Gra na wielu bębenkachTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Ach nie, nie zrozumieliśmy się. Proszę pożegnać ode mnie panią du Lac. Zresztą jutro zapewne się zobaczymy.

Fontane ruszył do wyjścia. Longfellow zatrzymał go gestem ręki.

— Pójdę po nią — powiedział i ruszył na górę.

— Co ze mną teraz będzie? — zapytała panna Schatzky z miną małej dziewczynki.

Zamyślony Fontane nie zdążył odpowiedzieć, bo z góry dał się słyszeć rumor i przerażony głos klnącego Longfellowa.

Panna Schatzky rzuciła się komisarzowi na szyję i łkała histerycznie:

— Ona nie żyje, ona nie żyje, prawda? Ją też zabili. Zabiją nas wszystkich. Komisarz głaskał ją uspokajająco po głowie.

— Pani nic nie grozi. Pani naprawdę nic nie grozi. Zapewniam panią. Pani nie pisze książek, prawda?

Potem spokojnie podszedł do telefonu i wykręcił numer policji. Cały czas czuł na sobie czyjś dziwnie skoncentrowany, potężny wzrok.

C. odłożyła książkę, choć została jej do końca jedna strona. Przeciągnęła się i poszła do kuchni rozpuścić sobie w wodzie tabletkę przeciw zgadze. Nie chciało się jej już dalej czytać. Potem usiadła obok męża i razem do północy oglądali jakiś amerykański film pełen pogoni i strzelaniny.

Rano, gdy wypuszczała kota na balkon, zobaczyła podjeżdżający pod jej wieżowiec policyjny samochód. Zobaczyła, że wysiadło z niego trzech mężczyzn i zdążało wprost do jej klatki schodowej. Jeden z nich miał na sobie prochowiec i śmieszny, niemodny kapelusz. Wydało się jej, że skądś go zna.

Szkocki miesiąc

Pierwsza scena powinna była wyglądać tak: idę z walizkami przez wysypany tłuczniem podjazd, dzwonię do drzwi, otwiera mi ubrana na czarno służąca. Tak się zwykle zaczynają filmy i opowiadania, i tak to sobie wyobraziłam w samolocie. Właściwie znam świat tylko z filmów i książek — czy więc można powiedzieć, że znam świat?

Z jakichś powodów nigdy nie jest tak, jak sobie wyobrażę wcześniej. Dzieje się w ten sposób dlatego, myślę, że w świecie jest za dużo zmiennych, dużo więcej, niż zdoła pomieścić moja wyobraźnia. Żadna wyobraźnia tego nie zrobi, chyba że jest natchniona, chyba że to będzie wizja. Ale możliwe jest też inne wytłumaczenie — gra z Bogiem — on daje wprawdzie fantazję i natchnienie, ale nie pozwala przewidzieć najbanalniejszych zdarzeń. Daje tępy nóż, papierowy młotek, szklany gwóźdź. Możliwe jest też, że wyobraźnia wyczerpuje w jakiś sposób rzeczywistość — to, co wyobrażone, nie może się już wydarzyć. I na odwrót — zdarzają się tylko rzeczy niewyobrażone. Mogłoby to znaczyć, że wyobraźnia i rzeczywistość czerpią z tego samego źródła, z poczekalni rzeczywistości. Naczynia połączone.

Może to tylko moja wyobraźnia jest taka kaleka. Może istnieją ludzie, którzy potrafią wszystko przewidzieć od razu i całkowicie lub przynajmniej przeczuć w jakichś ogólnych zarysach. Jasnowidze. Sucha autorytarna mądrość pasjansów.

Pani — niech się nazywa Scotsman — rozesłała wici przez swoich przyjaciół w Londynie, że przyjmie u siebie pisarkę. Że w zamian za milkliwe pisarskie towarzystwo (pisarze to mruki) zapewni warunki do twórczej pracy. Niech to będzie kobieta i Polka.

Tak się tam znalazłam. I wszystko było inne, niż sobie to przedtem wyobraziłam.

W życiu nie widziałam tak zmiennej pogody. Prognozy pogody z BBC 3 szemrały cicho i niepewnie z małego radia ustawionego na kominku — nieśmiałe, bez wiary we własną siłę przekonywania. Przed każdym wyjściem na spacer moja ręka z przyzwyczajenia poszukiwała znajomej rączki parasola. Ani razu przez cały ten miesiąc nie ujrzałam niebieskiego, odsłoniętego nieba; chmury czaiły się za czubkami drzew i w jednej chwili podbijały przestrzeń. Nagle zaczynało padać, choćby przez chwilę, choćby na pokaz.

— Ogrodnik złamał nogę, więc grzejemy piecykami elektrycznymi. — Było to jedno z pierwszych zdań, jakie powiedziała. Nie zrozumiałam wtedy tej tajemniczej zależności, lecz piecyk ogrzewał mój pokój w ciągu kilku minut. Byłam w kraju, gdzie ogrzewa się domy w czerwcu.

Tutaj wszystko zostało już dawno ustalone. Nie było miejsca na żadne improwizacje. Każda rzecz stała na swoim miejscu, jakby przez te lata, które w moim kraju wiele razy przewracały co się dało do góry nogami, tutaj rzeczy szukały cierpliwie swoich miejsc i znalazłszy je wreszcie, założyły gniazda. Ile czasu potrzebuje chińska nefrytowa figurka smoka, żeby znaleźć się tam, gdzie powinna być. Sto, dwieście lat? Bibeloty na pianinie, jakby przyrośnięte do czarnej lakierowanej powierzchni instrumentu. Obrazy na ścianach tak zadomowione, że prawie się ich nie zauważało. Dywan perfekcyjnie stopiony z drewnianą podłogą, sprowadzony do czystej esencji miękkości pod stopami; mosiężne, wiktoriańskie lampy, ukryte poza własnym światłem.

Szybko pojęłam, że oto obie byłyśmy w jakiś sposób cofnięte w przeszłość. Ja z powodu tego, o czym chciałam pisać — mam sześć lat i wędruję po rozległych słonecznych równinach Odry, zdumiona bezwarunkowym pięknem po raz pierwszy usłyszanej w radiu „Girl” Beatlesów. Ona, z racji wieku. Gdy się ma tyle lat, nie zdąża się już na wezwanie codziennego tu i teraz.

Tak czy owak byłyśmy od siebie oddzielone o pół wieku. Stateczny drawing-room starał się ustanowić między nami jakąś płaszczyznę porozumienia. Jej przeszłość była dla mnie nie do wyobrażenia. Drgała jak miraż.

Powiedziałam jej na początku, może zabrzmiało to niezbyt grzecznie, że trudno oczekiwać ode mnie partnerowania w głębokich dyskusjach. Mój angielski, jak pani widzi, jest dość ubogi. Nie mam zdolności do języków. Ku mojemu zdziwieniu nie wydawała się rozczarowana. Uśmiechnęła się.

Rano schodziłam do jadalni na śniadanie. Dostawałam dokładnie to, co zamówiłam poprzedniego dnia na malutkim bileciku. Najczęściej jajko na miękko, grzanki, sok i kawę. Ona była już po śniadaniu, może w ogóle nie jadła śniadań. Przysiadała się do mnie na chwilę, patrząc, jak jem. Może mi się wydawało, ale dostrzegałam w tym obserwowaniu mojego porannego apetytu jakąś czułość. Rano byłam zawsze najbardziej rozmowna. Pretekstem była świeża gazeta, a w niej koniec wojny w Kosowie, zamieszki w Londynie, ślub księcia Edwarda. Starałam się tylko nie formułować moich poglądów na świat z ustami pełnymi jedzenia.

Była niewysoka, drobna, farbowała włosy, jak myślę. Ten jasny kolor naturalnego lnu wydał mi się dość niezwykły w jej wieku. Nosiła długie spódnice i kaszmirowe swetry. Czarne albo szare. Wieczorem zarzucała na ramiona szkocką tartanową chustę.

Prawie cały dzień pisałam zaskoczona tym ogromem czasu, jaki rozpościerał się przede mną, nie przerywany niczym z wyjątkiem własnego głodu. Kiedy bolały mnie nadgarstki od stukania w klawiaturę, kładłam się na podłodze i przypominałam sobie szczegóły, marzyłam i wymyślałam, badałam wszelkie możliwości czasu. Pierwszy raz w życiu pisałam o sobie, ale z zaskoczeniem odkrywałam, że pisanie o sobie tworzy kogo innego. Że nie można być jednocześnie obserwatorem i obserwowanym, poznającym i poznawanym. Pewnie dlatego w każdych wspomnieniach jest jakiś fałsz, a w każdej autobiografii kreacja.

Literatura jest jakimś usankcjonowanym, zwolnionym od etyki, społecznie aprobowanym i podziwianym kłamstwem. Myślę, że dlatego pociągało mnie zawsze pisanie. Czy istnieje coś jeszcze innego, co dawałoby takie możliwości zmyślania, kłamania na różne sposoby, poprawiania rzeczywistości, wymyślania jej innych możliwości? Pisarze — anarchiści uniwersaliów, urodzeni relatywiści, eksperymentatorzy prawdy, wynalazcy alternatyw — to właśnie próbowałam jej powiedzieć, gdy delikatnie pytała mnie, nad czym teraz pracuję.

Jej przeszłość wydawała mi się biało-czarna, jak stary film. Ludzie poruszali się w niej nerwowo i szybciej niż w rzeczywistości. Wszystko tam było jakieś toporne, nie miało głębi.

I ona sama taka była — nierealna. Zjawiała się zawsze jak duch, znikała w labiryntach pięter.

Po śniadaniu zapalałam w swoim pokoju papierosa, otwierałam okno, bo dym jej przeszkadzał. Bałam się, że może napaść ją w jej trudnych do zlokalizowania sypialniach. Wyobrażałam ją sobie w piżamie albo w lokówkach na głowie. To dodawało mi otuchy, zbliżało. Dom cichł. Rzadko dochodził mnie z parku dźwięk kosiarki do trawy. W południe przed moimi drzwiami pojawiał się koszyk z lunchem — termos herbaty, drugi z zupą, kanapka, zawinięte w serwetkę sztućce. Jadłam go byle jak, czytając.

Pierwsze dni były dziwne, na lotnisku zgubił się mój bagaż, więc znalazłam się tutaj bez walizki, tylko z podręczną torebką i, na szczęście, z laptopem. Margaret, służąca, czy jak to nazwać, wszak wychowałam się w komunistycznym kraju, przyniosła mi płaszcz kąpielowy, szczoteczkę do zębów i pastę. Dostałam też jeden z kaszmirowych czarnych sweterków gospodyni i przeciwdeszczową kurtkę. Jedyną moją własną rzeczą był przez te dni komputer, który świecił ochoczo na biurku jak przenośny ołtarzyk.

Pisałam. Pisałam od rana, z tą pospieszną, ledwie zauważalną przerwą na lunch, pisałam także, chodząc po pokoju w tę i z powrotem, wyglądając przez okno, obserwując niespokojne szkockie niebo, paląc papierosy. Rozwijałam moje własne przywiezione przestrzenie, zawracając czas do jakichś własnych początków, nazywając z trudem zapamiętane obrazy. Klasztor, myślałam, tak pewnie jest w klasztorze, rzeczywistość gęstnieje, okazuje się, że jedyne jej źródło mieści się we mnie samej, że nie ma innego świata niż ja sama, że opisywanie świata jest w gruncie rzeczy opisywaniem samego siebie, nie ma innej drogi niż to banalne „poznaj samego siebie”, opisz samego siebie, opisz to, co wydaje się, że tobą jest.

Około drugiej, trzeciej po południu brałam parasol i wychodziłam na pospieszny spacer. Z czasem przyzwyczaiłam się do deszczu. Krążyłam po bujnym parku, po jego wilgotnych, śliskich ścieżkach, które balansowały gdzieś na urwiskach zawieszonych nad rzeką płynącą w dole. Gąszcze rododendronów, ponure tuje, bluszcze oplatające stare pnie drzew. Spod nóg wyskakiwały mi dzikie króliki. Czasem nieruchomiały o metr od moich nóg i patrzyły na mnie jednym okiem, pewne, że ich nie dostrzegę. Nisko nad głową przelatywały samoloty do Edynburga. Byłam w stanie rozpoznać ich pomalowane na kolorowo ogony.

 

Wracałam na herbatę. Margaret przynosiła mi ją na tacy i stawiała na stoliku przed drzwiami, zawsze z kawałkiem ciasta.

Widziałyśmy się dopiero wieczorem na obiedzie. Stół w jadalni nakryty na dwie osoby — ja z jednej strony stołu, ona z drugiej.

— Dlaczego to pani robi? Dlaczego zaprasza pani obcych ludzi do swojego domu? — zapytałam.

Odpowiedziała na drugą nie zadaną część pytania.

— Wcale nie czuję się samotna — powiedziała. — Mam tu dużo spokoju, a wy potrzebujecie spokoju, po prostu daję wam go w prezencie. To wszystko.

Dostawałam więc w prezencie długie wieczory, nie kończące się wieczory, bo przecież tam na północy dni w czerwcu są nieporównanie bardziej obfite niż w Polsce. Wciąż było jasno, kiedy kładłam się spać i kiedy wstawałam. Było jasno, gdy czasem budziłam się nad ranem, żeby sprawdzić niespokojnie na zegarku godzinę, zdążyć się nią zdziwić i spać dalej.

Moja łazienka doprowadzała mnie do rozpaczy — niezrozumiały wynalazek osobnych kurków do zimnej i ciepłej wody sprawiał, że czułam się bezradna. Każde umycie włosów zamieniało się więc w kąpiel. Leżałam w wannie, śledząc monotonny wzór tapety, który wprawiał mnie w stan prawie medytacyjny.

Ten czas bez właściwości, punktowany równomiernie godzinami posiłków, perfekcyjnie dzielony na części, przytrzymywał mnie w sobie. Nie było nic do zrobienia, nie zdarzało się nic nagłego, nie dzwoniły telefony, żadne listy nie wytrącały mnie z tej dziwnej kontemplacyjnej równowagi. Wszystko wydarzało się jedno po drugim, nadchodziło z nieubłaganą pewnością. Nigdy nie zabrakło cukru w cukierniczce, nie wysypała się sól, nie rozlało wino. Dom był doskonałym mechanizmem, nakręconą kiedyś dawno pozytywką. Odtwarzał dzień po dniu uparcie i systematycznie, zacinał się w tym samym miejscu, przy kurkach z wodą, aż tę drobną niedoskonałość zaczynałam brać za część całego porządku. Godziny miały tę samą długość, minuty ten sam rozmiar. Czy można się było dziwić, że każda wiadomość dochodziła tu przytłumiona odległością, odbarwiona, nierealna? Była odgłosem jakichś dalekich światów, czymś, co nie istnieje naprawdę. Domy starzały się tutaj naturalnie, rzeczy gromadziły się charytatywnie na strychach, usypiały pod pokrywami z kurzu. Dostojnie trwały wiktoriańskie meble, średniowieczne skrzynie nie robiły specjalnego wydarzenia z tego, że istniały. Szkocja mogłaby zostać uznana za doskonały wyrób fabryk Boga.

Obiad jadłyśmy w skupieniu. Pobrzękiwały staroświeckie sztućce. Zadawała ostrożne pytania, badając mnie, delikatnie otwierając przestrzenie do zwierzeń, nigdy wprost, nigdy na siłę. Podziwiałam ją za to. Czy tego ich uczono w dzieciństwie, czy tym w istocie jest słynny brytyjski chłód — dawaniem drugiemu człowiekowi miejsca do bycia, do stawania się, do uświadamiania sobie krok po kroku, z jak delikatną rzeczą ma się do czynienia. Więc i ja, z pewnym zdziwieniem, że też to potrafię, okrążałam ją. Gdy chciałam ją o coś zapytać, tłumaczyłam sobie dokładnie w głowie to pytanie na angielski, a ono po tym zabiegu stawało się o milę dalsze od polskiego pierwowzoru. Tłumaczenie na angielski było więc odwracaniem lunety, używaniem jej tak, żeby nie przybliżała, lecz oddalała. Dlatego rozmowa sprawiała mi przyjemność. Zaczynanie zdania od „well”, które stawia wszystko, co się powie, pod jakimś onirycznym znakiem zapytania, relatywizuje każdą myśl. W tym „well” więdnie zalążek każdej rewolucji, rozłazi się pomysł każdego manifestu.

Czasem zdawałam sobie sprawę, że nie panuję nad swoim ciałem. Robiłam miny, wymachiwałam rękami.

— Twoja twarz wyraża wszystko — powiedziała kiedyś, spokojnie podnosząc filiżankę do ust.

Nie odebrałam tego jako komplementu, ale po raz pierwszy poczułam jakiś subtelny wyraz sympatii. Jej twarz nie wyrażała nic.

Pytała mnie o Polskę. Kiedyś po kawie pitej rytualnie w drawing-roomie pokazałam jej na mapie, gdzie mieszkam. Patrzyła z udawanym zainteresowaniem — podniesione brwi, „yes, yes” powtarzane spokojnie, gdy referowałam jej sytuację historyczną regionu. W jakimś nagłym przebłysku zdałam sobie sprawę, że nie ma to dla niej znaczenia. Poszła wcześniej spać, powiedziała, że czuje się szczególnie zmęczona.

Zanim jeszcze odnalazł się mój bagaż, moje dobrze znajome rzeczy, pokazała mi bibliotekę. Wchodziło się do niej z małego dziedzińca, była więc oddzielona od reszty domu. Była tam Encyclopaedia Britannica z 1956 roku, kolekcja prozy światowej w pięknej ciemnozielonej skórzanej oprawie. Były albumy o sztuce, katalogi z aukcji, słowniki, leksykony, trochę przypadkowo dobranych książek filozoficznych, jakieś historie świata, mitologie. Więc zanim przyszły moje własne książki, siedziałam w tej bibliotece na drabince i przeglądałam wszystko z prawej do lewej. Natknęłam się ku mojemu zdziwieniu na całą półkę książek o Polsce. Znajdowałam tam bardzo ciekawe rzeczy. Na przykład: „Poland is a country which has popped up on the map of Europe from time to time though never quite in the same place twice”. Potężna „Mitologia” ze wstępem Gravesa wydana w 1958 roku stwierdzała z angielską pewnością siebie, że „Silesia, Germany”. Nie wierząc własnym oczom, przeczytałam w jakimś amerykańskim magazynie o „polish concentration camps”. Wieczorem dzwoniłam do domu z budki w miasteczku, upewniając się, że jeszcze istnieję.

Mniej więcej wtedy, w tydzień po przyjeździe, wybrałam się na pierwszą krajoznawczą eskapadę. Dwadzieścia minut jazdy podmiejskim piętrowym autobusem — i znalazłam się w Rosylin. Miejsce polecane w moim przewodniku z powodu niezwykłej kaplicy, gdzie na sto lat przed Kolumbem umieszczono na ścianach wizerunki amerykańskich roślin — znak, że Szkoci byli na Nowym Lądzie dużo wcześniej. Nie to mnie obchodziło; historia zawsze wydawała mi się nieistotna. Pojechałam tam, ponieważ jakiś czas przedtem znalazłam wzmiankę o Świętym Graalu ukrytym w tej kaplicy. Mógł tam być. Kiedyś. Jeżeli w ogóle istniał. W samotności mojego pokoju ogarnęło mnie jakieś podniecenie. W jednej chwili skojarzyłam — i to było jak wybuch — to, co mi powiedziała moja gospodyni poprzedniego wieczora. Że w Rosylin jest instytut badawczy, który sklonował owieczkę Dolly. Owca, Baranek, Chrystus, Krew Chrystusowa, Ciało Boże, Geny, Chromosomy, Nieśmiertelność. Czy więc niechcący znalazłam się w samym centrum świata, w samym centrum tajemnicy? Mała deszczowa szkocka Jerozolima. Peryferyjne centrum świata. Centralne peryferie. Skarb ukryty w najmniej oczekiwanym miejscu. Koronkowe, wyszywane klejnotami krańce kosmosu. Jechałam na górnym podeście autobusu przez wilgotne zielone płaszczyzny, równe, symetryczne, nudne. Bilet do kaplicy kosztował dwa i pół funta.

Usiadłam potem w małym hotelowym pubie i zamówiłam wielkiego guinnessa. Kaplica była rzeczywiście piękna, doczepiłam się do grupki turystów, którzy wodzili olśnionym wzrokiem po sklepieniach, kierowani słowami przewodnika w szkockiej spódniczce. Ale nie było tam Graala. Wiedziałam to. Czułabym, gdyby tam był. Owieczka Dolly jest kolejnym naukowym eksperymentem. Z jej poświęconego ciała nic nie wynika. Drobna, nieistotna nadzieja na nieśmiertelność. Gorzkie mocne piwo uderzyło mi do głowy. Wracałam znowu w deszczu.

Zła i rozdrażniona przytargałam do obiadu tę książkę ze wzmianką o Polsce.

— „Poland is a country...”— czytałam mojej gospodyni.

Odłożyła sztućce, słuchając.

— Tak, to prawda — mówiłam. — Rośniemy jak nocne rośliny, zakwitamy tylko na jedną noc w roku, w noc świętojańską. Nasze nasiona podróżują rzekami w świat. Pojawiamy się od czasu do czasu tylko z okazji wojen, powstań i katastrof dziejowych. Każdego ranka zmieniamy języki jak ubrania. Jesteśmy mieszańcami, mamy domy na kołach, nasze paszporty są właściwie nieczytelne. Och, nie mamy trudności z pisaniem cyrylicą. Nawet nasz papież jest przenośny — podróżuje wte i wewte — niespokojny facet w bieli. Nigdy nie dorastamy, sięgamy po deser jeszcze przed głównym daniem. Jesteśmy rzeczywiście tajemniczym narodem, pojawiamy się i znikamy. Może to wina klimatu lub bezkresnych równin. Nasza mała roślinna cywilizacja zostawia po sobie infantylne ślady ku zmartwieniu wszelkich przyszłych archeologów: bębenki, połamane ołowiane żołnierzyki, pojedyncze słowa zbyt trudne, żeby dało się je wymówić.

Potem w milczeniu jadłyśmy haggis. Kazała Margaret otworzyć jeszcze jedno wino. Stuknęłyśmy się kieliszkami. Gdy przeszłyśmy na kawę, ona na chwilę zniknęła. Wróciła z oprawioną w ramki fotografią. Był na niej młody mężczyzna, właściwie chłopiec, w mundurze RAF-u. Roześmiany, jasnowłosy, z rzadkim zawadiackim wąsikiem. Jasne oczy patrzyły wprost w obiektyw figlarnie, zaczepnie. Za nim jakiś trudny do rozszyfrowania płaski krajobraz.

— Nazywał się Tadeusz Poniatowski — powiedziała.

Wymówiła to imię powoli, perfekcyjnie, bezbłędnie. Zauważyłam, że to znane nazwisko w Polsce. Postawiła fotografię na stoliku i usiadłyśmy z filiżankami kawy w dłoniach przy elektrycznym kominku (ogrodnik złamał nogę). Formułowałam w myślach jakieś delikatne pytanie, kolejne pytanie, które wpasowałoby się w tę sytuację jak brakujący element puzzli, miękko, naturalnie, jak po maśle, pytanie, które łatałoby dziurę, a niczego nie przyspieszało, które by o nic w rzeczywistości nie pytało. Ale ona odezwała się pierwsza. Powiedziała, że zestrzelili go pod sam koniec. Że nawet nie wiadomo, gdzie spadł. Milczałam.

— Kochałam go — powiedziała też, i filiżanka uderzyła lekko i z wdziękiem o spodek.

Spojrzałam na nią zaskoczona i znowu moja twarz musiała wiele wyrażać, znowu mówiła wbrew mnie samej. Uśmiechnęła się ciepło.

To była banalna historia, jeżeli historia miłości może być banalna. Oni oboje w mundurach khaki. Kartki na żywność, nocą wielkie miasta znikały z powierzchni ziemi zaciemnione.

— Wydawało mi się, że nie będę mogła bez niego żyć — zakończyła. — Mówił z takim samym akcentem jak ty.

Więc to dlatego tu byłam. Miałam więc coś wspólnego z Tadeuszem Poniatowskim, pilotem, który zginął gdzieś nad Hamburgiem.

Rano znowu pisałam. Opornie, niechętnie. Ekran komputera czekał cierpliwie na każde zdanie. Chwytał je, zatrzymywał, aportował moje słowa. Bez mrugnięcia przyjmował każde przejęzyczenie, każdą literówkę. Delikatnie ponaglał mnie pulsowaniem kursora. Niezauważalnie przenosiłam się w przeszłość. Pisałam o samej sobie, o sobie jeszcze bez właściwości, bez dowodu osobistego, bez zobowiązań, bez planów, bez nawyków, bez refleksji. Pisałam o sobie pogrążonej w niejasnych obrazach. Mała dziewczynka, która jest ledwie narządami zmysłów, jej percepcja jest pokrętna, nic nie rozumie, widzi to, co chce zobaczyć. Świat jest kroplą, zdarzenia nie mają fabuł ani przyczyn, następują po sobie przypadkowo albo w tajemniczych przebłyskach jakichś asocjacji. Komputer bez cienia wątpliwości przyjmował wszystko. Jego posłuszeństwo ośmielało mnie. Ale za to ja miałam wątpliwości — kogo obchodzę ja sama, dlaczego uznałam, że warto zapisać mnie z jakąś moją niewyraźną, nie znaczącą przeszłością. Czy nie dzieją się na świecie rzeczy ważniejsze, warte opisania? Czy nie jest zawsze tak, że to inni są ważniejsi? Czy gazety przy śniadaniu nie mówią tego jasno, nie wskazują na istnienie ogólnie przyjętej hierarchii ważności? Jakie znaczenie ma jakiś wieczór sprzed trzydziestu lat, nie zauważony przez historię, nie odnotowany nigdzie, nie zapisany, nie zapamiętany przez nikogo oprócz mnie?

W koszyku na lunch była kremowa koperta, a w niej kartka od mojej gospodyni. Chciałaby mi coś pokazać po południu. Będzie na mnie czekała o trzeciej, mam zejść do jadalni. Jakie to brytyjskie, pomyślałam.

Zaprowadziła mnie na piętro do jednego z nie używanych pokoi. Była to narożna sypialnia z wielkim, przykrytym koronkową kapą łóżkiem. Stały tu lekkie kolonialne meble z bambusa, niespodziewanie egzotyczne.

To był pokój dziecinny. Na bambusowych krzesłach siedziały lalki ze zdziwionymi ceramicznymi twarzyczkami. Na łóżku — dwa misie, melancholijne stworzenia z futrem wytartym od pieszczot. Ale ona chciała mi pokazać co innego — wielki dom dla lalek. Miał dach i kominy, kilkanaście okien, dwoje drzwi. Ostrożnie otworzyła go jak mały teatr, rozsunęła zewnętrzną frontalną ścianę i teraz zobaczyłyśmy piętrowe wnętrze.

Odsłoniły się przed nami cztery kondygnacje. Na dole była kuchnia i spiżarnia. Umeblowana w starym stylu, z wielkim dwukomorowym zlewem do czyszczenia mięsa i warzyw. Z kredensem wypełnionym po brzegi fajansową zastawą, gdzie deserowe talerze miały wielkość paznokcia. Na ścianach wisiały rondle i patelnie. Drewniany stół wydawał się zniszczony od ciągłego używania. Miotła zastygła w zmiataniu na szufelkę niewidocznych śmieci. Przy niej siedziały dwie maleńkie myszy. Ze spokojem przyglądał się im czarny kot.

 

— Figurki zrobione są z wosku — powiedziała.

W spiżarni wisiały na hakach połcie woskowego mięsa, wieprzowe szynki, tusze królików. Na półkach zakorkowane butelki wyglądały obiecująco. Wino? I jeszcze małe blaszane pudełka na ciastka, wieńce czosnku, kosz warzyw, głowy kapusty, słoiki z dżemem czy może miodem.

Wyżej był salon. Ściany miał wybite jedwabną łososiową tapetą w delikatny wzorek. Były tu komody z galerią ustawionych na nich zdjęć rodzinnych, dwa stoły, jeden duży i rzeźbiony. Krzesła stały nie uporządkowane, a wieko pianina czy może klawesynu — otwarte — jakby właśnie skończył się wieczorny koncert i wszyscy wyszli do ogrodu odpocząć przed kolacją. Obrazy na ścianach kilkoma kreskami imitowały rozległe przestrzenie. Na drugim stoliku, mniejszym, ustawionym bliżej kominka, leżały gazety i jeżeli się wysiliło wzrok, można było przeczytać ich tytuł: „Daily Mail”, i otwarty album z fotografiami, tak rzeczywisty, że już chciałoby się wziąć go ostrożnie w dwa palce i przez powiększające szkło odszyfrować twarze ludzi uwięzionych na zdjęciach. Obok leżały kartki pocztowe i nożyczki. I były tu też schody, które prowadziły na górę do dwóch sypialni. Jedna — mała i ciemna z wąskim łóżkiem, szafą na ubrania i toaletką, w drugiej stała bez ruchu właścicielka tej tekturowej posiadłości. Stała przy bogatym łóżku z baldachimem — niewielka woskowa laleczka ubrana w spłowiałą koronkową sukienkę, z jasnymi rozpuszczonymi włosami i z wpiętą w nie wyblakłą kokardą. Jej pucołowata, prawie całkiem biała twarz z mocno zaznaczonymi brwiami wyrażała jakąś myśl. Chwilę zastanawiałam się nad tym i trudno mi było nazwać ten dobrze znajomy wyraz. U jej stóp leżała mała niebieska parasolka. Kapelusze poniewierały się na pluszowej kanapie. Na toaletce przed cynfoliowym lustrem stały buteleczki i słoiczki.

Nad sypialniami, pod spadzistym dachem tego domu ze sklejki był dziecinny pokój i stryszek zawalony pudełkami od kapeluszy, uszkodzonymi meblami, kuframi. A w pokoju dziecinnym obok drewnianego konia na biegunach stał miniaturowy domek dla lalek, lecz jego wyposażenie, ta imitacja imitacji, było już tak małe, tak umowne, że uciekało wszelkiej percepcji i zacierało swoje kształty.

Moja gospodyni ostrożnie posadziła lalkę na łóżku — był to jedyny ruch, jaki zdecydowała się zrobić.

— Miała trzech mężów — powiedziała o niej. — Pierwszy gdzieś się zapodział, zniknął, więc wzięła sobie drugiego, ale ten z kolei stracił nogę, więc zrobiła go swoim ogrodnikiem. Trzeci mąż też źle skończył — rozpił się i w końcu odszedł.

Ta historia wydała mi się prawdopodobna tylko dlatego, że ona w nią wierzyła.

— Możesz tu przychodzić, jak chcesz — dodała na koniec.

Nie odważyłam się. Leżałam potem na łóżku i odtwarzałam z pamięci szczegół po szczególe z tej tekturowej imitacji świata. Bawiłam się nim w wyobraźni. Dwie myszy w kuchni uciekły kotu pod kredens. Wieczorem po obiedzie, gdy rozbierałam się w łazience do kąpieli, zobaczyłam w lustrze swoje nagie ciało. Przez ułamek chwili zdziwiło mnie to, że mam piersi, przez tę krótką chwilę widziałam chude, drobne, płaskie ciało dziewczynki i potem, ze zdziwieniem, w mlecznej poświacie komputerowego ekranu oglądałam swoje ręce.

W ciągu ostatnich kilku dni czerwca przyszła słoneczna, wietrzna pogoda. Nie chciało mi się już pisać. Siedziałam na tarasie, wygrzewając się na słońcu. Przez lornetkę obserwowałam ptaki i dzikie strachliwe króliki. Kilka razy widziałam ją samą. Parkowymi ścieżkami toczyła przed sobą wielkie metalowe kółko, podpierając je prętem. Miała na głowie błękitny kapelusz zawiązany pod brodą miękkimi szarfami.

Noce stały się umowne, byle jakie, ulotne. Zmierzch od razu przechodził w świt. Różowa poświata na zachodzie w ogóle nie znikała. Straciłam orientację, w którym miejscu na nieboskłonie jest zachód, a w którym wschód.