Przez szparę w drzwiach przesączały się cieniutkie smugi i rozkładały na podłodze w intrygujące graficzne wzory. Martwił się grobowcem rodziców, który podczas ostatniej zimy, pewnie z powodu mrozów, pękł paskudnie na pół. Czy awanturować się z kamieniarzem? Potem przypomniała mu się, nie wiedzieć dlaczego, jego nauczycielka ze szkoły powszechnej i jej sukienka. Jeszcze na Wschodzie. Jak rzeczywiste stanęły mu przed oczami wzory: na czarnym tle białe kwiaty o nieregularnych wnętrzach koloru fuksji. Wydawało mu się, że mógłby wyciągnąć przed siebie rękę w ciemność i dotknąć chłodnego materiału. Kreton? Jedwabna żorżeta? Tak rojąc, usnął, ale przebudzenie było nieprzyjemne. Tamten stał nad nim z założonymi rękami — świeży, uczesany, ogolony. „Napisałbyś coś o roli pisarza we współczesnym świecie”, powiedział. „Jakie zadania ma literatura, Samborku. Czy powinniśmy oczekiwać od niej, że będzie dawać świadectwo rzeczywistości, że opisze przemiany, których byliśmy świadkiem”. „Odpierdol się”, powiedział Samborski i sam się przestraszył tego słowa. Przekleństwa od dzieciństwa nie przechodziły mu przez gardło. „A ty się nie opierdalaj”, podchwycił tamten. „Wstawaj i bierz się do roboty. Leniu. Odlocie”.

 

Na szczęście tamten wyszedł, ale przy goleniu Samborski usłyszał jego głos w radiu. Wypowiadał się na temat roli literatury. Z nieprzyjemnego zaskoczenia pisarz zastygł z maszynką przy brodzie. Tego samego dnia, wieczorem, zobaczył go w telewizji. Tamten, pocierając w zamyśleniu brodę, zajmował stanowisko na temat pornografii i eutanazji. Samborskiemu krew uderzyła do głowy. Rzucił się do drzwi, zamknął wszystkie zamki i na dodatek przyciągnął jeszcze ciężką komodę, blokując jej blatem klamkę. Późnym wieczorem z satysfakcją słyszał, jak tamten dobijał się do drzwi.

Kilka dni trwał zabarykadowany w swoim pustym mieszkaniu. Nie odbierał telefonów, nie włączał telewizji. Wyjadł wszystkie zapasy z lodówki, wymydlił mydło. Zgubiły go te papierosy. Najpierw sądził, że sobie bez nich poradzi, ale trzeciego albo czwartego wieczoru okazało się to jednak ponad jego siły. Włożył prochowiec i naciągnął czapkę na uszy. Wyskoczył na róg do kiosku, rozglądając się niespokojnie. Tamten zniknął. Kupił upragnione papierosy i od razu zapalił jednego na ulicy. Niestety, gdy wrócił do domu, okazało się, że tamten już tam jest. Siedzi przy biurku i przegląda z zainteresowaniem notatki z tych kilku ostatnich dni. Gdyby Samborski miał w tym momencie pistolet, zastrzeliłby tamtego bez wahania. Gdyby miał nóż, rzuciłby się i zatopiłby mu go w plecach. Ale nie miał — stał więc z kartonem papierosów i trząsł się ze złości. „Czego ty ode mnie chcesz? Spadaj stąd!”, wycedził. Tamten obejrzał się przez ramię, popatrzył na Samborskiego ni to z wyższością, ni to nieuważnie i rzekł: „Nie przeszkadzaj mi. Pracuję”. Ach, więc to tak, pomyślał z rosnącą wściekłością pisarz Samborski, więc on pracuje przy moim biurku nad moimi papierami, ten bezczelny palant. I w tym momencie oślepiony gniewem rzucił się na tamtego, próbując jedną ręką wyrwać mu papiery, a drugą chwycić za kołnierz. Lecz tamten był szybszy. Złapał Samborskiego za nadgarstki, ścisnął boleśnie i pchnął na ścianę. Spadła piękna grafika, posypało się szkło. Przycisnął go do ściany jak dziewczynę; był większy, jakby lepiej odżywiony, bardziej żywotny. Z ust śmierdziało mu kawą. Wpijając się zimnym, galaretowatym spojrzeniem w przestraszonego tym obrotem sprawy Samborskiego, wydyszał mu prosto w twarz: „Wymyśliłem cię, rozumiesz, ty pieprzony gnojku. Wymyśliłem cię i w każdej chwili mogę cię skasować, jesteś tylko zwykłym narratorem, podmiotem lirycznym, nieudaczną konstrukcją, czy czym tam jeszcze. Więc nie podskakuj i siedź cicho”. Puścił ze wstrętem Samborskiego i wrócił do biurka. Pisarz rozcierał zbolałe nadgarstki, a potem cicho, żeby tamtemu nie przeszkadzać, zaczął zbierać z podłogi kawałki szkła. Gniew w nim wyparował, a nawet — patrząc teraz na zniszczoną grafikę — poczuł jakąś niespodziewaną ulgę. Wszystko jest zawsze prostsze, niż się na początku wydaje. Stanął mu przed oczyma tamten bar w bocznej uliczce i ciemna grillowa opalenizna barmanki.

Nie było się nad czym zastanawiać. Pisarz Samborski naciągnął czapkę głęboko na czoło i ruszył w miasto.

Wyspa

Szanowna Pani, dziękuję za dyktafon — przyszedł na poste restante nie uszkodzony, tak starannie go Pani zapakowała. Jestem Pani niezmiernie wdzięczny za ten gest zaufania. Cóż można zrobić innego dla człowieka, który chce coś Pani opowiedzieć, a jednocześnie nie ujawnia adresu; który dzwoni do Pani kilka razy, już zaczyna opowiadać swoją historię i nagle przerywa ją w pół zdania z niewiadomych powodów? Tak, dyktafon jest najlepszym rozwiązaniem. Nie umiałbym już posłużyć się piórem, mówiłem to Pani, nie dlatego, żebym nie potrafił pisać, ale z banalnego powodu mojego artretyzmu, który uczynił moje ręce bezużytecznymi.

Jak Pani zapewne wie (zdaje się, że wspominałem o tym przy kolejnym telefonie), napisałem historię mojej wojennej tułaczki. Książka się ukazała dobrych kilka lat temu i zatonęła w powodzi innych takich wspomnień. Pisałem ją dla ludzi, nie dla siebie, i w pewnym sensie — czego jestem teraz bardziej niż kiedykolwiek pewien — odpowiada ona oczekiwaniom innych. Inni ludzie są zawsze najbardziej niepewnym adresatem. Miałem wrażenie, że umiejscawiam te moje przeżycia w jakiejś wspólnej przestrzeni i przez to wszystko, co najbardziej osobiste, musiało ulec przykrojeniu, opakowaniu. Chciałem być zrozumiany i właśnie dlatego traciłem tylko czas, właściwie nie powiedziałem tam nic od siebie; nie powiedziałem najważniejszego. Podrzucałem zaledwie słowa, które mogą budzić w innych podobne skojarzenia, dokładałem się do budowania mapy przeszłości, wspólnej przeszłości, uogólniałem — i to jest pamięć, prawda?

Ale czasami zdarzają nam się rzeczy, które sięgają w jakieś głębie, są w poprzek ogólnie przyjętym rozwijanym wzorom, rzeczy, które robią na tej wspólnej mapie dziury i nie wiadomo, co zrobić z takimi faktami. Nie da się ich bowiem przypasować do żadnej Historii, zresztą brałyby ją wtedy w jakiś niebezpieczny nawias. Nie da się ich też zapisać jako zwykłej anegdoty, niewinnego wspomnienia. Ludzie nie życzą sobie takich dziwactw.

Sądzę jednak, że te „dziwactwa” są potrzebne nawet tym, co się przed nimi najusilniej wzbraniają. Wskazują granice realności, są zdarzeniami granicznymi między tym, co jest, a tym, co tylko może być. W takim sensie stawiają nas na baczność, są bębenkami, których monotonny dźwięk utrzymuje nas w stanie czuwania. Wie Pani, czego się najbardziej boję? Że świat mógłby być naprawdę taki, jaki się nam wydaje.

Chciałbym, żeby Pani zrobiła z mojej opowieści fikcję: wystarczy umieścić ją w tomie jakichś opowiadań, możliwie najbardziej fantastycznych. Zresztą Pani wie, jak to zrobić.

W 1944 roku po latach długiej wojennej tułaczki udało mi się dotrzeć z przyjacielem do Grecji. Tam załatwiłem sobie papiery i niedużym statkiem transportowym miano nas wraz z kilkudziesięcioma innymi uciekinierami przeszmuglować do Palestyny. Drugiej nocy podróży nasz statek został storpedowany. O ile mi wiadomo, nikt poza mną nie przeżył.

Pierwsze, co pamiętam — siedzę na plaży, którą pokrywają małe kamyczki pracowicie obrobione przez morze do idealnego kształtu kulek. Ciepły deszcz spłukuje ze mnie słoną wodę, boli skręcona noga.

Ale myślami wciąż jeszcze jestem na statku, jakbym w ogóle nie przyjął do wiadomości tego, co się stało. Wciąż stoję na dziobie, przy relingu i rozważam, czy przy skoku ściągnąć okulary i czy będę wiedział, gdzie płynąć. Słyszę wokół siebie głosy, krzyki pełne rozpaczy i strachu, potem plusk wody, gdy drobne, bezbronne postacie odrywają się od wielkiego ciała statku i skaczą do wody (jak nasiona jakiejś ogromnej rośliny, pomyślałem). Ten plusk brzmi prawie wesoło, jakby to była zabawa, a nie ratowanie życia.

Pamiętałem dobrze także mój własny skok i potężną, zagłuszającą wszystko myśl, żeby płynąć jak najdalej, i pamiętałem, że odkąd znalazłem się pod wodą, zatrzasnęły się nade mną wielkie wrota, zamknęły się drzwi. Stało się nagle cicho, zielono, czas gwałtownie zahamował, a potem opornie ruszył do przodu, lecz już w zupełnie innym rytmie, wolno, z namaszczeniem. Nie zamknąłem oczu może ze strachu, że nie będę świadkiem swojej własnej śmierci, więc widziałem teraz powolny, radosny taniec powietrznych bąbli prących ku powierzchni od ciał, które znienacka pojawiały się w zieleni, machały wolno rękami i nogami, a potem albo szły pchane tajemniczą siłą ku światłu rozlewającemu się jak rtęć na niebie tej wodnej krainy, albo zamierały znieruchomiałe w połowie drogi i tkwiły wpatrzone w dalekie, tajemne dno. Nad nimi unosił się złowrogo drżący cień, odblask statku, mroczna mgławica na rtęciowym niebie i ten kształt nabierał wielkości, konturów, potężniał. Tonął.

Dlatego płynąłem przed siebie, byle dalej. Potem zrobiło się ciemno, a ja uczepiłem się jakiejś deski, która mnie nieprzytomnego z wyczerpania niosła przed siebie.

Tak znalazłem się na plaży. Siedziałem, masując obolałą kostkę, aż wyszło na chwilę słońce, deszcz ustał i wszystko się rozświetliło. W kieszeni płaszcza wymacałem okulary — przetrwały.

Pomyślałem, że musiało tutaj dotrzeć ze mną jeszcze mnóstwo innych ludzi. Ta kobieta z kilkorgiem dzieci, zakochana para, chora starsza pani na wózku i jej syn czy opiekun, grupa młodych milczących ludzi, a także mój przyjaciel, Jakub, w takim samym prochowcu (dostaliśmy je za darmo od handlującej starzyzną Greczynki), z którym rozmawiałem, gdy ogłuszył nas wstrząs i potworny huk. Chwiejnym krokiem ruszyłem wzdłuż plaży, wypatrując wśród kamieni jakiegoś ruchu i znowu w głowie miałem pełno tego hałasu. Kręciłem się w tę i z powrotem, podchodziłem ku morzu i zawracałem.

Plaża była pusta. Usiadłem w tym samym miejscu, w którym się pojawiłem, i pomyślałem jakoś nieoczekiwanie łagodnie, że będę czekał, aż tamci przybędą.

Siedziałem tak, aż zapadła noc. Wtedy dopiero położyłem się na kamyczkach osuszonych przez ciepły wiatr i usnąłem. Spałem niespokojnie; budziłem się co jakiś czas i lustrowałem pas morza aż po horyzont, ignorując ląd, który miałem za plecami. O świcie woda podniosła się i dotknęła mojej stopy, która już spuchła. Wtedy wycofałem się na skały.

Bardzo dobrze pamiętam te pierwsze godziny, nic z tego nie zapomniałem.

Pamiętam, że przychodziły do mnie małe kraby, stawały przede mną zadziwione, nieufnie poruszając szypułkowatymi oczami, a potem zmykały pod kamienie. Odwiedzały mnie drobne, skaczące owady i te także zawracały w końcu w swoją stronę. Słońce zamieniło moje ubranie w niewygodną słoną skorupę, która szczypała w skórę. Chciało mi się pić. Pomyślałem o deszczu, że słodka woda musiała zostać gdzieś w skalnych zagłębieniach, więc ruszyłem, kulejąc, w stronę trawiastych, skalistych zboczy i właściwie wtedy już zacząłem domyślać się, że jestem na wyspie. Może to był wszechobecny zapach morza, który napierał na mnie ze wszystkich stron, nie zmieniał się; może chodziło o wiatr, który nie przystawał, nie zwalniał, jakby ignorował ten ląd, jakby ten ląd był zaledwie nieważną, małą przeszkodą na jego drodze. Wlokłem się pod górę, sądziłem bowiem, że z góry zdołam ogarnąć moje położenie, że odsłoni się przede mną cała geografia tego niespodziewanego świata. A także — przede wszystkim — że spotkam innych.

Te pierwsze godziny, pierwsze dni cały byłem czekaniem na innych. Zamieniłem się we własne zmysły — we wzrok i słuch. Siedziałem w połowie drogi na szczyt wzgórza, pod rozgrzanym od słońca kamieniem, i patrzyłem w morze. Lustrowałem je z nadzieją, że znajdę na jego niestałej powierzchni jakiś ślad, kanciasty kształt szalupy, fragmenty pokładu, choćby jakieś śmieci, deski, skrzynki, cokolwiek; że na horyzoncie pojawi się bezpieczny, prawie ludzki kształt jakichś kutrów ratunkowych, frachtowca, że przeleci samolot. Szczypały mnie oczy od tego patrzenia, ciekły mi łzy. Prochowiec sechł na kamieniach, a na jego gładkiej popelinowej powierzchni osadzały się kryształki soli.

Dopiero wieczorem poczułem się głodny i spragniony, więc wróciłem ku morzu z nadzieją, że złapię jakąś rybę. Udało mi się znaleźć słodką wodę — było jej aż nadto w małych, bagnistych zagłębieniach skalnych. Całą noc tkwiłem przy jednym z nich, bojąc się odejść, wpatrzony w morze. Rozgwieżdżone niebo stanowiło kontrast z ogromną, rozlaną w ciemności wodą. Nigdy nie widziałem tak doskonałej czerni, przez całe życie mieszkałem przecież w mieście, i nagle poczułem się mały, drobny, nieistotny, kruszyna, która jakimś cudem przetrwała katastrofę. Poczułem, że to, co się stało, jest równie okrutne dla tych, którzy zginęli, jak i dla tych, którzy przetrwali, bo ani w śmierci jednych, ani w życiu drugich nie było nic personalnego, nie dokonywał się żaden wybór, nie działała żadna predestynacja, a tylko mechaniczne prawa przypadku, głuche, metaliczne, dudniące jak odgłosy wielkiej kosmicznej machiny. Czarny bezmiar morza obnażał tę straszną prawdę — nie ma znaczenia, że się istnieje. „Nie ma” i „jest” są równouprawnione. Wtedy, w tej chwili grozy, pomyślałem, że umarłem, że utopiłem się i to jest właśnie to, co tak łatwo mi kiedyś przechodziło przez usta w kawiarnianych dyskusjach — życie pozagrobowe. Że jestem martwy.

 

Siedziałem w tym samym miejscu cały następny dzień i jeszcze jedną noc. Bez jedzenia, w stanie całkowitego przerażenia, które mnie paraliżowało. Podczołgiwałem się tylko do skał, żeby napić się słodkiej wody, a potem znowu popadałem w odrętwienie. Moje myśli powoli zanikały. I ta pustka, która rozprzestrzeniała się w mojej głowie, była jak nasączony lekarstwem bandaż. Dialogi, które prowadziłem w głowie, zacinały się na jednym zdaniu, powielały się ze zgrzytem. Powtarzałem na przykład: „Kocham cię i nigdy nie przestanę”, ale w gruncie rzeczy wcale nie wiedziałem, do kogo się zwracam. Nawet nie szukałem w myślach adresata dla tego zdania, ale, co dziwne, mimo wszystko, porządkowało ono wewnętrznie tę pustą przestrzeń we mnie, ustalało mnie na nowo. Albo mówiłem: „Proszę bardzo, proszę bardzo”, ale nie jakbym o coś prosił, lecz raczej jakbym chciał na coś wskazać. Proszę bardzo, oto jest to czy tamto, proszę bardzo, tutaj mamy wyspę, a tam wodę. Proszę bardzo, oto jestem sam. Proszę bardzo, to już koniec. Teraz wiedziałem już, czego się bać — że zwariuję. Że z samotności, głodu i przerażenia postradam zmysły i rzucę się wpław na pełne morze.

Dokładnie, ze wszystkimi szczegółami, przypominały mi się ostatnie dni. Deszczowy port. Spotkanie z jakimś zarośniętym mężczyzną od dokumentów. Plik banknotów, które tamten wziął brudnymi rękami i liczył pod stołem po wielekroć. Smak chleba maczanego w oliwie — wspaniały po głodnej podróży. Jakub, nagle podniecony, ożywiony, gadający po ciemku w pełnym pluskiew hoteliku. Jak to będzie, gdy dotrą do słonecznych, bezpiecznych brzegów obiecanej ziemi. Poranne wyjście do miasta, żeby za resztę pieniędzy kupić jakieś jedzenie na statek. Stara Greczynka, która po prostu dała nam dwa płaszcze, niemal takie same — piaskowa popelina, kanciaste klapy i wielkie ebonitowe guziki. Potem czekanie kilka dni w hotelu. Szachy z papierków, narysowane ołówkiem na gazecie pola białe i czarne. A potem moje myśli przeskoczyły jeszcze bardziej w przeszłość i już byłem w moim ukochanym mieście. Kawiarnia, śliski blat stolika, kieliszek wódki. Śledź w oleju. Pączek polany lukrem, który leciutko pękał pod zębami. Marmolada w środku, sprężyste wnętrze żółciutkiego ciasta. Matka, gdy ją widziałem ostatni raz, pochylona nad kuchennym stołem i białe, posiekane ciało cebuli. I że musiałem wrócić z podwórka, bo zapomniałem rękawiczek i wtedy ona, jakaś niespokojna, przestraszona, kazała mi na chwilę usiąść na krześle, na szczęście. A potem widok pustego, rozbebeszonego mieszkania, szelest firanek, które poruszane wiatrem z rozbitego okna ocierały się pieszczotliwie o ściany. „Kocham cię i nigdy nie przestanę”, powtarzałem znowu w myślach, jakby do matki, ale zaraz zobaczyłem Lilę, jej plecy w drzwiach, gdy wychodziła ostatniego wieczoru i chyba mówiłem to jednak do niej, choć przecież wiedziałem dobrze, że nie żyła. Łkałem w piasek. Ziarenka przykleiły mi się do warg.

Zachodziło słońce; niebo było czyste, metalicznie intensywne, ostre jak brzytwa. Przeraźliwie puste. Podciągnąłem się na rękach tak, żeby oprzeć głowę o skałę. Spojrzałem w sam środek nieba. Spróbowałem wyobrazić tam sobie..., nie, nie czyjąś konkretną obecność, nie kogoś, nie Boga, ale po prostu coś więcej, niż widziałem, jakieś przestrzenie, nieskończoność. Spróbowałem się modlić. „Boże, ojcze nasz”, powiedziałem, ale słowa wydobyły mi się z ust i zawróciły ku mnie, jakby odbite od szyby. Zabrzmiało to jakoś nienaturalnie. „Boże”, mówiłem jeszcze raz, ale miałem wrażenie, jakbym wypowiedział słowo w obcym języku. I skrępowanie, że mówię do kogoś, o kim wiem, że nie istnieje. „Proszę bardzo, proszę bardzo, kocham cię i nigdy nie przestanę” — po tej próbie myśli wróciły na poprzednio ustalony tor.

Gdy to Pani teraz opowiadam, nie wygląda to dramatycznie, prawda? A jednak nigdy przedtem i nigdy potem nie czułem się, jak by to powiedzieć?, uwięziony. Nie na wyspie, nie w splocie tych dziwnych okoliczności, które sprawiły, że żyłem, że omsknąłem się śmierci i tkwiłem nadal w życiu, jak owad w kropli żywicy. Czułem się zamknięty w sobie samym, jakby to „ja”, które uważałem do tej pory za coś ostatecznego i całkowicie realnego, ukazało się przez chwilę w prawdziwym świetle — byłem czymś, co zawiera w sobie kogoś innego. Byłem skorupką, łupiną, a tam, w środku domagał się już istnienia jakiś byt młody, niedojrzały, ledwie błoniasty, niegotowy, istnienie, które ma się dopiero stać, o ile mu się to w ogóle uda. Czy nie myślała Pani czasami, że nasze życie jest sprawdzaniem możliwości pojawienia się tej istoty, którą sami sobie stworzyliśmy jako prawdziwe „ja”. I że sukces albo porażka, którymi to nasze życie oceniamy, polega w gruncie rzeczy na tym, na ile pozwoliliśmy tej nowej istocie w nas zaistnieć. Tak właśnie się wtedy czułem. Jakbym miał się rozpęknąć i uschnąć. Zastarzały strupek — tym byłem.

Obudziłem się w południe ze zmysłami wyostrzonymi z głodu. W małej zatoczce, gołymi rękami, udało mi się złapać dwie niewielkie rybki. Trzepotały się i nie wiedziałem, jak mam je zabić. Rzuciłem je po prostu kilka razy na skały, aż znieruchomiały. Chwilę jeszcze im się przyglądałem, czy naprawdę są martwe, a potem zjadłem je na surowo.

Dokładnie pamiętam tylko te pierwsze dni, właściwie godziny. Kiedy zjadłem ryby, czas ruszył z miejsca i następne dni popłynęły jeden za drugim, nanizane na jakąś powietrzną nić jak koraliki. Zlały się w jedno. Było tak, jakbym przez zjedzenie miejscowego pokarmu okazał aprobatę dla własnej sytuacji. Jakbym się zgodził na życie, które podsunęło mi się w postaci dwóch małych rybek.

Dni powoli stawały się coraz dłuższe, coraz cieplejsze. Najpierw poruszałem się tylko po plaży, nie przyjmując do wiadomości, że ląd może ciągnąć się dalej i dalej. Nauczyłem się szybko, że jeżeli ułoży się z kamieni niewysoki wał, woda zostawi mi w prezencie jakieś jadalne podarunki: rybki, kraby. Odkryłem także głazy w wodzie zarośnięte małżami — gdy zjadłem te małże pierwszy raz, natychmiast zwymiotowałem, ale potem nauczyłem się powstrzymywać ten niemądry odruch i galaretowate ciałka spływały bez oporu wprost do mojego żołądka i w końcu stały się moim przysmakiem. Włócząc się w tę i z powrotem, miewałem napady paniki, dobrze pamiętam, bo to właśnie było najgorsze — zagrożenie nie szło z zewnątrz, lecz od wewnątrz. Strach, że się rozpadam, że nie istnieją już dobrze znane sytuacje, które pozwalały utrzymać mnie w kupie. Wtedy moje myśli znowu zaczynały galopadę i, żeby je uspokoić, musiałem powtarzać coś bez sensu. Od czasu do czasu próbowałem się modlić, ale zawsze w końcu czułem się przez to jeszcze gorzej. Niesmak — tak można to nazwać. Zawsze byłem ateistą, choć teraz to słowo jakby zbladło, posmutniało. „Panie Boże...”, zaczynałem kilka razy półgłosem, wstydliwym szeptem, ale mój język był jakiś sztywny, nie mógł pogodzić się ze znaczeniem słów, które ostrożnie formułował. W końcu dałem spokój. Tak było lepiej. Gdyby Bóg rzeczywiście istniał, jak wytłumaczyłby się z tego wszystkiego?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?