Bieguni

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bieguni
Bieguni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Bieguni
Tekst
Bieguni
E-book
29,90  21,83 
Szczegóły
Bieguni
Audio
Bieguni
Audiobook
Czyta Olga Tokarczuk, Agata Kulesza, Danuta Stenka, Magdalena Cielecka, Mariusz Bonaszewski, Wiktor Zborowski
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszędzie i nigdzie

Kiedy wyruszam w podróż, znikam z map. Nikt nie wie, gdzie jestem. W punkcie, z którego wyszłam, czy w punkcie, do którego dążę? Czy istnieje jakieś „pomiędzy”? Czy jestem jak ten zgubiony dzień, gdy leci się na wschód, i odnaleziona noc, gdy na zachód? Czy obowiązuje mnie to samo prawo, z którego dumna jest fizyka kwantowa – że cząstka może istnieć równocześnie w dwóch miejscach? Czy inne, o którym jeszcze nie wiemy i którego nie udowodniono – że można podwójnie nie istnieć w jednym i tym samym miejscu?

Myślę, że takich jak ja jest wielu. Znikniętych, nieobecnych. Pojawiają się nagle w terminalach przylotów i zaczynają istnieć, gdy urzędnicy wbiją im do paszportu stempel albo gdy uprzejmy recepcjonista w jakimś hotelu wręczy im klucz. Zapewne odkryli już swoją niestałość i zależność od miejsc, pór dnia, od języka czy miasta i jego klimatu. Płynność, mobilność, iluzoryczność – to właśnie znaczy być cywilizowanym. Barbarzyńcy nie podróżują, oni po prostu idą do celu albo dokonują najazdów.

Podobnie sądzi kobieta, która częstuje mnie ziołową herbatą z termosu, gdy obie czekamy na bus z dworca na lotnisko; dłonie ma pomalowane henną w skomplikowany wzór, który z dnia na dzień staje się nieczytelny. Gdy wsiadamy, robi mi wykład na temat czasu. Mówi, że ludy osiadłe, rolnicze wolą przyjemności czasu kolistego, w którym każde wydarzenie musi wrócić do własnego początku, zwinąć się w embrion i powtórzyć proces dojrzewania i śmierci. Lecz nomadzi i kupcy, gdy wyruszają w drogę, musieli wymyślić dla siebie inny czas, który lepiej odpowiadałby podróży. To czas linearny, bardziej użyteczny, bo jest to miarą dążenia do celu i narastania procentów. Każdy moment jest inny i nigdy się nie powtórzy, sprzyja więc ryzyku i braniu pełnymi garściami, korzystaniu z chwili. Lecz w gruncie rzeczy było to gorzkie odkrycie – kiedy zmiana w czasie jest nieodwracalna, utrata i żałoba stają się czymś codziennym. To dlatego z ust nie schodzą im nigdy takie słowa jak „daremny” i „wyczerpany”.

– Daremny wysiłek, wyczerpane konta – śmieje się ta kobieta i zakłada pomalowane dłonie za głowę. Mówi, że jedynym sposobem przetrwania w takim rozciągniętym, linearnym czasie jest zachowanie dystansu, taniec, którego krok polega na zbliżaniu się i oddalaniu, krok w przód, krok w tył, raz w lewo, raz w prawo – to krok łatwy do zapamiętania. A im większy staje się świat, tym większy dystans można sobie wytańczyć w ten sposób – wyemigrować za siedem mórz, za dwa języki, za jedną całą religię.

Ja jednak mam inne zdanie na temat czasu. Czas wszystkich podróżnych to wiele czasów w jednym, cała mnogość. To czas wyspowy, archipelagi porządku w oceanie chaosu, to czas, który produkują dworcowe zegary, wszędzie inny, czas umowny, południkowy, więc niech nikt nie bierze go zbyt poważnie. Godziny znikają w lecącym samolocie, świt następuje błyskawicznie i już depcze mu po piętach południe i wieczór. Hektyczny czas wielkich miast, gdzie przybywa się tylko na chwilę, żeby oddać się w niewolę jakiegoś wieczoru, i leniwy – nie zamieszkanych równin widzianych z samolotu.

Myślę też, że świat mieści się w środku, w bruździe mózgu, w szyszynce, stoi w gardle, ten globus. Właściwie można by go odkaszlnąć i wypluć.

Lotniska

Oto wielkie lotniska, które gromadzą nas, obiecując przesiadkę na następny samolot; to porządek połączeń i rozkładów na usługach ruchu. Ale nawet gdybyśmy się nie mieli już nigdzie ruszać przez najbliższe kilka dni, warto zapoznać się z każdym bliżej.

Kiedyś umieszczano je na peryferiach miast, jako ich uzupełnienie, jak dworce. Dziś jednak wyemancypowały się na tyle, że mają już własną tożsamość. Niedługo będzie można powiedzieć, że to miasta dołączyły do lotnisk w charakterze miejsc pracy i sypialń. Wiadomo przecież, że prawdziwe życie odbywa się w ruchu.

W czym lotniska miałyby być dziś gorsze od zwykłych miast? Są tam ciekawe wystawy sztuki, centra konferencyjne, urządza się w nich festiwale i przeglądy. Są ogrody i deptaki, prowadzona jest działalność oświatowa. W Schiphol można obejrzeć piękne kopie Rembrandta, a na pewnym lotnisku azjatyckim znajduje się muzeum religii; bardzo dobrze pomyślane. Mamy w nich ponadto dostęp do przyzwoitych hoteli i wielkiej rozmaitości restauracji i barów. Są małe sklepy, supermarkety i galerie handlowe, w których można nie tylko zaopatrzyć się na drogę, ale od razu zakupić pamiątki, żeby potem, na miejscu, nie marnować czasu. Są fitness cluby, gabinety masażu klasycznego i wschodniego, są fryzjerzy i doradcy handlowi, przedstawicielstwa banków i telefonii komórkowych. W końcu zaspokoiwszy potrzeby ciała, możemy udać się po wsparcie duchowe do licznych kaplic i miejsc medytacji. Na niektórych lotniskach dla podróżnych urządzane są odczyty i spotkania autorskie. Mam jeszcze gdzieś w plecaku program jednego z nich: „Historia i podstawowe zagadnienia psychologii podróżnej”, „Rozwój siedemnastowiecznej anatomii”.

Wszystko jest dobrze zorganizowane; ruchome chodniki wspomagają ruch podróżnych z jednego terminalu na drugi; a potem z lotniska na inne lotnisko (niektóre z nich oddalone są od siebie o kilkanaście godzin lotu!), dyskretna służba porządkowa trzyma zaś pieczę nad doskonałym funkcjonowaniem tego wielkiego mechanizmu.

To coś więcej niż port lotniczy, to już specjalna kategoria miast-państw, których lokacja jest stała, lecz ich obywatele – zmienni. Republiki lotniskowe, członkinie Unii Lotnisk Światowych, jeszcze bez przedstawicielstwa w ONZ, ale już niedługo będą je miały. To przykład ustroju, gdzie mniej ważna jest polityka wewnętrzna, liczą się zaś związki z innymi lotniskami członkami Unii – tylko one bowiem dają jej rację bytu. Przykład ustroju ekstrawertycznego; konstytucja wypisana na każdym bilecie, a karta pokładowa to jedyny dowód osobisty obywateli.

Liczba mieszkańców jest tu zawsze zmienna i fluktuuje. Co ciekawe, populacja zwiększa się w czasie mgieł i burz. Obywatele, żeby czuć się wszędzie dobrze, nie mogą zbytnio rzucać się w oczy. Czasem, gdy jedzie się ruchomym chodnikiem i mija braci i siostry w podróży, można odnieść wrażenie, że jesteśmy preparatami w formalinie, które przyglądają się sobie zza szkieł słojów. Ludzie wycięci z obrazków, ze zdjęć w przewodnikach. Naszym adresem jest miejsce w samolocie: 7D, powiedzmy, albo 16A. Wielkie ruchome taśmy wiozą nas w przeciwnych kierunkach: jedni w szubach i czapkach, drudzy w koszulach w palmy i bermudach, jedni z oczami wyblakłymi od śniegu, drudzy przyciemnieni od słońca; ci przesączeni północną wilgocią, zapachem gnijących liści i rozmiękłej ziemi, tamci z piaskiem pustyń w zakamarkach sandałów. Jedni – śniadzi, przypaleni, osmaleni, drudzy – oślepiająco biali, fluoroscencyjni. Tacy, którzy golą głowy, i tacy, którzy nigdy nie strzygą włosów. Wysocy i zwaliści – jak ten mężczyzna, i drobni, filigranowi – jak ta kobieta, która sięga mu zaledwie do pasa.

Mają oni też swoją muzykę. To symfonia samolotowych silników, kilka prostych dźwięków rozpostartych w pozbawionej rytmu przestrzeni, ortodoksyjny dwusilnikowy chór, mroczny molowy, podczerwony, podczarny, largo oparte na jednym akordzie, który nuży sam siebie. Requiem rozpoczęte potężnym introitus startu i zakończone schodzącym do lądowania amen.

Podróż do własnych korzeni

Hostelom powinno się wytoczyć sprawę o ageizm, o dyskryminację ze względu na wiek. Z jakichś powodów przyjmują na noclegi tylko młodych, same sobie ustalają te granice wieku, ale można być pewnym, że czterdziestolatek nie przejdzie. Dlaczego młodzi mieliby być tak wyróżniani? Czy i bez tego nie obsypuje ich przywilejami sama biologia?

Weźmy na przykład tych backpackersów, którzy w przeważającej części okupują większość hosteli – są silni i wysocy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, mają jasną zdrową skórę, rzadko kiedy palą albo biorą jakieś świństwa, co najwyżej skręta od czasu do czasu. Podróżują ekologicznymi środkami komunikacji – lądem; wiozą ich nocne pociągi, zatłoczone dalekobieżne autobusy. W niektórych krajach udaje im się jeszcze złapać autostop. Wieczorami docierają do owych hosteli i przy jedzeniu zaczynają sobie wzajemnie zadawać Trzy Pytania Podróżne: skąd pochodzisz? Skąd przyjechałeś? Dokąd jedziesz? Pierwsze pytanie wyznacza oś pionową, dwa następne – osie poziome. Dzięki takiej konfiguracji udaje im się stworzyć coś w rodzaju układu współrzędnych i kiedy już się wzajemnie usytuują na tej mapie, zasypiają spokojnie.


Ten, którego spotkałam w pociągu, podróżował, jak większość z nich, w poszukiwaniu swoich korzeni. Była to dosyć skomplikowana podróż. Jego babka po kądzieli była rosyjską Żydówką, dziadek Polakiem z Wilna (opuścili Rosję z armią generała Andersa i po wojnie osiedlili się w Kanadzie); po mieczu zaś dziadek był Hiszpanem, a babka Indianką z plemienia, którego nazwy nie pamiętam.

Był na początku swojej podróży i wszystko to wydawało się go trochę przytłaczać.

Kosmetyki podróżne

Dziś już każda szanująca się drogeria oferuje klientom specjalną serię kosmetyków podróżnych. Niektóre sieci przeznaczają na ten cel osobne regały. Można się tutaj zaopatrzyć we wszystko, co przyda się w podróży: szampon, mydło w tubie do prania bielizny w hotelowych łazienkach, składane na pół szczoteczki do zębów, krem z filtrem przeciwsłonecznym, spray przeciw komarom, chusteczki nasączone pastą do butów (dostępna jest cała gama kolorów), intymne zestawy higieniczne, krem do stóp, krem do rąk. Cechą charakterystyczną tych wszystkich specyfików jest ich rozmiar – to miniatury, tubeczki i słoiczki, buteleczki wielkości kciuka; w najmniejszym zestawie do szycia mieszczą się trzy igły, pięć moteczków nici różnego koloru, po trzy metry każda, oraz dwa białe awaryjne guziki i agrafka. Szczególnie przydatny będzie lakier do włosów w sprayu, miniaturowy pojemnik mieści się w dłoni.

 

Wygląda na to, że przemysł kosmetyczny uznał fenomen podróży za pomniejszoną kopię życia osiadłego, jego zabawną, nieco infantylną miniaturę.

La mano di Giovanni Battista

Świata jest za dużo. Należałoby go raczej zmniejszyć, a nie poszerzać, powiększać. Należałoby go znowu zatrzasnąć w małej puszce, w przenośnym panoptikum, i pozwolić nam zaglądać tam tylko w soboty po południu, gdy codzienne prace zostały już wykonane, gdy czysta bielizna już przygotowana, a koszule prężą się na oparciach krzeseł, gdy wyszorowano podłogi, a na parapecie studzi się drożdżowy placek z kruszonką. Zaglądać doń przez dziurkę, jak do fotoplastikonu, dziwić się jego każdemu szczegółowi.

Niestety jest już chyba za późno.

Zdaje się, że nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się bez końca wybierać. Być jak ten podróżny, którego poznałam w nocnym pociągu. Mówił, że co jakiś czas musi odwiedzić Luwr i stanąć przed jedynym obrazem, który według niego naprawdę wart jest zobaczenia. Zatrzymać się przed obrazem Jana Chrzciciela i powieść wzrokiem za jego wzniesionym palcem.

Oryginał i kopia

Człowiek w bufecie pewnego muzeum powiedział mi, że nic mu nie daje takiej satysfakcji, jak obcowanie z oryginałem. Utrzymywał też, że im więcej kopii na świecie, tym silniejsza jest moc oryginału, moc czasami bliska potędze relikwii. Ważne jest bowiem to, co pojedyncze, nad czym wisi porażająca groźba zniszczenia. Potwierdzeniem jego słów była grupa turystów, którzy w nabożnym skupieniu celebrowali znajdujący się nieopodal obraz Leonarda da Vinci. Czasami tylko, gdy ktoś nie mógł już wytrzymać napięcia, rozlegało się donośne kliknięcie aparatu, brzmiące jak jakieś „amen” wypowiedziane w nowym cyfrowym języku.

Pociąg tchórzy

Istnieją pociągi, które zaprojektowano z przeznaczeniem na sen pasażerów. Cały skład tworzą wagony sypialne i jeden barowy, nawet nie restauracyjny, to wystarczy. Taki pociąg kursuje na przykład ze Szczecina do Wrocławia. Rusza o 22.30 i przyjeżdża o 7.00, ale trasa nie jest przecież tak daleka, to zaledwie 340 kilometrów, i dałoby się ją przejechać w pięć godzin. Jednak nie zawsze chodzi o to, żeby było szybciej, firma dba o komfort pasażerów. Pociąg zatrzymuje się w polach i stoi wśród nocnych mgieł; cichy hotel na kółkach. Nie warto ścigać się z nocą.

Jest też całkiem dobry pociąg Berlin–Paryż. I Budapeszt–Belgrad. Oraz Bukareszt–Zurych.

Uważam, że wymyślono je dla ludzi, którzy boją się latać samolotami. Są wstydliwe, lepiej nie przyznawać się, że się nimi jeździ. Zresztą nie reklamuje się ich szczególnie. To pociągi dla stałej klienteli, dla tego nieszczęsnego procentu ludzkości, który umiera ze strachu przy każdym starcie i lądowaniu. Dla tych o spoconych rękach, którzy bezradnie miętoszą kolejne chusteczki, i tych, którzy chwytają stewardesy za rękaw.

Taki pociąg stoi skromnie na bocznym torze, nie rzuca się w oczy. (Na przykład ten z Hamburga do Krakowa czeka w Altonie, zasłonięty reklamami i billboardami). Ci, którzy jadą nim po raz pierwszy, kręcą się po dworcu, zanim go znajdą. Trwa dyskretne załadowanie. W bocznych kieszeniach bagaży tkwią piżamy i kapcie, kosmetyczki, zatyczki do uszu. Odzież wiesza się starannie na specjalnych uchwytach, a w mikroskopijnych umywalkach zamkniętych w szafkach stawia się przybory do mycia zębów. Konduktor będzie wkrótce zbierał zamówienia na śniadanie. Kawa czy herbata – oto namiastka kolejowej wolności. Gdyby wykupili jeden z tanich lotów, byliby na miejscu w godzinę, zaoszczędziliby pieniądze. Mieliby noc – w objęciach stęsknionych kochanków, kolację w jednej z restauracji na rue Ble-ble, gdzie podaje się ostrygi. Wieczorny koncert Mozarta w katedrze. Spacer po nabrzeżu. A tak muszą bez reszty oddać się czasowi podróży po szynach, odwiecznym zwyczajem przodków przebyć osobiście każdy kilometr, przejechać każdy most, wiadukt i tunel w tej podróży po ziemi. Niczego nie da się ominąć, przeskoczyć. Każdy milimetr drogi będzie dotknięty kołem, uczyni zeń swoją styczną na moment i zawsze będzie to niepowtarzalna konfiguracja – koła i szyny, czasu i miejsca, wyjątkowa w całym kosmosie.

Ledwie ów pociąg tchórzy prawie bez zapowiedzi ruszy w noc, od razu zapełnia się bar. Ciągną do niego mężczyźni w garniturach na kilka szybkich, na duże piwo, żeby łatwiej zasnąć; dobrze ubrani geje, strzelający oczyma jak kastanietami; zagubieni kibice jakiegoś klubu, oderwani od grupy, która poleciała samolotem, niepewni jak owce poza stadem; przyjaciółki po czterdziestce, które zostawiwszy nudnych mężów, wybrały się w poszukiwaniu przygód.

Powoli zaczyna brakować miejsc, a pasażerowie zachowują się jak na wielkim przyjęciu, z czasem mili barmani przedstawiają ich sobie wzajemnie: „Ten gość jeździ z nami co tydzień”, „Ted, który mówi, że nie położy się spać, ale padnie pierwszy”, „Pasażer, który jeździ co tydzień do żony – musi ją bardzo kochać”, pani „Nigdy-więcej-nie-pojadę-tym-pociągiem”.

W środku nocy, gdy pociąg wpełza powoli w belgijskie czy lubuskie równiny, gdy nocna mgła gęstnieje i zamazuje wszystko, w barze pojawia się drugi rzut: zmęczeni bezsennością pasażerowie, którzy nie wstydzą się kapci na bosych stopach. Ci przyłączają się, jakby oddawali swój los w ręce fatum – niechże będzie, co ma być.

Uważam jednak, że może im się przydarzyć tylko to, co najlepsze. Znaleźli się bowiem w miejscu, które jest ruchome, które przesuwa się w czarnej przestrzeni, są niesieni przez noc. Nie znać nikogo i nie być przez nikogo rozpoznanym. Wyjść z własnego życia, a potem bezpiecznie wrócić.

Opuszczone mieszkanie

Mieszkanie nie rozumie, co się stało. Mieszkanie myśli, że właściciel umarł. Odkąd zatrzasnęły się drzwi i klucz zazgrzytał w zamku, wszystkie dźwięki dochodzą tu przytłumione, pozbawione cieni i krawędzi, jako niewyraźne plamy. Przestrzeń tężeje nie używana, nie niepokojona żadnym przeciągiem, poruszeniem firanek, i w tym bezruchu zaczynają się niepewnie krystalizować formy próbne, takie, które wiszą przez moment między podłogą a sufitem w przedpokoju.

Oczywiście nie pojawia się tutaj nic nowego, jakżeby mogło? To tylko imitacje znanych kształtów, splątane w bąblaste kłęby, tylko przez chwilę trzymające się konturu. To pojedyncze epizody, same gesty, jak na przykład odcisk stopy na miękkim dywanie, który bez końca, zawsze w tym samym miejscu, powstaje i znika. Albo ręka, która nad stołem naśladuje ruch pisania, zupełnie niezrozumiały, bo obywa się bez pióra, kartki, pisma i reszty ciała.

Księga niegodziwości

Żadna przyjaciółka. Spotkałam ją na lotnisku w Sztokholmie – jedynym na świecie, które ma drewniane podłogi; piękny parkiet z ciemnego dębu, wyfroterowany, starannie dopasowane deszczułki – lekko licząc, kilka hektarów północnego lasu.

Siedziała obok mnie, wyciągnęła nogi i wsparła je na czarnym plecaku. Nie czytała, nie słuchała muzyki, ręce splotła na brzuchu i patrzyła przed siebie. Spodobało mi się, że jest taka spokojna, całkowicie oddana czekaniu. Gdy spojrzałam na nią śmielej, jej wzrok ślizgał się po tej wyfroterowanej podłodze. Żeby ją zagadnąć, bąknęłam coś, że szkoda lasu na podłogę lotniska.

Odpowiedziała:

– Podobno przy budowie lotniska trzeba poświęcić jakąś żywą istotę. Żeby nie dochodziło do katastrof.


Stewardesy przy kontuarze miały jakiś kłopot. Okazało się – mówiły przez mikrofon do nas, oczekujących – że nasz samolot jest przeładowany. Na liście pasażerów dziwnym trafem znalazło się za dużo ludzi. Błąd komputera – oto czym stało się dziś fatum. Dwie osoby, które zdecydowałyby się lecieć jutro, dostaną dwieście euro, nocleg w hotelu na lotnisku i bon na kolację.

Ludzie spoglądali po sobie nerwowo. Ktoś powiedział: losujmy! Ktoś zaśmiał się, ale potem zapadło nieprzyjemne milczenie. Nikt nie chce zostać – to zrozumiałe – nie żyjemy w próżni, mamy umówione spotkania; jutro idziemy do dentysty, a na wieczór zaprosiliśmy przyjaciół.

Popatrzyłam na swoje buty. Mnie się nie spieszy. Nie muszę być nigdzie na czas. Niech czas pilnuje mnie, nie ja jego. I jeszcze – są różne sposoby zarabiania na życie, tutaj pojawia się nowy wymiar pracy, być może przyszłościowy, taki, który uratuje od bezrobocia i nadprodukcji śmieci. Stanąć na boku, spaniem w hotelu zarobić na dniówkę, pić rano kawę i jeść śniadanie przy szwedzkim stole, korzystając z obfitości jogurtów. Dlaczego nie? Podniosłam się z miejsca i ruszyłam do zdenerwowanych stewardes. Wtedy kobieta, która siedziała obok mnie, poszła za mną.

– Dlaczego nie? – zapytała.

Niestety, nasze bagaże poleciały. Pusty autobus zawiózł nas do hotelu, dostałyśmy przyjemne małe pokoje obok siebie. Rozpakowywać nie ma czego, szczoteczka do zębów i czysta bielizna – żelazne porcje. Także krem do twarzy i gruba zajmująca książka. Notatnik. Będzie czas, żeby wszystko zapisać, żeby zapisać tę kobietę:

Jest wysoka, dobrze zbudowana, ma dość szerokie biodra i drobne dłonie. Bujne kręcone włosy wiąże w kitkę, ale ponieważ są niesforne, to fruwają wokół jak srebrna aureola, całkowicie siwe. Lecz twarz ma młodą, jasną, piegowatą. Pewnie jest Szwedką, one nie farbują włosów.


Umówiłyśmy się na dole, w barze, wieczorem, po długim prysznicu i przeglądaniu kanałów telewizyjnych.

Zamówiłyśmy białe wino i po wstępnych grzecznościach oraz zadaniu Trzech Podstawowych Pytań Podróżnych przeszłyśmy do rzeczy. Opowiadałam jej najpierw o moich peregrynacjach, ale szybko odniosłam wrażenie, że słucha tylko z grzeczności. Dlatego straciłam impet i już wiedziałam, że ona ma znacznie ciekawszą historię.

Zbiera dowody, dostała nawet na to grant z Unii, ale i tak nie starczył na podróże, musiała pożyczyć od ojca – który w międzyczasie zmarł. Odgarnęła sprężynkę siwych włosów znad czoła (upewniłam się wtedy, że z pewnością nie ma więcej niż czterdzieści pięć lat) i za bony linii lotniczych zamówiłyśmy sałatkę; w cenie była tylko nicejska.

Mówiła ze zmrużonymi oczami, co nadawało jej słowom lekko ironiczny wydźwięk, pewnie dlatego przez kilka pierwszych minut nie wiedziałam, czy mówi poważnie. Twierdziła więc, że świat na pierwszy rzut oka wydaje się taki różnorodny. Gdziekolwiek się pojedzie, znajdzie się tam różnych ludzi, ich egzotyczne kultury, miasta budowane na rozmaitych planach, z różnych materiałów. Inne będą dachy, okna i podwórka. Nabiła na widelec kawałek fety i zataczała nim kółka w powietrzu.

– Niech cię jednak nie zwiedzie ta powierzchowna różnorodność, ten pawi ogon. Wszędzie jest tak samo: zwierzęta. To, co robi człowiek ze zwierzętami – powiedziała.

Spokojnie, jakby powtarzała znany na pamięć wykład, zaczęła wyliczać: psy miotają się w upale na zbyt krótkich łańcuchach, czekają na wodę jak na zbawienie, szczeniaki przypinane są do półmetrowego łańcucha, w drugim miesiącu życia w ogóle nie potrafią chodzić; owce kocą się na polach zimą, w śniegu; jedyne, co farmerzy robią w tej sprawie, to załatwiają wielkie samochody do wywożenia zamarzniętych jagniąt; w restauracyjnych akwariach trzyma się homary, żeby palec klienta skazał je na śmierć we wrzątku, w innych na zapleczach hoduje się psy, posiłek z psiego mięsa przywraca przecież męską potencję; kury w klatkach zdefiniowane są liczbą jaj, które zniosą, popędzane chemią w krótkim swym żywocie; psy wystawiane są do walki; małpom wstrzykuje się zarazki; na skórze królików testuje się kosmetyki; futra robione są z płodów owiec – mówiła to obojętnie, wkładając do ust oliwki.

Zaprotestowałam. Nie, nie będę tego słuchać.

Wyciągnęła więc ze szmacianej torby, którą powiesiła na oparciu krzesła, plik kartek zbindowanych w plastikowe okładki, czarny druk odbity na kserokopiarce, i podała mi przez stolik. Przerzuciłam niechętnie – pociemniałe kartki, z tekstem w dwóch szpaltach, jak w encyklopedii albo Biblii. Drobny druk, przypisy. „Raporty o niegodziwości” i adres swojej strony w Internecie. Spojrzałam i już wiedziałam, że nie będę tego czytać. Jednak starannie włożyłam później kartki do plecaka.

– Tym się zajmuję – powiedziała.

Potem, przy drugiej butelce wina, opowiedziała mi, jak zapadła na chorobę wysokogórską w czasie wyprawy do Tybetu i o mało nie umarła. Wyleczyła ją jakaś miejscowa kobieta, bijąc w bęben i pojąc ją ziołami.

Poszłyśmy spać późno, nasze języki rozwiązały się tego wieczoru, stęsknione za długimi zdaniami i fabułami, naoliwione winem.

Następnego dnia rano przy śniadaniu w hotelu, Aleksandra – tak miała na imię ta gniewna kobieta – pochyliła się ku mnie nad croissantami i rzekła:

– Prawdziwy Bóg jest zwierzęciem. Jest w zwierzętach, tak blisko, że aż go nie dostrzegamy. Codziennie się za nas poświęca, wielokrotnie umiera, karmi nas swoim ciałem, odziewa w swoją skórę, pozwala na sobie testować lekarstwa, żebyśmy mogli żyć dłużej i lepiej. Tak okazuje nam przywiązanie, obdarza nas przyjaźnią i miłością.

 

Znieruchomiałam, wpatrzona w jej usta, wstrząśnięta nie tyle tym objawieniem, ile tonem, jakim je wypowiedziała – spokojnym. I nożem, który obojętnie rozprowadzał warstewkę masła po puchatym wnętrzu rogalika.

– Dowód znajduje się w Gandawie.

Wyszarpnęła ze szmacianej torby widokówkę i rzuciła mi na talerzyk.

Wzięłam ją do ręki i starałam się wypatrzyć jakiś sens w mnóstwie szczegółów; potrzebowałabym do tego chyba lupy.

– Każdy go może zobaczyć – powiedziała Aleksandra. – W środku miasta stoi katedra, a tam, w ołtarzu, jest wielki piękny obraz. Widać na nim pole, zieloną równinę, gdzieś za miastem, i na tej łące stoi proste podwyższenie. O tu – wskazała mi końcem noża – tu jest Zwierzę w postaci białego jagnięcia, wywyższone.

Tak, poznałam obraz. Widziałam go wiele razy na jakichś reprodukcjach. „Adoracja Baranka”.

– Jego prawdziwa tożsamość została odkryta – jego jasna świetlista postać przyciąga do siebie wzrok, każe głowie skłonić się przed jego boskim majestatem – opowiadała i nożem wskazywała jagnię. – I widzimy, jak z każdego niemal miejsca płynie ku niemu procesja – oto wszyscy ludzie idą mu złożyć hołd, spojrzeć na tego najskromniejszego, upodlonego Boga. O, zobacz, tu podążają władcy krajów, cesarzowie i królowie, kościoły, parlamenty, partie polityczne, cechy rzemieślnicze; idą matki z dziećmi, starcy i podlotki…

– Dlaczego to robisz? – zapytałam.

To oczywiste – żeby napisać wielką księgę, w której nie zostanie pominięta żadna zbrodnia, od początku świata. To będzie spowiedź ludzkości. Zrobiła już wypisy z greckiej literatury starożytnej.