Anna In w grobowcach świataTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

1. Miasto

2. Podróż

3. Grobowce

4. Zejście

5. Siostra

6. Pomoc

7. Ojcowie

8. Kochankowie, fryzjerzy i kucharze

9. Hamam. Opowieść Anny Enhudu

10. Rikszarz

11. Szklarnie i inspekty

12. Groźba

13. Muchy

14. Wyjście z grobowców

15. Sztuka negocjacji

16. Złe sny

17. Ogrodnik pojmany

18. Kryzys

19. Zamiana

20.

21. Inanna

22. Piasek

Od autorki

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, ANETA TKACZYK

Skład i łamanie: Infomarket

Projekt okładki i stron tytułowych: manufaktura | manufaktu-ar.com

Na okładce wykorzystano rycinę przedstawiającą wieżę Babel, z: Encyclopédie des sciences, des arts et des métiers. Planches Supplémentaires, 1777.

© Copyright by Olga Tokarczuk

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Wydanie pierwsze

Kraków 2006

ISBN 978-83-08-05817-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Miasto naprawdę istnieje, to miasto istnieje – myśmy tam mieszkali.

Miasto Ibru istnieje – myśmy tam mieszkali.

(TEKST Z TABLICZEK KLINOWYCH)

1

Miasto

Miasto stoi na ruinach, pod miastem jest świat grobowców. Nie było takiej siły, żeby ruiny rozebrać, zanim przystąpiono do jego budowy. Dlatego miasto uniosło się na metalowych filarach, na ogromnych, pustych w środku kolumnach, czasem ażurowych, czasem pełnych klatek schodowych i szybów wind. Trwało to wiele lat, tysiące lat; tam, gdzie stal zetlała, tam, gdzie rdza nadtrawiła spojenia, stawiano podpory, drutowano dziury, teraz obrosło ziemię żelazną grzybnią, wciąż rośnie, celując stelażami w dalekie słońce i księżyc.

Gwiazdom te budowle są obojętne. Gwiazdy są obojętne. Mrugają z hukiem, który grzęźnie i schnie w kosmosie. Mają kamienne powieki.

Świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich. Będę opowiadać, opowiadać o nich; istoty takie jak oni nie potrafią same mówić za siebie, o mało nie umarły przez to milczenie.

Nie obchodzi mnie czas, tyle już razy wywiódł nas w pole. W języku, w którym piszę, przeszłość i przyszłość różnią się tylko jedną samogłoską. „E” przechodzi w „y”, i brzmi to jak zawołanie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

2

Podróż

Najpierw zeskakuje walizka – zgrabnie, miękko ląduje na metalowym podeście, jej płaskie stopki mlaskają o podłogę. Potem za walizką schodzę ja, Nina Szubur, ja każda, która opowiadam, i w końcu – ona, Anna In. Walizka truchta i ustawia się tuż pod jej dłonią. Anna In popycha ją lekko i razem idziemy do wyjścia.

– Coś jest nie tak – mówi Anna In.

Zatrzymuje się i sięga do kieszeni po drżący obrazek; to mapa podróży. Porównuje widok oglądany przed sobą z obrazem na plakietce: nie trzeba być mistrzem w zabawie „Znajdź dziesięć szczegółów, którymi różnią się dwa obrazki”, żeby zauważyć rozbieżności. Przy ruchomych schodach, które prowadzą w górę do wind, nie ma czerwonego walca z napisem „Śmieci”. Anna In zatrzymuje się niezdecydowana; walizka kuca. W końcu i Anna In siada na podłodze, obejmuje ramionami kolana i czeka. I ja z nią, kilka metrów dalej, podpieram ścianę. Nie śmiem pytać, ale się niepokoję. Nie podoba mi się ta wyprawa.

Opuściłyśmy dom w środku przygotowań do festynu, zostawiłyśmy usypaną w stożek mąkę, a w niej żółte oka jajek. Wystarczyłoby kilka ruchów ręką, żeby zagnieść ciasto. Zostawiłyśmy rzucone na łóżko świąteczne ubrania, odświętne sukienki, odkręconą szminkę, puszek zanurzony w pudrze. W telewizji leciał film – nie doczekałyśmy końca. Rachunki na stole, niepodpisane, niezapłacone. Listki herbaty w czajniczku, woda ledwie zdjęta z ognia, gorąca, rozpalona – teraz pewnie stygnie, rozczarowana. Bo Anna In nagle zbladła, potrząsnęła głową, nadsłuchiwała, jakby próbowała szerzej otworzyć uszy. Tak właśnie powiedziała – „otworzyć uszy”. Co się wtedy usłyszy, co? – pytałam. Wybrała swoją najlepszą sukienkę, obwiesiła się biżuterią, najpiękniejszą. Wzięła wszystkie amulety, zrobiła makijaż. W końcu mapę, ten hologram; nie wiem, skąd ją ma.

Mijają nas pospieszni podróżni, nikt nie zwraca uwagi na dwie kobiety. Widać, że każdy z nich porusza się w swoim czasie – zapewne wykupili różne abonamenty – jedni śmigają tak, że ich twarze rozmywają się w nieczytelną wstęgę, inni wloką się, odkrywając bezwstydnie wszystkie szczegóły fizjonomii. Tym właśnie Anna In przygląda się z dołu, jak dziecko. Wiem, ona to lubi – patrzeć na ludzi. Są krusi i żyją bardzo krótko; ledwie się czegoś nauczą, a już zapominają; ledwie pochwycą sens, a już popadają w demencję. Mijają ją obojętnie, przyzwyczaiła się do tego; może jej nie widzą, gdy tak kuca pod ścianą. Jest tłok. Mają torby i plecaki, zrobili zakupy. Ich myśli są o krok przed nimi, ułożone w punktach, listy zakupów i prac do wykonania; dymki w komiksie.

W głąb miasta nie dochodzą słoneczne promienie, z biegiem lat, w miarę budowania kolejnych pięter nasilała się jego alergia na słońce. Zastępują je białe jarzeniowe lampy i kolorowe neony. Dlatego wszyscy tutaj mamy blade twarze tatuowane światłem posiekanym cieniami stelaży. Cień skanuje nasze ciała z uwagą, kiedyś w końcu postawi nam diagnozę.

Między podróżnymi trakcjami wiszą wielkie platformy na ogrody, które miejscy ogrodnicy przywożą na kółkach i instalują w powietrzu. Rozkładają je jak kramy i zaraz zbiegają się do nich ludzie – za niewygórowaną cenę będą mogli ostrożnie spacerować po metalowych ścieżkach, żeby nie podeptać roślin. Dzieci jeżdżą rowerkami po pochylniach asekurowane przez długie ramiona lin-nianiek.

W końcu – jest! Widzimy sprzątacza w śmiesznej czapce z anteną, wygląda jak mrówka. Ustawia czerwony kosz na śmieci dokładnie w tym miejscu, w jakim przewidział to obrazek. Potem czyściciel znika, przebierając kółeczkami. Anna In używa tej migotliwej mapy przy każdej zmianie windy, żeby upewnić się, iż czas jest właściwy i miejsce dogodne.

– Dokąd my idziemy, co to za wyprawa? – pytam ją, pytam Annę In.

Ale ona wzrusza ramionami.

– Nie martw się – mówi. – Zobaczysz.

O, tak, znam takie odpowiedzi. Zawsze robi, co chce, nikomu się nie tłumaczy, przyzwyczaiłam się. Jedyne, co mi pozostaje, to iść za nią kilka kroków w tyle, jest dla mnie za szybka; patrzeć na jej smukłą postać, na jej włosy splecione w wiele warkoczy. Widzieć, jak wymija ludzi. Otwierać jej drzwi, żeby niczego nie dotykała, dość mam marudnych gadających furtek, onieśmielonych szklanek, poręczy, które nagle przeciągają się i ziewają. Nawet bilet do windy, wieloprzejazdowy, będzie chciał mieć coś do powiedzenia, gdy ona go dotknie.

Teraz dobrze, jeden obraz zgadza się z drugim, hologram drży jeszcze bardziej, chichocze i cieszy się po swojemu z tej zgodności światów, jakby sam ją stworzył. Anna In, gdy tylko czegoś dotknie, gdy na dłużej przyłoży swoje piękne dłonie – ożywia każdy przedmiot. Lepiej, żeby niczego nie dotykała, już i tak mamy kłopot z walizką. Gdy tylko coś zostanie obdarzone choć niewielką świadomością, od razu zaczyna mieć bardzo wysokie mniemanie o sobie. Tak to już jest.

 

Ktoś taki jak Anna In, In Anna, widzi wszystko żywe; żywy jest każdy trybik świata, najmniejszy przedmiot; tylko my, ci mniejsi, nie potrafimy tak patrzeć. Nam takie spojrzenie zdarza się od czasu do czasu i łatwo ulega zapomnieniu; to dlatego jesteśmy śmiertelni. Od urodzenia przyzwyczajamy się do martwoty. Gdybyśmy umieli ujrzeć świat jako żywy, od początku do końca, nie potrafilibyśmy umrzeć, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.

Rozkład wind wyświetla się na ścianie – przypomina wielką plątaninę linii, przypomina tkankę nerwową, neurony i wiązki nerwów. Nie jest się tutaj niczym więcej niż drobnym impulsem, przemijającą osobliwością przestrzeni, warto o tym pamiętać.

Gdy z Anną In czekamy w milczeniu na kolejną przesiadkę, na zmianę skomplikowanych połączeń, dotykam jej dłoni – w istocie jest to ponowione pytanie: Dlaczego? Co ją tam ciągnie, dlaczego tam idzie? Czy nie ma tutaj wszystkiego, co można mieć? Nie zmienia się, nie umiera, porusza się wolna w układzie współrzędnych miasta – w bok, w przód i w tył, w górę i w dół, w głąb i ku powierzchni. Potrafi wychodzić za miasto. Tam prostuje kości. Patrzę w jej oczy, pytam i czekam na odpowiedź. Mruga do mnie wesoło – co ma znaczyć, że wie, co robi. Ale mnie serce ściska się z niepokoju.

Windy ze świstem podążają w różnych kierunkach. Na jednym z węzłów Anna In musi czekać, aż któryś z przechodniów (nie wiadomo który) rzuci na ziemię zmięty papierek. Tak zobaczyła na swojej mapie. Każdy moment, każda drobina czasu ma tam swoje miejsce. Dopiero wtedy rusza. Cieszy się walizka, łaskoczą się sprzączki.

Jedziemy chyba ukośnie w dół, tego jednak nie wiemy, w windzie są tylko lustra. Okna nie pokazałyby więcej – tylko węzły trakcji, nieskończone tunele. Splątane kable, transformatory, małe windy towarowe, pocztowe rury, wszechświat, który składa się z linii, z atomów materii nanizanych na sznury czasu. Potem skręcamy pod kątem prostym, to się czuje, bo winda szarpie i zgrzyta.

Widzę ją w lustrze, widzę Annę In. Jest wysoka i smukła, ma ciemną skórę, oliwkową; ma długie włosy splecione w setki warkoczy, są jak ogon komety. Ubrała się odświętnie: ma rogatą czapkę, zabawną, wkłada ją tylko na wielkie okazje. Na nagiej szyi zapięła ciężki naszyjnik z niebieskich kamieni. I ma błyszczące klejnoty na piersi, a na palcu wielki pierścień, wygląda jak kastet, chyba złoty, czystej próby. Ma srebrny stanik, czy też kamizelkę, na jaskrawej sukience wyszywanej w dobronie, miniaturowe, oswojone lewki, tak kochane przez ludzi w mieście. W ręku trzyma kompas i mapę. Lubię jej dłonie – całe w tatuażach, drobny misterny wzór oplata jej palce i przeguby wężowym ruchem. Dzięki małym diodom skrzy się i migocze. Oczy wymalowała grafitową szminką, więc wydają się duże i ciemne, błyszczą. To modna i droga szminka, wszędzie ją reklamują.

Ja obok. Sięgam jej zaledwie do ramienia, przy niej jestem mała i drobna, jej krok to moje dwa. Przy jej skórze moja jest blada, ludzka; jej opalizuje i lśni, moja chłonie mdłe światło miasta. Piękną jest kobietą Anna In, In Anna. Znam ją od zawsze. Pamiętam jej wszystkie szaleństwa, wszystkie podróże i awantury. Gdy ma randki, usuwam się w cień, siadam gdzieś przy barze i spokojnie czekam. Mieszkam w jej domu, piję z jej kieliszków. Ja, Nina Szubur, ja, która opowiadam, ja każda. Zawsze jednak gdy zaczyna mi się wydawać, że znam ją lepiej niż siebie, ona robi coś, czego nie rozumiem.

Tak jest i teraz.

– Dokąd my jedziemy, Anno In, gdzie my, do cholery, jedziemy?

Martwi mnie kierunek – w dół, zawsze w dół. Zjechałyśmy już do najniższych poziomów, a ona jeszcze nie ma dość.

I znowu przesiadka. Tym razem winda skrzypi i trzeszczy, jest stara, rzadko używana; drzwi nie domykają się i widzę przez szparę puste hale pocięte pionowymi kreskami metalowych kolumn, na nich napisy świecącą farbą; znaki, których nie rozumiem. Winda przez chwilę jedzie poziomo, i w końcu prosto w dół. Teraz odliczanie jest ujemne, od zera w dół, do tyłu, jakby cofał się czas. Zjeżdżamy pod ziemię. Zaczynam rozumieć, chwytam ją za rękę.

– Gdyby mi się coś stało, wiesz, co masz robić. – Oddaje mi dotknięcie; a ono wzbudza dreszcz.

Cierpnie mi na chwilę skóra, jej dotyk zamienia się w fale, opłukuje mnie.

– Wiesz, co masz robić. Gdybym nie wróciła przez trzy dni, pójdziesz do moich ojców po pomoc, powiesz im, co zaszło, dokładnie. Oni znajdą radę, więc się nie martw. – Wysyła mi uspokajający uśmiech.

3

Grobowce

Wreszcie podróż dobiega końca. Długie, smutne, zarośnięte brudem chodniki prowadzą nas do wielkich, opustoszałych od lat garaży, których niebo stanowi plątanina rur i kabli, wątłe klatki schodowe ściągają nas w dół ku zapomnianym, wygaszonym kotłowniom. Idziemy szybkim krokiem, ona sunie, ja drepczę, ledwo za nią nadążam. Dzwonią klejnoty na jej piersi, jej wysoka postać rzuca szary cień w jarzeniowym świetle, smukły jak trzcina.

Fosforyzujące strzałki prowadzą ją po pochyłych platformach, kruszą się pod moją dłonią skorodowane poręcze. Trzeba umieć utrzymać tutaj równowagę, każdy nieostrożny krok grozi upadkiem w wilgotną otchłań. Pod miastem znajdują się cysterny, wielkie puste zbiorniki, w których trzymano kiedyś wodę; teraz woda wyciekła, wysączyło ją miasto, wyssało.

Rozumiem, ja, Nina Szubur, ja jej przyjaciółka, ja każda, która opowiadam, teraz dopiero zaczynam pojmować cel naszej wyprawy. Chwytam ją za rękę, za fałdy sukienki. Proszę. Walizka piszczy, hologram w jej ręku trzepocze się w panice, kolorowa ryba, wyciągnięta z wody, już przeczuwa swój koniec.

Oto jest brama, raczej drzwi, raczej furtka, wejście do obory, dwie stalowe płyty z przerdzewiałą klamką, dawno nieruszane. Odrzwia zarosły szarym mchem, szczeciną, suchą trawą. Tu mieszka siostra Anny In, jej bliźniacza siostra. Pusto, nikt tutaj nie przychodzi z własnej woli; gwar wind został daleko w tyle i głosy ucichły, nie dochodzą tu wibracje rozedrganych strun miasta. Nikt nie odwiedza siostry Anny In dobrowolnie, dlatego podziemny wiatr nawiał pod bramę suchych patyczków i śmieci. Główne wejście dla klientów jest gdzie indziej, o wiele większe. Drzwi obrotowe kręcą się zawsze w jedną stronę, w recepcji wydaje się klucze o nieskończonych numerach.

– Ona mnie wzywa – mówi Anna In. Mówi, że od kilku dni słyszy jej głos, odbity i zwielokrotniony przez szkielet miasta, przez labirynty własnego ucha, młot na kowadle dźwięczy jak dzwon. Głos jest zniekształcony; nie może odróżnić słów. Potrząsa głową, ale głos nie daje jej spokoju. To jest lament, to jest wyzwanie, raz krzyk, a potem tylko szept.

– Czego chce? – pytam ostrożnie, chcąc ukryć przerażenie.

– Nie wiem. To okrzyki bólu. Lament.

Dopiero teraz się przyznaje – wydaje się, że siostra śle jej wiadomość, ale grobowce są poza zasięgiem każdej sieci, żadna poczta nie ma odwagi obsługiwać tego adresu, żadne kable nie wplatają grobowców w swoje komunikacyjne warkocze. A jej siostra, siostra Anny In, In Anny, płacze w podziemiach.

Ja jednak wiem swoje: To niedobrze, lepiej jest nie pamiętać o tej siostrze, lepiej ją pominąć w planach podróży. Zaproszenia wrzucić do kosza, zignorować. Nie myśleć. Czego może chcieć, czym ona kusi.

– To zwykły sen. Splątanie synaps. Echa impulsów nerwowych, zwykła iluzja – mówię. – Daj spokój, Anno In. Wróćmy na górę, zaczyna się festyn, w mieście rozwieszają lampiony, w lodówkach chłodzi się szampan, rosną drożdżowe placki. O, słychać stąd windy, zawróćmy.

Palnęłam głupstwo, ona nie da się już odwieść od tego zamiaru. Patrzy na mnie nieobecna – już tam jest, już przestąpiła próg.

– Weź się w garść, moja Nino Szubur, nie lamentuj, wiem, co robię.

Chciałabym w to wierzyć, chciałabym. Siostry muszą czuć przecież jakąś więź, powinny się rozumieć, obejmowały się kiedyś czule w brzuchu matki, przez dziewięć miesięcy miały otwarte oczy, patrzyły na siebie z bliska; znają się dobrze. Jedna drugiej ssała nos, tak były blisko. Trzymały się w kleszczach, tańczyły powoli w płodowych wodach, w tym ciemnym i ciepłym oceanie. Mózgi przędły wspólne nici, tkały z niego świat.

Potem, gdy nadszedł czas rozwiązania, ta, która wyszła pierwsza, dostała więcej. Przeznaczono dla niej domy śmierci, lamenty, ból, ciemność i kurz. Zabrała najważniejsze – fundament świata, jego wilgotne piwniczne jaskinie, wnętrze ludzkiego ciała, ostateczny wyrok. Wieczność, niepodległość, sanacja, dokumenty zwalniające od działania czasu, chłodna neutralność, przywilej nieistnienia na mapach świata. Paszporty pisane niewidzialnym pismem, pieczątki z wody. Lecz w końcu każdy odwiedzi ten kraj.

Przez dziurę w ziemi ta siostra wczołgała się do swojego nowego domu i tam jest do dziś. Nie pieściła jej żadna matka, nie tulił żaden ojciec. Nie bawiła się z dziewczynkami w dom, w gotowanie, choć mogłaby je przebić w pomysłach na dania z piasku, błota i kurzu. Nie wiązała na głowie wstążek, nie przymierzała za dużych pantofli swojej matki, nie oglądała się ciekawie za chłopcami. Nie dane jej były żadne wesele ani żadna noc poślubna. Miała kochanków, a jakże, ale który zniósłby jej towarzystwo w tej ponurej podziemnej garsonierze. Odchodzili, znużeni jej pożądaniem, którego nikt jeszcze nie zaspokoił, choć wielu próbowało. Niektórych udało jej się zatrzymać. Jednych trzyma w formalinie, drugich wypchała suchą trawą. Dlatego teraz, gdy Anna In uderza pięścią w bramę, wiem, że ogarnia ją strach. Tamta jej nienawidzi.

Wiem, co mam zrobić, wiem. Mam poruszyć cały świat, mam stanąć na głowie i przewrócić miasto do góry nogami, mam poprosić o pomoc. Gdyby jej się coś stało. Ale co ma się stać Annie In, skoro wie, co robi, skoro jest silna, władcza, zawsze młoda.

Zapada cisza, i panuje długo, widocznie pociemniałe dziąsła bramy starannie przeżuć muszą każdy decybel. Wreszcie słychać stamtąd leniwe kroki. W bramie robi się szpara, z której wraz z zapachem stęchlizny wydobywają się słabe słowa:

– Kto tu?

Anna In próbuje stopą zablokować drzwi, chce wepchnąć się do środka.

– Jestem Anna In, przychodzę z miasta.

Lecz opór z tamtej strony okazuje się silniejszy, niż można pomyśleć.

– Jeżeli rzeczywiście jesteś jakąś Anną In z miasta, jak mówisz, to co tu robisz? Odejdź stąd. Tu się nie przychodzi ot, tak sobie. Pogrzebu nie będzie – odpowiada przestraszony jej śmiałością głos.

– Pogrzebu? A kto umarł?

– Jej kolejny mąż.

– Nie przychodzę na pogrzeb – mówi Anna In.

Słyszy przez szparę stłumiony chichot.

– A są jeszcze jakieś inne powody? Tu się przychodzi tylko na pogrzeb, własny!

– Przyszłam do siostry, wpuszczaj! – złości się Anna In.

Z tamtej strony zapada milczenie. W końcu głos powraca, zaskoczony.

– Jesteś jej siostrą, siostrą naszej pani?

– Wpuść mnie – prosi Anna In.

Głos każe jej czekać, a sam wraca do miejsca, z którego wyszedł: są to usta odźwiernego, jego gardło i płuca; i tam zamiera, zdziwiony.

Za to Neti, ów odźwierny, po chwili rusza w głąb ciemnego tunelu. Jego tłuste i poszarzałe od wiecznego mroku ciało pokrywają robione na drutach swetry. Oczko w lewo, oczko w prawo. Widać tylko głowę – łysą i lśniącą od wszechobecnej wilgoci – oraz stopy, spuchnięte od wiecznego reumatyzmu. To choroba zawodowa odźwiernych. Idąc, mruczy do siebie:

– Niebywałe, wprost niebywałe.

4

Zejście

Nieprzyjemnie jest przynosić wieści mojej pani. Nie jest przyjemnie stanąć przed nią, trudno wydobyć z siebie głos. Ja, Neti, kupa kości obciągniętych wyliniałą włóczką, ja każdy, który opowiadam, drżę, gdy się do niej zbliżam. Wokół niej zawsze jest kilka stopni zimniej. Sprawdziłem to. Nauczyłem się już mowy jej syczących elektrycznych włosów, które czesze ze złością, bez ustanku. Muszę spuścić wzrok. Nie jest to miły widok, ta moja pani.

– Przyszła jakaś persona, która twierdzi, że jest twoją siostrą – mówię obojętnie; staram się nie wkładać w to żadnego uczucia.

Ruch grzebienia zamiera. Włosy na chwilę się uspokajają. Ale wargi ciemnieją, stają się czarne jak smoła. Zły to dla mnie znak.

– Jak wygląda? – słyszę jej głos.

 

Staram się przypomnieć sobie dokładnie to, co przez chwilę widziałem przez szparę w drzwiach. Moja pamięć jest słaba, przywykła do mroku, do plam cieni, hurtowa raczej niż detaliczna. Jak wygląda? To był dobry widok, ciepły, suchy, jasny. W sam raz na mój reumatyzm.

– Ma na głowie dziwaczną czapkę, rogatą, która przykrywa jej włosy splecione w setki warkoczy, ma naszyjnik z niebieskich kamieni... – I co jeszcze, co jeszcze, myślę biedny. Tutaj nikt się tak nie stroi. Co mam jeszcze powiedzieć, nigdy nie potrafię odróżnić spódnicy od sukienki. – Ma jakieś błyszczące klejnoty na piersi, a na palcu wielki pierścień, chyba złoty, czystej próby, tak wielki, że mogłaby nim zabić. Ma srebrny stanik, czy też kamizelkę, na jaskrawej sukience.

Szukam w głowie odpowiednich słów, nigdy nie potrafię nazwać części garderoby. Sukienka, spódnica, stanik, serdak, surdut, frak... inwencja istot z miasta jest niewyczerpana. Wystarczyłoby jednak, żeby cała odzież nazywała się po prostu „sweter”. – W ręku trzyma chyba kompas i obrazkową mapę, a dłonie ma całe w tatuażach. – Od siebie dodaję po chwili: – Niezbyt to kobiece... Oczy wymalowała modną grafitową szminką. Przystojna kobieta, młoda i zdrowa – mówię, myśląc jednak, że to początek kłopotów.

Słyszę, jak grzebień ponawia swój ruch i włosy gniewnie trzaskają. Ale głos, jej głos jest dziwnie spokojny: – Wróć i wpuść ją, podnieś zasuwy, niech wejdzie, skoro tak jej na tym zależy.

Nic nie mogłoby mnie bardziej zdziwić niż ta odpowiedź. Spodziewałbym się prędzej ataku gniewu, podziemnej burzy, trzęsienia ziemi. Jej wrzasku, gdy się wścieka, jej ostrych paznokci. Na jedno mgnienie oka, na mrugnięcie powieki, podnoszę ze zdziwienia wzrok, ale zaraz go spuszczam – nieprzyjemny widok. Czy się przesłyszałem?

Nie, wcale. Powtarza wyraźnie:

– Niech wejdzie, ale każ jej zostawić walizkę na zewnątrz i zdejmij jej wszystkie klejnoty, jeden po drugim, i ma zmyć makijaż, i zdjąć z siebie te śmieci. To nie bal ani pokaz mody. Ma stanąć tutaj naga. Taka, jaką ją znam.

– Zimno – mówię tylko, bo wolę to słowo od innych. Służy mi za „tak”. Ja nie komentuję, nigdy nie mam zdania. Stopy pluszczą w płytkiej, zimnej wodzie, mlaskają o kamienne posadzki, które nigdy nie widziały słońca i z tęsknoty za nim omszały. Jak ja. Ale cóż kościom po słońcu. Przecież nie zakwitną.

Uchylam bramę i z zewnątrz wpada trochę światła. Razi moje oczy. Stoi tam ta panna, czeka. Powtarzam jej słowa mojej pani, dokładnie, mechanicznie, jestem automatycznym odźwiernym o zbolałych kościach, jest mi wszystko jedno. Nie mam serca, nie mam żalu. W kościach nie ma żadnego współczucia. Nie będę się w to angażował.

– Czy ucieszyła się z mojego przyjścia? – pyta Anna In. Lecz nie mam zamiaru jej odpowiadać. Co miałbym jej powiedzieć. Czy się ucieszyła? Dobre sobie.

Gdy jej stopa przestępuje próg, gdy wsuwa się w ciemność jak w czarną skarpetę, przez chwilę mam ochotę złapać tę dziewczynę, wykręcić jej ręce i wyrzucić stąd precz. Krzyknąć: Won! Poszła stąd! Ale umiem się opanować, mam już swoje lata.

Pytam tylko, nie licząc specjalnie na żadną odpowiedź:

– Czy wiesz, co robisz?

– Wiem – mówi.

To mi się podoba. Czasem przychodzą tu tacy wyczerpani, zmęczeni śmiertelnie, oklapli. Dobijają się, pewnie myślą, że to sanatorium. Jest tu dla nich malutkie pięterko, słodka kwarantanna, nim dojdą do siebie. Mam dość awantur. Jestem urzędnikiem, wykonuję polecenia, pracuję tu na zleconą wieczność.

– Czy ucieszyła się z mojego przyjścia? – pyta znowu ta kobieta, gdy ruszamy w głąb.

Szepczę z naganą:

– Tu nie wolno ci nic mówić, zapomnij o słowach. Nie wolno ci odtąd powiedzieć ni słowa, zresztą gadanie na nic się tu nie zda. Będzie się tylko echem odbijać od ścian. Słowa wrócą pokiereszowane, jak z wojny, słowa inwalidzi. Gdybyśmy mogli sobie tutaj mówić tak swobodnie jak wy tam, na górze, wszystko byłoby inne.

Prowadzę dziewczynę szerokim korytarzem, przez który biegną zardzewiałe tory. Idziemy po kostki w wodzie, stąd moje boleści. Anna In ukradkiem mi się przygląda. I czuję jej wzrok. Jest ciepły, niech patrzy. Żaden wstyd, że w istocie jestem kupą nadgryzionych reumatyzmem kości, które trzymają się razem dzięki szydełkowym swetrom. Upadek grozi mi całkowitą rozsypką, dlatego uważnie stawiam bose stopy na śliskim dnie.

Przy żelaznych skrzypiących drzwiach każę jej zdjąć czapkę i rzucam ją w wodę. Zresztą bez niej wygląda lepiej. Chce wprawdzie zaprotestować, ale milknie w ostatniej chwili. W porządku, zrozumiała – tu się nic nie mówi. Potem idziemy w dół, aż docieramy do drewnianych, na wpół przegniłych drzwi, tu każę jej zostawić naszyjnik. Oglądam go jeszcze przed wrzuceniem w wodę, ale jego wartość nie przedstawia się tu dobrze. Kamień zaraz zblednie, a sznurki przegniją. Miejska biżuteria! Tak samo te wielkie świecące klejnoty – jakie światło odbiją, czym się będą mienić? Nie pasują tutaj, moja pani nie lubi ozdóbek. Żadnej czerwieni czy różu, nie znosi też błękitu. Lubi za to czarny i szary, i zgniłozielony. Interesuje się rzeźbą – ceni stalagmity. Lubi muzykę, zwłaszcza tę monotonną, opartą na jednym dźwięku, który trwa jednostajnie, raz ciszej, raz głośniej, cały koncert, kilka dni, czasem trzy miesiące. To ją uspokaja. Z malarstwa – jeden kolor – czarny, ze znawstwem kontempluje jego odcienie. Nie, żadnych błyskotek.

Daleko jeszcze? – chciałaby pewnie zapytać Anna In. Ale nie odpowiem. Co miałbym jej powiedzieć?

Gdy przechodzimy przez czwarte drzwi, zardzewiałe i połatane drutem, zabieram jej pierścień i uzbrajam nim metalowe palce furty.

Jeszcze ta kamizelka, wskazuję ją palcem przy piątych drzwiach, które są niskie, jak wejście dla kotów. Trzeba się będzie przecisnąć przez nie na czworakach. Ona jest zwinna, po drugiej stronie posłusznie rozpina haftki stanika. Srebrna przędza zetlała już od wilgoci, podziemna rdza ima się nawet metali szlachetnych. Wieszam stanik na gwoździu w ścianie. Wygląda jak skóra ściągnięta z baranka, kłąb brudnej wełny.

Może ją zawrócić? Ta myśl powraca, błąka mi się po głowie, nabija w mózgu siniaki. Może ją zatrzymać? Podnieść głowę i spojrzeć w jej oczy, wciąż jeszcze żywe. Czy wiesz, co robisz? – zapytać ponownie. Może nie zrozumiała tego prostego pytania? Lecz poprawiam tylko pasek, ściskam się nim mocniej i gdy przechodzimy przez bramę, odbieram jej te miejskie gadżety: kompas i mapę.

– Nie będą ci już potrzebne.

Zresztą mapa i tak już oślepła. Litery rozpuściły się w wilgoci i zamieniły w plamy. Taki to pożytek z ludzkich wynalazków.

Oto i cysterny, więc jeszcze kawałek. Idziemy po przegniłych pomostach nad ściemniałą wodą, niech się jej wydaje, że chodzimy w kółko. Z dna wyrastają mokre kolumny pokryte mchem. Miejscami woda świeci na czerwono, spod jej ospałej powierzchni wydobywają się skądś bąble powietrza, to podwodna czkawka. Wskazuję je palcem – kolumny. Na omszałej powierzchni ona pewnie rozpozna twarze swojej siostry, jest zawsze taka sama – kamienna i obrzmiała; nawet marmur puchnie w tej podziemnej wodzie, na szczęście oczy rzeźb są zamknięte, inaczej każdy przechodzień zamieniłby się w kamień zmrożony ich chłodem, zamieniłby się w mokrą kolumnę. Choć jakie to ma znaczenie właśnie tutaj? Żadne. Lepiej być zresztą nieczułym kamieniem niż żywym, żywym bez nadziei na powrót.

Odsuwałem ten moment, ale nie ma wyjścia. To jest siódma brama. A siedem, moja panno, siedem znaczy wszystko.

– Nie może cię zobaczyć takiej, jak teraz, w tej barwnej szmateczce – mówię.

Rozumie. Ściąga ją bez słowa, suknia tonie, będą się teraz w nią stroić podziemne ślepe strumienie. Potem końcem swojego włóczkowego rękawa zamoczonego w wodzie zmywam jej makijaż.

Ja, Neti, kupa kości, ja każdy, który opowiadam, patrzę ukradkiem na jej nagie ciało, przyglądam się gładkiej, seledynowej, perłowej skórze.

– Niebywałe, niebywałe – szepczę.